Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2015

Rawlins, Smalls i Googles, czyli "Tajny" o klubach jazzowych w Nowym Jorku Vol. I

Klub jazzowy "Rawlins Paradise" na 135 Ulicy był tak sławny, że wiadomości o nim dotarły nawet na szpalty polskiej prasy, która sprzedała czytelnikom smakowite kawałki o skandalicznym zachowaniu  czarnego olbrzyma, Barneya Googlesa. Problem w tym, że taki lokal, jak się zdaje, nie istniał. Podobnie jak wspomniany olbrzym.


Dziwnie dziś czytać to, co polskie gazety pisały o innych rasach kilkadziesiąt lat temu - tak dalece odbiega to od dzisiejszego naszego widzenia. I nie chodzi mi wcale o rasizm - tu przykłady są znacznie bardziej oczywiste, wystarczy poczytać prasę katoendecką, gdzie nikt nie owijał w bawełnę. Mam na myśli niespójność, rozpięcie pomiędzy myśleniem krytycznym, równościowym, a stereotypami. Tekst w "Tajnym Detektywie" jest znacznie ciekawszy od przedwojennego szamba rasistowskiego: z jednej strony gwałtownie potępia stosunek białych do czarnych, mówi o linczach, brutalności, nierównościach społecznych, z drugiej - leci konsekwentnie najbardziej oczywistymi rasowymi przesądami:




A teraz przyjrzyjmy się bliżej. Przy 135 Ulicy - a w rzeczywistości przy Siódmej Alei pod numerem 2294 i pół, nieopodal skrzyżowania ze 135 Ulicą - faktycznie istniał klub "Raj", założony w 22 października 1925 roku nie przez żadnego Rawlinsa, ale przez Edwina Smallsa i stąd nazywał się "Smalls' Paradise" (na neonie brakło apostrofu, dlatego zazwyczaj nazwę podaje się z błędnie apostrofem błędnie ustawionym przed ostatnią literą, a nie po niej):


Smalls był potomkiem kapitana Roberta Smallsa, człowieka o nadzwyczajnej wprost biografii, który zasługuje na osobną notkę. Sam był tylko windziarzem, ale z czasem zdobył doświadczenie w prowadzeniu lokali - w roku 1917 założył Sugar Cane Club, o nazwie wyraźnie nawiązującej do rasistowskich fantazmatów, bo chodzi w niej przecież o plantację trzciny cukrowej, gdzie pracowali niewolnicy (choć, co ciekawe, klientela była głównie czarna). W rok później powstaje najsłynniejszy klub Harlemu, Cotton Club, który celuje dokładnie w ten sam stereotyp: oto miejsce, w którym biały może się przyjrzeć szaleństwom potomków czarnych niewolników. W Cotton Clubie, założonym przez boksera wagi ciężkiej, Jacka Johnsona, a przejętym przez pochodzącego z Anglii gangstera Owneya Maddena, murzyńscy wykonawcy i artyści (w tym Duke Ellington, Billie Holiday, czy niedawno zmarła Lena Horne) tworzyli "dziką, afrykańską muzykę", zwaną jungle music, a rewie pokazywały przesycone rasistowskimi symbolami sceny z plantacji i "Czarnego Lądu".  

U Smallsa było nieco inaczej. Przede wszystkim, Smalls' Paradise był największym, najsłynniejszym i jedynym pośród znaczących klubów Harlemu lokalem prowadzonym przez czarnego; o ile Cotton Club czy inne podobne miejsca działały trochę na zasadach opisanych w "Tajnym" (biała klientela przyjeżdża jak do zoo oglądać "dzikich z murzyńskiej dzielnicy", natomiast czarni, poza wykonawcami i garstką celebrytów, nie mieli prawa wstępu), o tyle Smalls miał zupełnie inne podejście i w jego "Raju" klientela była wielorasowa; miłośnicy jazzu i transgresji z bogatych, białych dzielnic mieszali się z harlemczykami. Co zamożniejszymi harlemczykami, dodajmy - dość powiedzieć, że średni rachunek na głowę wynosił cztery dolary, a zwykły robotnik zarabiał wówczas sześć do dwunastu dolarów tygodniowo. Wnętrza mieściły do półtora tysiąca gości i musiały przynosić krociowe zyski.

Do atrakcji należała nie tylko muzyka - przez pierwszą dekadę Charlie Johnson's Paradise Orchestra - i rewie (sam parkiet był ponoć niewielki), ale i tańczący, a nawet jeżdżący na rolkach kelnerzy. Jednym z nich był - w roku 1943 - niejaki Malcolm Little, wówczas osiemnastolatek, który po latach zyskał sławę jako Malcolm X, radykalny trybun ludowy, ważna figura w amerykańskim ruchu równouprawnienia czarnych obywateli. Panowała prohibicja, ale goście mogli po kryjomu pić z własnych butelek lub zamawiać alkohol "spod lady" u kelnerów, oczywiście po wyśrubowanych cenach. Pozostałe kluby zamykały się około trzeciej-czwartej w nocy i wtedy klientela spływała do Smalls' Paradise, gdzie rano organizowano słynne "taneczne śniadania".

Klub Smallsa był ponoć inspiracją dla "Czarnej Wenus", fikcyjnego lokalu z kontrowersyjnej powieści "Nigger Heaven" (1926) Carla van Vechtena, pisarza i fotografa, który był jedną z istotniejszych (choć białych) postaci międzywojennego "renesansu harlemskiego"; trudno powiedzieć, czy to prawda, ale faktem jest, że tak odebrali książkę właściciel, pracownicy i bywalcy Smalls' Paradise, w wyniku czego van Vechtena więcej tam nie wpuszczano. Przeniósł się do Cotton Clubu, który z kolei zaczął bojkotować w roku 1936 za rasistowski program - być może próbował w ten sposób odzyskać prawo wstępu do "Raju"? Nie wiem i nie wiem też, czy mu się to udało.

