Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąd. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

Na piechotę, czyli cynki włóczęgowskie.

W tekście "Amerykański tramp i nasz włóczęga" autor zestawia włóczęgostwo w ówczesnych Stanach i Polsce, kreśląc typologię rozmaitych wędrowców. Czego tu nie ma! Są i migawki z rozmaitych schronisk, począwszy od brukselkich, a na krakowskich kończąc, jest słowniczek cynków, czyli symboli zostawianych przy bramach domów, jest wspomnienie o chronieniu się w wygaszonych piecach licznych cegielni płaszowskich. Jest wreszcie to, czego można się było spodziewać po "Tajnym Detektywie", który mrugał okiem do czytelników z drobnomieszczaństwa i klasy średniej - wspomnienie o "malowniczości", o "uroku", "romantyczności włóczęgi".

Kiedy pojawia się temat głębszych przyczyn, okazuje się, że "robotnik okazyjny stale pracować nie potrafi". Wprawdzie zaraz idzie kawałek o tym, że to "warunki gospodarcze go przerzucają", ale jednak. Bo przecież "dobry [...] robotnik znajdzie zajęcie w każdym kraju" - pisze beztrosko dziennikarz. W tym samym czasie również polskie fabryki, podupadające ogromnie przez ogólny kryzys, dokonują masowych zwolnień. Inne idą z robotnikami na układ - zatrudniają ich na dwa, trzy dni w tygodniu, czasem nawet na jeden dzień (oczywiście za proporcjonalnie obniżaną stawkę), żeby tylko masowych zwolnień nie przeprowadzić. Problem w tym, że za pensje w wysokości 1/5 czy 2/5 poprzedniej płacy wyżyć się nie da. 

To, co wydaje mi się największą zaletą tego tekstu, to reportaż z sali sądu na Kanoniczej w Krakowie, który daje wgląd w czasy, kiedy podróżowanie bez celu było działalnością karalną:





Wspomniany w tekście sędzia-znawca włóczęgów to Leonard Krupiński (1893-1974). Narodowe Archiwum Cyfrowe zawiera sporo jego portretów, bowiem orzekał w trzech sprawach, które odbiły się szerokim echem w międzywojniu: w aferze Ciunkiewiczowej, kokoty w stanie spoczynku, która usiłowała nabrać ubezpieczyciela na rzekomą kradzież futer i klejnotów z walizek złożonych w hotelu, małżeństwa Maliszów (potrójne morderstwo w wyniku nieudolnego skoku na listowne przekazy pieniężne; sprawa, która miała się rzekomo przyczynić do zamknięcia "Tajnego Detektywa") i wreszcie w superprocesie Rity Gorgonowej. Pracę w sądownictwie zaczął przed samym upadkiem Cesarstwa Austro-Węgierskiego, we wrześniu 1918, natomiast orzekał do połwy grudnia 1945, kiedy nowe władze komunistyczne przeniosły go w stan spoczynku - przedwcześnie chyba, bo miał ledwo 52 lata, ale chyba zaważyło tu właśnie bycie znanym sędzią z okresu sanacji. Może wybroniliby go włóczędzy - ale oni i w komunizmie byli, jak zawsze, bezbronni i bezsilni.



Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931

piątek, 16 stycznia 2015

Kto obrabował Leppera?


Dzięki internetowej kwerendzie udało mi się natrafić na losy kolejnych przestępców, których zdjęcia wklejono do policyjnego albumu w roku 1935. Maksymilian Kurek i Marceli Muller byli pospolitymi rabusiami a ich historia nie jest specjalnie ciekawa, prócz tego, że... obrabowali rolnika o nazwisku Lepper. Zbieżność nazwisk przypadkowa? Chyba nie.




Maksymilian Kurek, robotnik z Solca Kujawskiego, pojawia się w doniesieniach prasowych już w roku 1934 - wtedy to w należącym do niego lokalu doszło do poważnej bójki, której jeden z uczestników o mało nie przypłacił życiem:


Na zdjęciu figuruje ze swoim towarzyszem, Marcelim Muellerem. Ci dwaj dziarscy mężczyźni  z grupą bliższych i dalszych współpracowników terroryzowali wsie w Wielkopolsce i na Pomorzu; schwytano ich i postawiono przed sądem w Bydgoszczy 16 X 1935 i stąd wiemy, jak długa lista oskarżeń na nich ciążyła:


Sądy były wtedy prędkie, wyrok zapadł już po trzech dniach. Kara dziś wydaje nam się bardzo surowa, ale wówczas za morderstwo rabunkowe można było trafić na szubienicę, nie wiem więc, która ze stron złożyła apelację - czy obrona, czy prokurator. Tak czy owak, sąd apelacyjny wyrok utrzymał.



I tyle tej było by tej historii... gdyby nie wspomniany pobieżnie rolnik Lepper z Czarnowa koło Chojnic. Bowiem, jak mówią mądre źródła, historia rodziny Andrzeja Leppera jest nie tylko związana z tymi właśnie okolicami (Pomorze Środkowe), ale i zaskakująco długa.

Nazwisko to, po raz pierwszy odnotowane w Brandenburgii w XIII wieku, pochodzi od łacińskiego określenia trądu. Lepperowie byli możnym patrycjuszowskim rodem z Poczdamu (herb: dziki człowiek z mieczem w polu złotym, po bokach dwa lwy złote w polach błękitnych, w klejnocie tenże sam dziki mąż) i przybyli do Słupska pod koniec XVII wieku. Zajmowali się handlem na wielką skalę - niestety, prapradziadek przyszłego polityka, Vincas Lepper, zbankrutował w roku 1801, kiedy flota wojenna zatopiła jego statki handlowe z wielkim ładunkiem herbaty, wiezionym z Indii. Jego syn, Józef, nie miał już żadnego majątku, a ojciec Andrzeja Leppera był skromnym brukarzem, który nie przyznawał  się do swojego szlacheckiego, patrycjuszowskiego pochodzenia. Stąd możemy też wnosić, że Marceli Mueller i Maksymilian Kurek, łupiąc jednego z Lepperów w roku 1935, zanadto się nie obłowili.


Za: album zdjęć, "Kurjer Bydgoski" 10 IV 1934 i 17 X 1935, "Słowo Pomorskie" 19 X 1935, "Gazeta Szamotulska" 13 II 1936; informacje genealogiczne, zgromadzone przez Polskie Towarzystwo Heraldyczne, opublikowane na blogu www.cyklista.wordpress.com

sobota, 12 października 2013

Bezkarne zbrodnie zbójeckich dynastii szlacheckich vol. II

Obiecałem jeszcze słów kilka o najgroźniejszej dynastii zbójców szlacheckich, a mianowicie - o Stadnickich, bo i oni mieli swój epizod lwowski, kiedy to starli się z możną rodziną Korniaktów, uszlachconych mieszczan Lwowskich o greckim rodowodzie.

