Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 stycznia 2019

List gończy jako reklama czyli Nowak postrachem wsi

Ta twarz fascynowała mnie od dawna - na tle innych przestępców z albumu ten brodacz w tanim, złachanym ubraniu wyróżniał się niezwykłym spojrzeniem: zarazem napiętym i melancholijnym.


Dopiero kwerenda w udostępnianych online numerach "Gazety Śledczej" pozwoliła go zidentyfikować:



Jakub - do reformy pisowni w roku 1936 jeszcze Jakób - Nowak był włóczęgą i słynnym podpalaczem, który grasował w roku 1928 w Wielkopolsce. Pochwycony, okazał się sprawcą siedemnastu (jak podał "Kurier Zachodni"), a po dłuższym śledztwie dwudziestu pięciu ("Pielgrzym") podpaleń:




Nowaka osadzono w zakładzie dla psychicznie chorych w Kościanie - nie Kościerzynie, jak podawała potem błędnie prasa (była to stara placówka w średniowiecznym klasztorze bernardynów, którą w 1893 roku przemianowano z Prowincjonalnego Domu Poprawczego na Prowincjonalny Zakład dla Obłąkanych i Idiotów a w 1919 - na Krajowy Zakład Psychiatryczny). I sprawa na tym by się  może zakończyła, ale uważny czytelnik dostrzegł już, że zdjęcie w albumie pochodzi z roku 1931. Sprawy bowiem potoczyły się inaczej. Latem tego roku Nowak uciekł z zakładu i był poszukiwany przez policję w całym kraju, przypisywano mu też kolejne przestępstwa, przy okazji zapewniając czytelników, że Nowak ma "niezwykły dar ukrywania się w polu". "Gazeta Grodzieńska":


"Gazeta Szamotulska":


"Gazeta Wągrowiecka":


Podpalenia stanowiły wówczas ok. 30% przyczyn pożarów - obok tych tradycyjnych, będących, zwłaszcza na wsi, orężem w sąsiedzkich waśniach, wraz z rozwinięciem się ubezpieczeń ogniowych pojawiła się nowa kategoria: podpalenia asekuracyjne, mające na celu wyłudzenie pieniędzy z odszkodowania. Należy przy tym pamiętać, że był to zupełnie inny kraj, niż dzisiaj. Kazimierz Wielki może i zostawił Polskę murowaną, ale tylko w porzekadle: na 1,4 mln budynków w miastach i miasteczkach Polski drewnianych było prawie 1,1 mln. Większość z nich była oświetlana świeczkami i lampami naftowymi, ogrzewana żywym ogniem w piecach i kominkach. Pożar był czymś znacznie bliższym życia codziennego, niż dzisiaj. I bardziej się go bano.

Popularność Nowaka była tak znaczna, że poznańskie Krajowe Ubezpieczenie Ogniowe wypuściło reklamę w formie listu gończego, straszącego słynnym podpalaczem, ale też i innymi włóczęgami. Wydrukował ją - niemal na całej stronie - "Głos Robotnika":




Ta sama firma zresztą publikowała też w prasie (tu: w "Gazecie Wągrowieckiej") wielkie ostrzeżenia o zmianie przepisów, bo 10 września 1931 rozporządzenie Rady Ministrów wprowadzało za podpalenie karę śmierci:


Tyle, że przepis długo nie obowiązywał - w roku 1932 wszedł nowy Kodeks Makarewicza, który w art. 215 za "sprowadzenie niebezpieczeństwa pożaru" groził karą od tygodnia do roku więzienia i od stu do miliona złotych grzywny, a za umyślne spowodowanie pożaru (co uznawał za zbrodnię) lub za wchodzenie w porozumienie by popełnić to przestępstwo - od 6 miesięcy do 5 lat więzienia. Z reguły jednak orzekano rok do dwóch, chyba, że doszło do ofiar śmietelnych, wtedy dopiero groziła kara śmierci. Tyle wiem. Nie wiem jednak, co stało się z Nowakiem - czy go ponownie ujęto?

A może ukrył się w polu tak skutecznie, że zniknął?


Za: Tomasz Sawicki, "Pożary i podpalenia w międzywojniu" (https://www.ppoz.pl/zajrzyj-do-srodka/historia-i-tradycje/1230-pozary-i-podpalenia-w-miedzywojniu), album policyjny, "Gazeta Śledcza" z 16 VI 1931, "Kurier Zachodni" z 24 XI 1928, "Pielgrzym" z 1 XII 1928, "Gazeta Grodzieńska" 12 VIII 1931, "Gazeta Szamotulska" 8 VIII 1931, "Gazeta Wągrowiecka" 13 X 1931,
"Głos Robotnika" z 25 VII 1931










