Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2021

Na przykład Majewski

Bywa, że album nie ułatwia zbytnio zadania. Bo cóż to jest - zdjęcie dwóch facetów, z których jeden jest podpisany "Majewski"? Nazwisko należy do najbardziej popularnych w Polsce, pojawia się niemal w co drugim numerze "Gazety Śledczej". Obaj ogoleni na łyso (może w areszcie?), u góry szczupły młody chłopak, niżej starszy od niego facet z okrągłą głową, śniadą cerą i ciemnym wąsem. Na tabliczce coś niewyraźnego, po prawej z trudem odczytałem parę liter... pewnie ŚLEDCZY, z dłuższego napisu WYDZ. ŚLEDCZY. 



Kwerenda pokazała, że słynny przestępca Majewski był wówczas jeden: bandyta Wacław, grasujący w okolicach Garwolina i Siedlec. Znany był z tego, że chodził, trzymając pistolet i w prawej, i w lewej dłoni, i prał z obu, jak rewolwerowiec z Dzikiego Zachodu. We wrześniu na przykład - jak donosiło "Siedem Groszy" - napadł na żydowskiego kupca, Abrama Chigera:



Niedługo potem, w połowie grudnia 1935 roku, wymordował rodzinę Bielawskich we wsi Cielądz, skrępował ich, po czym zastrzelił matkę, ojca i dwójkę dzieci. Nie wiedział, że Antoni, któremu strzelił w głowę i klatkę piersiową, przeżył i został odwieziony do szpitala w Rawie. W sumie Majewski był poszukiwany w 68 sprawach za rabunki i morderstwa, a na sumieniu miał 19 osób. Tyle, że "Gazeta Śledcza", wewnętrzny okólnik policyjny z listami gończymi, publikowała jego dane szczegółowe - nie ma mowy, żeby facet z głową krągłą jak rzodkiewka i wąsem miał 27 lat, "oczy szare" i "twarz pociągłą".

*

Wtedy jednak coś zwróciło moją uwagę w opowieści ze "Śląskiego Kuriera Porannego" - otóż Bielawskich zamordowano za poduszczeniem ich sąsiadki, a wydał ją policji przyzwoity niewidomy mąż, który wiedział, że miała konszachty z niejakim Szynklerem, wspólnikiem Majewskiego:


Wspomniany Stanisław Szynkler miał lat czterdzieści, był Cyganem (co wyjaśniałoby śniadą karnację), a wtedy podpis Majewski oznaczałby nie jego, a mężczyznę u góry - faktycznie szczupłego, z pociągłą twarzą i wyglądającego na dwudziestoparolatka. Co więcej, dopiero wtedy skojarzyłem, że napis na tabliczce wcale nie brzmiał ŚLEDCZY tylko SIEDLCE, bo z innego, wyraźniejszego zdjęcia wiedziałem, że użyli tam dość ozdobnego, nietypowego D. Byłem w domu, to Majewski z Szynklerem.



*

Szynkler, jak wiadomo, został zaaresztowany po morderstwie, a Majewski postanowił przenieść się gdzie indziej. 7 stycznia 1936 roku w Warszawie na Targowej paru mężczyzn wpadło do kantoru loteryjnego Langera, skrępowało kasjerkę kolektury, Ostrogórską, i wygarnęło z kasy 1762 złote. Dwa dni później, w czwartek 9 stycznia, kasjerka składała zeznania na policji i pokazywano jej przestępców zatrzymanych podczas obławy - nikogo nie poznała, ale zaraz potem gruchnęła wieść, że sprawcy napadu bawią się w restauracji "Miła Niespodzianka" przy Żelaznej 95. Sytuacja potoczyła się dramatycznie, jak donosił w kolejnych tekstach "Goniec Częstochowski":



Przez pewien czas nie było wiadomo, kto był drugim z zabitych napastników, ale okazało się, że to właśnie poszukiwany przez policję listem gończym słynny Wacław Majewski, bandyta garwoliński:

A zatem wszystko jasne: znaleziono pieniądze zrabowane zamordowanym Bielawskim, odkryto przestępcę, zabito go, rozpoznały go liczne ofiary spod Siedlec i Garwolina, causa finita. Tylko ta Ostrogórska jakoś złośliwie nie rozpoznawała w zwłokach napastników.

Nie trzeba tu, oczywiście, Poirota, żeby domyśleć się, w czym rzecz. Świadkowie zwiezieni spoza Warszawy rozpoznawali przestępcę, ale zupełnie innego. Na zapleczu "Miłej Niespodzianki" niemiła niespodzianka spotkała prawdziwego Majewskiego, gdzie nakryto pewnie jego nową warszawską melinę, ale nie miał on nic wspólnego z napadem na kantor loteryjny - gdyby miał, to może nie pozostawiłby Ostrogórskiej przy życiu. 