Stanisław Stadnicki, zwany "Diabłem Łańcuckim"
Korniaktowie (Carneadi), pochodzący z Krety, a mieszkający również w Konstantynopolu i na Wołoszczyźnie, osiedlili się w II poł. XVI wieku we Lwowie, gdzie wystawili okazałą kamienicę w rynku (później kupioną przez Sobieskich i przebudowaną na jeszcze bardziej reprezentacyjną Kamienicę Królewską). Przywieźli ogromne kapitały, którymi obracali w handlu (winem, tkaninami, futrami), dzierżawie ceł ruskich i lichwie - zajęli bowiem miejsce Fuggerów i Bonerów, stając się bankierami królów i najmożniejszych magnatów Korony i Litwy. Między ich dłużnikami był i Stadnicki, który wymienił się na dobra z Anną z Pileckich, otrzymując Łańcut, sowicie obłożony długami u Korniaktów, do czego dobrał jeszcze u nich trzydzieści tysięcy złotych. 

Konstanty Korniakt starszy

Stadnicki płacić nie lubił, ba, może nawet organicznie nie potrafił. Poczekał na śmierć seniora rodu, Konstantego (1603 r.) i wówczas wypowiedział Korniaktom prawdziwą wojnę: najpierw zaczął najeżdżać ich majątki, paląc i grabiąc dwory oraz mordując czeladź, zaś po przegranym procesie rozsierdził się jeszcze bardziej i na czele 1500 ludzi (m.in. Węgrów, Wołosów i Kozaków) zdobył zamek w Sośnicy, do którego - jako do najbardziej warownej ze swych posiadłości - Korniaktowie przenieśli się z całym majątkiem rodzinnym.  Z kobiet zdzierano drogie suknie - przy okazji zgwałcono żonę i córki Konstantego juniora - wyrywano z uszu kolczyki, starej Korniaktowej prawie odrąbano palce, na których miała kosztowne pierścienie. Łupy szacowano na 140 tysięcy złotych, do niewoli wzięto też Konstantego, którego Stadnicki torturował trzymał w lochu przez pół roku, a wypuścił ciężko chorego, wydobywszy od niego - uzyskane z przyłożeniem szabli do gardła - zrzeczenie się wszelkich pretensji o zajazd Sośnicy oraz długów wysokości 47 tysięcy. Diabłowi Łańcuckiemu za złupienie Korniaktów włos z głowy nie spadł, a kolejne wyroki sądowe przyniosły im groszowe rekompensaty.

Bezprawia, jakich dopuszczał się Stadnicki, nie mogą dziwić, skoro skazywanie szlachcica przez sądy miejskie było podówczas rzadkością; jak pisze Władysław Łoziński w "Prawem i lewem": Skazanie szlachcica schwytanego in recenti crimine przez władze miejskie po za Lwowem prawie nigdy się nie zdarza, a i Lwów, który oprócz większych praw miał także i większe siły do ich wykonania, ciężko nieraz za taki akt sprawiedliwości musiał pokutować — zdarzył się nawet w r. 1647 godny zapisania fakt, że szlachcic pewien nieznaczny, Piotr Kaliszkowski, skazany na ratuszu lwowskim za poranienie mieszczanina na 100 grzywien i na 6 tygodni więzienia, osiągnął formalny wyrok śmierci (poenam talionis videlicet colli) na całym urzędzie lwowskim, bo trybunał zadekretował, aby burmistrz i ławnicy dali głowy pod miecz katowski (eosdem capite plectendos esse demandat!) Nie spotykamy śladu, aby w któremkolwiek z najznaczniejszych po Lwowie miast województwa ruskiego magistrat śmiał ukarać szlachcica. Jeden tylko Halicz w roku 1610 wyjątkowo zdobył się na to. Urząd miejski pojmał za jakiś szkaradny występek Jakóba Jabłonowskiego, osądził go na śmierć i natychmiast ściąć kazał, o co wdowa po straconym wytoczyła miastu proces.

Zdarzały się za to, i owszem, samosądy mieszczan, którzy - czasem nie wyłączając kobiet, dzieci i, c o podkreśla Łoziński, Żydów - brali sprawiedliwość w swoje ręce. I tak w roku 1603, kiedy to Ramułtowie wyprawili w [Drohobyczu] krwawą awanturę i dwóch ruskich księży ranili a trzeciego, Fedora, popa Raniowskiego, zabili — przy najbliższej sposobności mieszczanie uderzają na gwałt w dzwony, napadają tłumnie na dwóch Ramułtów, srodze ich turbują, do uciekających szturmują w gospodzie, czeladź ich rozpędzają, tak że obaj szlachcice tylko cudownym sposobem uchodzą śmierci  chroniąc się do kościoła. Niejaki Jan Kurnatowski, który w roku 1618 wszczął burdę we Lwowie na ul. Św. Jana, zamieszkanej przez Ormian, został literalnie ukamienowany: Pod przewodem Krzysztofa Chaczki rzucili się ku niemu Ormianie i ukamienowali go dosłownie. Wszystko, co żyło na tej ulicy, nawet kobiety i dzieci — poczęło miotać kamienie na Kurnatowskiego, który padł trupem pod tym gradem pocisków. 
Najokrutniej chyba zemścili się mieszkańcy Kołomyi w roku 1613 na niejakim Tomaszu Błudnickim: Jadącego z Kołomyi do Lwowa tłum porwał z sanek i wśród okrutnego znęcania się nad pojmanym zawlókł do saporowieckiego lasu, następnie znajdujący się między tłumem pop Hrehory Oseredko, odwiódłszy nieszczęśliwego >w las na stronę od owej wielkiej gromady, przymusiwszy go, aby przyklęknął na ziemi, z urąganiem i bluźnierstwem wielkiem — opowiada syn Błudnickiego — przeciwko wierze św. katolickiej jadowicie spowiadać mu się przed sobą kazał, po której spowiedzi tenże pop naprzód sam rękami swemi rohatyną albo oszczepem srogim weń uderzył w pierś i aż na drugą stronę przebił, za czem i insi wszyscy hurmą wielką przypadłszy, kto jako i czem mógł, siekli, kłuli okrutnie, już zabitemu haniebnie rany rozmaite zadawali. Zabrawszy potem szkatułę z 2000 zł. i papierami, szablę, łuk, sajdak, i rozebrawszy zabitego do naga, na ostatek nie nasyciwszy się krwi jego, ciało obnażone na sanki ułożywszy tenże pop i z inszymi, których było do 400 albo 500 ludzi, mieszczan i przedmieszczan kołomyjskich, za spólną namową między błota bagniste w las daleko zawieźli i ciało nie wiedzieć gdzie podzieli, sława tylko ta jest, że w błotach i jezierzyskach utopili. Sług też dwóch nieboszczykowskich pojmawszy i także w las zaprowadziwszy pozabijali i potopili.