niedziela, 27 grudnia 2015

Ziemkiewicz, czyli żywot bibliokleptomana

W roku 1870 hrabia Władysław Plater wynajął zrujnowany szwajcarski zamek w Rapperswilu, wyremontował go i przeznaczył na emigracyjne muzeum poloników. Biblioteka Rapperswilska  obok Biblioteki Polskiej w Paryżu stanowiła najbogatszy bodaj zbiór druków i rękopisów doby Wielkiej Emigracji. Te niezwykle cenne zbiory (ok. 3 tys. dzieł sztuki, 2 tys. pamiątek historycznych, 20 tys. sztychów, 9 tys. medali i monet, 92 tys. książek, 27 tys. manuskryptów, 10 tys. fotografii, itp., a do tego serce Kościuszki w urnie) w roku 1927, zgodnie z testamentem Platera, otrzymała Biblioteka Narodowa i Muzeum Narodowe. Przyjechały do Warszawy specjalnym pociągiem pod nadzorem dyrektora Państwowych Zbiorów Sztuki (później kustosza Zamku Królewskiego), Kazimierza Brokla - w większości uległy zagładzie w 1944 roku, spalone przez Niemców z najcenniejszymi naszymi zbiorami bibliotecznymi (tutaj więcej o zagładzie warszawskich bibliotek).

Zanim jednak do tego doszło, grasował w zbiorach rapperswilskich niejaki Ziemkiewicz, bibliofil, zapalony białorutenista i postać arcyciekawa. I tak grasował, aż sobie wygrasował proces.






Historia opisana przez "Tajnego Detektywa" jest przedziwna, ale najwyraźniej prawdziwa - prócz chyba tej sugestii, że Ziemkiewicz przepuszczał pieniądze z rękopisów na seks z prostytutkami w warszawskich zaułkach.

O ile Romuald Ziemkiewicz podawał fałszywe wykształcenie i nie mógł się poszczycić dyplomem inżyniera, o tyle, jak się okazuje, miał całkiem spory dorobek naukowy jako białorutenista, specjalista od zabytków piśmiennictwa białoruskiego, i dziś jest uważany za jednego z badaczy, którzy położyli podwaliny pod tę naukę. Poza wszystkim jednak był bibliofilem-maniakiem, który nie cofał się przed kradzieżą; wynoszenie cennych druków i manuskryptów przewija się przez całą jego biografię, aż po tragiczny koniec - zgromadził dzięki temu cenną bibliotekę i od czasu do czasu publikował w periodykach rozmaite ciekawostki pod wspólnym tytułem "Z archiwum Ziemkiewicza." A oprócz tego był wtyką II Odziału Sztabu Generalnego i rozpracowywał wileńskie środowisko Białorusinów: usiłował na nie wpływać, niszczył niektórych działaczy, innych, ze względu na ich polskie sympatie, promował. Sam podawał się często za Białorusina z Kresów, ale był synem znanego warszawskiego drukarza.

W warszawskim gimnazjum realnym - pisze Dorota Michaluk w artykule "Jestem przyjacielem Białorusinów..." - zetknął się z wybitną postacią księgarskiego świata — Zygmuntem Wolskim, nauczycielem języka polskiego i znanym kolekcjonerem książek z różnych dziedzin, cennych opraw, exlibrisów, druków regionalnych. Uczeń związał się na tyle blisko z Z. Wolskim, że ten pozwalał mu porządkować swoją bibliotekę. W ten sposób pewnie zrodziło się wielkie zamiłowanie do kolekcjonowania książek, które wkrótce stało się esencją jego życia. [...] Za swojego mistrza uważał Michała Federowskiego, językoznawcę i bibliofila, wielkiego znawcę białoruskiego folkloru, Zainteresowania kolekcjonowaniem, a pewnie i rodzinne powiązania, doprowadziły Ziemkiewicza do znanego warszawskiego Antykwariatu Polskiego Hieronima Wildera przy ulicy Berga 8, gdzie pracował w latach 1906- 1907. Salon ten prowadził sprzedaż cennych, wyczerpanych druków, rękopisów, autografów, map i sztychów, głównie poloników. 

Niestety, jedno było stałe: wszystkich trzech swoich mistrzów okradał. Cytowany przez Michaluk warszawski bibliofil Jan Michalski tak go wspominał: Ziemkiewicz wkradł się w łaski Wolskiego i porządkując jego zbiory okradł swego nauczyciela. Powtórzyła się podobna historia z Fedorowskim (sic!). Pomagając temu w nazywaniu i sprzedawaniu książek, na których się znał, oraz przy opracowaniu notatek białoruskich, Ziemkiewicz poduczył się tego języka, został Białorusinem (przedtem z racji studiów w Kijowie uważał siebie za Ukraińca i zbierał książki w tym języku), a przy sposobności powiększył swoje zbiory kosztem mistrza. Powyciągał Fedorowskiemu cenne druki białoruskie, a nawet powyrywał z książek całe stronice. (...) Ziemkiewicz dostał się na pracownika do antykwarni Wildera i tu gospodarował po swojemu. Wpadł jakoś u Bisiera, któremu też coś zabrał. Podczas rewizji znaleziono w jego mieszkaniu książki Wildera. Groziło mu więzienie, lecz z Z. Wolskim wpłynęliśmy, aby pozwolono mu się poprawić. Nie przeczuwaliśmy, że mamy do czynienia z typowym okazem moral insanity. Ziemkiewicz miał bezwzględnie pasję do książek, gromadził je per fas et nefas i znał się na starych drukach. Dziwiło mię, że zgoła nie interesował się nigdy technicznymi książkami. Po sprawie warszawskiej wyjechał do Wilna, jako rzekomy Białorusin pisywał do gazet, wkradł się w łaski działaczy białoruskich i uzyskawszy wstęp do ich muzeum i biblioteki znów wzbogacił swoje zbiory. Musiał znów się stamtąd ulatniać, przybył do Warszawy, ożenił się i na jakiś czas zniknął z horyzontu warszawskiego. To właśnie w roku 1932 okazało się, że Ziemkiewicz kradł przez całe życie, od czasów, kiedy terminował u poważniejszych bibliofilów. "Polonia" podaje, z których konkretnie zbiorów pochodziły wyszabrowane przezeń cymelia, odkryte w czasie rewizji:





