Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 grudnia 2015

Jak oszukiwano na warszawskich wyścigach? vol. I - Szampańska zabawa

Wprawdzie sezon gonitw na Służewcu już zamknięty, ale dziś, w ostatnim dniu 2015 roku, nad szampanem, cavą i prosecco, składam Państwu najlepsze życzenia pomyślności w Nowym Roku 2016 i przedstawiam tekst "Gdy koń idzie pod doppingiem", z którego można się dowiedzieć, czym się różni dopping od dopingu, jakie były smutne dzieje "Złotego Arnolda", króla bukmacherów warszawskich, oraz po co poi się konie szampanem! Do siego roku!







A zatem nie tylko szampan, ale również - w zależności od oczekiwanego efektu - kokaina lub opium! Ej, panie dziejaszku, za sanacji nawet konie żyły luksusowo!

Oszustwa bukmacherskie różnego rodzaju są pewnie równie stare, co w ogóle konne wyścigi. Dla porządku dodajmy kilka faktów: w Warszawie pierwszy odnotowany przez historię wyścig konny wydarzył się w roku 1777, a pierwszy profesjonalny tor stworzono w I poł. XIX wieku wzdłuż ul. Polnej (wyścigi zresztą zawieszono na czas powstania styczniowego). Obok powstało - już w roku 1910 - pierwsze warszawskie lotnisko, Lotnisko Mokotowskie. Jednak z czasem okazało się, że obie instytucje wprawdzie korzystają ze względnie centralnego położenia, jednak potrzebują większych terenów. Lotnisko przeniosło się na Okęcie (1930), a tor wyścigów - na Służewiec właśnie, gdzie wspominane również w "Tajnym Detektywie" Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Polsce wykupiło z dóbr wilanowskich 150 hektarów (1926). Jednak do roku 1938 wyścigi odbywały się jeszcze na Polu Mokotowskim - nowy tor, najnowocześniejszy na świecie, prawdziwą perłę modernistycznej architektury, otwarto w czerwcu 1939 roku, ostatnie gonitwy odbyły się 31 sierpnia... W czasie wojny tor nie ucierpiał zbytnio, bo stacjonowały tam oddziały SS. Wyścigi wznowiono już w roku 1946.

I na pożegnanie: niewidoczny na górnych skanach portret "Złotego Arnolda w pięknym układzie fotomontażowym:



Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931

czwartek, 28 maja 2015

Wyzysk wśród butelek wódki


W czasach PRLu nieustannie rozprawiano o zgniłych kapitalistach, wykorzystujących robotnika - do tego stopnia, że dziś wiele osób zdaje się traktować historie o "tej butelce, którą dziedzic rozpijał chłopa", okrutnych ekonomach i niegodziwych fabrykantach jak bajki o żelaznym wilku. Tymczasem wyzysk człowieka przez człowieka to rzecz jak najbardziej realna.


I nie chodzi tylko o to, co najbardziej nam się kojarzy z tym hasłem: 12-godziny dzień pracy, praca dzieci, fatalne warunki, brak jakichkolwiek zasad bezpieczeństwa, ale i o przemoc rozciągającą się praktycznie na wszystkie dziedziny ludzkiego życia. Podobnie jak zależność chłopa od pana (i pośrednika, czyli ekonoma) w feudalizmie, tak w kapitalizmie starego, wilczego typu (jaki teraz mamy choćby w Chinach) zależność robotnika od właściciela i jego podwładnych jest właściwie nieograniczona. 

Tak bywało i w międzywojniu. Wprawdzie obowiązywały różne przepisy - ale przepisy sobie, a praktyka sobie. Szaleje wielki kryzys, bezrobocie wpędza ludzi w nędzę, jakiej dziś w Polsce znaleźć nie sposób nawet w najbiedniejszych okolicach. Najlepiej miewają się ci, którzy mają porządne posady, zwłaszcza państwowe. Rozwija się cała rozległa gałąź przestępczości związana z załatwianiem posad - łapownictwo z powoływaniem się na prawdziwe lub fałszywe wpływy, zmyślone firmy, które każą sobie płacić za rozpatrzenie podań o pracę, itd. Ci zaś, którzy faktycznie decydują o zatrudnianiu innych, wykorzystują nierzadko tę pozycję w sposób niegodziwy. 