Takie numery jednak nie z Diabłem Łańcuckim, który jeździł nie z dwoma, a kilkuset sługami, więc mieszczanie raczej mu zagrozić nie mogli Dopiero kiedy rozpoczął spór ze swoim sąsiadem, Opalińskim, trafiła kosa na kamień - po wielu prowokacjach Stadnickiego, jak przesuwanie kamieni granicznych, torturowanie sług, porwanie karła Opalińskiej (sic!) czy zajazdy włości, Opaliński przyjechał z Wielkopolski, zebrał oddziały i wydał Stadnickiemu bitwę... w której poniósł sromotną klęskę i ledwo salwował się ucieczką. Powetował to sobie wkrótce, rabując podwody Stadnickiego, wiozące ze Śląska pieniądze, konie, kosztowności i wino, ale przede wszystkim wygrywając kolejną bitwę pod murami Łańcuta, który następnie gruntownie splądrował, wywożąc stamtąd niewyobrażalne wprost skarby. Równie niewyobrażalna była zemsta Stadnickiego, który, powróciwszy do swoich dóbr, w niesłychanie okrutny sposób potraktował swoich poddanych, podejrzewanych (słusznie chyba) o wzięcie udziału w rabunku, po czym począł pustoszyć ziemie Opalińskiego, zupełnie go rujnując.

Cała Rzeczpospolita z królem na czele usiłowała doprowadzić do ugody między przeciwnikami - i rzeczywiście, obaj stawili się w Trybunale Lubelskim, gdzie Stadnicki przyjechał nie na czele nie trzydziestu, jak mu kazano, a siedmiuset ludzi, i wszczął burdy, zastraszając sędziów i łupiąc mieszczan. Tu miarka się przebrała i lublinianie po prostu dali odpór czeladzi, gromiąc hajduków watażki i zmuszając Stadnickiego do kolejnej ucieczki. Mając nadzieję na obfite posiłki z Siedmiogrodu (planował bowiem osadzenie na tronie polskim, w miejsce znienawidzonego Zygmunta III, księcia Gabriela Batorego), Stadnicki spał spokojnie, a Opaliński tymczasem po troszeczku rósł w siłę i przekabacał stronników wroga. Wreszcie pod nieobecność "Diabła" najechał w lipcu 1610 roku jego fortecę w Wojutyczach pod Samborem, zrabował, pałac spalił, a dzieci i żonę pojmał, po czym oddał w opiekę krewnym. 20 sierpnia jego żołnierze dopadli samego Stadnickiego w lesie pod Chyrowem i położyli go trupem; Tatar Persa odciął mu głowę i zaniósł swemu panu.

Na placu boju pozostała pani Stadnicka, która miała się okazać niezgorszym ziółkiem; najpierw rozpoczęła walki o schedę po mężu - i broniła jej zbrojnie. Potem zaangażowała się w długi spór ze szwagrem o opiekę nad synami. Kasztelan sanocki, Marcin Stadnicki, chciał ich wychować na wykształconych obywateli - Stanicka natomiast miała swoje metody i plany wychowawcze, więc posługując się to oszustwem, to porwaniem, synów odzyskała. Zrobiła to jednak na swoją zgubę - tak wychowała trzech synów, zwanych Diablętami, że wkrótce sami przeciwko niej wystąpili, kiedy powtórnie wyszła za mąż za warchoła Poniatowskiego. Wypędzili z Łańcuta matkę i własną siostrę, Felicjanę, zagarnęli wsie i kosztowności. Po paru latach porwali z powrotem siostrę, co przyprawiło matkę o rozstrój i śmierć - w testamencie więc podzieliła majątek między męża a córkę, a synowie postanowili biedna Felicjanę trzymać w zamknięciu, by nie wyszła za mąż. Każdy alians w tej rodzinie kończył się konfliktem - uwięziona Felicjana więc rozkochała w sobie innego warchoła, dała mu się porwać, poślubiła go, powojowała u jego boku z braćmi, po czym zwróciła się przeciwko mężowi (uzyskała nawet unieważnienie małżeństwa w Rzymie) i stanęła po stronie braci. Młodzi Stadniccy też zresztą walczyli między sobą, walczyli bowiem nieustannie i z każdym, kto się nawinął, co wszystko ich przywiodło do smutnego końca.

Zygmunt zginął w jakiejś potyczce. Władysław zrobił sobie wroga w staroście Krasickim, rozpędzając sejmik - został przez Krasickiego najechany i złupiony; ścigany, schronił się w klasztorze w Leżajsku, gdzie go pojmano, zawiedziono do Łańcuta i tam bez sądu rozstrzelano na brzegu Wisłoka. Głowę odpiłowano i zaniesiono Krasickiemu (co było praktyką częstą), który wypłacił siepaczom stosowną nagrodę. W tym samym czasie przepadł ślad po trzecim bracie, Stanisławie, zwanym Diabełkiem, któremu - w przeciwieństwie do Władysława - udało się uciec wojskom Krasickiego; plotki podają, że miał trzy żony, z których jedną zadusił, a drugą utopił, jak odnotował Wacław Potocki w wierszu "Na Stadnickiego Diabełka". Wiadomo natomiast, co się stało z jedynym znanym jego synem, również Stanisławem: podczas Potopu obwołał w Bieczu króla szwedzkiego królem polski, został pojmany przez starostę i wydany katu. Tak oto w roku 1656 cała linia Diabła wygasła pod mieczem w Bieczu.