Rzeczywiście, przez całe lata pracował głównie jako działacz białoruski i, zarazem, polski agent (oficjalnie piastował stanowisko w NIKu - naczelnika wydziału, więc dość poczesne). Tymczasem jego prywatne zbiory, liczące 30 tys. woluminów, stale rosły w kamienicy na Chmielnej 68 - dziś nieistniejącej, a wówczas wyglądającej tak:


Było to wedle niektórych znawców najbogatsze archiwum białoruskie, niestety - zdobywane częściowo nielegalnymi sposobami. W roku 1932 wybuchła afera z rękopisem Norwida, rok później - z kartkami wyrwanymi ze sztambucha Maryli Wereszczakówny. Ziemkiewicz był skompromitowany, ale usiłowano z niego zrobić wariata, jak podawał "Nowy Kurjer": 


Ziemkiewicza skazano - do takich nieprecyzyjnych danych dotarłem - na kilkumiesięczne więzienie, nie zmniejszyło to jednak jego kłótliwości, bowiem w 1937 roku tak sobie poczynał, o czym pisały "Nowiny Codzienne":









Jak widać, proces niczego go nie nauczył. Data jego śmierci jest niepewna - różne źródła podają od 1940 do 1944 roku - został stracony przez Niemców w Auschwitz lub w Warszawie, najprawdopodobniej za kradzież cymeliów ze Stadtbibliothek Warschau, która gromadziła najcenniejsze stołeczne zbiory biblioteczne. A jego własna kolekcja? W całości przepadła. W roku 1944 wielki polski literaturoznawca, Juliusz Krzyżanowski, został poproszony o wycenę zbiorów przez rodzinę Ziemkiewicza:

W r. 1944 mój uczeń, Władysław Drapella, zapytał mnie, czy nie podjął- bym się oceny biblioteki, którą ktoś chciałby sprzedać. Odruchowo powiedziałem „Nie”, ale dowiedziawszy się, o co chodzi, propozycję przyjąłem. Okazało się mianowicie, iż na sprzedaż szły zbiory osławionego, niemal legendarnego bibliomana warszawskiego, Romualda Zie[m]kiewicza. Osobnik ten, znany z rozmaitych malwerscyj książkowych, został aresztowany przez gestapo, i siostra, zawiadomiona urzędowo o jego śmierci, postanowiła pozbyć się jego zbiorów. Dwa pokoiki na Chmielnej, gdy się w nich znalazłem wypełnione były po sufit przeróżnymi szpargałami. Drugie tyle, jak mi powiedziano, zgniło w wilgotnej piwnicy. Czego tam nie było! Stare rozkłady jazdy z pierwszych lat w. XIX, cenniki nasion, kalendarze, resztki nakładów, góry broszur z lat 1918-1921, resztki tek redakcyjnych najrozmaitszych czasopism białoruskich, bezcenne wydawnictwa folklorystyczne białoruskie, w naszych bibliotekach nie spotykane, garść starodruków, wśród których pierwsze miejsce zajmował piękny egzemplarz „Zwierciadła” Rejowego. Po miesiącu pracy w mieszkaniu, od paru lat nie opalanym, rozsegregowałem cały ten materiał i wyceniłem, tytułem honorarium zabierając wspomniane rzeczy o folklorze białoruskim, spalone rychło później w moim mieszkaniu na Starym Mieście. Resztę nabyło trzech bezrobotnych księgarzy i sprzedawało ku radości bibliofilów u Gebethnera i Wolffa na Zgodzie. Z całości wyłączyłem około 500 broszur z lat 1918-1921, które nabywcy zobowiązali się przekazać darmo Bibliotece Narodowej, wiedziałem bowiem, że publikacji tych o charakterze druków ulotnych w zbiorach jej nie było. Kolekcja ta uległa podobno zniszczeniu czasu wojny na Rakowieckiej. Wśród rzeczy, które wchodziły w skład mego honorarium, były również materiały rękopiśmienne z autografami pisarzy białoruskich, Janka Kupały i in., oraz części zbiorów M. Federowskiego. Wszystko to zresztą, zdeponowane w Bibliotece Ordynacji Zamoyskich i wywiezione do Piotrkowa, nie wróciło do mnie, zagubione czy zniszczone w toku ewakuacji