W miesiąc od napadu policja zatrzymała prawdziwych sprawców, praskich rzezimieszków, dwóch dziewiętnastolatków i pomagającego im trzydziestosiedmiolatka, o czym donosiły "Echo" i "Goniec Białostocki":


Ostrogórska zatem słusznie upierała się przy swoim, bo dzięki temu policja dotarła do prawdziwych sprawców. Majewski zaś wpadł, i to ze skutkiem śmiertelnym, ale tym razem zupełnie za niewinność. Podobnie jak w moim albumie, doszło do pomyłki - ale z czasem prawda wyszła na wierzch.


Za: album policyjny, "Siedem Groszy" z 15 IX 1935, "Gazeta Śledcza" z 12 XI 1935, "Śląski Kurier Poranny" z 30 XII 1935, "Goniec Częstochowski" z 11 i 12 I 1936, "Echo" z 9 II 1936 i "Goniec Białostocki" z 10 II 1936. 

czwartek, 4 października 2018

Trzech muszkieterów z Warszawy

Trzej młodzi mężczyźni, wszyscy sfotografowani w Wydziale Rozpoznawczym Urzędu Śledczego w Warszawie. Dziewięć ujęć na jednej, dużej odbitce:


Gdzie dokładnie mieścił się Wydział Rozpoznawczy? Na tyłach ratusza - od frontu plac Teatralny, a na tyłach wąska uliczka Daniłowiczowska. Dziś ocalał z niej tylko pałac, wzniesiony dla podskarbiego wielkiego koronnego, Mikołaja Daniłowicza (stąd oczywiście nazwa ulicy), swego czasu siedziba znakomitej, zrabowanej przez Rosjan po III rozbiorze Biblioteki Załuskich, której ściany ozdabiały popiersia polskich królów. Popiersia zakopano, ze strachu, że Rosjanie je zniszczą, ale w 1821 odkopano i umieszczono na fasadach oficyn pałacu, a kiedy te rozbierano pod wytyczaną Hipoteczną -- przeniesiono na główną fasadę budowli i tak powstał znany nam dziś Dom pod Królami, obecna siedziba ZAiKSu. Wszystkie pozostałe budowle zostały wymiecione przez historię.

Ta część Warszawy była związana z więziennictwem już od początków XIX wieku, kiedy to w 1817 roku umieszczono tam siedzibę policji, w związku z przenosinami ratusza. Stary, przymały gmach na rynku zburzono i na nową siedzibę kupiono pałac Jabłonowskich i do 1819 przebudowywano go według projektu Lesslów ojca i syna. W 1823 dodano dwa elementy: belwederek na dachu, stanowiący podstawę pod telegraf optyczny, oraz właśnie areszt na tyłach. Na początku XX wieku uznano, że rosnące miasto potrzebuje solidniejszego więzienia i na wykupionej posesji przy Daniłowiczowskiej 7 (dawny pałac Kabryta) powstał w roku 1914 monumentalny, sześciopiętrowy budynek z neorenesansową attyką, Areszt Centralny:


Wspomniany Wydział Rozpoznawczy mieścił się natomiast obok, pod adresem Daniłowiczowska 3, tam gdzie od stulecia działała warszawska policja. Janusz S. Majewski tak opisywał to biuro, posiłkując się artykułem Stanisława Targowskiego z 1925 roku:

W ciasnych pomieszczeniach urzędu śledczego przez kilkadziesiąt lat dwaj policjanci z tzw. biura specjalnego - panowie Kowalik i Kurnatowski - gromadzili kartotekę przestępców. Ilość akt była ogromna, a sam urząd jeszcze przed 1914 r. cieszył się dobra opinią wśród speców z miast europejskich.

Jak wyglądał w latach 20,. pisał Targowski. "Nastrój ciężki: czuje się już w powietrzu, że jest to lokal, w którym starają się fachowo prać zbrukane wszelkim występkiem sumienie. Kartoteki, półki, półki, tysiące fotografii, albumy. Tysiące fotografii z różnych okresów lat ubiegłych i bieżących. Klientela zaś różna: nie każdy umie zdefiniować, kogo chce znaleźć. Z ogólnych dopiero wskazówek poszkodowanego kartotekarz musi się zorientować mniej więcej, z jakiej półki i z jakiej serii podać fotografię i czy jeszcze dla danego przestępstwa mogą się przydać albumy dawniejsze". Były to zatem takie albumy, jak te, które trafiły w moje ręce, a z których pochodzi fotografia Żurka, Podgórskiego i Kudraszewa. Niestety, najpewniej spłonęły w czasie powstania.


O Kurnatowskim prasa pisała wówczas: Powszechnie jest znany jako polski Sherlock Holmes. Ma bogate doświadczenie, świetna pamięć, zimne nerwy i znajomość nieprzeciętną psychologii przestępców. Raz widzianej w życiu twarzy nie zapomni nigdy. Pamięta świetnie stosunki rodzinne i towarzyskie złoczyńców, (...) a co ciekawsze, klienci pana Kurnatowskiego, zwłaszcza ci bywali, lubią go i szanują. Nade wszystko wierzą mu. Pan Kurnatowski nieraz jest zmuszony dać słowo honoru złodziejowi, że spełni swe przyrzeczenie i... wiernie dotrzyma tego przyrzeczenia. Sam budynek przy Daniłowiczowskiej 3, w którym wspomnieni policjanci pracowali i pstryknęli te trzy zdjęcia, nie dotrwał do końca międzywojnia - pod koniec lat 30. biura przeniesiono, a mury wyburzono pod planowaną przez Starzyńskiego rozbudowę ratusza, która nigdy nie nastąpiła. 