Tak było w przypadku chłopa na schwał, Tadeusza Kuryło, kierownika sortowni flaszek Monopolu Spirytusowego w podlwowskim Zniesieniu, który w ledwie osiem lat zgromadził na koncie 60 tys. złotych, sumę podówczas astronomiczną, i który dzięki byciu "tym-który-może-dać-pracę" pozwalał sobie na najbrutalniejsze wykorzystywanie seksualne pracownic.





Niestety, nie dotarłem do żadnych wiadomości o dalszym losie Stanisława Żółkiewskiego, imiennika słynnego hetmana. Nie wiem, jakim wyrokiem ukarał go sąd za zabójstwo Tadeusza Kuryły, ale, jak się zdaje, mógł liczyć na wyrozumiałość - w międzywojniu, mam wrażenie, bardziej niż dziś liczono się z obiegowym poczuciem sprawiedliwości, niż z rygorem litery prawa. Pozostaje zatem wierzyć, że śmierci wyzyskiwacza Kuryły nie okupił wieloletnim wyrokiem, a tym bardziej że nie zapłacił za ną głową.


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933

poniedziałek, 16 lutego 2015

Jak zaszczute zwierzęta, czyli mord na dr. Lachmundzie

Mam nadzieję, że w epoce mitologizowania międzywojennej Polski ktoś wreszcie napisze monumentalną powieść o ówczesnej beznadziei - o kraju, w którym, owszem, "Gdynia się rozbudowuje", ale panuje powszechna nędza i alkoholizm, straszliwa przestępczość i szalejące bezrobocie, które wespół doprowadzały do takich tragedii, jak zabójstwo lekarza w Stanisławowie.



Historia nie jest może sama w sobie szczególnie ciekawa, ale pokazuje stan społeczeństwa, gdzie panowała powszechna beznadzieja, ludzie, wysadzeni z siodła przez wielki kryzys, a często i przez paskudne stosunki społeczne, zachowywali się jak zaszczute zwierzęta, nie szanowali życia ani własnego, ani cudzego - co pod wieloma względami przypomina mi arcyciekawy tekst Mashy Gessen o śmiertelności wśród dzisiejszych Rosjan.

O tragedii w Stanisławowie donosił też "Express Ilustrowany" w notce osobliwie zestawionej z reklamami tortów i innych łakotek, o czym wspominam...


...bo przy okazji znalazłem w tej samej gazecie inny jeszcze drobiazg. Nigdy dość powtarzania, jak bezwzględna była prasa międzywojenna w ujawnianiu osobistych danych. Katarzyno Rizak, jeśli gdzieś się unosisz w formie ektoplazmowej, wiedz, że Ci bardzo współczuję nie tylko tej próby, ale i tej notki.


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933, Express Ilustrowany z 17 XI 1933, nr 319

środa, 3 kwietnia 2013

Jak ćpał międzywojenny Śląsk, czyli opium w Amsterdamie i eter w Czyżowicach

Jak się okazuje, Amsterdam nie od dziś ma w Polsce złą prasę jako siedlisko zepsucia, rozpusty i narkotycznych odlotów. Już osiem dekad temu, kiedy Jacques Brel, który miał opisać Amsterdam w najsłynniejszej chyba swojej pieśni, był niespełna pięcioletnim brzdącem, korespondent "Tajnego Detektywa", John Green, opisał opiumowe zakamarki wielkiego portu. 