Paradoksalnie to, co się po Ziemkiewiczu zachowało to - prócz dzieł naukowych - jego donosy w wojskowych archiwach. Rękopisy, które, zapewne, najmniej poważał.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932, "Nowy Kurjer", 12 IV 1932, "Nowiny Codzienne", nr 195 z 1933, "Polonia", 9 IV 1932, Dorota Michaluk(Toruń)„Jestem przyjacielem Białorusinów...” — raporty wywiadowcze Romualda Ziemkiewicza do II OddziałuSztabu Generalnego WP z lat 1922-1923

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Witalis o krwawych rękach

W Polsce międzywojennej zamieszkało wielu "białych Rosjan", którzy nie mogli się odnaleźć w Rosji bolszewickiej, albo którym powrót do kraju groziłby śmiercią. Należała do nich rodzina Morozowów, bohaterowie tajemniczej tragedii na ul. Kawęczyńskiej w Warszawie.


W tej całej historii, nad wyraz zresztą dramatycznej, moją uwagę zwróciły dwie rzeczy. Po pierwsze wydaje się, że Witalis zbytnio nie zaznał życia - w wieku lat 35 mieszkał nadal z mamą i bratem, chodził do szkoły, wyższej wprawdzie, ale jednak - jeśli dobrze liczę - starszy o dekadę od reszty studentów. Rzucenie się do stóp urodziwej sąsiadki, atak na matkę, wreszcie zgłoszenie się do sowieckiego poselstwa sprawiają wrażenie, jakby w przeciągu jednego dnia chciał przeżyć wszystkie aspekty życia: w parę godzin miga tu miłość, śmierć i polityka.

Po drugie myślę sobie o białych Rosjanach. Mój pradziadek, Walerian Karnauchow, przyjechał do Polski ok. 1924 roku z miłości do mojej prababci. Oboje mieli po czterdziestce, kiedy w czasie I wojny rozkwitł ich płomienny, podwójnie pozamałżeński romans. Ona uciekła z rewolucyjnej Rosji w ciąży, by urodzić moją babcię w majątku rodziców pod Kielcami (w 1919), on zdołał się przebić dopiero pięć lat po narodzinach córki. Podejrzewali oboje, że po tylu latach carskiego okrucieństwa dziecko z rosyjskim nazwiskiem będzie prześladowane, więc moja babcia nosiła nazwisko pierwszego męża matki, który był oficjalnie jej ojcem. Jak się później okazało, było to zupełnie niepotrzebne - chodziła do szkoły z kilkoma córkami białych Rosjan, których wcale z tego powodu nie krzywdzono. Historia Witalisa to jednak przypadek szczególny - o ile mój dziadek nie miał wcześniej z Polską nic wspólnego, przyjechał tu już po odzyskaniu niepodległości, a z zawodu był adwokatem, o tyle stary Morozow był carskim sędzią śledczym, który działał w Warszawie (kto choćby pobieżnie zna historię walki caratu z Polakami, od razu złapie różnicę). Rozumiem, oczywiście, decyzję wdowy, która uciekła z dziećmi do miasta, które dobrze znała (może nawet do swojego miasta rodzinnego?), ale jednak synowie śledczego chroniący się przed bolszewikami w kraju niedawno okupowanym to ładne świadectwo polskiego stosunku do tych, którzy przegrali wojnę. 

Biednego robotniczego domku przy Kawęczyńskiej 8 już nie ma, po numerze 4a (ładny dom pomocy sióstr albertynek z początku lat 80.) następuje numer 12, gmach - czy może, sądząc po nietypowym kształcie, kawałek przedwojennego gmachu, w którym mieści się gimnazjum. Pomiędzy nimi rozciąga się dziura ze szczytową ścianą wielkiego bloczyska.

A Witalis Morozow? W toku procesu okazał się faktycznie szalony. I, jak podaje "Goniec Częstochowski", osadzono go w Tworkach, gdzie niegdyś leczył się jego ojciec, śledczy carskiej policji w mieście gubernialnym Warszawie.



Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932 oraz "Goniec Częstochowski", nr 138/1932, 18 czerwca 1932


czwartek, 16 kwietnia 2015

Epileptyk z nożem, czyli Noc świętego Bartłomieja w Skolu

W szaleństwie, jak wiemy, może być metoda - ludzie obłąkani nierzadko planują swoje czyny, wymykające się zdrowemu rozsądkowi, z zadziwiającą precyzją i konsekwencją. Jednak młody urzędnik Karol Tyczyński wszystko poplątał.


Historia rodziny Franciszka Tyczyńskiego brzmi jak historia Hioba: pracuje jako listonosz w dobrej, dbającej o pracowników firmie, ma dużą i udaną rodzinę, po czym wszystko w życiu stopniowo mu się rozlatuje. Najpierw jeden syn umiera, a drugi popada w obłęd, którego, pomimo wydawania znacznych sum na lekarzy, nie daje się uleczyć; potem córka, przejęta losem brata, zapada na jakąś śmiertelną chorobę duszy, wreszcie Karol, którego obłęd postępuje, rzuca się na bliskich z nożem. Ale nawet i on ponosi klęskę: rodzice ostatecznie atak przeżywają, a planowana powtórka Nocy św. Bartłomieja wypada w październiku zamiast, jak być powinno, w sierpniu. Wszystko źle. 