*


Zdjęcie jest dość nietypowe, bo stanowi zlepek trzech mugshotów. W dodatku do albumu zostało wklejone w roku 1928, natomiast daty na fotografiach są o trzy do pięciu lat wcześniejsze: 1923 i 1925. Najpewniej wspólna sprawa, ale jaka?

Próbowałem dowiedzieć się czegoś o trzech - szczęśliwie podpisanych - panach: Aleksandrze Żurku, Józefie Podgórskim (niestety: bardzo częste zestawienie imienia i nazwiska) oraz Bazylim Kudraszewie. Najpierw znalazłem w łódzkiej "Republice" kawałek o Żurku, który w lutym 1927 roku z kolegami okradł sklep jubilera, mieszczący się bez mała w tym samym miejscu, co Wydział Rozpoznawczy: po drugiej stronie placu Teatralnego, na tyłach Teatru Wielkiego, w wystawnym Domu Dochodowym Teatrów Rządowych przy Trębackiej:




Teodor Szymański miał swój sklep jubilerski w jednej z najstrojniejszych kamienic tej części Warszawy, wzniesionej na początku XX wieku (1902-1905) z pieniędzy żyjącego w dobrych stosunkach z carskim dworem Adama Zamoyskiego. Projekt wykonał Stefan Szyller: budowla ciągnęła się wzdłuż Trębackiej i zakręcała na Wierzbową, a barok, renesans, klasycyzm i secesję łączyła w jedną eklektyczną i mocno tortową całość. Parter i pierwsze piętro zajmowały ogromne sklepowe witryny długiego pasażu handlowego, który dziś nazwalibyśmy galerią, a wyżej ciągnęły się trzy kondygnacje mieszkań, akcentowane wykuszami - czterema pomniejszymi, ciągnącymi się przez dwa piętra, i sześcioma większymi, dochodzącymi do dachu i tam zakończonymi wieżyczkami:




Dwie takie wieżyczki, widoczne w głębi po prawej, flankowały monumentalny wjazd na tyły Teatru, zaprojektowany z takim rozmachem, żeby dało się tamtędy wwozić wielkie elementy dekoracji scenicznych:




Niestety Dom Dochodowy został poważnie uszkodzony w czasie oblężenia Warszawy, potem jeszcze w powstaniu i ostatecznie wyburzony pod powojenną rozbudowę Teatru Wielkiego przez Pniewskiego. Jesienią 1939 roku Sylwester Braun zarejestrował zniszczenia:



Miejsce napadu nie było zatem przypadkowe: oprócz zakładu jubilerskiego Szymańskiego mieściły się tu m.in. luksusowy sklep Frageta, skład futer Małobęckiej, działający po dziś dzień (choć pod innym adresem, oczywiście) zakład krawiecki Zaremby i salon samochodowy Austro Daimlera. Żurek z kolegami wiedział, w co celować. Łup wartości 80 tysięcy złotych to była wówczas fortuna - ale, jak wiemy, niedługo się nią nacieszył. Sam Żurek, jak się dowiadujemy, mieszkał przy Rybaki 14 – w zagłębiu nędzy między Starówką a Wisłą, gdzie dziś ciągnie się Park Fontann. Z wszystkich podanych w gazecie adresów ten był najpodlejszy - zarówno oba domy na Czerniakowie, jak i kamieniczka "Pod Okiem Opatrzności" przy Freta były z pewnością pocześniejsze, niż jedna z wielu przypominających wiejskie chaty ruder na tamtym odcinku ulicy Rybaki, którą jeszcze w latach 30. wyburzono pod Dom Polaków z Zagranicy (budowany 1938-1939, nieukończony przed wojną, podczas jej trwania mieszkali tam bezdomni i uchodźcy).

O Podgórskim i Kudraszewie z początku nie udało mi się znaleźć niczego... prócz notki gazetowej (drugiej dostarczył mi Ryszard Mączewski, za co serdecznie dziękuję), która wyjaśnia, skąd pochodzi taka nietypowa kompilacja trzech mugshotów. Otóż w styczniu 1928 roku grupa sześciu więźniów, w tym Żurek (w jednej z notek zapisany błędnie jako Turek), Podgórski i Kudraszew uciekli z warszawskiego aresztu przy Długiej, gdzie odsiadywali wyroki. Chodzi o gmach Arsenału Królewskiego, wówczas pełniący funkcję więzienia, pod koniec lat 30. przebudowany by pomieścić bezcenne zbiory Archiwum Miejskiego, kompletnie spalone w powstaniu i po jego zakończeniu. Tak opisują ucieczkę "Goniec Częstochowski" i "Kurjer Warszawski":



Co wydarzyło się z nimi później? Dokładnie nie wiadomo, ale wszyscy wpadli - i to prędko, bo już 15 marca "Kurjer Warszawski"(znów nieoceniony Ryszard Mączewski!) donosił, że wpadł ostatni z uciekinierów, Wasyl (czyli Bazyli) Kudraszew, kieszonkowiec i włamywacz:



Ach, co to były za czasy, kiedy włamywacze miewali pseudonimy typu "Czerwony Waśka", a kobiety upadłe - "Kopiejka"!

