Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielki Kryzys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielki Kryzys. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

Na piechotę, czyli cynki włóczęgowskie.

W tekście "Amerykański tramp i nasz włóczęga" autor zestawia włóczęgostwo w ówczesnych Stanach i Polsce, kreśląc typologię rozmaitych wędrowców. Czego tu nie ma! Są i migawki z rozmaitych schronisk, począwszy od brukselkich, a na krakowskich kończąc, jest słowniczek cynków, czyli symboli zostawianych przy bramach domów, jest wspomnienie o chronieniu się w wygaszonych piecach licznych cegielni płaszowskich. Jest wreszcie to, czego można się było spodziewać po "Tajnym Detektywie", który mrugał okiem do czytelników z drobnomieszczaństwa i klasy średniej - wspomnienie o "malowniczości", o "uroku", "romantyczności włóczęgi".

Kiedy pojawia się temat głębszych przyczyn, okazuje się, że "robotnik okazyjny stale pracować nie potrafi". Wprawdzie zaraz idzie kawałek o tym, że to "warunki gospodarcze go przerzucają", ale jednak. Bo przecież "dobry [...] robotnik znajdzie zajęcie w każdym kraju" - pisze beztrosko dziennikarz. W tym samym czasie również polskie fabryki, podupadające ogromnie przez ogólny kryzys, dokonują masowych zwolnień. Inne idą z robotnikami na układ - zatrudniają ich na dwa, trzy dni w tygodniu, czasem nawet na jeden dzień (oczywiście za proporcjonalnie obniżaną stawkę), żeby tylko masowych zwolnień nie przeprowadzić. Problem w tym, że za pensje w wysokości 1/5 czy 2/5 poprzedniej płacy wyżyć się nie da. 

To, co wydaje mi się największą zaletą tego tekstu, to reportaż z sali sądu na Kanoniczej w Krakowie, który daje wgląd w czasy, kiedy podróżowanie bez celu było działalnością karalną:





Wspomniany w tekście sędzia-znawca włóczęgów to Leonard Krupiński (1893-1974). Narodowe Archiwum Cyfrowe zawiera sporo jego portretów, bowiem orzekał w trzech sprawach, które odbiły się szerokim echem w międzywojniu: w aferze Ciunkiewiczowej, kokoty w stanie spoczynku, która usiłowała nabrać ubezpieczyciela na rzekomą kradzież futer i klejnotów z walizek złożonych w hotelu, małżeństwa Maliszów (potrójne morderstwo w wyniku nieudolnego skoku na listowne przekazy pieniężne; sprawa, która miała się rzekomo przyczynić do zamknięcia "Tajnego Detektywa") i wreszcie w superprocesie Rity Gorgonowej. Pracę w sądownictwie zaczął przed samym upadkiem Cesarstwa Austro-Węgierskiego, we wrześniu 1918, natomiast orzekał do połwy grudnia 1945, kiedy nowe władze komunistyczne przeniosły go w stan spoczynku - przedwcześnie chyba, bo miał ledwo 52 lata, ale chyba zaważyło tu właśnie bycie znanym sędzią z okresu sanacji. Może wybroniliby go włóczędzy - ale oni i w komunizmie byli, jak zawsze, bezbronni i bezsilni.



Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931

poniedziałek, 19 października 2015

YOLO w Krotoszynie, Anno Domini 1932

Myślałby kto, że #yolo, akronim nastoletniej dewizy "You only live once!" ('żyje się tylko raz') to jakaś nowość, że osiemdziesiąt lat temu ludzie żyli skromnie i skrzętnie, a nawet jeśli nie - posługiwali się starym, dobrym, nieco zaśniedziałym "Carpe diem". Niekoniecznie. Poznajcie tragiczne dzieje rodziny Krawczyków, krotoszyńskich królów życia.




Cóż dodać do smutnej opowieści o rozrzutnym producencie odbiorników radiowych? Niewiele chyba, bo od czasów bajki LaFontaine'a o mrówce i pasikoniku wiemy jak pasikoniki kończą, nawet jeśli mają żonę i dziecko. 