Dwoje Tyczyńskich, którzy zabronili się wieźć do szpitala i "dochodzą do siebie w domu" wygląda, jakby leżeli w pościeli w jakimś przedśmiertnym stuporze. Ale może to tylko niema niezgoda na tak niesprawiedliwy los?

*

Warto może jeszcze wspomnieć o Skolu, miejscowości dziś niemal całkiem zapomnianej. Skole leży w Bieszczadach - dziś na Ukrainie, mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów od polskiej granicy. W międzywojniu słynęło jako majątek braci Groedel, właścicieli wielkich tartaków i rozległych dóbr, w których odbywały się ponoć najlepsze polowania w całej Polsce.

Hermann Groedel
Żona Hermanna, Melania z Weinerów
Trzej bracia Groedelowie, Hermann, Albert i Bernard, pochodzili z żydowskiej rodziny, mieszkającej w Hesji; wyemigrowali stamtąd do Transylwanii i założyli przedsiębiorstwo Transylvanian Forest Industry, szybko zarabiając ogromne pieniądze i dosługując się tytułu "królów węgierskiego drewna" (oraz austriackich baronów). Jeden z nich, Hermann, postanowił przenieść siedzibę firmy do Skola, gdzie kupił rozległe lasy (36 tys. hektarów); w niedalekiej Wetlinie miał jeszcze kolejne 5 tys., w Wełdzirzu był współwłaścicielem 33 tys. hektarów. Dalsze ziemie należące do firmy leżały w Czechosłowacji, Polsce. Rumunii i na Węgrzech. Groedelowie mieli też własne linie morskie z czterema parowcami, rozwożącymi drewno po całym świecie. I forsy jak lodu.


Zamek, leżący w ogromnych lasach, stał się mekką myśliwych nie tylko krajowych, ale i z całej Europy; polowało tu wielu przedstawicieli arystokratycznych rodów - słynna gościnność Groedla sprawiała widocznie, że nie strojono fumów i nie wypominano mu ani nuworyszostwa, ani żydowskiego pochodzenia. (więcej o polowaniach w Skolu TUTAJ). Sam gmach zachował się jakoś po dziś dzień, choć nieco podupadły i bez rozkradzionego i zniszczonego wyposażenia, zdażył bowiem służyć jako siedziba NKWD i gestapo oraz szkoła z internatem i sierociniec. Dwie boczne wieże zostały zniszczone prawdopodobnie w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy w tym rejonie toczyły się ostre walki; w międzywojniu ryzality pozostawiono tylko na parterze, zwieńczone na pierwszym piętrze tarasami, natomiast wysoki hełm umieszczono nad głównym wejściem. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933 i artykuł St. Niciei "Skole - mekka myśliwych"

sobota, 23 sierpnia 2014

Wymowne nazwiska czyli w niewoli onomastyki

U Dostojewskiego nazwiska bohaterów są często mówiące. Raskolnikow pochodzi od razkołu, czyli rozłamu, schizmy; Stawrogin - od greckiego "stauros", krzyż; Karamazow - z tureckiego "kara", czyli "czarny" i "maz", od zmazy, śladu, piętna; Smierdiakow - wiadomo, podobnie jak Myszkin (zwłaszcza w zestawieniu z imieniem Lew). Ale dzieje się tak czasem nie tylko w literaturze - poznajcie bohaterów, o których losach zdało się decydować nazwisko.


Niestety, dziennikarz nie zapomniał o seksistowskim stereotypie ("kobieta jako sprężyna zbrodni"), natomiast zapomniał podać panieńskiego nazwiska Rozalii - a wielka szkoda, bo może uzyskalibyśmy kolejny składnik tej niezwykłej układanki. A tak tylko mamy Szczurzyka, który podle zamordował - chciało by się rzec "zagryzł" - Pieniężnego, znakomicie prosperującego jako lichwiarz dzięki pieniądzom ze sprzedaży sklepu (pamiętacie, drodzy czytelnicy, kto tak strasznie, niezbornie mordował osobę trudniącą się lichwą i w jakiej było to książce?). Swoją drogą, sklep był w Lutogniewie, a to też niezła nazwa (pochodząca od słowiańskiego imienia założyciela - "luty" to "srogi", a gniew rozumie się sam przez się...); szkoda, że zbrodnię popełniono nie tam, ale na szosie pomiędzy Kobiernem (etymologicznie pochodzącym zapewne od nieciekawych łopianów), Nowym Folwarkiem, Brzozą a Bożacinem. Ech, już nawet złowróżbny Czarny Sad byłby lepszy niż to miejsce bez nazwy, w szczerym polu.