*

Dlaczego jest ich tylko trzech, skoro uciekło sześciu? Łapano ich kolejno, jeden - Józef Śliwicki, nazywający się zresztą jak ówczesny sławny aktor, pracujący w Teatrze Wielkim - zmarł na wolności. Kiedy wykonano tę kompilację, dwaj inni pewnie już wpadli. Wielu wiadomości dostarczają kolejne notki, które znalazła Agnieszka Pospiszil. Wiemy już, że Kudraszew ukrywał się najdłużej - a to dlatego, że miał swoją misję na wolności. Chciał - jak donosił "Ekspres Zagłębia" - znaleźć i zamordować kochankę, która po jego aresztowaniu zajęła się, z musu, prostytucją:


Można zatem przyjąć, że Kazi nie zamordował i jakoś się z nią pogodził, skoro towarzyszyła mu w chwili aresztowania - ale to chyba błąd dziennikarza. W czasie procesu bowiem sądzono nie tylko pięciu uciekinierów (szósty, jako się rzekło, zmarł), ale również ich kochanki, pomocników i wspólników w personelu więziennym. Cóż się okazuje? Że ukrywała go pod łóżkiem - a chyba nawet w łóżku, jak można wyczytać z eufemizmów. Kazi natomiast nie odnaleziono, co może świadczyć, że zemsta mu się jednak udała.

Obie notki - kolejno w "Robotniku" i "Naszym Przeglądzie" - z procesu, który toczył się w maju roku 1929 roku, pokazują też, że była to profesjonalnie zorganizowana wielka ucieczka. Wprawdzie jeden z oskarżonych melancholijnie pytał "Czyż widząc tę dziurę można się było oprzeć?" ale robota była misterna. Po pierwsze, zaplanowana z pomocą klawiszy, z których jednego uniewinniono, a trzech skazano. Po drugie, pod murem straży pożarnej na Nalewkach czekały kochanki przestępców trzymające ukryte w bukietach kwiatów ubrania cywilne (!) a dalej czekał na wszystkich zamówiony automobil.




I tegośmy się doszperali w starych papierzyskach wspólnym wysiłkiem.


Za: album policyjny, "Goniec Częstochowski" z 21 I 1928, "Republika" z 22 II 1927 i "Kurjer Warszawski" z 17 I i 15 III 1928, "Ekspres Zagłębia" z 31 I 1928, "Robotnik" z 24 V 1929 i "Nasz Przegląd" z 25 V 1929.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Małżeńskie sprawki przyszłego powstańca

W roku 1932 w "Tajnym Detektywie" ukazał się - co dość rzadkie - anons zrozpaczonej żony, poszukującej męża. Pismo udostępniło swoje łamy dla sprawy osobistej i niekryminalnej zapewne z powodu sensacyjnego szczegółu: poszukiwany mąż był czarnoskóry, co dało asumpt do otwierającego notkę rasistowskiego komentarza o "czarnej skórze, która kryła niewiele jaśniejsze charaktery":




August Browne nie kazał długo czekać na odpowiedź, która ukazała się już w następnym numerze:



Niestety, podano tylko "wyjątki obszernego listu", a nawet i to nie, zwykłe streszczenie - przez co przepadł dokument, który mógł rzucić ciekawe światło na tę nietuzinkową postać.

August Agbola Browne urodził się w roku 1895 w dzisiejszej Nigerii, a do Polski trafił ponoć w roku 1922. Był faktycznie muzykiem jazzowym - ponoć średnim, ale ze znakomitą prezencją, eleganckim, obdarzonym wielkim urokiem osobistym. Z początku mieszkał być może w Krakowie - tam w każdym razie wziął ślub, tak sensacyjny, że informowała o nim prasa:



W roku 1932 w Krakowie przebywała nadal Zofia, autorka listu do "Tajnego Detektywa", oraz dwaj synowie państwa Browne: czteroletni Ryszard i trzyletni Aleksander. Ich ojciec mieszkał w Warszawie przy ulicy Złotej - miał stamtąd blisko do lokalu Caveau Caucasien, który mieścił się w piwnicach Filharmonii.  Być może to on był pierwowzorem spolonizowanego czarnoskórego jazzmanna z opowiadania "Melba" Zdzisława Kleszczyńskiego, które ukazało się w roku 1928 w zbiorze "W latarni". Zosia, śliczna jak marzenie córka babci klozetowej, występuje w "Odeonie" jako jedna z trzech Sisters Fragonard. Jest Sylwester i stolica tak się bawi:


Kiedy wybuchła wojna, Zofia z synami, jako żona Brytyjczyka, trafiła do obozu przejściowego w Bytomiu i w październiku lub listopadzie 1939 roku wraz z innymi internowanymi została wymieniona na analogiczną grupę niemieckich cywilów zatrzymanych na Wyspach Brytyjskich. Wszyscy troje wyjechali do Anglii, natomiast sam Browne pozostał w okupacyjnej Warszawie. Trudnił się teraz handlem urządzeniami elektrycznymi - a oprócz tego współpracował z AK, kolportował prasę podziemną. Po wybuchu powstania walczył w Południowym Śródmieściu (pseudonim "Ali"), działał w łączności, w centrali telefonicznej. 