Prócz może tego szczególiku, na który natrafiłem, próbując ustalić adres przedwojennej Fabryki Kawy Słodowej "Extra" w Krotoszynie, żeby sprawdzić, czy budynek ze zdjęcia jeszcze stoi. Budynku nie znalazłem, znalazłem za to sprzedawany kiedyś na Allegro świstek:


A zatem nie tylko pasikonik Krawczyk, ale i mrówka Staniszewski, zapobiegliwy właściciel fabryki i domu, miał finansowe kłopoty i musiał postawić firmę w stan likwidacji. Wielki kryzys bowiem potrafi zagłodzić nie tylko pasikonika, ale i mrówkę.


Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932

poniedziałek, 25 lutego 2013

Wilczy kapitalizm w działaniu - czyli dziecko i zwłoki matki

W dziale "Z 4-ech stron świata" tym razem dwie opowieści o strasznych kapitalistach. Jedna jest anegdotką obyczajowo-psychologiczną bez większej głębi. Drugą natomiast warto przypomnieć tym wszystkim, którzy tęsknią do wolnego rynku w stanie czystym i żachają się na określenie "wilczy kapitalizm".


"Manekin", jak widać, przed wojną miał znaczenie szersze i oznaczał również modelkę, pokazującą klientkom na żywo stroje w wielkich domach mody - dziś jest to zwyczaj chyba całkowicie zapomniany. Typy takie jak Pierre Vailier znamy osobiście i zapewniamy, że podobne potrzeby emocjonalne absolutnie nie muszą łączyć się z bogactwem ani zawodem bankiera. Zdecydowanie poważniejszy i bardziej dramatyczny jest drugi wycinek:


Chicago w latach 30-tych przeżywało, jak całe Stany, Wielki Kryzys - ale w mieście całkowicie opartym na wielkim przetwórstwie kryzys był wyjątkowo dotkliwy. Tylko połowa mieszkańców Chicago, którzy pracowali w fabrykach w roku 1927 pracowała w nich nadal sześć lat później - na pierwszy ogień poszli oczywiście czarni, Latynosi, głównie Meksykanie, oraz imigranci z Europy Wschodniej (tak pięknie opisywani wówczas w wierszach Sandburga); ale w gruncie rzeczy nikt nie mógł być pewien wypłaty; miasto zalegało na przykład z pensjami nauczycieli po osiem miesięcy z okładem. Na kryzys nałożyły się bowiem kłopoty podatkowe: otóż jeszcze w 1928 roku kilku potentatów z branży nieruchomości upomniało się, by wprowadzić w życie martwy przepis sprzed pół wieku, z konstytucji Illinois, która kazała równomiernie opodatkować wszystkie posiadane dobra: meble, samochody, papiery wartościowe. Argumentowali, że właściciele nieruchomości ponoszą zbyt duże nakłady finansowe i w związku z tym odmówili płacenia podatków. Walka toczyła się przez parę lat, Stowarzyszenie Płatników Podatku od Nieruchomości (ARET) zgromadziło trzydzieści tysięcy członków, miało ogromny budżet i własną audycję radiową - dopiero decyzja Sądu Najwyższego, który odmówił zajęcia się sprawą, sprawiła, że ruch stracił na sile. Znaczenie miała również postawa nowego burmistrza: pochodzącego z Czech demokraty, Antona Cermaka*, który zdobył mandat, walcząc z rasowymi uprzedzeniami i porywając za sobą wyborców z różnych pogardzanych grup etnicznych (metody jego przeciwnika, który układał o Cermaku rasistowskie wierszyki, okazały się mniej efektywne: w rezultacie okazał się ostatnim jak dotąd republikańskim burmistrzem tego miasta). Tak czy owak, miasto Chicago niemal ogłosiło upadłość finansową i nie dysponowało funduszami na jakąkolwiek opiekę społeczną czy łagodzenie kosztów kryzysu, zaś prywatne i religijne organizacje charytatywne same były w większości na krawędzi bankructwa. 