Co było dalej z nieszczęsnymi bohaterami? Informuje o tym - a także o szczegółach zbrodni, które wyszły na jaw w śledztwie - "Słowo Pomorskie" ze stycznia 1935 roku:
























Szczuraszka zapewne powieszono prędko - egzekucje przeprowadzano wówczas tuż po zakończeniu drogi sądowej. W okresie międzywojennym było sporo amnestii (aż dziesięć), ale żadna nie wypadła na początku 1935 roku, nie sądzę też, żeby obejmowała skazanego na śmierć mordercę; skoro więc nie ocaliła go o apelacja, to zapewne i prezydent nie skorzystał z prawa łaski, bo z opisu zbrodni nie wynikają żadne okoliczności łagodzące, nic też nie wskazuje, żeby Szczuraszek był legionistą czy bohaterem wojny 1920 roku, a to były najmocniejsze przesłanki do skorzystania z prawa łaski. 

Nie wiem też, co stało się z Rozalią - mam przed oczami dekret o amnestii z 1939 roku i jeśli chodzi o poważne zbrodnie, to uwalniano odsiadujących wyrok poniżej roku, skazanym na rok do pięciu darowano połowę kary, na pięć do dziesięciu - jedną trzecią. Dożywocia nie skracano. Siedziała zatem pewnie przynajmniej do wybuchu wojny, a może i dłużej; internet milczy na jej temat, choć niewykluczone, że w więzieniu wróciła do panieńskiego nazwiska. Którego to, jak wiemy, korespondent "Tajnego Detektywa" nie podał.

PS: Obok nie tak może ciekawa onomastycznie, ale poruszająca opowieść o Reginie Greiffowej - dla porządku dodam, że nieszczęsna matka została przez sąd potraktowana z wyrozumiałością, o czym doniosła "Gazeta Lwowska":

 




Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, "Słowo Pomorskie" 10 I 1935, "Gazeta Lwowska" z 26 I 1935.

środa, 15 maja 2013

Tajemnicze zboczenie szofera Antoniewicza

Wierzę, że świat byłby piękniejszym miejscem do życia, gdyby więcej ludzi miało udane życie seksualne. Ileż wojen, prześladowań, ile krwawych wendett nie doszłoby do skutku, gdyby ten czy ów miał dostęp do porządnych orgazmów! Ileż żółci wylewanej na forach netowych zastąpiłyby inne płyny ustrojowe, wylewane w zgoła innych miejscach! Na ogół trudno to precyzyjnie oszacować, ale w przypadku Antoniewicza udane życie seksualne mogłoby ocalić życie paru osobom.


Skromny pan w kapeluszu, niepewnie idący po bruku podwórka kamienicy przy ul. Wierzbięcice 30 w Poznaniu to 32-letni Stanisław Antoniewicz, bezrobotny szofer, od trzech lat pozostający w separacji ze swoją żoną Marią, która odeszła od niego, ponieważ "pewne jego zboczenia czyniły pożycie małżeńskie niemożliwym". Poczytajmy o tym straszliwym splocie seksualnej frustracji, miłości, zazdrości, zbrodni oraz trudnych warunków w mieszkaniu sublokatorskim!



Co było dalej z Antoniewiczem? "Orędownik na powiat nowotomyski" z 19 maja 1934 donosił, że stan oskarżonego znacznie się pogorszył i nie wiadomo, czy nie uniknął kary jako chory psychicznie:



O dalszych jego losach nie znalazłem żadnych informacji - czy trafił na stałe do szpitala psychiatrycznego? Zmarł tam, zbiegł w czasie wojny, został rozstrzelany razem z innymi pensjonariuszami przez Niemców? Czy też nie dano wiary psychiatrom i trafił do więzienia, a może nawet na szafot? Nie wiem.  Nie wiem także, jaki był ostateczny bilans ofiar - z pewnością Hoffmannowie, ale może i żona, jeśli nie wylizała się z ran. No i, jeśli go skazano na karę śmierci, sam przestępca. 

Nie wiem wreszcie, co w oczach sublokatorki, Marii Antoniewicz, było zboczeniem tak straszliwym, że uniemożliwiało wypełnianie obowiązków małżeńskich - czy Antoniewicz, szofer, był sadystą, masochistą? Transwestytą? Sarmassofilem? Gynotikolobomasofilem? Źródła milczą, milczy Antoniewicz, milczy Antoniewiczowa, milczą nieżywi Hoffmannowie i ich sześcioro osieroconych dzieci - dzieci, które może nadal miałyby rodziców, gdyby Maria Antoniewiczowa była nieco bardziej kinky.


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

piątek, 22 lutego 2013

Perlmutterówna, tapicer i żebraczy high-life.

Dziennikarze-hieny nie są niczym nowym - przed wojną w gazetach reprodukowano zdjęcia trupów, podawano bez ogródek wszelkie dane personalne ofiar i przestępców (z adresem włącznie), a ludzkie dramaty opisywano niekiedy jako zabawne scenki z życia ulicy. Jak w przypadku nieszczęsnej żebraczki ze Lwowa.


