Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1932/5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1932/5. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lipca 2012

Król Hiszpanji i zbrodnia w Zawiści

I jeszcze dwa urywki numeru "Tajnego" z ostatniego dnia stycznia 1932 roku: po pierwsze ktoś w rodzaju Arsena Lupin, gentlemana w białych rękawiczkach: Antonio Lusia y Buse, który, by umknąć sprawiedliwości, podawał się nawet za podróżującego incognito króla Hiszpanii. Po każdym "łotrostwie" trwonił wysokie nominały w europejskich kurortach:



I druga sprawa: mniejsza o bezczelnego Waszkiewicza (który zbiegał z pasażu wiodącego do kina Marysieńka - ach, czy nie jest to fraza jak z Tkaczyszyna-Dyckiego?), ale Zawiść! Zbrodnia w Zawiści! Siekierą rąbanie! Przez bezrobotnego Szkudło! Służąca Rozalia pod ciosami siekiery padająca, bo drogę zastąpiła, w Zawiści! Zbrodnia jak zbrodnia - ale imiona, nazwiska, rzeczowniki i czasowniki splatają się tu w tak piękną całość, że każdy by brał w ciemno!



Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

poniedziałek, 16 lipca 2012

Skrzywienie zawodowe

Międzywojenni przestępcy to nie tylko krwawi mordercy, amerykańscy bootleggerzy, ale i skromne szantażystki z falką nad czółkiem. Poznajcie historię Marji Lewandowskiej, nauczycielki, panny, córki katolickiego posła, która po godzinach wcielała się w lubieżną metresę. Na papierze.



Niestety, ten numer "Tajnego Detektywa" jest, jak widać, w stanie wskazującym na spożycie (przez myszy), ale większość tekstu da się jednak odczytać (a przy okazji obejrzeć nader nowoczesną witrynę i neon kawiarni "Wielkopolanka"):






Ach, jakież to były ciekawe czasy, kiedy kobieta mogła mężczyznę zaszantażować tym, że "korzystał z usług jej ciała" (dziś oboje lecą z pikantną historią do brukowców i udzielają "ekskluzywnego wywiadu")! I te żony, ach, żony ówczesne, co ze schodów potrafiły zwalić, same, bez pomocy służby (pogorszyło się już po samej wojnie: kiedy poeta G. wrócił z oflagu w towarzystwie kochanki-poetessy, a kochanka-poetessa obraziła jego żonę, to ponoć sam ze schodów zrzucał - taki z niego był liryk). A i upadłe kobiety - ach, i one! Niezrównane! Szantażowały niby, ale w głębi duszy chciały się zająć haftowaniem, do czego miały szczególną predylekcję. 

Dworuję sobie, ale list Lewandowskiej, nauczycielki i, sądząc z nazwiska, wciąż panienki (w dodatku z tzw. dobrego domu - więcej o jej ojcu, działaczu narodowym i katolickim, można przeczytać tutaj) świadczy mniej o czasach, a więcej o niej samej. "Upadła kobieta", którą stworzyła na potrzeby szantażu, jest kompletnie papierowa (inna sprawa, że szantażowani szacowni obywatele pewnie kierowali się w życiu, jak niemal wszyscy, stereotypami, więc nie zwracali uwagi na to, że ich rzekoma zapomniana flama jest jak wzięta z taniego powieścidła). Pisze, że umie "mocno i gorąco pieścić i kochać", a on był "głodny i chciwy jej pieszczot", teraz zaś ma wspomnieć "te słodkie grzechy" - wszystko to są obiegowe frazy z groszowych romansów (biedna Marja mogła nie wiedzieć nawet, czy "te rzeczy" robi się uchem, łokciem czy inną częścią ciała). Kiedy jednak dochodzi do słowa rozkosz, stawia je w cudzysłowie. Pewnie dlatego, że owa rozkosz wydaje się jej nieco paskudna. I ten szczegół (jeśli właściwie tu składam sobie psychologiczne klocki): nie umie wyobrazić sobie szantażowanego (tak, jak od razu by go sobie wystawiła z pamięci prawdziwa kochanka), więc machinalnie - traktując go jak literacką postać - zapomina o dużej literze w "Ty". Pisze do bohatera literackiego, a nie do żywej osoby. Potem poprawia, już piórem.