Po wojnie znów grywał na stołecznych estradach, a w 1952 lub 1953 roku wziął ponownie ślub z Olgą Miechowicz, z którą mieszkał przy Nowogrodzkiej 42. Kiedy tylko przyszła odwilż, postanowili wyjechać do Anglii, jeszcze w 1956 roku; tam też trzy lata później urodziła się ich jedyna córka, Tatiana. August Agbola Browne zmarł po dwudziestu latach, w 1976 roku, kiedy nikt już zapewne nie pamiętał wymiany listów na łamach "Tajnego Detektywa" blisko pół wieku wcześniej, w innym świecie, w innej rzeczywistości.


Za: "Tajny Detektyw" nr 29 i 30, rok II, 29 III 1932, "Światowid" nr 34 (159), rok IV, 1927, Wojciech Karpieszuk, "Szeregowiec Ali", "Gazeta Wyborcza", 15 II 2011

sobota, 2 stycznia 2016

Jak oszukiwano na warszawskich wyścigach? vol. II - Bronisław Karwowski

Karwowski (Stefan) przeszedł do historii jako bohater słynnego serialu "Czterdziestolatek", inżynier, specjalista od budowy dróg i mostów. Ale okazuje się, że przed wojną na warszawskich wyścigach bywał inny Karwowski (Bronisław), zupełnie prawdziwy, specjalista w zgoła innej dziedzinie.


Karwowski próbował chachmęcić jesienią 1931 roku. Ale "Wisienka" biegała jeszcze w roku 1934, o czym informują "Nowiny Codzienne:

 

Wisienka była, jak czytamy, "koniem z prowincji" - i rzeczywiście, należała do hrabiego Ignacego Mielżyńskiego, zamożnego ziemianina z Wielkopolski (znanego patrioty, powstańca wielkopolskiego, niestety endeka). Majątek Iwno, wniesiony Ignacemu w wianie przez kuzynkę, Sewerynę Mielżyńską, był drugą co do wielkości stadniną w Wielkopolsce - istnieje ona zresztą po dziś dzień, podobnie jak iwieński pałac:


Nieco mniej szczęścia miał gmach, w którym Ignacy przyszedł na świat, czyli pałac w Chobienicach, ozdobiony na frontonie napisem "Nie sobie, lecz następcom", bowiem obecni właściciele raczej się o budowlę nie troszczą...


A na koniec - tabela gonitw z 15 sierpnia 1934 roku, z nazwami koni, które, jak dzisiaj, budzą niekiedy rozbawienie, zwłaszcza w zestawieniu z nazwiskami właścicieli, jak choćby "Figlarz Kronenberga" czy "Charleston Dydyńskiego":




Za: "Tajny Detektyw" nr 20, rok II, 15 V 1932, "Nowiny Codzienne", rok III nr 226, 15 VIII 1934

czwartek, 31 grudnia 2015

Jak oszukiwano na warszawskich wyścigach? vol. I - Szampańska zabawa

Wprawdzie sezon gonitw na Służewcu już zamknięty, ale dziś, w ostatnim dniu 2015 roku, nad szampanem, cavą i prosecco, składam Państwu najlepsze życzenia pomyślności w Nowym Roku 2016 i przedstawiam tekst "Gdy koń idzie pod doppingiem", z którego można się dowiedzieć, czym się różni dopping od dopingu, jakie były smutne dzieje "Złotego Arnolda", króla bukmacherów warszawskich, oraz po co poi się konie szampanem! Do siego roku!







A zatem nie tylko szampan, ale również - w zależności od oczekiwanego efektu - kokaina lub opium! Ej, panie dziejaszku, za sanacji nawet konie żyły luksusowo!

Oszustwa bukmacherskie różnego rodzaju są pewnie równie stare, co w ogóle konne wyścigi. Dla porządku dodajmy kilka faktów: w Warszawie pierwszy odnotowany przez historię wyścig konny wydarzył się w roku 1777, a pierwszy profesjonalny tor stworzono w I poł. XIX wieku wzdłuż ul. Polnej (wyścigi zresztą zawieszono na czas powstania styczniowego). Obok powstało - już w roku 1910 - pierwsze warszawskie lotnisko, Lotnisko Mokotowskie. Jednak z czasem okazało się, że obie instytucje wprawdzie korzystają ze względnie centralnego położenia, jednak potrzebują większych terenów. Lotnisko przeniosło się na Okęcie (1930), a tor wyścigów - na Służewiec właśnie, gdzie wspominane również w "Tajnym Detektywie" Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Polsce wykupiło z dóbr wilanowskich 150 hektarów (1926). Jednak do roku 1938 wyścigi odbywały się jeszcze na Polu Mokotowskim - nowy tor, najnowocześniejszy na świecie, prawdziwą perłę modernistycznej architektury, otwarto w czerwcu 1939 roku, ostatnie gonitwy odbyły się 31 sierpnia... W czasie wojny tor nie ucierpiał zbytnio, bo stacjonowały tam oddziały SS. Wyścigi wznowiono już w roku 1946.

