Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Sztylecik Chrobrego

Nie znam tożsamości tego mężczyzny - ale mam podejrzenie graniczące z pewnością, że wiem, z jakiego powodu go aresztowano.


Zdradza to odznaka i data. Odznaka to Mieczyk Chrobrego, który nosili endecy - najpierw owupowcy (Obóz Wielkiej Polski) potem ludzie ze Stronnictwa Narodowego, oenerowcy, Młodzież Wszechpolska i tym podobni nacjonaliści, antysemici i polscy podrabiacze wszelakiego faszolstwa.

A data? Owego 20 VIII 1933 roku prasa podawała, że dzień (naprawdę dwa dni) wcześniej przy ul. Katedralnej w Częstochowie doszło do krwawego zajścia: Dawid Altman, żydowski dziennikarz "Słowa Częstochowskiego", został ugodzony sztyletem przez nieznanego człowieka. Sprawcę udało się ująć, bo przypadkowo ulicą szedł akurat policjant z Piotrkowa - okazało się, że sztyletnik to niejaki Florian Markowski, dwudziestosześcioletni tokarz. Altmana przewieziono do szpitala Panny Marii, gdzie przesłuchał go śledczy, który akurat przypadkowo był w szpitalu - miało to o tyle sens, że ranny był przytomny, ale obawiano się, że z powodu znacznego upływu krwi może nie przeżyć. Tymczasem szybko zaczęły się aresztowania narodowców, których zatrzymano ogółem 28, zapieczętowano też lokal partyjny przy Kilińskiego 13. Kiedy ranny walczył o życie (a walkę tę wygrał, bo okazało się, że ani nerka, ani żaden inny ważny organ nie został uszkodzony), Markowski był przesłuchiwany. I plątał się w zeznaniach. Plątał się w nich zresztą aż do wyroku. 

(tu na dowód, że nie zmyślam, kawałek z "Gońca Częstochowskiego":)

Jedno jest pewne: Altman był na celowniku narodowców po pierwsze jako Żyd, po drugie dlatego, że pisał w "Słowie", dzienniku propaństwowym, sanacyjnym, związanym z BBWR, po trzecie dlatego że podejrzewano go (być może niebezpodstawnie) o autorstwo tekstów wycelowanych w nacjonalistów i kler katolicki (w owym czasie znaczna część materiałów prasowych, również z ostrożności, nie była podpisywana imieniem i nazwiskiem dziennikarza). Jeśli chodzi o antyklerykalizm, to stosunek sanacji i kościoła był wówczas jak PO i kościoła dekadę temu: kościół bardziej kochał PiS (a więc endeków), ale hołdy składały mu obie strony. Natomiast faktycznie "Słowo" pisało dzień w dzień - tu materiały z trzech kolejnych dni sprzed samego zamachu - o owupowskich bojówkach, atakujących żydowskie sklepy. 

Nieprzypadkowo pojawia się tu sprawa ramiarzy. Otóż w Częstochowie była to sprawa szczególnie wrażliwa: handel dewocjonaliami (nie tylko zresztą w tym sanktuarium) prowadzili w znacznej części Żydzi, oni też wytwarzali święte obrazy, różańce i co tam jeszcze, co doprowadzało katolików do białej gorączki - szczególnie intensywnie atakowano tego lata 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia, i w dni kolejne.

Katolicy wówczas dość powszechnie życzyli sobie stworzenia swoistych ustaw norymberskich, które by zakazywały Żydom prowadzenia takiej działalności handlowej. Autorem jednej z popularniejszych broszurek w tej sprawie (pod tytułem kojarzącym się z krzyżem, ale takim z połamanymi ramionami) "Jak uchrześcijanić handel dewocjonaliami?" był niejaki Stefan Wyszyński, ksiądz katolicki lepiej znany jako "Prymas Tysiąclecia", który miał być niedawno beatyfikowany - treść chwacko streszcza dla Państwo "Głos Mazowiecki Handlowy":


Ostatecznie antysemici kościelni i pozakościelni dopięli swego w okresie po śmierci Marszałka, kiedy sanacja coraz bardziej szła ścieżką endecką (i hitlerowską), ustawę taką wprowadzono w roku 1938. 