Ale wróćmy do relacji "Tajnego". Skąd w tej opowieści w miejsce Edwina Smallsa pojawił się Jim Rawlins? Nie mam pojęcia. Teoretycznie można przyjąć, że odkupił klub, wiadomo bowiem, że "Smalls' Paradise" został sprzedany przez swojego założyciela. Zanim upadł po sześćdziesięciu jeden latach istnienia (był najdłużej działającym lokalem w historii Harlemu), przeszedł przez ręce kilku jeszcze przedsiębiorców. Jednak pierwsza sprzedaż miała miejsce w roku 1954, o czym powiadamiał nowy magazyn dla Afroamerykanów, "Jet". A Percy Harris w 1954 to z pewnością nie Jim Rawlins w 1934.


Jeszcze ciekawszy wydaje się Barney Googles, ów olbrzym z Georgii, masywny kryminalista, który dobierał się do białych pań. Otóż Barney Google, owszem, istniał, a nawet istnieje, bo postaci fikcyjne nie umierają - to jeden z bohaterów popularnego komiksu gazetowego Barney Google and Snuffy Smith, publikowanego najpierw w "Chicago Herald", potem w "Examinerze", a w końcu w dziewięciuset gazetach na całym świecie. Był niewielkim facecikiem z wytrzeszczem oczu, wąsikiem, trzykrotnie mniejszym od swojej monumentalnej żony. Był także, o czym warto wspomnieć, kompletnie biały. Istniał, owszem, w Harlemie klub "Barney Google's" i może stąd redaktorzy wzięli ten pseudonim? Trudno orzec. Dość, że cała opowiastka jest sklecona ze zmyśleń, a podpisany pod tekstem John Green wszystko to pewnie spisał przy kawiarnianym stoliku w Krakowie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), "Jet", 25 lutego 1954, Wikipedia, Encyclopedia of the Harlem Renaissance, keepingupwiththejones-markjones.blogspot.com

niedziela, 9 września 2012

Dziewięcioro tancerzątek - vol. II "Klątwa Ziegfelda" w akcji

"Kiki", jako się rzekło, była tylko pretekstem do pisania o rewii Ziegfelda. Naprawdę chodziło o to, żeby poplotkować o girlsach z rewii, przepadających kolejno jak "Dziesięcioro Murzyniątek". W 1916 Carl Sandburg w debiutanckim - i, dodajmy, genialnym - tomie "Wierszy Chicagowskich" - zamieścił "Zbrukaną gołębicę", wiersz o takiej właśnie dziewczynie, na owe czasy bardzo odważny - nie tylko w tym, że mówił otwarcie o seksie, ale przede wszystkim w tym, że stawiał sprawy moralności zupełnie odwrotnie, niż w mieszczańskich salonach amerykańskich pań Dulskich.

Zbrukana gołębica

Powiedzmy sobie szczerze: ta pani nie była kokotą, dopóki nie poślubiła korporacyjnego prawnika, który ją wziął z rewii Ziegfelda.
Wcześniej nigdy od nikogo nie wzięła pieniędzy i sama sobie kupowała jedwabne pończochy za to, co zarobiła śpiewając i tańcząc.
Kochała jednego mężczyznę, a on kochał sześć kobiet i ta gra wpłynęła na jej urodę: coraz więcej pieniędzy na masaże i wysokie rachunki w salonach piękności.
Teraz prowadzi długi, sportowy samochód, całkiem sama, czyta w gazetach co jej mąż robi w międzystanowej komisji handlu, potrzebuje z roku na rok większego gorsetu i zastanawia się czasem, jak jeden mężczyzna radzi sobie z sześcioma kobietami.

Tekst w "Tajnym" pokazuje, że tycie i brak miłości nie było najgorszym, co mogło spotkać girlsę od Ziegfelda; szczerze mówiąc, amerykańska prasa ukuła wówczas, na wzór "Klątwy Tutenchamona", frazę "Klątwa Ziegfelda" (jeśli mam być szczery, klątwa faraońskiej mumii jest bardziej chwytliwa, niż klątwa broadwayowskiego impresaria):



Nie wiem, czy Allyn King rzeczywiście była "królową piękności południowych Stanów" - nic nie znalazłem na ten temat - natomiast z pewnością przeżyła trudne dzieciństwo, bo kiedy miała lat 10, jej ojciec, miejscowy lekarz, został zastrzelony przez nastolatka (ponoć dlatego, że dobierał się do jego siostry). Do Ziegfelda wstąpiła mając lat piętnaście, dwa lata później zastąpiła główną tancerkę (która odeszła z zespołu, bo Ziegfeld nie pozwalał na odwiedziny mężczyzn w jej garderobie). Ale dramatycznie chudła nie z powodu uwagi złośliwej koleżanki, tylko zapisów kontraktu. Około 1921 roku moda na krągłe damy ostała wyparta przez modę na chłopczyce i kontrakt wyglądał tak: Zaznacza się wyraźnie, że częścią tej umowy, i to częścią istotną, jest wymaganie, by w czasie trwania wspomnianej umowy [pracowniczka] nie zwiększyła wagi o więcej niż szesnaście funtów ani nie zmniejszyła jej o więcej niż dziesięć funtów, ani nie zmieniła żadnego z wymiarów swej figury o więcej niż półtora cala w stosunku do podanych: waga 115 funtów, obwód szyi 12,5 cala, biustu - 34 cale, ramienia - 11 cali, przedramienia - 7,5 cala, talii - 26 cali, bioder - 34 cale - uda - 18 cali, łydki - 12 cali, kostki - 8,5 cala; w przeciwnym razie mamy prawo rozwiązać umowę z tygodniowym terminem wypowiedzenia.
Po dwóch latach głodzenia się, rekonwalescencji w sanatoriach i mieszkaniu ciotki, po okresach depresji rzeczywiście popełniła samobójstwo, rzucając się z okna wspomnianego mieszkania na piątym piętrze w Greenwich Village - w liście pożegnalnym jako powód podała, że nigdy już nie wróci na Broadway.

Allyn King

Allyn King


*

Nic nie znalazłem na temat Flo Len (Florenz Ziegfeld był powszechnie nazywany "Flo" - czy możliwe, że Flo Len to przesłyszane Florenz?)  niewiele też wiem o wspomnianej później Cynthii Cambridge - są tylko zdjęcia, na jednym podpisano ją błędnie jako Cathleen.