I na pożegnanie: niewidoczny na górnych skanach portret "Złotego Arnolda w pięknym układzie fotomontażowym:



Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931

niedziela, 27 grudnia 2015

Ziemkiewicz, czyli żywot bibliokleptomana

W roku 1870 hrabia Władysław Plater wynajął zrujnowany szwajcarski zamek w Rapperswilu, wyremontował go i przeznaczył na emigracyjne muzeum poloników. Biblioteka Rapperswilska  obok Biblioteki Polskiej w Paryżu stanowiła najbogatszy bodaj zbiór druków i rękopisów doby Wielkiej Emigracji. Te niezwykle cenne zbiory (ok. 3 tys. dzieł sztuki, 2 tys. pamiątek historycznych, 20 tys. sztychów, 9 tys. medali i monet, 92 tys. książek, 27 tys. manuskryptów, 10 tys. fotografii, itp., a do tego serce Kościuszki w urnie) w roku 1927, zgodnie z testamentem Platera, otrzymała Biblioteka Narodowa i Muzeum Narodowe. Przyjechały do Warszawy specjalnym pociągiem pod nadzorem dyrektora Państwowych Zbiorów Sztuki (później kustosza Zamku Królewskiego), Kazimierza Brokla - w większości uległy zagładzie w 1944 roku, spalone przez Niemców z najcenniejszymi naszymi zbiorami bibliotecznymi (tutaj więcej o zagładzie warszawskich bibliotek).

Zanim jednak do tego doszło, grasował w zbiorach rapperswilskich niejaki Ziemkiewicz, bibliofil, zapalony białorutenista i postać arcyciekawa. I tak grasował, aż sobie wygrasował proces.






Historia opisana przez "Tajnego Detektywa" jest przedziwna, ale najwyraźniej prawdziwa - prócz chyba tej sugestii, że Ziemkiewicz przepuszczał pieniądze z rękopisów na seks z prostytutkami w warszawskich zaułkach.

O ile Romuald Ziemkiewicz podawał fałszywe wykształcenie i nie mógł się poszczycić dyplomem inżyniera, o tyle, jak się okazuje, miał całkiem spory dorobek naukowy jako białorutenista, specjalista od zabytków piśmiennictwa białoruskiego, i dziś jest uważany za jednego z badaczy, którzy położyli podwaliny pod tę naukę. Poza wszystkim jednak był bibliofilem-maniakiem, który nie cofał się przed kradzieżą; wynoszenie cennych druków i manuskryptów przewija się przez całą jego biografię, aż po tragiczny koniec - zgromadził dzięki temu cenną bibliotekę i od czasu do czasu publikował w periodykach rozmaite ciekawostki pod wspólnym tytułem "Z archiwum Ziemkiewicza." A oprócz tego był wtyką II Odziału Sztabu Generalnego i rozpracowywał wileńskie środowisko Białorusinów: usiłował na nie wpływać, niszczył niektórych działaczy, innych, ze względu na ich polskie sympatie, promował. Sam podawał się często za Białorusina z Kresów, ale był synem znanego warszawskiego drukarza.

W warszawskim gimnazjum realnym - pisze Dorota Michaluk w artykule "Jestem przyjacielem Białorusinów..." - zetknął się z wybitną postacią księgarskiego świata — Zygmuntem Wolskim, nauczycielem języka polskiego i znanym kolekcjonerem książek z różnych dziedzin, cennych opraw, exlibrisów, druków regionalnych. Uczeń związał się na tyle blisko z Z. Wolskim, że ten pozwalał mu porządkować swoją bibliotekę. W ten sposób pewnie zrodziło się wielkie zamiłowanie do kolekcjonowania książek, które wkrótce stało się esencją jego życia. [...] Za swojego mistrza uważał Michała Federowskiego, językoznawcę i bibliofila, wielkiego znawcę białoruskiego folkloru, Zainteresowania kolekcjonowaniem, a pewnie i rodzinne powiązania, doprowadziły Ziemkiewicza do znanego warszawskiego Antykwariatu Polskiego Hieronima Wildera przy ulicy Berga 8, gdzie pracował w latach 1906- 1907. Salon ten prowadził sprzedaż cennych, wyczerpanych druków, rękopisów, autografów, map i sztychów, głównie poloników. 