A co z odwiecznym wrogiem Stadnickich? Konstanty Korniakt dopiero na młodych Diablętach mógł sobie nieco powetować dawne straty. Kiedy bracia byli osłabieni bojami z siostrą i szwagrem, wymusił na nich w roku 1622 oddanie klucza żurawieckiego; Władysław Stadnicki chciał się na nim mścić, ale w drodze na zajazd zabił w sprzeczce jednego z przybocznych, przez co wszyscy towarzysze się od niego odwrócili, zostawiając go w szczerym polu. Korniaktowi więc wydano nie tylko klucz majątków, ale i zrabowane niegdyś w Sośnicy rodzinne klejnoty. Dwa lata później jednak Konstanty młodszy zginął w wojennej potrzebie, bijąc się z Tatarami. Z trzech jego synów najstarszy Michał zmarł w trakcie studiów w Rzymie podczas epidemii malarii (spoczywa w marmurowym grobowcu S. Maria in Aracoeli); drugi, Aleksander, zmarł jako 27-latek, zostawiając małoletnią córkę, Elżbietę. Dobra w Sośnicy i Hussakowie przeszły pod zarząd stryja, a trzeciego brata, Karola Franciszka. Uszczuplone przez niego znacznie, trafiły w końcu, ze ślubem Elżbiety, do Krasickich. Karol Franciszek był gruntownie wykształconym dworzaninem (w Krakowie, Grazu i Padwie), podróżnikiem (towarzyszył zapewne wujowi, Jerzemu Ossolińskiemu, w sławnym wjeździe do Rzymu) i wojownikiem: bił się ofiarnie w trakcie powstania Chmielnickiego i Potopu. Jednak na jego synach ród Korniaktów wygasł w początkach XVIII wieku. Na wszystko bowiem koniec przyjść musi. Również na tę opowieść.


Za: Jacek Komuda, Warchoły i pijanice, Krzysztof Bulzacki Rody lwowskie, Władysław Łoziński, Prawem i lewem.

poniedziałek, 9 września 2013

Bezkarne zbrodnie zbójeckich dynastii szlacheckich vol. I

Historia Polski jest - jak historia wszystkich chyba krajów - również historią zbrodni i bezprawia. Bezprawie Rzeczypospolitej Szlacheckiej nie mogło się równać z tym, co dziś mianem "bezprawia" określamy (w kraju zaskakująco jednak, zwłaszcza jak na nasze tradycje, praworządnym); przypominało bardziej to, co dzieje się dziś w Naddniestrzu albo innych półdzikich krainach - i to nie tylko gdzieś na Dzikich Polach, ale i w sercu kraju, we Lwowie.


W XVII wieku Lwów ze swoimi trzydziestoma tysiącami mieszkańców był drugim - po siedemdziesięciotysięcznym Gdańsku - co do ludności miastem Rzeczypospolitej Obojga Narodów; ustępował mu stołeczne: (do niedawna) Kraków i (od niedawna) Warszawa. Słynął z handlu, licznych i bogatych kościołów, pięknych kamienic. Równocześnie, jak widać, sobiepanowie Policcy mogli sobie po nim i po jego okolicach hasać ad libitum, za nic mając mieszczan, oburzonych na rabunki i morderstwa; pozwolili sobie na zarąbanie królewskiego urzędnika. Dopiero uśmiercenie szlachcica, Głembockiego, postawiło nieco tamę ich zbrodniom - ale nie na długo. Sprawiedliwość była sprawowana nie przez trybunały, a - jak na Dzikim Zachodzie - przez samozwańczych szeryfów i krewnych ofiar. 

Czemu Policcy tak długo się opierali sprawiedliwości - trudno orzec; być może chodziło tu o osobiste umocowanie w miejscowych władzach, być może o ogólny rozpad administracji i wymiaru sprawiedliwości w Rzeczypospolitej. Nie byli przecież jedyni; na Kujawach grasował zbójecki ród szlachecki Grabskich, zajeżdżających i rabujących sąsiedzkie dwory; nieco wcześniej w Teleśnicy w Sanockiem mieszkała inna sympatyczna rodzinka, Rosińscy. Mieli oni w zwyczaju zapraszać braci szlachtę do dworu, ugaszczać obficie, a potem skrytobójczo mordować; a że mieli na rozkazy cały oddział uzbrojonego chłopstwa, miejscowa szlachta bała się ich za te zbrodnie pociągnąć do odpowiedzialności. Dopiero po paru latach starosta Bal z bratem jednej z ofiar dokonał zajazdu na Teleśnicę; pojmał wprawdzie jednego z Rosińskich, ba, urządził mu nawet dla zabawy udawaną egzekucję, z pieńkiem, spowiednikiem i całym cyrkiem - ale potem, z radości, popił się z całą służbą i Rosiński mógł czmychnąć (co, oczywiście, przypomina słynne "zwycięstwo" szlachty nad rosyjskimi jegrami w "Panu Tadeuszu").

Najsłynniejsza ze zbójeckich rodzin to "Diablęta Łańcuckie", potomkowie najsłynniejszego chyba warchoła Rzeczypospolitej, Stanisława Stadnickiego, zwanego "Diabłem". Również ich historia wiąże się ze Lwowem, a w szczególności z tamtejszym rodem Korniaktów. Ale o tym w następnym odcinku...


PS: Drobne spostrzeżenie; artykuł historyczny napisał lwowski profesor, L. M. Czy rzeczywiście był profesorem (choćby gimnazjalnym) i ukrywał się pod inicjałami (być fałszywymi zapewne, bo iluż mogło być profesorów o takich inicjałach we Lwowie przedwojennym), bo to wstyd publikować pod pseudonimem? Czy też był dziennikarzem "Tajnego..." lub nieśmiałym autorem-korespondentem, który dla splendoru dodał sobie "prof." przed inicjałami? Tego nie dowiemy się nigdy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 37, rok 4, 9 IX 1934

wtorek, 15 stycznia 2013

Po ile Szekspir, po ile - kochanek?

Tym razem w dziale "Kurioza kryminalne" dwie wzmianki znad Sekwany, które pozwalają zaobserwować, że siła nabywcza franka w sądach francuskich była nader różnorodna; jeśli wnioskować z tych dwóch notek, sprawy obyczajowe były znacznie tańsze niż polityczne.