Cynthia Cambridge

Cynthia jako Cathleen

Natomiast Peggy Davis, czyli Mary Margaret (bo takie były jej prawdziwe imiona) Townsend rzeczywiście rzuciła się z klifu. W sobotni wieczór, 28 marca 1931 w owej "Nicy" (czyli Nicei), wracając z suto zakrapianego przyjęcia, zajechała do Hotelu du Golfe, wychyliła dwie podwójne brandy, na odwrocie menu napisała pospiesznie pożegnalny liścik do męża, po czym wręczyła kelnerowi pokaźny napiwek, wybiegła z hotelu, wsiadła do samochodu i zjechała w przepaść z szosy Corniche. David Townsend, który dorobił się na Wall Street, oczywiście nie wierzył w samobójstwo, powtarzając, że żona była szczęśliwa w małżeństwie, bo miała do dyspozycji cały jego majątek, uwielbiała dom, który jej kupił (Villa Les Embruns w St. Jean Cap) i "wprawdzie miała skłonności do popadania w depresję", ale z pewnością powodem wypadku była brandy. Załamany Townsend twierdził, że liścik powstał dlatego, że Mary miała w zwyczaju zostawiać mu pod poduszką słodkie bileciki z czułymi słówkami, ale treści zupełnie nie rozumiał. Policja, nie chcąc go urazić, jako przyczynę śmierci podała "samobójstwo lub wypadek". Nie sposób jednak uwierzyć, by Townsend nie znał historii własnej żony. Mary Margaret Laird, córka komiwojażera, na Broadwayu zadebiutowała mając lat 9 i od razu zdobyła pewną sławę dzięki pięknemu głosowi i umiejętnościom tanecznym. Pierwszy raz wyszła za mąż mając lat 12 lub 14 (Ziegfeldówki notorycznie ujmowały sobie wieku) - za 43-letniego pułkownika J. A. Daviesa, ale małżeństwo po roku anulowano, okazało się bowiem, że Davies miał już jedną żonę w Teksasie - ponoć na już na trzeci dzień po ślubie pułkownikowi doręczono telegram, z którego dowiedział się, że małżonka właśnie powiła bliźnięta. Rok później Mary wyszła za Josepha Graftona, który podawał się za milionera z Pittsburga - ale po pięciu dniach wyszło na jaw, że miesiąc wcześniej wziął ślub z inną panią, a tak w ogóle to pań Grafton jest już ze cztery czy pięć, zatem i to małżeństwo zostało unieważniono. W 1923 roku zaręczyła się z baltimorskim maklerem, Napoleonem A. Worthtingtonem, ale matka nie pozwoliła na ślub - dodajmy, że nie matka Napoleona, ale Mary, niejaka Capitola (sic!) Laird. W końcu wyszła za Townsenda.

Napisany po czterech brandy liścik był nieczytelny (mąż twierdził, że to w ogóle nie jest charakter pisma Mary) i mnożyły się różne jego odczytania. Wedle jednej relacji miała przepraszać męża za to, co ma zamiar zrobić, i prosić go o opiekę nad córeczką. Wedle innej pierwsza część brzmiała: "Zaopiekuj się proszę mamą i maleństwem, zapłać 4 tys. franków Wally [niania - przyp. J.D.]. Jestem zmęczona życiem. To koniec.", druga natomiast, nieczytelna, dotyczyła powrotu na Broadway - co stanowiłoby jakieś odniesienie do historii Allyn King. Jednak w jeszcze innej relacji czytamy, że ostatnie zdanie brzmiało: "Wbrew twoim naleganiom nie zamierzam wracać na scenę."

Mary Margaret Davies

*

Marion Berrien - wówczas już nie girlsa, ale stateczna, acz młoda, wdowa po komandorze-poruczniku Marynarki, niegdyś znana jako Marion Day, zmarła śmiercią tragiczną i niewyjaśnioną - ze śledztwa wynikło, że po wyjściu gości  położyła się w szezlongu na werandzie i zasnęła, ćmiąc papierosa. Wiele wskazywało jednak na to, że źródło ognia było zgoła inne. Nie wykluczano podpalenia. Kiedy straż przyjechała na miejsce pożaru, w środku jarzyły się jeszcze lampy (elektryczne), a radio grało tak głośno, że jego dźwięk przebijał się przez trzaski płomieni.

*

Druga ofiara płomieni, czyli Helen Walsh, w artykule jawi się jako szczęśliwa miłość dziedzica fortuny, który dotaszczył jej zniekształcone, martwe ciało na brzeg - ale to tylko romantyczne sugestie. Walsh była sierotą po nowojorskim policjancie; mieszkała z matką i siostrą, utrzymując je z pensji modelki magazynie mód. Zauważona przez zawodowego poszukiwacza talentów, została zaangażowana do zespołu Ziegfelda i z miejsca zabłysła jako jedna z gwiazd sezonu, m.in. obok owego Harry'ego Richmana, który nie był żadnym "młodym milionerem" tylko śpiewakiem i aktorem, zamożnym (nomen omen) dzięki odnoszonym sukcesom. W niedzielny rejs wybrali się całą grupą znajomych z teatru, w tym z ówczesną kochanką Richmana - o ile dwie pozostałe aktorki w momencie eksplozji nie odniosły większych obrażeń, o tyle dwaj towarzyszący im mężczyźni, w płonących ubraniach przedarli się do kajuty, w której leżała Welsh - i Richman rzeczywiście wyniósł ją z walącego się pod płomieniami wnętrza. Wszyscy zostali dociągnięci do nieodległego pomostu i zabrani do szpitala. Welsh jęczała "Moja twarz... moja twarz..." - lekarze jednak byli dobrej myśli. Opatrzony Richman, owinięty bandażami, pobiegł do teatru i tego samego dnia grał jeszcze na scenie. Dopiero później miał się dowiedzieć, że do ran Helen wdało się zakażenie i nadzieja sezonu u Ziegfelda zmarła w poniedziałek wieczorem. Sześćdziesięcioosobowy zespół urządził specjalne przedstawienie ku czci ofiary eksplozji i całe zebrane w ten sposób pieniądze przekazano jej biedującym matce i siostrze.