*

Na razie jesteśmy jednak w 1933, Altman pisuje do "Słowa" i jako Żyd i dziennikarz jest wrogiem narodowców, ale w czerwcu wydarza się coś jeszcze. Boże Ciało, na Jasnej Górze śpiewa z tej okazji Kiepura (!) a w budynku Panoramy odbywa się wiec polityczny, zorganizowany przez endeków: przemawia poseł Roman Rybacki, ekonomista, profesor UW, szef klubu SN w sejmie (a także zażarty antysemita, który w 1938 nie chciał podpisywać indeksów studentom protestującym przeciwko gettu ławkowemu). Budynek Panoramy przy III Alei 81 (róg z dzisiejszą ul. Pułaskiego) mieścił faktycznie malowaną panoramę - ukrzyżowania Jezusa. Powstał w 1896 roku, kiedy panowała moda na ten typ rozrywki wizualnej, która szybko jednak ustąpiła kinu - wewnątrz faktycznie wyświetlano filmy, odbywały się tam również akademie, odczyty, a nawet przedstawienia cyrkowe i walki bokserskie. Rozebrano go w 1935 roku ze względu na kiepski stan techniczny.


Tu właśnie, na trasie procesji, tuż po jej przejściu, w bezpośrednim sąsiedztwie jednego z ołtarzy, odbywał się wiec, po którym doszło do ruchawki - z bojówką endecką starła się bojówka Legionu Młodych, czyli lewicowa młodzieżówka piłsudczykowska. Jeden legionistów, Tomasz Gładysz, został raniony w plecy i zaczął strzelać. Wedle jednych zeznań - w ziemię, wedle innych - w tłum. Oddał trzy do sześciu strzałów (pozostałe, niecelne, mogły być oddane też przez narodowców), raniąc przynajmniej dwie osoby. "Słowo" skomentowało to w tonie ogromnego oburzenia:



Przemoc jednak, jak się zdaje, miała miejsce po obu stronach i była regularnym starciem. Wiadomo, że na miejscu, pośród legionistów, był brat Altmana, Lejb - ale i Dawid pojawił się tam, ponoć jako dziennikarz. Dość, że dostawał potem pogróżki; został też pobity przez Edmunda Kleszczewskiego, malarza pokojowego (który 20 sierpnia dostał za to - i za "zakłócanie porządku" 15 sierpnia, czyli zapewne zajścia antysemickie przy straganach - wyrok 2 miesięcy aresztu). Dawid Altman miał też usłyszeć, że jest na niego przygotowany zamach.

Markowski, jak już wspominałem, plątał się w zeznaniach: najpierw, tuż po zatrzymaniu, twierdził, że został uderzony w twarz przez swoją ofiarę i otoczony przez "grupę Żydów", więc dźgnął w obronie własnej, ale świadkowie tego nie widzieli ani też nie widzieli zbiegowiska; owszem, ranny Altman faktycznie uderzył go w twarz, kiedy Markowskiego zatrzymano. Prasa bulwarowa ("Siedem groszy") pisała zatem sensacyjnie o procesie, że dotyczył on spoliczkowania Polaka przez Żyda:


(zwracam uwagę na fragment o tym, że "Altman nie wie, co to są lędźwia" - co jest mocno wątpliwe; wielu Żydów słabo władało polszczyzną, bo nie była ich pierwszym językiem, ale dziennikarz polskiej gazety z pewnością nie miał z tym problemu; chodziło raczej o to, żeby nie być uznanym za winnego obrazy sądu poprzez nazwanie "miejsca, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę" - ale mniejsza o to).