Wzmianka o skazaniu Szekspira może się wydawać groteskowa, ale w rzeczywistości sprawy miały się nieco inaczej. W początkach roku 1934 socjalistyczny rząd francuski był bliski upadku, a Action Francaise, niesławny ruch nacjonalistyczny, nawoływał do obalenia "chorej, zepsutej demokracji" na drodze ulicznej rewolty. W ramach tej kampanii przekonał kierownictwo Commedie Francaise do wystawienia "Koriolana" w nowym przekładzie autorstwa szwajcarskiego tłumacza, René Louisa Pichauda - nie był to jednak przekład sensu stricto, ale luźna wersja, swobodnie przełożona z angielskiego oryginału i zaadaptowana do potrzeb francuskiej sceny - choć, jak zauważają autorzy "Encyklopedii Szekspirowskiej, chodziło raczej o adaptację do potrzeb francuskiej polityki, czy raczej, dodajmy, francuskiej polityki widzianej przez Action Francaise. Sztukę tak wyreżyserowano, a tekst tak przycięto, by zabrzmiały jak komentarz do bieżących wydarzeń, a tłum Rzymian, manipulowany przez polityków, sportretowano jako bestie z obrazów Breughela. Wprawdzie do tak upragnionej przez Action Francaise rewolucji nie doszło, ale widownia teatru stała się polem walki, gdzie zwolennicy i przeciwnicy rządu ścierali się w sposób brutalny i zgoła nieparlamentarny.  Przeciwna strona polityczna też zresztą zachowała się idiotycznie, premier bowiem wylał dyrektora teatru i zastąpił go na stanowisku szefem policji, co budzi - słusznie - jak najgorsze skojarzenia. Tak czy owak, ukarano nie Szekspira, a Comedie Francaise, i to nie za tekst "Koriolana", a za jego politycznie zaangażowaną przeróbkę, której wystawienie miało prowadzić do obalenia legalnego rządu. Dziś, po tylu latach istnienia i sukcesów (zmiennych, dodajmy) teatru zaangażowanego politycznie, sporo się zmieniło i standardy polityczno-artystyczne z pewnością dozwalają na daleko idące manipulacje tekstami klasyków - taki wyrok więc dziwi, nawet jeśli żywimy zrozumiałą niechęć do ludzi, którzy chcieli w międzywojennej Francji wprowadzić dyktaturę.

A co z panią B.? Niedawno w "Wysokich obcasach" ukazał się tekst o parach, w których partnerów dzieli duża różnica wieku i o tym, jak są społecznie stygmatyzowane. Cóż, jak się zdaje, w tym przypadku mąż starszy o 36 lat był stygmatyzowany głównie przez własną żonę. Ciekawe, czy kara (nawet w tak niskim wymiarze) skłoniła ją do porzucenia amanta?

Za: "Tajny Detektyw" nr 36 rok 4, 2 IX 1934 





sobota, 6 października 2012

Książki oprawione w ludzką skórę, czyli coś dla miłośników makabry

Kiedy w 1934 roku "Tajny Detektyw" publikował tekścik o takich osobliwych egzemplarzach, młoda księgowa Ilse Koehler właśnie poznawała bankowca Karla Otto Kocha, rozwodnika. Po latach miała zasłynąć jako sadystyczna "Wiedźma z Buchenwaldu", która wybierała z transportów więźniów o ciekawych tatuażach, kazała ich zabijać, zdejmować z ciał skórę i, rzekomo, przerabiać ją na abażury.

Na razie jednak jest w miarę spokojnie. Kochowie pobiorą się dwa lata później, za rok on rozpocznie swoją karierę jako szef kolejnych obozów koncentracyjnych (Columbia Haus w Berlinie, Esterwegen, Sachsenhausen, Buchenwald i Majdanek), ona natomiast zostanie jego współpracownicą: najpierw sekretarką, później przełożoną strażniczek. Dodać należy, że w procesie nie udowodniono, że Ilse Koch faktycznie miała w domu abażury z ludzkiej skóry.  Pomimo dość szeroko zakrojonych badań nie znaleziono także potwierdzenia wiadomości, że posiadała oprawiony w skórę więźniów egzemplarz "Mein Kampf" czy albumy fotograficzne. Natomiast kilku naocznych świadków zeznało, że wybierała "ciekawe tatuaże" i  faktycznie, w Buchenwaldzie odkryto tylko kilka zakonserwowanych kawałków skóry z tatuażami (dziś są w archiwach w Waszyngtonie). Tak czy owak, wszystko to miało dopiero nadejść wraz z epoką krematoryjnych dymów, a tymczasem "Tajny" mógł pisać o książkach oprawnych w ludzką skórę w dziale CURIOSA KRYMINALNE  i to pod dość frywolnym tytułem: Do czego jest dobra skóra przestępców, jakby takie pomysły należały wyłącznie do zamierzchłej przeszłości.


Moda na wykorzystywanie ludzkiej skóry w celach bibliofilskich jest względnie nowa.  W XVIII wieku takie makabryczne oprawy miało w swoich zbiorach paru anatomów, którzy mieli względnie najłatwiejszy dostęp do "surowca" (zresztą jeszcze w 1861 roku filadelfijski anatom Joseph Leidy polecił oprawić własny egzemplarz swojej książki Elementary Treatise on Human Anatomy w skórę żołnierza, który zginął w trakcie wielkiej rebelii Południa). 

Prawdziwym przełomem była jednak pierwsza wielka rzeź czasów nowożytnych, czyli Rewolucja Francuska, gdy ciała "przestępców" były dostępne właściwie bez ograniczeń. Propaganda obozu królewskiego trąbiła na prawo i lewo, że wielka garbarnia skór w Meudon zaspokaja potrzeby republikańskiej armii korzystając właśnie ze skór ludzkich, co wydaje się jednak sporą przesadą. Ale krwiożercze czasy terroru, lubujące się w makabrze, zapisały się jednak w tej historii. W zbiorach paryskiego Musee Carnavalet przechowywany jest jeden z oprawnych w ludzką skórę egzemplarzy rewolucyjnej konstytucji (ten akurat ze skóry barwionej na odcień jasnej zieleni), podobnie upiększono również "Prawa człowieka" Thomasa Paine'a (gdzie tu dać dopisek nomen omen? Przy "prawach człowieka" czy przy wymownie brzmiącym nazwisku Paine?).