I to może jest w tym wszystkim najciekawsze. Lewandowską zdradziło nie tylko skrzywienie litery "p" w maszynie do pisania, ale i skrzywienie zawodowe: małostkowa perfekcyjność, która kazała jej sprawdzać uważnie anonimy tak, jak sprawdzałaby uczniowskie klasówki, i nanosić niezbędne poprawki. Jakby biedna wykorzystana gryzetka musiała celować w korespondencji.





Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

sobota, 14 lipca 2012

Patent na dowcip

W dziale "Paragraf w życiu codziennem" Tajny Detektyw informuje nas o przemianach społecznych. Pierwsza należy do reperkusji Wielkiego Kryzysu: państwa masowo obniżały pensje w budżetówce, biedę cierpieli nie tylko robotnicy, ale i ludzie dotychczas dobrze sytuowani: właściciele sklepów czy przedsiębiorcy. A że mało który "kochający ojciec" przepada za płaceniem alimentów, to:



Ciekawe, czy obecny kryzys doczekał się już podobnego procesu, np. w Grecji? Społeczeństwo greckie, jak wiadomo, nie jest entuzjastyczne wobec jakichkolwiek opłat czy podatków i unika ich na wszelkie sposoby. Bardziej interesujący wydał mi się jednak urywek o patentowaniu roślin:



I nie chodzi mi już nawet o to, że "dowcipna" receptura na tort wydaje się nieco osobliwa, ale o to, że w 1931 roku tak naprawdę położono podwaliny pod GMO; gdyby nie patenty, mało komu opłacałoby się inwestować mnóstwo pieniędzy w badania nad genetycznym modyfikowaniem roślin. Ale taki był ówczesny Zeitgeist: okres eugeniki i "usprawniania rasy", w którym podobne pomysły uważano za awangardę nowego, wspaniałego świata. I nie, nie porównuję GMO (często zapewne przydatnych) do nazistowskich zbrodni - po prostu pokazuję, że z jednego Zeitgeistu mogą płynąć wydarzenia koszmarne, ambiwalentne i pozytywne zarazem.


Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)





piątek, 22 czerwca 2012

Kocmyrzów, czyli dwa teatry na Dzikim Zachodzie





Historia jest z gatunku najbanalniejszych: jakaś sprzeczka parobków, napad na sklepik, strzelanina. Trzy trupy. Ciekawe jest jednak otwarcie, oprawa wszystkiego. Podkrakowska wieś Kocmyrzów, sąsiednie wsie Karniowo i Czuliców, przedstawienie. Dwór w dawnej posiadłości Czulickich (którzy rezydowali tam od XIV w.; jeden z nich, Imram z Czulic, zginął pod Grunwaldem) należał wówczas do van Wollenów, którzy bardzo dbali o "swoich włościan", zakładając straż pożarną, wspomagając ruch spółdzielczy (działała tam spółdzielnia mleczarska produkująca znane w Krakowie masło "Jagódka") i organizując właśnie spektakle teatralne w spichlerzu. Dwór stoi nadal: 



Zdjęcie użytkownika Żuraw1965 z forum Eksploratorzy; więcej zdjęć TUTAJ

Co do spichlerza - nie wiem, chyba rozebrano go pod pegeerowskie budynki. Nie były to, jak widać, żadne pałace, ale skromny dość dworek. Tak czy owak, w rok po zbrodni, w 1933 roku z inicjatywy Marii van Wollen młodzież czulicka wystawiała "Hanusine wesele" Jędrzeja Cierniaka w Teatrze Słowackiego w Krakowie, a wspomniany w tekście Włodzimierz Miarczyński, drugorzędny aktor krakowski, często chyba "krzewił kulturę teatralną wśród ludu", jak powiedzieliby jedni, lub "chałturzył na prowincji", jak powiedzieliby drudzy, bowiem w zbiorach NAC mamy nie tylko jego zdjęcia ze sceny, jak to ze "Szwejka"" Haska w Teatrze Słowackiego (gdzie stoi na deskach obok Jaracza):

Od lewej W. Szymborski (Papiernik), K. Utnik (Dozorca więzienny), 
S. Jaracz (Szwejk), Z. Kułakowski (Profesor) i W. Miarczyński (Paliwec)

...ale i takie, gdzie zajada zebrane przez wiejskie dzieci poziomki (1935 r.):


Wiejskie objazdówki trwały chyba w najlepsze.*

Mamy do czynienia z historią trochę jak z Dzikiego Zachodu: miejscowe elity krzewią kulturę, bawią się w pozytywistyczną orkę i wystawiają dla ludu sztukę, na którą przychodzą i "miejscowi dzicy ludzie" i klasa pośrednia, jak Geislerowie: emerytowani posterunkowy i nauczycielka. Tymczasem w sąsiedniej wsi, u Greislerów, idzie na ostro - świstają kule, kuzynka pada od trzech kul. Rusza się rewolwer ze ściany, trup się ściele gęsto.