Helen Walsh (po lewej u góry) i reszta gości z jachtu



*

Według doktora przyczyną śmierci 21-letniej Myrny Darby były udar słoneczny i nadmiar wysiłku przy pływaniu, jednak lubujący się w skandalach Ziegfeld powiedział mediom, że Myrna zmarła, bo serce jej pękło za sprawą młodego multimilionera, który zerwał zaręczyny. Reporterzy dostrzegli, że chórzystki Ziegfelda, śpiewające w trakcie pogrzebu, były tak wzruszone, że makijaż kompletnie im się rozmazał.


Myrna Darby

Myrna suto

Myrna skąpo
*

Jeśli piszemy o "klątwie Ziegfelda", to warto wspomnieć jeszcze o paru jej ofiarach, pominiętych przez "Tajnego". I tak Olive Thomas, znana mniej jako Ziegfeldówka, bardziej jako hollywoodzka aktorka, a najbardziej jako żona Jacka Pickforda (czyli szwagierka pierwszej gwiazdy kina niemego, Mary Pickford). I to Pickford, aczkolwiek nieświadomie, doprowadził ją do osobliwej śmierci: w 1920 roku para pojechała, jak to miała w zwyczaju, do Paryża. Olive i Jack zatrzymali się w Ritzu. Noc spędzili na zabawie, wrócili do pokoju o trzeciej nad ranem. Pickford być może zażył kokainę, a z całą pewnością był porządnie pijany - i zaraz zasnął. Jego żona natomiast sięgnęła po buteleczkę z płynem, stojącą na półeczce w łazience, bądź to sądząc, że jest w niej woda, bądź - że lekarstwo na sen. Niestety, był to silnie trujący roztwór chlorku rtęci: lek na chroniczny syfilis Pickforda, stosowany wyłącznie zewnętrznie. Olive od razu zbudziła męża, który wezwał lekarzy i usiłował ją ratować. Zabrana do szpitala, zmarła pięć dni później.

Olive Thomas

Olive pozowała również artystom. 



W 1930 roku popełniła samobójstwo - lub, jak sugerowała prasa, została zamordowana - Bobbie Storey,  "najśliczniejsza barmanka Londynu", która zrobiła karierę u Ziegfelda, po czym prędko wypadła z obiegu. Po trzech latach, nie mogąc znaleźć pracy, odkręciła gaz w kuchni. W jej portmonetce znaleziono ostatnią pięciocentówkę.


Wreszcie Kay Laurell, która w 1918 roku była w centrum wojennego tableau (stała na tle skrzyżowanych flag Francji i USA jako żołnierka w skąpym stroju, który miał udawać rozdarty przez Niemca mundur, odsłaniający jedną pierś - ponoć rząd francuski zamówił 200 tys. reprodukcji zdjęcia Laurell w tym stroju i rozdawał je rekrutom), zmarła w 1927 roku przy porodzie (lub, jak podają mniej godne zaufania źródła, na zapalenie płuc).

Key Laurell na wspomnianym zdjęciu - tutaj wyretuszowanym w strategicznym miejscu.

Key Laurell jako leśna baba-dziwo
*
Najzabawniejsza jest jednak kwestia owej wspomnianej pod koniec niesławnej Marion Davies. Marion była bowiem w istocie jedną z najsłynniejszych Ziegfeldówek - mniej za sprawą talentu (którego jej ponoć nie brakowało), bardziej - za sprawą wieloletniego romansu i związku z magnatem prasowym, Williamem Randolphem Hearstem  (to ona, jak można podejrzewać, pośredniczyła między Ziegfeldem a Hearstem w uzyskaniu pożyczki na budowę nowojorskiego teatru). Jak głosi plotka, wdała się w romans z Chaplinem, a zazdrosny Hearst, biorąc za Chaplina innego gościa na swoim jachcie, Thomasa Ince'a, pomyłkowo go zastrzelił. Ince'a rzeczywiście pochowano w dziwnych okolicznościach, nagłówki "Producent filmowy zastrzelony na jachcie Hearsta", które pojawiły się w porannych gazetach, w popołudniówkach znikły. Tak czy owak, wszechmocny Hearst ubóstwiał Davies i z pewnością byłby ją poślubił, gdyby pierwsza żona zgodziła się dać mu rozwód. Obsypywał Davies prezentami - kupił jej na przykład średniowieczny zamek w Walii - po latach, kiedy kochanek był w finansowych tarapatach, sprzedała posiadłość i wręczyła mu czek na okrągły milion. Wyszła za mąż dopiero po jego śmierci, małżeństwo zresztą nie należało do udanych. Pod koniec życia, jak wiele z tych Ziegfeldówek, które na przekór "klątwie" dożyły jednak późnego wieku, angażowała się w dzieła charytatywne. Zmarła na raka szczęki w 1961 roku.

Marion Davies

Skąd te rewelacje o teatrach zamierzających zerwać kontakty z Davies? Kochanką Diamonda była oczywiście inna Marion - Marion "Kiki" Roberts, o której wspominałem w pierwszej części tego tekstu, i która trafiła na okładkę "Tajnego". Czemu jakiś idiota pomylił jedną Marion z drugą? Cóż, niedawno któraś z zagranicznych redakcji przy tekście o artyście Arturze Żmijewskim umieściła zdjęcie aktora Artura Żmijewskiego. Nieudaczni dziennikarze istnieją od początków prasy i zapewne nigdy nie znikną.


PS: Często uważa się, że żona-śpiewaczka, beztalencie promowane przez obywatela Kane, jest wzorowana na Marion Davies - tymczasem modelem dla tej postaci w filmie Wellesa (który o Davies wyrażał się w superlatywach) była niejaka Ganna Walska (Hanna Puacz z Brześcia Litewskiego), niewyżyta sopranistka, która wyszła za sześciu kolejnych mężów (w tym dwóch milionerów), a oni namolnie promowali. Zwłaszcza zasłużył się na tym polu Harold McCormick: obrzydliwie bogaty syn wynalazcy żniwiarek elektrycznych. Być może tymi wysiłkami próbował coś jej zrekompensować: po rozwodzie z pierwszą żoną, córką Rockefellera zresztą, a przed drugim ślubem poddał się operacji przeszczepienia małpich gruczołów - była to wówczas szeroko polecana i bajecznie droga kuracja impotencji...


PPS: Pozwolę sobie zwrócić uwagę, że Empire State Building, szczodrze, bo aż dwukrotnie umieszczony w kolażu, był zupełną nowością - prezydent Hoover otworzył go raptem pół roku wcześniej.