W wieku XIX francuski pomysł przeszedł na drugą stronę kanału La Manche, gdzie publiczna sekcja zwłok i  oskórowanie było, jak się zdaje, elementem symbolicznej kary. Wspomniana przez "Tajnego Detektywa" sprawa Williama Cordera była jedną z causes celebres początków XIX wieku i przypomina nieco fabułę Gnijącej panny młodej. W maju 1827 roku niejaka Maria Marten, dwudziestopięciolatka z hrabstwa Suffolk, rzekomo uciekła i pobrała się potajemnie ze swoim kochankiem, rzeczonym Williamem. W kwietniu następnego roku jej macocha, Ann Marten, po serii złowróżbnych snów, w których widziała ciało zamordowanej Marii w pobliskiej czerwonej stodole, zmusiła męża do przeszukania budynku - istotnie, znalazł tam ciało w stanie daleko posuniętego rozkładu, acz wciąż jeszcze nadające się do zidentyfikowania. Podejrzanego niebawem wyśledzono, złapano i zawiedziono do sądu. Po sensacyjnym procesie poszlakowym (do którego popularności przyczyniła się jeszcze warstwa metafizyczna, czyli powracający sen), Corder został skazany na powieszenie oraz - co ciekawe, podano to wyroku - oddanie jego ciała na badania anatomiczne. Po egzekucji, którą oglądało 7 do 20 tysięcy ludzi, zwłoki, wstępnie rozcięte dla ukazania mięśni tułowia, wyeksponowano w miejscowym sądzie - obejrzało je tam 5 tysięcy osób. Następnego dnia przeprowadzono pełną sekcję dla studentów anatomii uniwersytetu w Cambridge. Z twarzy zdjęto kilka masek pośmiertnych, przeprowadzono parabadania frenologiczne, sam szkielet zaś oczyszczono i przechowywano jako pomoc naukową do roku 2004, kiedy to po niemalże dwóch wiekach kości Cordera zostały skremowane. Faktycznie, w część zdjętej w trakcie sekcji skóry oprawiono opis procesu mordercy - egzemplarz ten do dziś przechowywany jest w Bury St. Edmunds w Suffolk:


Jest pewną prawidłowością, że takie oprawy nosiły akta procesowe lub inne teksty dotyczące przestępcy. Pierwszym chyba znanym tego rodzaju przypadkiem są akta jezuity Henry'ego Garneta, jednego z członków Spisku Prochowego (1605), oprawne ponoć w skórę zdjętą z jego twarzy lub z twarzą w skórze odciśniętą (jakim sposobem?) - choć, jak się zdaje, może być to późniejsze fałszerstwo:


Większość znanych przypadków pochodzi jednak z początków wieku XIX. Tak było w przypadku Johna Horwooda, osiemnastolatka powieszonego w Bristolu w 1821 roku za morderstwo ukochanej. Chirurg Richard Smith, który przeprowadzał publiczną sekcję, przesłał introligatorowi skórę i polecił oprawić w nią rozmaite dokumenty i druki ulotne dotyczące Horwooda. Ciemnobrązowa oprawa (wewnątrz, dodam, zachował się jeszcze rachunek od introligatora, opiewający na 1 funt i 10 szylingów) w każdym rogu przedstawia czaszkę ze skrzyżowanymi piszczelami, a w polu środkowym - szubienicę i napis Cutis Vera Johannis Horwood (Prawdziwa skóra Jana Horwooda):
W 1829 roku w Edynburgu powieszono niejakiego Williama Burke'a, który ze swoim pomocnikiem (uwolnionym za złożenie zeznań obciążających Burke'a) przez niecały rok zabił 17 osób po to tylko, by sprzedać ich ciała doktorowi Robertowi Knoxowi, przeprowadzającemu sekcje anatomiczne na edynburskim uniwersytecie. Ponieważ tym razem zależność między sekcją a morderstwami była bardzo bliska, ciało Burke'a poddano rozlicznym zabiegom: dokonujący sekcji lekarz napisał krwią zmarłego słowa: To napisano krwią W-ma Burke powieszonego w Edyburgu. Krew pochodzi z głowy. Szkielet i maskę pośmiertną wystawia do dziś uniwersytet, a ze skóry wykonano oprawę do notesu czy wizytownika (na ulicach sprzedawano również wykonane z niej portfele, ale były to chyba falsyfikaty): 



Szczególnym przypadkiem jest rozbójnik ze stanu Massachusetts, niejaki John Allen, mulat z Jamaiki, który grasował na drogach w okolicach Bostonu. Siedząc w więzieniu, spisał w 1837 roku Opowieść o życiu Johna Allena, znanego także jako George Walton, John Pierce, James H. York i Burley Grove, rozbójnika, będąca jego spowiedzią na łożu śmierci złożoną strażnikowi więzienia w Massachusetss. Dwa egzemplarze dzieła polecił oprawić w skórę ze swoich pleców (tak wyprawioną, że przypomina szarawą skórę jelenia) i jeden z nich ofiarować wykonującemu sekcję lekarzowi a drugi - Johnowi Fenno, który, ciężko ranny, bohatersko stawił mu czoła w potyczce i ostatecznie doprowadził do skazania napastnika. Tom, opatrzony napisem HIC LIBER WALTONIS CUTE COMPATUS EST ('ksiażka ta oprawna jest w skórę Waltona') przechowywany był przez wiele lat w rodzinie Fenno (używano go ponoć do bicia niegrzecznych dzieci), aż trafił do biblioteki Boston Athenaeum:


Znany jest też inny przypadek ofiarowania własnej skóry na oprawę księgi. Młody niemiecki student prawa, Ernst Kaufmann, pragnął zdobyć sławę jako pisarz - jednak, zawiedziony porażkami, wykonał w 1813 roku dwieście drzeworytów pod wspólnym tytułem Dwieście portretów sławnych mężów i po swojej śmierci polecił to właśnie dzieło wyposażyć w okładki z własnego grzbietu. Musiał być zresztą mężczyzną postawnym, bowiem w kolekcji dr. Wooda z Filadelfii znajdowało się kilka jeszcze tomów ze skóry Kaufmanna: Przypadki Idziego Blasa Lesage'a, dwa tomy Książki o doktorach i aż trzy tomy Episodes de la vie des insectes. 

Na Harvardzie oglądać można XVII-wieczny traktat o prawie hiszpańskim, opatrzony wyblakłym dopiskiem: Oprawa tey xięgi to wszystko co pozostało z drogiego przyjaciela mego, Jonasa Wrighta, który został żywcem oskórowany przez plemię Wavuma Czwartego Dnia Sierpnia roku 1632. Król Btesa dał mi tę xięgę, będącą w posiadaniu biednego Jonasa, wraz z pasem jego skóry do oprawienia teyże. Requiescat in pace.

W tej galerii osobliwych przykładów nie może także zabraknąć historii słynnego popularyzatora astronomii, Camille'a Flammariona. Otrzymał on list od admiratorki swoich dzieł, w którym przedłożyła mu swoją prośbę. Owa - jak chce opowieść - umierająca na gruźlicę młoda hrabianka zapragnęła, by Flammarion oprawił w skórę zdjętą z jej pleców egzemplarz swojej kolejnej książki. Uzyskała jego zgodę i faktycznie, niedługo potem Flammarion otrzymał płat skóry, wykorzystany później do oprawy Les Terres du Ciel. Okładkę ozdabia złoty napis: Nabożne wypełnienie anonimowej prośby / Oprawa z ludzkiej skóry (kobiecej), 1882. 