W tej sytuacji dochodziło często do dramatycznych wydarzeń, choćby takich, jak to opisywane w "Tajnym Detektywie". Ciekawe, że szpital próbował zatrzymać za długi nie tylko zwłoki matki, ale i zupełnie żywe dziecko - o ile pierwszy problem został rozstrzygnięty prawnie, o tyle o drugim ani słowa. Cóż, zważywszy, że ostatni stan oficjalnie zdelegalizował niewolnictwo dopiero parę dni temu  można się zastanawiać, co stało się z dzieckiem... A mówiąc poważnie, niewolnictwo było w Illinois nielegalne od roku 1818, natomiast różne formy zniewolenia człowieka przez człowieka były tam, oczywiście, praktykowane, o czym wiele można poczytać w "Wierszach Chicagowskich" Sandburga.

I na koniec jeszcze z tej samej rubryczki salto mortale, które mortale na szczęście się nie okazało. Przynajmniej dla kaprala, bo nie wiem, jaka wtedy była kara za dezercję w brytyjskiej armii...




*Cermak zginął w Miami w zamachu na prezydenta-elekta Franklina Delano Roosevelta; niektórzy twierdzą, że to on był prawdziwym celem (a zleceniodawcą był chicagowski syndykat mafijny), wydaje się jednak, że w takim razie wybrano by jakąś mniej strzeżoną okazję. Jak na ironię, strzelcem był Giuseppe Zangara, ubogi kalabryjski imigrant, murarz, który strzelał "do wszystkich królów, prezydentów i kapitalistów"; biedny Zangara, który miał ledwie metr pięćdziesiąt wzrostu i w dodatku cierpiał na chroniczny ból brzucha, stał w gęstym tłumie na chybocącym się, rozkładanym metalowym krzesełku, wiele więc wskazuje na to, że Cermak był jednak przypadkową ofiarą. Ostatnie słowa Zangary, który zginął na krześle elektrycznym, brzmiały: "Naciśnij guzik. Naciśnijże ten guzik!".



Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 


sobota, 14 lipca 2012

Patent na dowcip

W dziale "Paragraf w życiu codziennem" Tajny Detektyw informuje nas o przemianach społecznych. Pierwsza należy do reperkusji Wielkiego Kryzysu: państwa masowo obniżały pensje w budżetówce, biedę cierpieli nie tylko robotnicy, ale i ludzie dotychczas dobrze sytuowani: właściciele sklepów czy przedsiębiorcy. A że mało który "kochający ojciec" przepada za płaceniem alimentów, to:



Ciekawe, czy obecny kryzys doczekał się już podobnego procesu, np. w Grecji? Społeczeństwo greckie, jak wiadomo, nie jest entuzjastyczne wobec jakichkolwiek opłat czy podatków i unika ich na wszelkie sposoby. Bardziej interesujący wydał mi się jednak urywek o patentowaniu roślin:



I nie chodzi mi już nawet o to, że "dowcipna" receptura na tort wydaje się nieco osobliwa, ale o to, że w 1931 roku tak naprawdę położono podwaliny pod GMO; gdyby nie patenty, mało komu opłacałoby się inwestować mnóstwo pieniędzy w badania nad genetycznym modyfikowaniem roślin. Ale taki był ówczesny Zeitgeist: okres eugeniki i "usprawniania rasy", w którym podobne pomysły uważano za awangardę nowego, wspaniałego świata. I nie, nie porównuję GMO (często zapewne przydatnych) do nazistowskich zbrodni - po prostu pokazuję, że z jednego Zeitgeistu mogą płynąć wydarzenia koszmarne, ambiwalentne i pozytywne zarazem.


Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)





środa, 21 marca 2012

Kryzys męskości, czyli facet ze sprzętem

W swojej uroczej książce "Jak Proust może zmienić twoje życie" Alain de Botton opisuje, jak Proust niekiedy opierał całe swoje teksty na skromnych gazetowych notkach - posługuje się przykładem eseju o matkobójstwie (napisanego po przeczytaniu w gazecie wzmianki o niejakim Henrim van Blarenberghe'u, który w przypływie obłędu zaszlachtował matkę kuchennym nożem) i dodaje: Wiele utworów literackich i dramatopisarskich potraktowalibyśmy jako błahe i nic nam nie mówiące, gdybyśmy z ich treścią zapoznali się najpierw w formie notatki wyczytanej w gazecie przy śniadaniu.

Tragedia pary kochanków w Weronie: młody człowiek odebrał sobie życie w mylnym przekonaniu, że jego ukochana nie żyje. Na wieść o śmierci kochanka dziewczyna również popełniła samobójstwo.

Młoda kobieta w Rosji rzuciła się pod pociąg w wyniku domowych kłopotów.

Młoda matka w jednym z francuskich miasteczek prowincjonalnych zatruła się śmiertelnie arszenikiem na tle osobistych powikłań.

                              (tł. W. Sadkowski)

I taką właśnie wymowną notkę chciałbym dzisiaj przedstawić:



Brandtwein jest wzorowym obywatelem swego miasta; w średniowieczu byłby może rajcą, może starszym cechu, może członkiem bractwa kurkowego - musiał zatem cieszyć się nie tylko poważaniem, ale i względną zamożnością, choć nieprzesadną przecież, skoro mieszkania nie miał na własność, a jedynie je wynajmował - tak czy owak, widoczne na zdjęciu solidne podwójne łoże małżeńskie sugeruje jakiś w miarę trwały fundament. Czasy się jednak zmieniły i jego dobrobyt zależał nie, jak w dawnych epokach, od pracy własnych rąk, ale od zatrudnienia. Wielki Kryzys, który zmiótł z rynku w Stanach i Europie niezliczone mrowie firm i więcej jeszcze etatów, nie tylko pozbawił go posady, ale i, jak widać, możliwości znalezienia kolejnej pracy. Jak dotąd wszystko jest całkowicie jasne: rodzi się zupełnie zrozumiała frustracja, być może depresja, a wraz z nimi zachowania agresywne. Nie tylko Europa i Stany przeżywają kryzys, przeżywa je także męskie ego Brandtweina, który dotychczas, jak się można spodziewać, był dla całej rodziny opoką. Skoro jednak nie potrafił utrzymać tej, skądinąd emocjonalnie bardzo przyjemnej, pozycji, tradycyjny świat wartości, gdzie mężczyzna i kobieta mają ściśle przydzielone role, legł w gruzach. I tego Brandtwein nie przetrzymał, w dodatku, co symptomatyczne, zwrócił swoją agresję nie tylko przeciw samemu sobie, ale i przeciw całej rodzinie. Jak patriarcha, zawiedziony fiaskiem życiowego projektu, jak kieszonkowy kacyk postanawia odejść z całym swoim "potomstwem": wyjmuje parabellum, drobiazg na wyposażeniu każdego "prawdziwego mężczyzny", i próbuje - z różnym skutkiem - uśmiercić cały klan, w tym i samego siebie.

Po osiemdziesięciu latach takie morderstwa "z litości" nad tymi, którzy "sami by sobie nie poradzili" (choć, jeśli uda im się przeżyć, nierzadko radzą sobie całkiem nieźle) nadal się zdarzają, są jednak, mam wrażenie, rzadsze i słabiej osadzone w społecznym kontekście. Rozluźnienie - rozpad, jak wieszczą niektórzy czarnowidze - więzi rodzinnych ma i swoje dobre skutki: każdy kapitan, co to sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, ma wciąż prawo dobrowolnie iść na dno, ale nie znaczy to już, że musi za sobą pociągnąć całą załogę. A i środki po temu ma na ogół znacznie słabsze, bo parabellum na drzewach nie rosną.


Za: "Tajny Detektyw" nr 10, rok 2 (6 III 1932)