John Green to zapewne kolejny pseudonim - żurnalisty polskiego, a może i francuskiego, jeśli artykuł jest przekładem z "Detective" wydawanego przez Gallimarda. Tak czy owak, trudno uwierzyć choćby w jedno słowo, bo wszystko tu jest jak z groszowych powieści: i tawerna, pod którą dziewczyna "tonęła formalnie w ramionach rosłego wilka morskiego", i "orientalna pstrokacizna", i tak dalej, i tak dalej, aż po słowa piosenki, wykrzykiwanej przez zdeprawowaną do cna papugę. Ale jak mawiał pan Jowialski u Fredry:
- Znacie?
- Znamy!
- Więc słuchajcie.


Prawda to, czy nie - w międzywojennej Europie narkotyki były bardzo popularne. Niegdyś traktowane jako specjalność Dalekiego Wschodu, stopniowo zdobywały kolejne regiony. Najpierw wypada wspomnieć to, czym narkotyzowali się jeszcze romantycy: haszysz i opium (czy to palone, czy jako laudanum), potem pojawiały się kolejne leki, które z początku - jak i laudanum - trafiały do aptek, a potem były z nich wycofywane. Po pierwsze: morfina, pochodząca z początku XIX wieku (1804) a sprzedawana od roku  1827 przez firmę Merck (wiek później Merck będzie produkował meskalinę, zażywaną przez Witkacego i oznaczaną w portretach narkotycznych jako MM) i ograniczona komercyjnie w USA w roku 1914. Następnie "nieuzależniający odpowiednik" morfiny, czyli heroina. Był to produkt firmy Bayer (tak, tej od Aspiryny TM, stworzonej w 1897, na rok przed Heroiną TM) sprzedawany w latach 1898-1910 i trwale wycofany przez Ligę Narodów w II poł. lat 20-tych, bo z czasem okazał się gorszy jeszcze od morfiny. Równolegle pojawiła się wspomniana meskalina, znana od tysiącleci w kulturach Ameryki Południowej, a w Europie wprawdzie wyizolowana (1897) i zsyntetyzowana (1919), ale niespecjalnie popularna, jeśli nie liczyć kół intelektualistów. I tak dalej, i tak dalej. 


Równolegle początek wieku to pierwsze wielkie międzynarodowe ustawy antynarkotykowe (1912 - Haga, 1925 - Genewa). Również polski Kodeks Karny z 1932 roku przewidywał kary: Kto bez upoważnienia udziela innej osobie trucizny odurzającej, podlega karze więzienia do lat 5 lub aresztu. Nic dziwnego. Euforyczne czasy po zakończeniu I wojny światowej wymagały odreagowania kilkuletniego stresu - ponadto w okopach Wielkiej Wojny tysiące żołnierzy i oficerów uzależniły się od rozmaitych substancji psychoaktywnych, więc kultura ćpania przeniosła się z linii frontu zarówno do podrzędnych tingel-tangli, jak i na ekskluzywne przyjęcia. Szok spowodowany przez Wielki Kryzys obniżył wprawdzie możliwości finansowe społeczeństwa (wspominałem o ubogich narkomanach w tekście o ćpaniu w międzywojennej Warszawie), ale pogłębił zapotrzebowanie na odlot, na oderwanie się od szarej kryzysowej rzeczywistości. Jedni wybierali alkohol, inni - narkotyki właśnie. A te trafiały do Europy głównie przez porty. W Polsce ćpano na ogół narkotyki z Niemiec - przede wszystkim z Hamburga, trafiające do nas przez popularną pośród przemytników strefę Wolnego Miasta Gdańsk. W 1929 roku szacowano, że tylko w Warszawie kokainę, morfinę, opium i eter zażywa 15 tysięcy osób. 

Wyjątkiem był właśnie eter (substancja stosowana do narkozy), zażywany tradycyjnie na Górnym Śląsku i przez Łemków - ten trafiał do nas nie drogą morską, a lądową. Przemycano go w specjalnych pojemnikach (tzw. "blachanach") przez zieloną granicę z Czechosłowacji i Niemiec. Eter pijali (np. z kawą lub sokiem malinowym, z wodą słodzoną miodem i korzeniami, etc.), wąchali lub wlewali do ucha górnicy i robotnicy, a także - masowo - gimnazjaliści. Podawano go nawet - z cukrem lub na smoczku - małym dzieciom, żeby prędzej zasnęły. Pewien ksiądz donosił w liście do biskupa o jakiejś kobiecinie, która mówiła z dumą o swoim dwunastoletnim synku, że potrafi wypić całą szklankę eteru. 