Wróćmy jednak do notki w "Tajnym Detektywie". Wspomniany tam Henri Pranzini trudnił się głównie oszukiwaniem zakochanych w nim kobiet. Jedna z nich, paryska kurtyzana i jedna z królowych półświatka, Marie Regnault, znana także jako pani do Montille, na swoje nieszczęście zgromadziła tak znaczny majątek, że Pranzini postanowił ją zabić. A że mieszkała z pokojówką i jej dwunastoletnią córką, zabił wszystkie trzy kobiety, podrzynając im gardła, po czym wyjął z sejfu gotówkę i biżuterię wartości 40 tys. franków i zbiegł do Nicei. Tam, dzięki sprawności śledczych, został wkrótce ujęty w operze podczas przedstawienia "Cyrulika Sewilskiego" (który to cyrulik, jak wiemy, żył nie tylko ze sprytu, ale i ze stosowania brzytwy). 

Z uwagi na misterny plan morderstwa, którego nie będę tu streszczał, oraz samą brutalność wykonania, proces stał się sławny. Van Gogh był pewien, że Pranzini rzecz zaplanował w kawiarence, w której malarz często bywał, a nawet zorganizował wystawę obrazów - w Cafe du Tambourin, zwanej tak, bo wszystkie stoliki miały blaty z tamburynów. Czternastoletnia Tereska z Lisieux, dowiedziawszy się, że Pranzini nie zamierza się ukorzyć przed Bogiem, gorąco modliła się o jego nawrócenie. Wkrótce (mimo ojcowskiego zakazu czytania gazet) przeczytała w La Croix, że morderca wprawdzie odmówił spowiedzi, ale leżąc już na szafocie z głową w wycięciu gilotyny odwrócił się i trzykrotnie ucałował rany na krucyfiksie. Tereska, z właściwym sobie świętoszkowatym zadufaniem, stwierdziła, że to znak dany jej osobiście od Boga. Ja skłaniałbym się raczej do teorii, że człowiek na którego szyję za kilka sekund spadnie ostrze, zrobi wszystko, żeby ten moment odwlec.

A jak to było z pantoflami? Nijak chyba. W 1920 roku, czyli 33 lata po egzekucji Pranziniego, do redakcji Mercure de France przyszedł anonimowy list, w którym ktoś donosił, że w prosektorium z ciała przestępcy zdjęto nie tylko pośmiertną maskę, ale i skórę, bo jakiś policyjny urzędnik zamierzał w nią oprawić wizytownik. Kiedy jednak o sprawie dowiedział się prefekt policji, z miejsca kazał pochować "surowiec" razem z ciałem zgilotynowanego Pranziniego. Maska natomiast, a właściwie wykonany z wosku cały model głowy, łącznie ze zmierzwionymi włosami, istnieje do dziś i jest przechowywana w muzeum paryskiej prefektury policji:


Campi, kolejny słynny przestępca tej doby, jest bohaterem nader interesującej sprawy. Otóż w 1883 roku zatłukł on młotkiem przy Rue du Regard niejakiego pana Ducros de Sixt (zranił również jego siostrę, której udało się zbiec). Ducros był starszym gentlemanem, żyjącym ze zgromadzonych kapitałów, obficie przekazywanych na cele dobroczynne. Campi natomiast był bezdomnym włóczęgą bez zajęcia, który uparcie odmawiał wyjawienia prawdziwego nazwiska i imienia. Podał tylko, że nazywa się Michael Campi i urodził się w roku 1850 w Marsylii, ale w tamtejszych spisach taki obywatel nie figurował. Odmawiał też, z równą konsekwencją, wyjawienia przyczyny, dla której zamordował Ducrosa - z początku zakładano, że powodowała nim głęboka niechęć do społecznego establishmentu i dlatego uderzył w starszego pana, dobrodzieja ubogich. Przesłuchujący jednak nabrali z czasem przekonania, że była to planowana latami zemsta - za co jednak? Cóż, Campi do końca odmawiał wyjaśnień i zabrał tę tajemnicę do grobu.

Z rozmaitych źródeł można się dowiedzieć, że po śmierci jego ciało zabrano do prosektorium, gdzie dr Jean-Baptiste Labord próbował reanimować ściętą głowę dopływem świeżej krwi ze zdekapitowanego psa. Bezskutecznie zresztą - sztuczka ta udała mu się dopiero w roku 1887 z głową niejakiego Gagny'ego (głowa poruszyła powieką i szczęką, ale zmarły nie odzyskał przytomności). Skórę faktycznie zdjęto z ciała i oprawiono w nią - w zależności od relacji - albo akta procesowe, albo egzemplarze opisu sekcji zwłok. Przy okazji z małego kawałeczka skóry Campiego, z fragmentu powrozu wisielca i z przebitej monety wartości jednego sou wykonano policyjny amulecik, który trafił później do kolekcji antropologa Adriena de Mortilleta, a wraz z nią został sprzedany do londyńskiego Wellcome Museum, po czym przeniesiony do Pitt Rivers Museum w Oxfordzie, gdzie znajduje się do dziś:



Jeśli zaś chodzi o dzieła inne niż akta procesów... Cóż, bracia Goncourtowie wspominali, że stażyści szpitalni pozyskiwali skórę z kobiecych piersi, by oprawiać obsceniczne dziełka dla zamożnej arystokratycznej klienteli z Faubourg Saint-Germain. Pojawiają się również wzmianki o ozdobionym w ten sposób tomie, mieszczącym wczesne wydania Justyny i Julietty de Sade'a, z - co się zdarzało - sutkiem użytym jako rodzaj ornamentu. Pewien introligator wspominał, że dla niejakiego doktora V. wykonał kilka opraw z ludzkiej skóry, w tym  L'eloge de seins Merciera de Compiegne z podobnym użyciem damskiego sutka, a także Trzech muszkieterów Dumasa ze skóry ozdobionej tatuażem, przedstawiającym trzech walczących żołnierzy z czasów Ludwika XIII. W skórę szczurołapa i żonobójcy George'a Cudmore oprawiono fragmenty "Raju utraconego" Miltona (i to w wiele lat po egzekucji w 1830 - użyto bowiem wydania z 1852 roku, więc surowiec długo leżał u introligatora), co miało może znaczenie symboliczne, podobnie jak użycie skóry powieszonego w 1818 roku Jamesa Johnsona do oprawienia słownika języka angielskiego pióra Samuela Johnsona (posępna zbieżność nazwisk - przypadkowa): zepsuty element społeczeństwa zostaje wykorzystany do ozdobienia szczytowych zdobyczy tegoż samego społeczeństwa. 