Niestety, jedno było stałe: wszystkich trzech swoich mistrzów okradał. Cytowany przez Michaluk warszawski bibliofil Jan Michalski tak go wspominał: Ziemkiewicz wkradł się w łaski Wolskiego i porządkując jego zbiory okradł swego nauczyciela. Powtórzyła się podobna historia z Fedorowskim (sic!). Pomagając temu w nazywaniu i sprzedawaniu książek, na których się znał, oraz przy opracowaniu notatek białoruskich, Ziemkiewicz poduczył się tego języka, został Białorusinem (przedtem z racji studiów w Kijowie uważał siebie za Ukraińca i zbierał książki w tym języku), a przy sposobności powiększył swoje zbiory kosztem mistrza. Powyciągał Fedorowskiemu cenne druki białoruskie, a nawet powyrywał z książek całe stronice. (...) Ziemkiewicz dostał się na pracownika do antykwarni Wildera i tu gospodarował po swojemu. Wpadł jakoś u Bisiera, któremu też coś zabrał. Podczas rewizji znaleziono w jego mieszkaniu książki Wildera. Groziło mu więzienie, lecz z Z. Wolskim wpłynęliśmy, aby pozwolono mu się poprawić. Nie przeczuwaliśmy, że mamy do czynienia z typowym okazem moral insanity. Ziemkiewicz miał bezwzględnie pasję do książek, gromadził je per fas et nefas i znał się na starych drukach. Dziwiło mię, że zgoła nie interesował się nigdy technicznymi książkami. Po sprawie warszawskiej wyjechał do Wilna, jako rzekomy Białorusin pisywał do gazet, wkradł się w łaski działaczy białoruskich i uzyskawszy wstęp do ich muzeum i biblioteki znów wzbogacił swoje zbiory. Musiał znów się stamtąd ulatniać, przybył do Warszawy, ożenił się i na jakiś czas zniknął z horyzontu warszawskiego. To właśnie w roku 1932 okazało się, że Ziemkiewicz kradł przez całe życie, od czasów, kiedy terminował u poważniejszych bibliofilów. "Polonia" podaje, z których konkretnie zbiorów pochodziły wyszabrowane przezeń cymelia, odkryte w czasie rewizji:





Rzeczywiście, przez całe lata pracował głównie jako działacz białoruski i, zarazem, polski agent (oficjalnie piastował stanowisko w NIKu - naczelnika wydziału, więc dość poczesne). Tymczasem jego prywatne zbiory, liczące 30 tys. woluminów, stale rosły w kamienicy na Chmielnej 68 - dziś nieistniejącej, a wówczas wyglądającej tak:


Było to wedle niektórych znawców najbogatsze archiwum białoruskie, niestety - zdobywane częściowo nielegalnymi sposobami. W roku 1932 wybuchła afera z rękopisem Norwida, rok później - z kartkami wyrwanymi ze sztambucha Maryli Wereszczakówny. Ziemkiewicz był skompromitowany, ale usiłowano z niego zrobić wariata, jak podawał "Nowy Kurjer": 


Ziemkiewicza skazano - do takich nieprecyzyjnych danych dotarłem - na kilkumiesięczne więzienie, nie zmniejszyło to jednak jego kłótliwości, bowiem w 1937 roku tak sobie poczynał, o czym pisały "Nowiny Codzienne":









Jak widać, proces niczego go nie nauczył. Data jego śmierci jest niepewna - różne źródła podają od 1940 do 1944 roku - został stracony przez Niemców w Auschwitz lub w Warszawie, najprawdopodobniej za kradzież cymeliów ze Stadtbibliothek Warschau, która gromadziła najcenniejsze stołeczne zbiory biblioteczne. A jego własna kolekcja? W całości przepadła. W roku 1944 wielki polski literaturoznawca, Juliusz Krzyżanowski, został poproszony o wycenę zbiorów przez rodzinę Ziemkiewicza:

W r. 1944 mój uczeń, Władysław Drapella, zapytał mnie, czy nie podjął- bym się oceny biblioteki, którą ktoś chciałby sprzedać. Odruchowo powiedziałem „Nie”, ale dowiedziawszy się, o co chodzi, propozycję przyjąłem. Okazało się mianowicie, iż na sprzedaż szły zbiory osławionego, niemal legendarnego bibliomana warszawskiego, Romualda Zie[m]kiewicza. Osobnik ten, znany z rozmaitych malwerscyj książkowych, został aresztowany przez gestapo, i siostra, zawiadomiona urzędowo o jego śmierci, postanowiła pozbyć się jego zbiorów. Dwa pokoiki na Chmielnej, gdy się w nich znalazłem wypełnione były po sufit przeróżnymi szpargałami. Drugie tyle, jak mi powiedziano, zgniło w wilgotnej piwnicy. Czego tam nie było! Stare rozkłady jazdy z pierwszych lat w. XIX, cenniki nasion, kalendarze, resztki nakładów, góry broszur z lat 1918-1921, resztki tek redakcyjnych najrozmaitszych czasopism białoruskich, bezcenne wydawnictwa folklorystyczne białoruskie, w naszych bibliotekach nie spotykane, garść starodruków, wśród których pierwsze miejsce zajmował piękny egzemplarz „Zwierciadła” Rejowego. Po miesiącu pracy w mieszkaniu, od paru lat nie opalanym, rozsegregowałem cały ten materiał i wyceniłem, tytułem honorarium zabierając wspomniane rzeczy o folklorze białoruskim, spalone rychło później w moim mieszkaniu na Starym Mieście. Resztę nabyło trzech bezrobotnych księgarzy i sprzedawało ku radości bibliofilów u Gebethnera i Wolffa na Zgodzie. Z całości wyłączyłem około 500 broszur z lat 1918-1921, które nabywcy zobowiązali się przekazać darmo Bibliotece Narodowej, wiedziałem bowiem, że publikacji tych o charakterze druków ulotnych w zbiorach jej nie było. Kolekcja ta uległa podobno zniszczeniu czasu wojny na Rakowieckiej. Wśród rzeczy, które wchodziły w skład mego honorarium, były również materiały rękopiśmienne z autografami pisarzy białoruskich, Janka Kupały i in., oraz części zbiorów M. Federowskiego. Wszystko to zresztą, zdeponowane w Bibliotece Ordynacji Zamoyskich i wywiezione do Piotrkowa, nie wróciło do mnie, zagubione czy zniszczone w toku ewakuacji