PPPS: Parę lat po wydaniu "Zbrukanej gołębicy", Sandburg napisał jeszcze jeden wiersz o dziewczynie od Ziegfelda, a raczej - o dziewczynie Ziegfelda, czyli Annie Held (o której pisałem w poprzedniej części tego tekstu): "Electric Sign Goes Dark".



Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2 (24 I 1932)

piątek, 7 września 2012

Dziewięcioro tancerzątek - vol. I: dwie Polki i "Kiki"

Florenz Ziegfeld, syn imigrantów z Belgii i Niemiec, pomagał nieudolnemu tatusiowi w prowadzeniu nocnego klubu "Trocadero" w Chicago. I tak mu pomagał udolnie, że, stopniowo rozwijając interes, stworzył w końcu słynne "Ziegfeld Follies", które przez ćwierć wieku (1907-1932) były szczytem amerykańskiej rozrywki popularnej. Follies - jak sama nazwa wskazuje - nawiązywały do starszych o parę dekad paryskich Follies Bergere i były po prostu wystawnymi rewiami, z mnóstwem wspaniałych kostiumów, i rekwizytów oraz - przede wszystkim - pięknych młodych kobiet. Które, jak to często bywa, kiepsko kończyły.

U szczytu kariery, w 1927 roku, Ziegfeld kosztem 2,6 mln ówczesnych dolarów (czyli jakichś 30 mln  dolarów dzisiejszych) wzniósł w Nowym Jorku, pomiędzy 54 a 55 Zachodnią, przy Szóstej Alei, słynny Teatr Ziegfelda. Pieniądze pochodziły od Williama Randolpha Hearsta, wszechmocnego magnata prasowego, który zresztą przejął teatr po śmierci impresaria. Zburzenie budowli w 1966 roku, wraz ze zniszczeniem legendarnej Penn Station, doprowadziło do akcji ratowania zabytków w Nowym Jorku i przyczyniło się do zarzucenia metod burzymurka Roberta Mosesa.

Wnętrze budowli (projektu Josepha Urbana, który od 1915 roku tworzył też większość scenografii do rewii) wypełniało 1600 miejsc i wielki fresk "Radość życia" pędzla uczennicy Urbana, Lillian Gaertner; w kontraście do wielobarwnego malowidła scena była jednolicie złota. 

To tu - a wcześniej na innych scenach - Ziegfeld pokazywał rewie do muzyki takich gigantów rozrywki jak Berlin czy Gershwin, "żywe obrazy" i girlsy maszerujące po obowiązkowych schodach..

Żoną - lub, wedle innych źródeł - wieloletnią konkubiną Ziegfelda była warszawianka, Helena (znana bardziej jako Anna) Held. Jej rodzina uciekła z zaboru rosyjskiego po słynnym pogromie warszawskim w 1881 roku. Jako że rodzice niespecjalnie sobie radzili za oceanem (warsztat rękawiczniczy ojca splajtował), Anna zaczęła ich wspomagać, pracując najpierw w fabryce, a potem grając w żydowskich teatrzykach, skąd dzięki seksapilowi trafiła na wielkie sceny rewiowe (w międzyczasie poślubiła urugwajskiego playboya, z którym miała córeczkę), stamtąd zaś do Ziegfelda. Poznali się w Londynie, nawiązali romans, po czym Ziegfeld namówił ją do powrotu do Nowego Jorku i zorganizował wielką kampanię prasową (łącznie z wzmiankami o kąpielach w mleku) dzięki której Held została gwiazdą pierwszej wielkości, święcącą sukcesy na Broadwayu. To właśnie ona zaproponowała swojemu (doszłemu lub niedoszłemu) drugiemu mężowi, żeby zorganizował "Follies" na wzór paryski. Niestety, niedługo miała się cieszyć prosperity Ziegfelda: niebawem zaszła z nim w ciążę, poroniła, po czym została przezeń porzucona na rzecz najpierw Lilliane Lorraine, a potem Billie Burke, którą ostatecznie poślubił w 1914 roku. Biedna, załamana Anna zabrała się za patriotyczne występy dla żołnierzy na frontach Wielkiej Wojny, ale nigdy już nie wróciła do formy - jeszcze przed zakończeniem wojny zemdlała na scenie w trakcie ostatniego, jak się okazało, występu. Zmarła pół roku później, przyczyną śmierci był szpiczak mnogi (rodzaj nowotworu układu krwiotwórczego).

Inną sławną Polką w zespole Ziegfelda była krakowianka, Marianna Michalska, znana jako Gilda Gray (sportretowana później przez Ritę Hayworth w legendarnej "Gildzie") - to ona była ponoć wynalazczynią "shimmy". Wedle anegdoty zapomniała kiedyś słów amerykańskiego hymnu, więc by pokryć zmieszanie, zaczęła trząść ramionami i biustem. Zapytana, co robi, powiedziała z silnym polskim akcentem: "I'm just shaking my chemise" (w wolnym przekładzie: tak se tylko trzęsę dekoltem) i z owego "chemise" wzięło się słowo "shimmy". Jak niemal wszyscy straciła oszczędności w Wielkim Kryzysie, ale, pomimo borykania się z biedą, w trakcie II wojny zbierała występami pieniądze dla Polski. Wspomagała kraj aż do śmierci w 1959 roku. Specjalnie dla Państwa nieśmiertelne "Shimmy Szuja" - w którym przegląda się może dość paskudny charakter Ziegfelda - oczywiście w wykonaniu boskiej Kwiatkowskiej (która w "Hallo, Szpicbródka" odgrywała też emerytowaną girlsę Makosię i wymachiwała "Nogami, nogami, nogami" w wieku lat 66!).
*

"Tajny" pisał chętnie o wszystkim, co związane z "ładną buzią i nózią", bo przedmiotowe traktowanie kobiet było, jak to w tej epoce, miłe jego redaktorskiemu sercu. Widać to już na początku artykułu, gdzie w krótkim rysie historycznym pokazuje to, co PRLowski konferansjer turnieju Miss Polonia (1983? 1984?) określił lakonicznymi słowy: "Trudno jest wyrazić, jak ważna jest kobieta w życiu człowieka". Pretekstem - cienkim, rzec trzeba - dla publikacji o dziewczynach z rewii (publikacji prawdopodobnie zresztą spiraconej z prasy amerykańskiej) było zastrzelenie (18 grudnia 1931) gangstera Jacka Diamonda, którego kochanką (jedną z wielu) była girlsa od Ziegfelda, niejaka "Kiki" (jak donosiła z przejęciem amerykańska prasa, Diamond "poszedł prosto ze schadzki z Roberts na schadzkę ze śmiercią"):