Markowski wyznał też śledczym, że w organizacji kazano mu "skończyć" z Altmanem, co oznaczało, że wydano na niego wyrok śmierci. Zaczęło się śledztwo w kierunku wytropienia komórki, zlecającej zabójstwa polityczne - i to było zapewne przyczyną tak szeroko zakrojonych aresztowań. Oraz oczywiście niechęć władz - prorządowe "Słowo" publikowało swoje teksty oczywiście również z powodów osobistej współpracy z ofiarą zamachu, ale też spełniało polityczny obowiązek. Oto próbki retoryki - a zatem powiązanie próby zabójstwa z zamachem na Narutowicza, nazywanie ataku "mordem" (choć Altman przeżył), a nawet oskarżanie endeków o rozpijanie wódką:






"Goniec Częstochowski" informował o sprawie z powściągliwszą retoryką, za to szczegółowo podał nazwiska i zawody aresztowanych.


Śledztwo trwało pół roku, proces miał miejsce na przełomie stycznia i lutego 1934 roku. Od początku posłowie endeccy usiłowali wyciągnąć aresztowanych działaczy - w tym niezawodnie pana ze zdjęcia u góry - ale doszło do tego dopiero po sześciu tygodniach (z wyjątkiem Markowskiego, który czekał na proces w areszcie). Ostatecznie sąd nie przyjął jako dowodów rzeczy znalezionych u innych narodowców, nie doprowadzono więc do potwierdzenia, że faktycznie istniała komórka zajmująca się wydawaniem wyroków śmierci. Markowski zresztą z tych zeznań z początku śledztwa się wycofał. Zresztą może rzeczywiście jej nie było - tylko rozmowy, że "tego trzeba obić", a tamtemu "trzeba pokazać", co niemalże zakończyło się morderstwem, popełnionym przez prostego tokarza po czterech klasach. Uznano, że Markowski nie chciał zabić i skazano go raptem na półtora roku oraz wypłacenie Altmanowi 420 zł za zniszczone ubranie i niezdolność do pracy przez dwa miesiące.



Sam Altman nie był chyba tak znowu "niezaangażowany politycznie", jak pisała jego gazeta, bo i on miał kłopoty z prawem - po pierwsze w 1937 został skazany (na 3 miesiące aresztu i 100 zł grzywny) za zniesławienie naczelnika Rybickiego, urzędnika magistratu - i wtedy przyznał się sądowi do 2 wyroków prawomocnych (zatartych amnestią) i 3 apelacji w sprawach za zniesławienie. Co niekoniecznie musi świadczyć na jego niekorzyść - II RP była po prostu wówczas państwem cenzurującym prasę, nieszczególnie dbającym o wolność wypowiedzi i patologicznie chroniącym swoich ludzi przed kontrolą społeczną. Ale przede wszystkim w lutym 1936 roku był jednym z sześciu skazanych za pobicie kpt. rez. Wójcika - na najwyższą karę, 6 miesięcy (ale darowaną amnestią). Co było z nim dalej? W 1941 roku jakiś Dawid Altman (ur. 11 września 1908 w Częstochowie) był osadzony w hitlerowskim Zakładzie Karnym w Częstochowie jako więzień polityczny. Zapewne chodzi o tego samego człowieka i można się spodziewać, czym to się zakończyło. W Auschwitz skończyli również poseł Rybacki, ten, który miał wiec w Panoramie, i jeden z aresztowanych przy okazji zamachu na Altmana, Stefan Niebudek. Obu wykończyli bracia w antysemityzmie, dysponujący wszelako lepszą armią. O losach tokarza Florjana nic nie wiem.
 

Za: "Słowo Polskie" z 18 VI, 17-20 VIII i 22-23 VIII 1933, "Goniec Częstochowski" z 20, 23 VIII 1933 oraz 31 I i 1 II 1934, "Siedem groszy" z 1 II 1934, "Głos Mazowiecki Handlowy" 3/1937.
Fragmenty o Panoramie - za: Tomasz Haładyj, Aleje których już nie ma, "Gazeta Wyborcza" 14 VII 2016.


sobota, 24 października 2015

Gniew ludu pod "Ziemiańską" czyli z historii obcego kapitału w Polsce

W kwietniu 1932 roku na ulicy Mazowieckiej w Warszawie krępy, biednie ubrany człowiek oddał dwa strzały do eleganckiego cudzoziemca, z którym przez chwilę rozmawiał. Tak zaczął się jeden z najbardziej dramatycznych procesów II RP: sprawa Juliana Blachowskiego, zabójcy dyrektora zakładów żyrardowskich.