Opowieść o Perlmutterównie jest podana przez lwowskiego korespondenta w sposób lekki i zabawny: oto imitujący wyższe sfery romans ze sfer niższych, istna "Opera za trzy grosze" w wersji farsownej, gdzie zaradna, ładna dziewuszka przechodzi przez ramiona chasyda, żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza, tapicera Salza, i cukiernika Guertla, przedstawianego jako "Don Juan trzeciej dzielnicy"*. Dużo tu kpiny - nie wiadomo z czego, chyba z tego, że lwowscy żebracy w ogóle są zdolni do miłości i "bawią się" w takie luksusy, jak romanse.

Frydzia Perlmutterówna jest według dziennikarza "filarem tego dramatu"; mnie wydaje się nie filarem, a udręczoną dziewczyną, którą bieg wydarzeń rzuca jak popsutą lalką. Już start miała raczej kiepski: Skałat leżał podówczas w województwie Tarnopolskim, pod samą granicą wschodnią RP, do niedawna jeszcze w "Golicji i Głodomerii", jak ze względu na potworną nędzę przezywano Cesarsko-Królewską prowincję Galicję i Lodomerię. Kiedy dziś słyszymy czasem, że w Polsce panuje bieda, stosujemy zupełnie inne pojęcie biedy niż w międzywojniu, zwłaszcza w okresie Wielkiego Kryzysu, który szczególnie dawał się we znaki w kraju zniszczonym zaborami i I wojną światową, który swoje lata względnej zamożności przeżywał ostatnio za czasów Sobieskiego. Skala bezdomności, żebractwa, prostytucji była niewyobrażalna. Miarą tego, jak trudno było zarobić choćby parę groszy, niech będą słowa z książki Moniki Piątkowskiej "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce" o cenach usług prostytutek: Uliczna dziewczyna czekająca na okazję pod drzwiami szynku lub nieopodal dworca kosztowała klienta 1,50 zł, czyli tyle, ile pięć kilogramów śledzi, trzy kilogramy cebuli, kilogram mięsa wołowego z kością i dokładką podrobów, 2,5 kg grochu, 25 sztuk sprzedawanych luzem papierosów lub litr śmietany. Za 1,50 zł w latach trzydziestych można się było przespać w prywatnym przytułku na wynajętym łóżku, kupić trzy bilety na wiejską zabawę, dwa obiady w tanim barze "Pijak" na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie lub raz zagrać z ulicznym szulerem w trzy karty. [...] Z kwoty 1,50 zł jaką klient płacił za usługę, uliczna dziewczyna aż złotówkę oddać musiała amatorskiej sutenerce, zapisującej nocny utarg na ścianie kreskami swojego pokoju. W zamian, poza łóżkiem, na którym mogła przyjąć klienta, "chustkowa" dostawała jeszcze poczęstunek dla mężczyzny i alkoholowy napitek, ale ten bywał często dodatkowo płatny. [...] W II Rzeczypospolitej ulicznej dziewczyny zazwyczaj nie było stać na samą siebie.
Chciało by się dodać: a co z dziewczyną-żebraczką, która żadnej usługi nie sprzedaje, a w dodatku ma na utrzymaniu małe dziecko? Warto zwrócić też uwagę na to, kim są lwowscy żebracy: to nie niziny społeczne, programowi bumelanci, ale, co typowe dla okresu Wielkiego Kryzysu, zdeklasowani rzemieślnicy: cukiernik, tapicer. To społeczeństwo pełne ludzi, którzy zostali gwałtownie pozbawieni środków do życia i nie mogą pracować mimo ogromnej woli pracy, która niektórych przywodziła - tu znów odsyłam do Piątkowskiej - do obłędu.

Historia Perlmutterówny nie nadaje się na farsę. To raczej materiał na operę w typie "Wozzecka". 14-latka wydana za człowieka, który zamiast zajmować się utrzymaniem rodziny, powinien raczej zgłębiać święte księgi i służyć Bogu, nawiązuje romans z żołnierzem KOPu - jedynym w tej opowieści, który ma stałe i bezpieczne miejsce zatrudnienia, trwały żołd; tyle, że żołnierz, mimo dramatycznych okoliczności (wyrzucenie dziewczyny z domu przez męża, śmierć obojga jej rodziców) najwyraźniej nie zamierzał zapewnić opieki ani młodziutkiej matce, ani - swojemu lub nieswojemu - dziecku. Frydzia ucieka więc na zachód, do miasta, najmuje jakąś norę - z początku mogła zresztą, jak to często wówczas bywało, zajmować z dzieckiem tylko jakieś schody, które za dnia opuszczała. Natrafia na Salza, który najpierw się nią zaopiekował, potem porzucił dla "żebraczki-chrześcijanki" (podział religijny, co ciekawe, był ważny nawet wśród żebraków), zostawiając jej - co istotne - meble. I ten Guertel, pokazany jako bawidamek, jako uwodziciel - jakby "nasz korespondent", kawiarniany buc, nie rozumiał, że dla tej dziewczyny mężczyzna nie był luksusem, ale, być może, kwestią tego, czy ona i dziecko przeżyją przez kolejny rok. Takich jak Perlmutterówna, które w swojej nędzy i upodleniu dochodziły do ściany, więc dusiły dziecko, a potem wypijały esencję octową, było na pęczki. Ale, jak się okazała, od Guertela zamiast wsparcia mogła oczekiwać syfilisu. Oraz przepicia jedynej jej własności - mebli zostawionych przez Salza.