Cały artykuł i wiadomości o reszcie dziewcząt już wkrótce, dziś tylko dzieje owej rudowłosej Marion "Kiki" Roberts. Była ponoć pierwszą z dziewczyn, które Harpo Marx gonił po scenie w skeczach słynnych braci Marx, potem jednak jej kariera rozwinęła się zgoła inaczej - została kochanką słynnego gangstera. 11 października 1930 roku dzwonek telefonu obudził ją u boku Diamonda w nowojorskim hotelu Monticello. Z recepcji dzwonili dwaj panowie, którzy chcieli się spotkać z Jackiem. Marion poszła posłusznie do łazienki, napuściła wody do wanny, i ledwie zaczęła się kąpać, usłyszała strzały - po chwili do łazienki wsunął się pokrwawiony Diamond (ranny w czoło i trzykrotnie w klatkę piersiową, a potem jeszcze skopany - prześwietlenie wykazało złamanie dwóch żeber) i kazał jej się w tej chwili zmywać z pokoju. Co też uczyniła. 

Życie gangsterskie musiało jej się jednak spodobać: w 1931, czyli jeszcze przed śmiercią Diamonda, sama stanęła na czele małego gangu - była zamieszana w porwanie i torturowanie dwóch kierowców ciężarówek oraz w napad na sklepik w Middleton w stanie Connecticut. Zrabowała stamtąd całą kasę oraz banjo i ukulele - instrumenty, na których grywała na scenie w czasach Ziegfelda. 

Kiki z ok. 1931 roku.

Kiki - niestety bez banjo.



Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2 (24 I 1932)

środa, 15 sierpnia 2012

Nie hoduje zbóż, ma w kieszeni nóż...

...śpiewała Rodowicz w piosence Osieckiej "Sing Sing". Osiecka uwielbiała gry słowne i ciekawe brzmienie słów, i stąd chyba szlagwortem piosenki stała się akurat nazwa tego więzienia  - a nie Ludlow Street Jail, Fort Slocum, Coxsakie czy Mid-Orange, powiedzmy. Nazwa pochodzi z języka Indian, od których kupiono niegdyś ziemie, gdzie 1825 roku zbudowano pierwsze więzienne budynki. "Sint sinck" znaczy ponoć "kamień na kamieniu" co brzmi iście biblijnie. Natomiast w angielskiej fonetycznej przeróbce to "Śpiewaj, śpiewaj", co też mogło się spodobać Osieckiej.

Wczoraj wieczorem, biegnąc nad brzegiem Hudson River (gdzieś pod oknami hotelu, w którym Brandon ze "Wstydu" energicznie, ekhem, zaprzyjaźnia się z panią prostytutką, patrząc na New Jersey, leżące po drugiej stronie rzeki) uświadomiłem sobie, że gdybym pobiegł dalej jeszcze, trafiłbym do Sleepy Hollow (dawniej Tarrytown, sportretowanego przez Washingtona Irvinga w opowiastce o Jeźdźcu bez Głowy, i w hołdzie dla niego przemianowanego na Sleepy Hollow w 1996 roku; Irving zresztą leży na miejscowym cmentarzyku). A gdybym, minąwszy Sleepy Hollow, wlókł się dalej wzdłuż brzegu rzeki (są to już dystanse maratońskie), to dowlókłbym się właśnie do Sing Sing, o którym 34 numer "Tajnego Detektywa" z 1934 roku wspomina aż dwukrotnie:


To ciekawostka z prawdziwego Sing Sing, nowojorskiego. Ale znacznie większa notka dotyczy Sing Sing przemyskiego (sic!):


A zatem - skwarki zarzewiem buntu! Co ciekawe, w przywołanym filmie z 1930 roku, "The Big House", intryga też zaczyna się od osadzenia więziennego watażki w karcerze, i powodem awantury też jest niesmaczne jedzenie. Wątpię, by kucharze w prawdziwym Sing Sing znali skwarki, ergo - by skąpili ich więźniom, ale to nieoczekiwane powinowactwo między prawdziwym Wasyłykiem a filmowym Butchem jakoś mnie ujęło.

Nawiasem mówiąc, watażkowie więzienni są oczywiście wszędzie, ale w niektórych więzieniach mają więcej do gadania, w innych - mniej. I Sing Sing pod tym względem w swoich czasach było naprawdę wyjątkowe. Zreformował je gruntownie niejaki Thomas Mott Osborne (1859-1926), wywodzący się z fabrykanckiej rodziny o tradycjach społecznikowskich (abolicjonistycznych). Odsłużywszy dwie kadencje jako burmistrz Auburn w stanie Nowy Jork (znany był z tego, że jak Harun ar-Raszid mieszał się z tłumem i - incognito, oczywiście - podsłuchiwał w tawernach i na ulicach, co w trawie piszczy), Osborne zajął się reformami więziennictwa. Dał się zamknąć w celi jako anonimowy więzień i przez tydzień na własnej skórze poznawał warunki w celach, na spacerniaku, w stołówce, itd. Potem natomiast zadziwił więźniów i strażników tym, że poruszał się po Sing Sing bez uzbrojonej obstawy. Jego reformy z miejsca zjednały mu właściwie całą społeczność więzienną, po obu stronach krat - poza garstką watażków, którzy w poprzednim systemie mieli się jak pączki w maśle i dzięki korupcji mogli sobie pozwolić na znacznie więcej, niż jakiś biedak. Jeden z owych "pokrzywdzonych reformami" - manhattański bankier, osadzony za oszustwa - wykorzystując znajomości wśród polityków i  nie szczędząc grosza, rozpętał przeciwko Osborne'owi ogromną kampanię, a w końcu doprowadził do postawienia go przed sądem za krzywoprzysięstwo, zaniedbywanie obowiązków i utrzymywanie kontaktów seksualnych z więźniami. Kiedy oczyszczony z zarzutów Osborne wrócił do Sing Sing, wyprawiono tam z tej okazji ogromną fetę, a więźniowie wystawili ku czci uniewinnionego dyrektora specjalne przedstawienie.