Paradoksalnie to, co się po Ziemkiewiczu zachowało to - prócz dzieł naukowych - jego donosy w wojskowych archiwach. Rękopisy, które, zapewne, najmniej poważał.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932, "Nowy Kurjer", 12 IV 1932, "Nowiny Codzienne", nr 195 z 1933, "Polonia", 9 IV 1932, Dorota Michaluk(Toruń)„Jestem przyjacielem Białorusinów...” — raporty wywiadowcze Romualda Ziemkiewicza do II OddziałuSztabu Generalnego WP z lat 1922-1923

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Witalis o krwawych rękach

W Polsce międzywojennej zamieszkało wielu "białych Rosjan", którzy nie mogli się odnaleźć w Rosji bolszewickiej, albo którym powrót do kraju groziłby śmiercią. Należała do nich rodzina Morozowów, bohaterowie tajemniczej tragedii na ul. Kawęczyńskiej w Warszawie.


W tej całej historii, nad wyraz zresztą dramatycznej, moją uwagę zwróciły dwie rzeczy. Po pierwsze wydaje się, że Witalis zbytnio nie zaznał życia - w wieku lat 35 mieszkał nadal z mamą i bratem, chodził do szkoły, wyższej wprawdzie, ale jednak - jeśli dobrze liczę - starszy o dekadę od reszty studentów. Rzucenie się do stóp urodziwej sąsiadki, atak na matkę, wreszcie zgłoszenie się do sowieckiego poselstwa sprawiają wrażenie, jakby w przeciągu jednego dnia chciał przeżyć wszystkie aspekty życia: w parę godzin miga tu miłość, śmierć i polityka.

Po drugie myślę sobie o białych Rosjanach. Mój pradziadek, Walerian Karnauchow, przyjechał do Polski ok. 1924 roku z miłości do mojej prababci. Oboje mieli po czterdziestce, kiedy w czasie I wojny rozkwitł ich płomienny, podwójnie pozamałżeński romans. Ona uciekła z rewolucyjnej Rosji w ciąży, by urodzić moją babcię w majątku rodziców pod Kielcami (w 1919), on zdołał się przebić dopiero pięć lat po narodzinach córki. Podejrzewali oboje, że po tylu latach carskiego okrucieństwa dziecko z rosyjskim nazwiskiem będzie prześladowane, więc moja babcia nosiła nazwisko pierwszego męża matki, który był oficjalnie jej ojcem. Jak się później okazało, było to zupełnie niepotrzebne - chodziła do szkoły z kilkoma córkami białych Rosjan, których wcale z tego powodu nie krzywdzono. Historia Witalisa to jednak przypadek szczególny - o ile mój dziadek nie miał wcześniej z Polską nic wspólnego, przyjechał tu już po odzyskaniu niepodległości, a z zawodu był adwokatem, o tyle stary Morozow był carskim sędzią śledczym, który działał w Warszawie (kto choćby pobieżnie zna historię walki caratu z Polakami, od razu złapie różnicę). Rozumiem, oczywiście, decyzję wdowy, która uciekła z dziećmi do miasta, które dobrze znała (może nawet do swojego miasta rodzinnego?), ale jednak synowie śledczego chroniący się przed bolszewikami w kraju niedawno okupowanym to ładne świadectwo polskiego stosunku do tych, którzy przegrali wojnę. 

Biednego robotniczego domku przy Kawęczyńskiej 8 już nie ma, po numerze 4a (ładny dom pomocy sióstr albertynek z początku lat 80.) następuje numer 12, gmach - czy może, sądząc po nietypowym kształcie, kawałek przedwojennego gmachu, w którym mieści się gimnazjum. Pomiędzy nimi rozciąga się dziura ze szczytową ścianą wielkiego bloczyska.

A Witalis Morozow? W toku procesu okazał się faktycznie szalony. I, jak podaje "Goniec Częstochowski", osadzono go w Tworkach, gdzie niegdyś leczył się jego ojciec, śledczy carskiej policji w mieście gubernialnym Warszawie.



Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932 oraz "Goniec Częstochowski", nr 138/1932, 18 czerwca 1932