Buechner już, oczywiście, nie żył, ale Alban Berg - i owszem. Kto mógłby napisać libretto? Może Albert Doeblin? Berg dzięki temu mógłby dłużej pożyć, bo stać byłoby go na doktora i operacji karbunkuła na szyi nie robiłaby mu żona nożyczkami, tylko specjalista. A coś może skapnęłoby i Frydzi Perlmutter-X-Salz-Guertel? Nie, raczej nie.


Lwów, obecny widok ulicy Pid Dubom (Pod Dębem); dom, w którym mieszkała Frydzia - trzeci od lewej, z balkonem.
Widoczne wysokie (względnie) okna suteren. Za użytkownikiem Chef ze strony 
http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?p=67650633

* III Dzielnica, czyli Przedmieście Żółkiewskie, było tym, czym dla Warszawy Nalewki, a dla Krakowa-Kazimierz: dzielnicą żydowskiej biedoty.


Za: "Tajny Detektyw" nr 42 rok IV, 14 X 1934

wtorek, 27 listopada 2012

Zubożali rumuńscy bogacze i zdeprawowana czternastolatka

W dziale "Ostatnie wiadomości" jak zwykle ciekawostki i pikantne szczególiki z życia Europy - tym razem w tonacji minorowej. Milionerzy ubożeją, ślepnące dziewczę wyłudza operację, a uwiedziona czternastolatka okazuje się wytrawną rozpustnicą.







Historie o dwóch dziewczynach są w sumie dość banalne. Jedna jest przedstawiona jako niewinna i uciśniona, "budząca w każdym litość", druga - jako godna pogardy puszczalska, choć dziś 14-latka z burzliwą przeszłością budzi raczej litość, a jeśli szuka się winy, to nie w niej, a tych, co do takiego stanu rzeczy dopuścili.

Ciekawszy jest kawałek o Jacquesie Menachemie Eliasie (1844-1923), o którym można się całkiem sporo dowiedzieć z rumuńskiej Wikipedii. Był on zamożnym przemysłowcem (cukrownikiem) i filantropem; na jego majątek składały się cukrownie i inne fabryki, banki, tysiące akrów ziemi, rozliczne budynki w Wiedniu, Berlinie, Rzymie i Paryżu, dwa hotele w Bukareszcie (Continental i Patria), kopalnie rtęci w Dalmacji i miliony w akcjach zagranicznych przedsiębiorstw. Mimo to wiódł bardzo skromne życie. 



Wprawdzie pochodził z rodziny sefardyjskich Żydów, a Żydzi do I wojny światowej nie mogli być obywatelami Rumunii (!), to jednak, jako doradca króla Karola I, mógł się cieszyć monarszą protekcją i w roku 1880 uzyskał obywatelstwo za specjalną zgodą parlamentu. Otrzymał też mnóstwo państwowych odznaczeń. W testamencie zostawił pieniądze Akademii Rumuńskiej (w roku 1993 został pośmiertnie jej członkiem), która miała przeznaczać je na szereg rozmaitych celów: budowę i utrzymanie istniejącego do dziś szpitala, budowę i utrzymanie szkół i stołówek szkolnych, nagrody i stypendia dla ubogich dzieci, finansowanie wydziału medycyny na Uniwersytecie Bukaresztańskim, legaty dla synagog i szkół rytu sefardyjskiego w Wiedniu i Bukareszcie. Na jego pogrzebie był obecny cały rząd rumuński.

W "Tajnym Detektywie" czytamy, że miał licznych krewnych, co nie do końca jest prawdą; był bezdzietnym kawalerem i miał w Wiedniu dwóch braci (to syn jednego z nich figuruje zapewne w artykule jako "siostrzeniec"). Niedługo po śmierci Eliasa przyszedł Wielki Kryzys, który doprowadził Eliasów wiedeńskich do zubożenia, a jeszcze później - Anschluss Austrii oraz dyktatura Antonescu w Rumunii. W styczniu 1941 roku w pogromie bukaresztańskim (kiedy to z ręki Żelaznej Gwardii zginęło 130 Żydów, w tym wielu z nich zamęczonych na śmierć w ciągnących się przez parę dni sesjach tortur) spalono również Synagogę Sefardyjską, rozbudowaną dzięki legatowi Eliasa:




Synowie jednego z bratanków (który pracował jako bankier w Bukareszcie, zatem nie chodzi chyba o tego, który wytoczył sprawę) przeżyli pogrom, ukończyli studia medyczne i mieszkali po wojnie w komunistycznej Rumunii. Pierwszy, w 1950 roku, wyrwał się stamtąd Jonas, w roku 1963 drugi, Marius (Elias). Jonas zmienił nazwisko na Elian i ponoć w roku 1960 brał udział w słynnym porwaniu przez Mosad Adolfa Eichmanna.

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934