Miejsce jest symboliczne i przypomina, że II RP to zarazem znane kabarety i stołeczny blichtr, jak i brutalność i powszechność polityki twardej ręki - zarówno po stronie rządzącej, jak i po stronie różnych frakcji opozycyjnych. Dziś zaskakiwać może poziom tej brutalności, ale należy pamiętać, że Polska była krajem świeżym, który niejako wyrósł na terroryzmie; nieprzypadkowo akcja pod Bezdanami (1908), w której bojowcy PPSu napadli na pociąg carski i zrabowali ponad 200 tys. rubli, była nazywana „akcją czterech premierów”. Skoro „terroryzm w słusznej sprawie” przynosił po latach szacunek i najwyższe honory, przyzwolenie na łamanie prawa było znacznie większe, niż obecnie. Blachowski zaś popełnił zabójstwo w samym sercu sanacyjnej rozrywki, przed kawiarnią Ziemiańską, raptem parę metrów od stolików Tuwima, Słonimskiego i Wieniawy. Prezydenta Narutowicza zastrzelono o krok dalej, w Zachęcie – po drugiej stronie Ogrodu Saskiego, w Galerii Luxenburga przy Senatorskiej, mieścił się legendarny teatrzyk Qui Pro Quo. Minister Pieracki zginął na ulicy Foksal, nieopodal kawiarni Pod Pikadorem na Nowym Świecie, gdzie swój literacki związek nie tak dawno zawiązali Skamandryci. Na środku zaś tej mapy mamy wspomnianą Ziemiańską i Adrię na Moniuszki – nie sposób zrozumieć w pełni Tuwimowskiego Balu w Operze, nie wystawiając sobie w głowie tej mapy.

Ofiara Blachowskiego, Gaston Koehler-Badin, był pochodzącym z Alzacji obywatelem szwajcarskim, który w imieniu francuskiego konsorcjum "króla bawełny", Boussaca, zarządzał największą fabryką lniarską w Europie: Zakładami Żyrardowskimi. Był też, jak się okazało w toku procesu, emblematycznym złym burżujem, który, zdawało się, zszedł prosto z kart komunistycznej agitki. Osobiste problemy Blachowskiego miały tu bowiem znaczenie tylko cząstkowe; "Tajny Detektyw" (który, wedle mojej wiedzy, poświęcił sprawie tylko dwie wzmianki: krótką notkę i okładkę następnego numeru, już bez tekstu) napisał o zabójcy, nieco kpiarsko chyba, "chciał być mścicielem". Cóż, historia pokazała, że tym mścicielem stał się w istocie - i, jak mawiano, strzały na Mazowieckiej "zabiły człowieka ale powstrzymały śmierć miasta".




Proces Blachowskiego bowiem zwrócił uwagę nie tylko na skandaliczne warunki, jakie nastały w spółce odkąd zaczęli tam rządzić Francuzi, ale i przypomniał podejrzaną kwestię francuskiej własności Zakładów. Boussac kupił większościowy pakiet udziałowy w 1920 roku, ale z powodu wojny z Rosją nie inwestował w odbudowę fabryki, więc rząd RP przyjął ją pod zarząd, przywrócił produkcję wstrzymaną po zniszczeniach I wojny światowej i zatrudnił ponad tysiąc osób. W roku 1924 po długich negocjacjach, minister Kucharski podpisał tzw. "transakcję żyrardowską", na której skarb państwa stracił ponad 2,5 mln franków szwajcarskich, bowiem strona francuska zwracała Polsce jedynie 0,73% (!) nakładów na odbudowę fabryki. Następnie Boussac doprowadził do ogólnego upadku zakładów, które słynęły z jakości płótna w całej Europie, wyprowadzał zyski księgując fikcyjne straty i unikając podatków, obniżył jakość produkcji, opieczętowując gorsze płótno z zakładów francuskich stemplami żyrardowskimi, itd. (min. Kucharski, który miał wziąć milion franków szwajcarskich łapówki, uniknął postawienia przez Trybunałem Stanu, bo zabrakło do tego paru głosów, a następnie, korzystając z immunitetu, uniknął również odpowiedzialności w zwykłym procesie karnym). Wraz z upadkiem zakładów zaczął się upadek całego Żyrardowa, powstałego przecież wokół przędzalni Girarda.