Potem to, co zwykle. Dochodzenie. Siostry zabitego jak te płaczki antyczne, tyle, że w chustach na głowie - mimo chłopskiej zwykłości wielkie w tej rozpaczy (przynajmniej na zdjęciu). Oskarżony skuty łańcuchem z mizerną kłódeczką.

I na to wszystko wchodzi kolejne przedstawienie: po tragedii musi być i farsa, slapstikowy upadek "jakiegoś wieśniaka", salwa śmiechu nad trupami. Deadwood.


*Mogą nam się dziś wydawać śmieszne, ale w czasach, kiedy analfabetyzm na wsi był powszechny, ta forma społecznikowskiego wsparcia miała sporo sensu. Sztuki zapomnianych dziś Władysława Gutowskiego ("Surdut i siermięga") czy zabitego w Palmirach Jędrzeja Cierniaka, redaktora naczelnego "Teatru Ludowego", były częścią szerokiego, ogólnopolskiego ruchu, który tworzył teatr dla szerokich mas (po polsku dla chłopów, jak w wymienionych wypadkach, ale i w jidysz dla biedoty żydowskiej). Wydawane jeszcze za czasów zaborów, np. w seriach "Naród sobie!", miały treść dostosowaną do ubogiej wiedzy widowni, skoncentrowaną na sprawach wsi, walory edukacyjne i wymowę umoralniającą, co często widać po samych tytułach "Oko za oko", "Ojciec rywalem", "Przed ożenkiem", "Dopust Boży" (to Gutowski) czy "Dożynki", "Szopka krakowska", "Wesele krakowskie", "Franusiowa dola".




Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

niedziela, 10 czerwca 2012

Dla wnikliwych

Co jakiś czas "Tajny Detektyw" organizował konkursy dla swoich Czytelników. Oto jeden z nich - Państwo, niestety, nie mogą w nim wziąć udziału, bo termin minął w marcu 1932. A i kwoty nagród nieco się zdewaluowały od tamtych czasów...





Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

piątek, 1 czerwca 2012

Fałszerz w limuzynie i ostatni polski alchemik

Zabawna jest mieszanina społecznego oburzenia i fascynacji techniczną biegłością, z jaką "Tajny Detektyw" pisze o sprawie dr Salabana - niemieckiego jurysty, który po godzinach, kiedy służba poszła lulu, zajmował się z żoną fabrykowaniem dwumarkowych monet w kanciapie za pokoikiem z łóżkiem. Czyli: podlec, łotr i drań, ale pilniczków używał z zadziwiającą sprawnością. To jednak, co ujmuje najbardziej, to sposób wprowadzania monet do obiegu: mieszanina grandeur z przaśnością, luksusowej limuzyny ze zwykłym targowiskiem, gdzie koperek i pęczek włoszczyzny:




Pisząc o tym skandalu w poważnych sferach "Tajny" wspomina o Dunikowskim - istotnie, słynny polski artysta miał na sumieniu pewną aferę, o której było bardzo głośno: zastrzelił mianowicie młodego malarza, Wacława Pawliszaka (a potem uniknął kary). Huczał jednak o tym nie Paryż, a Warszawa, i nie w 1932 a w 1905. Dunikowski, o którym tu wspomniano, to ktoś zgoła inny: inż. Zbigniew Dunikowski, polski naukowiec, który trudnił się alchemią. No, powiedzmy - nie miał wyrabiać złota z ołowiu, ale zasadniczo zwiększać wydajność rud z pomocą napromieniowań (w tym z użyciem sobie tylko znanych "promieni Z", które później chciał odsprzedać rządowi francuskiemu jako mające moc strącania samolotów). Więcej o tym Dunikowskim tutaj:

Wróćmy jednak do naszych Salabanów. W kwietniu 1932 o ich sprawie donosiła nowozelandzka gazeta "Otautau Standard and Wallace County Chronicle", z której dowiadujemy się, że para wnosząc na targowisko fałszywe monety zajeżdżała wprawdzie limuzyną, ale ubrana była skromnie; dr Salaban natomiast przyznał się do wprowadzenia na rynek nie 30 tys. fałszywych dwumarkówek, a jedynie 4 tys. Nie sądzę jednak, by miało to większe znaczenie (podobnie jak informacja, że willa Salabanów znajdowała się w Berlinie na Schoenebergu, pisanym zresztą przez nowozelandzkiego dziennikarza jako "Shoneberg", a nie w Lichtenfeldzie) - przy osiągnięciach naszego Dunikowskiego kwoty te nie robią specjalnego wrażenia. Polak potrafi! 


Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

czwartek, 31 maja 2012

Handlarze drobni nierogacizną

Sprawa banalna: dwaj drobni handlarze, ich ambicja założenia restauracji, ich niezgrabny plan, nieudolne morderstwo, spłoszenie przez nadmierną obfitość furmanek na drodze. Prowincja II RP w całej rozciągłości, z sędzią Burym i podprokuratorem Goździkiem, z czerwonymi afiszami, z nerwowym oczekiwaniem w karczmach, z obco dziś brzmiącymi nazwami: Łuck, Ołyka, Armatniów. Szarość, rozpacz i transport siłami koni niemechanicznych. Nawet wieszał nie kat, a pomocnik kata.





Jest w tej historii dwóch braci - Czechów, acz prawosławnych - coś poruszającego (pomijam, oczywiście, cierpienie zabitego Biernackiego i jego marki i żony, bo to nie zaskakuje), a mianowicie: atrakcyjność. "Dwaj bracia na szubienicy". Powiesić jednego - betka, powiesić bandę obcych ludzi - lepiej. Ale powiesić dwóch braci naraz? O, to rzadkość. Dobrze wygląda w nagłówku. Jak w finale rewii w "Chicago", gdzie w jednym numerze występują aż dwie słynne morderczynie. 

I jeszcze ich wiek. 19 i 24. Chłopcy właściwie (może byliby z nich kiedyś dobrzy restauratorzy?), płaczący przy ogłoszeniu wyroku. I rodzina (matka, ojciec, rodzeństwo?), która odjeżdża, odmawiając ostatniej ich prośbie o spotkanie, w czym jest coś nieludzkiego zupełnie, niezrozumiałego dla mnie, jakby po przelaniu krwi więzy krwi się rozplątały, rozwikłały, rozpadły. Napadli 10, grudnia, 20. stycznia stanęli przed sądem a potem stanęli raz jeszcze, posłusznie, do zdjęcia pomiędzy miejscem, gdzie  ich skazano, a miejscem, gdzie czekała ich śmierć (raster nie daje zobaczyć, czy mają twarze zapuchnięte jeszcze od płaczu). Następnego dnia w południe nie żyli, a ktoś plakatował miasto Łuck zawiadomieniami o egzekucji. Została po nich tylko rozmazana fotografia w tabloidzie.

Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)


wtorek, 15 maja 2012

Pies jako kość (niezgody)

W odwiecznym sporze o wyższości kotów nad psami (bądź odwrotnie), stałem zawsze po stronie kotów. Ale rozumiem, że niektórzy mają więcej sympatii dla tego drugiego (namolnego, natrętnego, śliniącego się i pozbawionego kociej godności) gatunku czworonogów - ba, w walce o nie czasami nie zawahają się pójść do sądu. Tak było osiemdziesiąt lat temu w Gdyni:


Nie wiem, jak ostatecznie zakończył się spór pomiędzy naczelnikiem Horbaczewskim a budowniczym Laskowskim, jaka była decyzja sędziego Pikora i ile natrudził się mecenas Turek. Jedno jest natomiast pewne: wilczur chciał być sługą dwóch panów z Goldoniego, łasił się to do naczelnika, to do budowniczego, a mało brakowało, że połasiłby się również do sędziego i mecenasa. A może i, kto wie, nawet do woźnego.

Co innego kot. Kot patrzyłby na to wszystko z niesmakiem i zajmowałby się swoimi sprawami. Kot bowiem nie ma pana. Kot jest panem.


Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)