A żeby nie mieli Państwo wrażenia - jak 80 lat temu czytelnicy "Tajnego Detektywa" - że takie pomysły należą do przeszłości, dodaję jeszcze w miarę współczesny dopisek. W Bailey Library w Slippery Rock University w stanie Pennsylvania przechowywany jest tomik hiszpańskich erotyków niejakiego Tere Medina, El Largo Viaje, spisany w roku 1972 i opatrzony następującym napisem: Plemię Aguadila z płaskowyżu Mayaguez zachowuje skórę zdjętą z tułowia zmarłych członków plemienia. Wprawdzie większość skóry pożytkowana jest przez Aguadilów, część jednak trafia na wolny rynek, którym zdradza niewielkie, acz stałe zapotrzebowanie na taki towar. Ta okładka jest świadectwem tego zapotrzebowania. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934  

wtorek, 15 maja 2012

Pies jako kość (niezgody)

W odwiecznym sporze o wyższości kotów nad psami (bądź odwrotnie), stałem zawsze po stronie kotów. Ale rozumiem, że niektórzy mają więcej sympatii dla tego drugiego (namolnego, natrętnego, śliniącego się i pozbawionego kociej godności) gatunku czworonogów - ba, w walce o nie czasami nie zawahają się pójść do sądu. Tak było osiemdziesiąt lat temu w Gdyni:


Nie wiem, jak ostatecznie zakończył się spór pomiędzy naczelnikiem Horbaczewskim a budowniczym Laskowskim, jaka była decyzja sędziego Pikora i ile natrudził się mecenas Turek. Jedno jest natomiast pewne: wilczur chciał być sługą dwóch panów z Goldoniego, łasił się to do naczelnika, to do budowniczego, a mało brakowało, że połasiłby się również do sędziego i mecenasa. A może i, kto wie, nawet do woźnego.

Co innego kot. Kot patrzyłby na to wszystko z niesmakiem i zajmowałby się swoimi sprawami. Kot bowiem nie ma pana. Kot jest panem.


Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

środa, 23 listopada 2011

Porady prawne dla kłótliwych

Obok Wiechopodobnej (acz krakowskiej) scenki z sądu pracy, gdzie toczyły się dysputy na temat tego, czy małżeństwo pracodawczyni jest dzikie, czy niedzikie, mamy szereg porad dla tych, którzy chcieliby się poprocesować i nie wiedzą, czy mogą. Jako że kłótliwość Polakom nie przeszła, proponujemy ten cenny samouczek.


Za: "Tajny Detektyw" nr 39, rok I (11 X 1931)

piątek, 20 maja 2011

Macierewicz sprzed lat, czyli skandal w Jassach

Każda epoka ma swoich zażartych tropicieli spisków - jako że właśnie opublikowano zestawienie odszkodowań, które Skarb Państwa musi wypłacić rozmaitym osobom, niesłusznie - jak stwierdził sąd - oskarżonym w Raporcie Macierewicza, przypominam skandal sprzed lat:



Co przypomina nam, że nie należy wyciągać daleko idących wniosków z papierów, w których jest bałagan jak w rumuńskim urzędzie....


Za: "Tajny Detektyw" nr 45, rok I (22 XI 1931)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Rekolekcje: melancholijny obrazek z okazji Wielkiego Tygodnia.

Tym razem bez witzów i szpasów: nieciekawa, właściwie, notka o powieszeniu przestępcy, byłego bolszewickiego komisarza, który grasował przez całe lata w okolicach Łomży. Po czterech latach rabowania i siedmiu kolejnych ukrywania się, idą, prowadzeni pod obstawą policyjną, rozbójnicy w przydużych płaszczach i więziennych czapkach. Takie tam barabasze łomżyńskie. Pod rozwagę tęskniącym do kary śmierci.



Za: "Tajny Detektyw" nr 44, rok I (15 XI 1931)

wtorek, 18 stycznia 2011

Ala Labello w składzie towarów łokciowych i Kandyd na wyścigach.

Tajny Detektyw troszczy się również o morale i wiedze prawną P. T. Czytelników, ofiarowując im do wglądu casusy prawne i łamigłówki etyczne, które ujmują swoim staromodnym czarem (tuż obok pełnokrwistych zdjęć ofiar i sążnistych opisów zbrodni). Tym razem Ala Labello w swej niedościgłej roli (u jej boku chlebodawca, grany przez Żabczyńskiego, który ma mieć w Warszawie swoje rondo, tylko nie wiadomo które; proponuję rondo borsalino) i rozpaczliwa historia o nadmiarze złotych polskich.




Za: "Tajny Detektyw" nr 44, rok I (15 XI 1931)

środa, 6 października 2010

Temida podmyta, czyli Rosół Agata w sądzie grodzkim

Kiedy byłem małym chłopcem, hej, czytywałem Wiecha. I myślałem, że Wiech zmyśla i koloryzuje. Koloryzuje - być może. Zmyśla? Bynajmniej. Oto doszpikowo wiechowata opowiastka z sądu grodzkiego o Rosół Agacie, z życia, z ławy sądowej wzięta:

 

Za: "Tajny Detektyw" nr 38, rok I (4 X 1931) 

wtorek, 28 września 2010

Figle lingwistyczne z trupem w tle

Międzywojnie to czas literackich awangard i lingwistycznych rozrywek - byli na nie czuli nawet dziennikarze "Tajnego Detektywa", o którym świadczy ten "feljeton z kół prawniczo-literackich" (wraz z opublikowanym w poprzednim wpisie składały się na wspólne dzieło pod nazwą "Dwie zbrodnie za murem cmentarnym").

Piękny dramat na ulicy Pięknej, mąż Kochanek, Kochankowa zabita za posiadanie kochanka, kochanek a wszystko to "dziwna geometrja naszych, powojennych czasów"! Wypieki na twarzy, tłuczek w miednicy!

 

Za: "Tajny Detektyw" nr 38, rok I (4 X 1931)

niedziela, 26 września 2010

Nieznana karta z życia Andersa czyli "bo wyrok był za słony"



W ramach intermezzo - ciekawostka jurystyczna z międzywojennego Berlina specjalnie dla naszych mizogińskich.




Za: "Tajny Detektyw" nr 38, rok I (4 X 1931)