Od nastania rządów francuskich w fabryce robotników zaczęto "traktować jak psy", w czym celował Koehler Badin. Przeprowadził masowe zwolnienia - wyrzucił na bruk trzy tysiące robotników, na ich miejsce przyjmuje uczniów, których rzekomo tymczasem szkoli, ale po okresie próbnym wyrzuca i bierze następnych (przypomina ci to coś, drogi stażysto i droga stażystko?). Jako "esteta" zwalniał robotników starych i grubych, prządki o krzywych nogach, toteż tacy ludzie w czasie jego inspekcji musieli ukrywać się w toaletach. Wśród najwyższych rangą pracowników wprowadził rządy terroru, znany był z wybuchów furii. Strajki nic nie dawały, bo dyrekcja wykorzystywała je jako pretekst do kolejnych zwolnień, bez odpraw, więc nawet finansowała namawiających do strajku prowokatorów (!). W roku 1934 kontrola państwowa wykazała wyprowadzenie z firmy 25 mln złotych (co przekraczało kilkakrotnie jej wartość) oraz zaleganie z podatkami na 2 mln złotych. Zarząd, w tym kilku Francuzów, zaaresztowano - wprawdzie, na skutek międzynarodowego skandalu (Francja dba o swoje korporacje) ostatecznie nie pociągnięto ich do odpowiedzialności, ale fabryka, wykupiona, trafiła z powrotem do skarbu państwa i zarządzał nią Państwowy Bank Rolny.

Blachowskiego wszystko to dotyczyło osobiście - nie był pierwszym z brzegu robotnikiem, tylko twardym graczem z wieloma latami działalności niepodległościowej i socjalistycznej na koncie. Już jako szesnastolatek, w roku 1906, wstąpił do Narodowego Związku Robotniczego, gdzie zajmował się m.in. szmuglem broni i bibuły, zlikwidował też carskiego konfidenta; jako osiemnastolatek został zaaresztowany na ul. Karowej, torturowany w śledztwie (zrywanie paznokci); nikogo nie wydał, siedział na Pawiaku, następnie w roku 1909 skazano go wyrokiem sądu na cztery lata katorgi i dożywotne mieszkanie w guberniach syberyjskich. Z Syberii wrócił po rewolucji i zajmował się różnymi zajęciami, działał też w PPSie. Zostaje wybrany przewodniczącym Rady Miejskiej,  ale że współpracował z dziennikarzem Hulką-Laskowskim, który w swoich tekstach był głównym demaskatorem francuskich machinacji w Żyrardowie, zarząd fabryki zaczął rozsiewać o nim plotki (m.in. że otrzymuje łapówki od Koehlera-Badina) - stracił poparcie, nie wybrano go na kolejną kadencję, wrócił do picia, z którym miał problemy na Syberii. Wszystko to doprowadziło do tragicznych wydarzeń na Mazowieckiej.

Blachowskiego, po którego stronie była sympatia społeczeństwa, skazano na pięć lat, bo działał pod wpływem silnego wzburzenia. Mieszkańcy Żyrardowa zawiązali komitet, apelujący o skrócenie wyroku - do prezydenta Mościckiego trafia siedem tysięcy podpisów, w tym podpisy władz miasta. Akcja okazała się skuteczna - Blachowski wyszedł z więzienia po niecałych dwóch latach. Zginął 23 stycznia 1943, zapewne w Palmirach, rozstrzelany z innymi więźniami Pawiaka, był bowiem na gestapowskich listach proskrypcyjnych. Ale to już zupełnie inna historia.