W 1931 roku imieniem Osborne'a nazwano kilka założonych przez niego i połączonych w jedno organizacji. Osborne Association istnieje do dziś i zajmuje się resocjalizacją, a konkretnie - przywracaniem byłych więźniów do normalnego życia w społeczeństwie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934

wtorek, 6 marca 2012

Wesoły staruszek (60-letni) czyli emerytura kata

W 1920 roku Carl Sandburg opublikował tom wierszy "Smoke and Steel". Mówiąc tom, mam na myśli właśnie tom, nie tomik: blisko dwieście utworów, od krótkich po kilkustronicowe poematy, które, ściśle upakowane, zajmują w "Completed Poems" sto dwadzieścia stron. Między nimi są i dwa teksty o katach, w tym ten:



Kat w domu

O czym myśli wieczorem kat
Kiedy wróci po pracy do domu?
Kiedy zasiada z żoną i
Dziećmi nad filiżanką kawy i
Talerzem jajecznicy na szynce –
Czy pytają go jak było w pracy,
Czy wszystko poszło gładko czy może
Trzymają się z dala od pewnych tematów
I mówą o pogodzie, baseballu, polityce,
O dowcipach rysunkowych w gazetach
I o filmach? Czy patrzą na jego
Dłonie gdy sięga po kawę
Albo jajecznicę na szynce? Gdy maluchy
Mówią Tato, zrób konia, masz tu
Sznurek – czy żartobliwie odpowiada:
Dość się dziś naoglądałem sznurka?
Czy może twarz jego rozświetla się jak
Ognisko radości i mówi:
Dobry to i klawy świat w którym
Żyjemy? A jeśli biała twarz księżyca zagląda
Przez okno tam, gdzie śni niemowlę
A księżycowe promienie przeświecają
Przez niemowlęce uszy i włosy – to, ten kat,
Co wtedy robi? To musi być dla niego
Łatwe. Wszystko musi być łatwe dla kata,
jak sądzę.

*
Jednak, jak się zdaje, Sandburg niekoniecznie miał rację. 

Otóż w pierwszym numerze "Tajny Detektyw" korzystał, jak już wspominałem, głównie ze źródeł obcych, częściowo nieco przestarzałych. W 1931 donosił, że John Hulbert, "elektryk stanowy" (bo taki eufemistyczny tytuł, "state electrician", nosił wówczas w niektórych stanach kat obsługujący krzesło elektryczne) mieszka od kilku miesięcy w Auburn:



Tymczasem John Hulbert wówczas od dwóch prawie lat nie żył. "Ma już dość tego życia" - wspomina dziennikarz "Tajnego". I rzeczywiście. 22 lutego 1929 roku Hulbert, człowiek, który zgładził ponad 140 osób, popełnił samobójstwo w wieku lat 59 (jak podawał New York Times z 23 lutego 1929) lub niecałych 62 (jak podaje Wikipedia). Był chory, dopiero co owdowiał i obawiał się nadchodzącej ślepoty. Jego ostatnie słowa przed samobójczym strzałem brzmiały ponoć "Zmęczyło mnie już zabijanie ludzi."

Nie udało mi się znaleźć zdjęcia Hulberta, ale znalazłem zdjęcia Roberta G. Elliotta, który przejął jego obowiązki: to ten oto sympatyczny pan w kratkę, który zabił w sumie 387 skazańców - niemal jedną dziesiątą wszystkich, których zgładzono w Stanach od 1890 roku, i około 2/3 spośród wszystkich straconych w okresie jego działalności zawodowej:


Elliott o pracy kata marzył odkąd był nastolatkiem. Często brał udział w egzekucjach jako świadek, potem z myślą o takiej karierze obrał specjalistyczne studia inżyniera elektryka - kiedy pierwszy kat Sing Sing, Edwin Davies, odchodził na emeryturę, zgodził się przyuczyć Elliotta do zawodu; jednak posadę otrzymał Hulbert. Ten z kolei z posady zrezygnował nagle, w przeddzień podwójnej egzekucji - i wtedy na gwałt zaczęto szukać jego następcy. Przypomniano sobie Elliotta, podówczas 52-letniego, który wciąż marzył o tej pracy. I marzenie to tym razem zostało spełnione. Chyba jednak nie do końca wiedział, czego pragnie. Pod koniec życia napisał autobiografię "Agent śmierci", a na okładce widzimy jego zdjęcie pod koniec kariery:


Najprawdopodobniej nie miał tu jeszcze 60-tki (zmarł w wieku lat 65 lub 66, różne źródła rozmaicie podają), a wygląda na dobrze po 70-tce (cóż, niewykluczone, że 60-letni Hulbert rzeczywiście był "staruszkiem"). Jakby na prośbę Sandburga zapisał w autobiografi, że w wolnym czasie pielęgnuje ogród (szczególnym uznaniem sąsiadów cieszą się gladiole), kręci filmy z wnukami, wędkuje z zięciem, spaceruje po lesie. Wieczorami słucha radia, pochłania biografie i czyta dzieciom i wnukom dowcipy rysunkowe w gazetach.

Ale to tylko część prawdy. Elliott zgładził kilku sławnych przestępców i - zapewne z powodu wykonania wyroku na dwóch włoskich anarchistach, Sacco i Vanzettim - został zaatakowany przez terrorystów. O 1:10, 18 maja 1928 roku, w jego domu eksplodowała bomba z dynamitu i odłamków żelaznych. Budynek uległ częściowemu zniszczeniu (i został później naprawiony na koszt władz stanowych), nikomu z rodziny nic się jednak nie stało. Przewidywano jednak dość powszechnie, że Elliott, podobnie jak jego poprzednik, popełni samobójstwo - do tego stopnia, że jedna z gazet podała wręcz, że właśnie się powiesił, co musiał osobiście zdementować. Kiedy zaczął chorować w przededniu wybuchu II wojny światowej, ogłoszono konkurs na posadę kata; zgłosiło się ponad czterystu kandydatów, spośród których wybrano Josepha Francela (przeprowadził m.in. egzekucję Rosenbergów), po nim zaś nastał ostatni kat stanu Nowy Jork, Dow B. Hover. Pracował jako zastępca szeryfa i od czasu do czasu dojeżdżał do więzienia, gdzie otrzymywał 150$ "od głowy" plus zwrot pieniędzy za benzynę. Drobna praca na boku. Podobnie jak Elliott, w momencie objęcia posady miał 52 lata, działał przez lat dziesięć (później rozpoczęła się długoletnia walka z karą śmierci w stanie Nowy Jork, trwająca po dziś dzień). Przez wiele lat cierpiał na migreny, ponoć związane ze stresem powodowanym przez egzekucje. W wieku lat 89 popełnił samobójstwo, trując się spalinami w garażu rodzinnego domu w Germantown.

Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)

środa, 13 lipca 2011

Reklama dźwignią handlu

Czytając dziś błahy tekścik o rozmaitych słynnych zdjęciach i filmach, przedstawiających duchy (badający je eksperci - jeśli wierząc autorowi tej kompilacji - nie znaleźli śladów fałszerstwa)* przypomniałem sobie ciekawy artykulik z "Tajnego", który zaczyna się jak historia Olewnika, a kończy najzupełniej nieoczekiwanie i właściwie bez pointy (chyba, że za takową uznać morał: kto nie chce zapłacić 10 000 $, w końcu wybuli 100 000 $...).


*http://deser.pl/deser/56,84842,9931374,TOP_10_przerazajacych_zdjec_i_nagran_duchow__FOTO_WIDEO_.html




Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok I (25 X 1931)

niedziela, 20 lutego 2011

Młoda Mallinosonowa czyli sprytny tatuńcio

Prosto z Nowego Jorku przebrzmiały nieco news o tragicznej córce "króla jedwabiu", Hirama Mallinsona, który tak długo kombinował, aż się dokombinował:


Wspomniałem powyżej, że news przebrzmiały, bowiem już wtedy Tajny podawał mocno odgrzany kotlecik (pismo zreszta nie istniało jeszcze, kiedy Lorna skakała z dwunastego piętra); Bowen podał do sądu teścia-krętacza dopiero trzy lata po śmierci żony, i to właśnie wiadomość o spowodowanej pozwem śmierci Hirama Mallinsona 12 maja 1931 roku (nekrolog ukazał się w The Time 25 maja) musiała zwrócić uwagę naszych łowców wiadomości zza oceanu.
Przy okazji dodać należy, że o ile w Nowym Jorku okna rzuciła się panna Mallinson, to młody Rollison, który wypada (a właściwie: zostaje wyrzucony) z okna w "Dziadach", miał swój pierwowzór w niejakim Mollesonie. Jan Molleson, nastoletni uczeń szkoły w Kiejdanach, pisał z kolegami patriotyczne wierszyki, wytatuował sobie na ręku trupią czaszkę i smarował na parkanach "Konstanty naszych rąk nie ujdzie!", przez co zaaresztowano go, skazano na śmierć, ostatecznie zmieniono wyrok na zesłanie. Zmarł i spoczął w grobie nad rzeką Szyłką, dopływem Amuru - jedna z okolicznych gór nosi jego imię.

Mallinsonównę pochowano natomiast na cmentarzu w Kensico pod płytą z motylem (widać, że państwo Mallinson jeszcze w latach 30-tych hołdowali estetyce secesyjnej):



Natomiast gruźlicze sanatorium w Adirondack, w którym Lorna swego czasu się leczyła, otrzymało od jej rodziców donację w wysokości ćwierci miliona dolarów, za którą wybudowano całkiem ładny neotudorowski budynek z mieszkaniami dla laborantów:


Opatrzony stosowną tablicą, tym razem z liśćmi klonu:



Czy była to próba wydania zawczasu ulokowanych w akcjach pieniędzy żony, których w pozwie - oprócz odszkodowania - domagał się Bowen? Źródła milczą.

Za: "Tajny Detektyw" nr 43, rok I (8 XI 1931)

sobota, 4 grudnia 2010

Niewesoły birbant

Kiedy angielski milioner miga się od zapłacenia za swoją przygodę (czyli zamordowanie polskiej Królowej Pomidorów w pokoju hotelowym), warto wspomnieć przygodę innego milionera, Jessego Livermore'a.

Livermore był jednym z najsłynniejszych graczy giełdowych w historii; kilkakrotnie tracił wielomilionowe fortuny i zdobywał je ponownie. Znany był z tego, że zarobił na wielkich kryzysach w 1907 i 1929, natomiast zdarzało mu się tracić w okresach hossy.



W rzeczywistości Livermore miał za sobą 26-godzinny ciąg picia, do czego w ówczesnych Stanach przyznać się nie mógł (biedactwo, nie wiedział, że gdyby poczekał do grudnia, to mógłby chlać w majestacie prawa, bo właśnie w grudniu 1933 roku zniesiono prohibicję); wpadał w ciągi alkoholowe na tle depresji, z którą zmagał się przez większość życia.

28 listopada 1940 roku, niemal równo siedemdziesiąt lat temu, Livermore zastrzelił się w szatni hotelu Sherry Netherland na Manhattanie, zostawiając pięć milionów dolarów w inwestycjach, papierach wartościowych i gotówce. Jego pierworodny syn, również imieniem Jesse, popełnił samobójstwo w 1976 roku, trując się gazem. To samo uczynił syn Jessego i wnuk Jessego, Jesse, w roku 2006.

Jak widać, rodzina Livermore'ów jest pozbawiona jakiejkolwiek inwencji.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934)

sobota, 17 lipca 2010

Wszechpolacy płaczący i grzeszne anioły czyli Europride

Tajny Detektyw jest jak Biblia: znajdzie się w nim coś na każdą okazję. Zanim więc pójdę na paradę wklejam zatem newsy sprzed niemal 80 lat, które tak oto wymownie złożyły się na jednej stroniczce:


Nawiasem mówiąc, po 79 latach z kawałkiem młodzież wszechpolska jest znów antyrządowa - a bywała już młodzieżą koalicyjną. Demony zaś nadal są uparte.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok I (15 III 1931)