Był to, jak widać, środek odurzający klasy robotniczej (Witkacy z odrazą wyrażał się o jego zapachu): ten "element pocieszający" pojawił się na Śląsku pod koniec XIX wieku, sprowadzony przez biedaków, jeżdżących na saksy do Niemiec, i szybko zyskał popularność. Trawestując znane powiedzenie o tanim winie, tani eter był dobry, bo był dobry i tani - po roku 1918 polski monopol spirytusowy doprowadził do gwałtownego wzrostu cen alkoholu, a wódka stała się w Polsce znacznie droższa niż w krajach ościennych. W tej sytuacji eter płynął jak woda: na wsiach sprzedawano go powszechnie w tak zwanych "kapliczkach", z których każda miała swoje własne przepisy na podawanie: czy to jako "himber" (z dosmaczanym niekiedy dodatkowo sokiem malinowym), czy w inny sposób. Wierzono nawet, że ma właściwości lecznicze, ale, jak wiadomo, uzależniony we wszystko jest skłonny uwierzyć.

W tych rejonach, gdzie eter (zwany "kropką" lub "anodyną") zyskiwał na popularności, zanikało niemalże uzależnienie od alkoholu, ale była to wymiana siekierki na kijek. Księża grzmieli przeciwko eteromanom z ambon, kopalnie zakazywały dopuszczania odurzonych eterem górników do pracy, a rząd polski, przerażony rozmiarami tego nałogu, rozszerzył na eter wspomniane przepisy antynarkotykowe. Badania wśród uczniów na Śląsku (Kazimierz Hrabin, 1933) wykazywały, że do czynienia z tą substancją miało, w zależności od miejsca zamieszkania, od 25 do 80% gimnazjalistów. Badania na całych populacjach (Michał Wiendlocha, 1937) wykazywały, że eteryzowało się od 30 do - w niektórych wsiach - ponad 90% społeczeństwa. Prasa alarmowała, że "dla Ślązaka szklaneczka eteru to tyleż, co kieliszek wina dla Francuza czy kufel piwa dla Niemca", zaś niektórzy lekarze dowodzili - co było już raczej produktem zbiorowej histerii - że eteromania prowadzi do "masowego wymierania dzieci", kazirodztwa, orgii, homoseksualizmu, a także do tego, że chłopcy "kopulują z kozami i innymi zwierzętami". Tak czy owak, o rozmiarze nałogu niech świadczy to, że służby celne konfiskowały rocznie od 500 do 1600 kg eteru, podczas gdy łączna waga wszystkich pozostałych skonfiskowanych narkotyków nie przekroczyła ani razu 6 kg. Starosta Rybnika szacował, że rocznie na teren starostwa trafia ok 4-5 tysięcy litrów tej substancji, a przygraniczne niemieckie fabryczki sprzedawały miesięcznie ok. 1,5 tys. litrów. Czyżowice, centrum handlu eterem, nazywano żartobliwie "Yjterowicami".

W latach 30-tych rząd polski próbował stworzyć wespół z nazistowskimi Niemcami wspólny front walki z eteromanią, ale na próżno - wszystko wskazywało, że Niemcy potajemnie  wręcz wspierały eksport eteru do Polski. Zresztą za chwilę pojawiły się na scenie zgoła inne fronty i front walki z eterem okazał się mniej istotny. Po wojnie zmiana sytuacji politycznej skutecznie postawiła tamę eterowi: prywatne fabryczki padły, kontrabandę ukrócono, wódka potaniała. Czy dziś pija się jeszcze eter na Śląsku albo wśród Łemków - nie mam pojęcia.


Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934 i Adrian Zandberg: “Villages … Reek of Ether Vapours”: Ether Drinking in Silesia before 1939