Za: "Tajny Detektyw" nr 18, 19, rok II, 1 i 8 V 1932 oraz znakomity i obszerny artykuł Tomasza Bohajedyna w Le Monde Diplomatique

sobota, 3 stycznia 2015

Eiffel w wieży czyli za co skazano słynnego konstruktora?

Dziś, kiedy Gustave Eiffel znany jest głównie jako autor dość brzydkiej konstrukcji w centrum Paryża, trudno uwierzyć, że sto lat temu z okładem jego nazwisko było sławne z całkiem innych powodów. I że francuski sąd skazał go na grzywnę i więzienie.




Po pierwsze: Eiffel to właściwie Boenickhausen - jego rodzina na początku XVIII wieku przybyła do Paryża z miasteczka Marmagen i przyjęła nazwisko od tamtejszych gór Eifel. Mały Alexander Gustave urodził się w roku 1832 i w merostwie został zarejestrowany jako obywatel Boenickhausen; wprawdzie przez całe życie używał już nowego nazwiska (i drugiego imienia), ale urzędowo zmienił je dopiero w roku 1880.

Po drugie: Gustawek nie przepadał za szkołą, ale jego edukacją zajęli się dwa chemicy: rodzony wuj, pan Mollerat (który opatentował produkcję octu spirytusowego i miał dużą fabrykę pod Dijon; jego siostra, pani Eiffelowa, zajmowała się produkcją i dystrybucją węgla drzewnego) oraz przyjaciel rzeczonego wuja, pan Perret. To oni wpoili młodemu Eiffelowi zamiłowanie do nauk ścisłych, Poszedł do szkoły inżynieryjnej, Ecole Centrale des Arts et Manufactures, gdzie specjalizował się, oczywiście, w chemii - planował bowiem pracę w rodzinnych firmach. Ale rodzina miała inne zdanie w tej sprawie. Więc, właściwie nieco przypadkiem, został konstruktorem i architektem.

Po trzecie: Eiffel pamiętany jest dziś za sprawą wieży, wystawionej na Wystawę Światową w roku 1889 - zabawki bez większego znaczenia użytkowego, do której zresztą wcale nie był przekonany. Tymczasem był on niesłychanie płodnym twórcą architektury użytkowej: autorem kilkunastu mostów i wiaduktów (we Francji, Hiszpanii, Portugalii, Rumunii, Egipcie, Peru, Chile, Wenezueli, Puerto Rico, Wietnamie i licznych miejscowościach Austro-Węgier) oraz wielu dworców, kościołów, teatrów, gazowni rozsianych po kilku kontynentach, w tym stacji Nyugati w Budapeszcie, szkoły Lycee Carnot, poczty w Sajgonie, synagogi w Paryżu, katedry w Peru, latarni morskiej na estońskiej wysepce Ruhnu, obserwatorium astronomicznego w Nicei i, last but not least, konstrukcji Statuy Wolności:


Po czwarte wreszcie: kontrakt na budowę wieży podpisano w styczniu 1887, prace ukończono w marcu 1889. W tym samym czasie, w roku 1887, Gustave Eiffel rozpoczął współpracę ze słynnym twórcą Kanału Sueskiego, Ferdynandem de Lessepsem, który zamierzał zbudować drugi, równie istotny kanał: Panamski. Z powodu ukształtowania terenu zdecydowano, że nie będzie on przekopywany na poziomie morza, a statki będą go pokonywały dzięki systemowi ogromnych śluz, które zaprojektować miał właśnie Eiffel. I o tym będzie ta piosenka.




Eiffel był jedynie najętym konstruktorem i niewiele chyba zawinił (prócz tego, że swoim nazwiskiem w jakimś sensie żyrował finansową piramidę); skazano go jednak na wysoką grzywnę (20 tys. franków) i dwa lata więzienia. Apelacja przyniosła mu wolność i Eiffel do "wieży" ostatecznie nie trafił. Podobnie jak Lesseps, starzec ponad osiemdziesięcioletni, pod pozorem, że "od przestępstwa minęły już ponad trzy lata".

Budowa w latach 1881-89 kosztowała życie dwudziestu dwóch tysięcy ludzi, w dziewięciu dziesiątych czarnych robotników z Karaibów. Przepadły oszczędności około ośmiuset tysięcy Francuzów, w tym piętnastu tysięcy samotnych kobiet, na ogólną sumę miliarda ośmiuset tysięcy franków w złocie. Dziewięć emisji akcji przyniosło miliard dwieście tysięcy franków, a na kanał spożytkowano dziewięćset sześćdziesiąt tysięcy; reszta poszła na łapówki dla polityków. O korupcję oskarżono pięciuset dziesięciu parlametarzystów - udowodniono stu czterem spośród tej liczby, a także wielu urzędnikom najwyższego stopnia, w tym ministrom rządu. Doradca finansowy spółki, baron Reinach, popełnił samobójstwo - zajmował się dystrybowaniem łapówek wespół z Corneliusem Herzem, finansistą, politykiem i przedsiębiorcą. Obaj byli niemieckimi Żydami - obok nieco późniejszej afery Dreyfusa (który z kolei był kompletnie niewinny) afera panamska, przedstawiana jako spisek żydowskich spekulantów, stała się jednym z kamieni węgielnych XIX-wiecznego francuskiego antysemityzmu.

Sam Eiffel stracił wiele - zwłaszcza renomę. Usunął nawet nazwisko z nazwy własnej firmy (produkującej wielkie metalowe konstrukcje). Jako że przez lata tworzył dzieła, które miały być odporne na wiatr (jak rusztowanie Statuy Wolności), zainteresował się meteorologią i aerodynamiką i w roku 1909 stworzył pierwszy tunel aerodynamiczny w Paryżu, który potem służył pionierom awiacji, z braćmi Wright na czele. Zmarł w roku 1923, niecałe dwa tygodnie po swoich dziewięćdziesiątych urodzinach, słuchając Andante z V Symfonii Beethovena.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), Wikipedia

wtorek, 27 sierpnia 2013

Miasta cieni cz. X

Rzadko się zdarza, by pośród osób w policyjnym albumie trafił się ktoś, o kim można opowiedzieć dłuższą historię; przeważnie są w ogóle bezimienni, nazwiska pojawiają się rzadko. Tym razem trafiłem jednak na człowieka, o którym wiem, za co mógł być zaaresztowany. I znam jego dalsze losy.















W albumie spodziewałem się właściwie tylko zdjęć złodziei, morderców, oszustów - nie przyszło mi do głowy, że w ówczesnej Polsce była całkiem przecież pokaźna grupa więźniów politycznych: ukraińskich nacjonalistów, komunistów, a nawet narodowych socjalistów w typie hitlerowskim (NPR-Prawica). Część z nich była najprawdziwszymi terrorystami i mordercami, innych wsadzano do więzienia wyłącznie za poglądy i agitację polityczną.

Lewek Szpicberg i Salomon Jaszuński zostali ewidentnie zaaresztowani razem: w Katowicach, 26 maja 1931 roku. Szpicberga, niestety, nigdzie nie znalazłem, Jaszuński jest za to dobrze znany. Urodzony w roku 1902 w Łodzi w rodzinie żydowskiej (ojciec był kupcem lub drobnym wytwórcą, matka - nauczycielką), cztery lata I wojny światowej spędził z rodzicami w Moskwie. Po powrocie wstąpił do partii komunistycznej; uzdolniony literacko, szybko zaangażował się w propagandę. Maturę zdał w Wilnie, eksternistycznie, studiował później we Lwowie i Krakowie. Z panegirycznego życiorysu pióra stalinistki Żanny Kormanowej dowiadujemy się, że Jaszuński był badaczem wybitnym, ale pozostawił w drukowanym dorobku językoznawczym jedynie kilka przyczynków. Można więc w wybitność nieco powątpiewać - ważniejsza była dla niego chyba działalność polityczna; skłonny jestem natomiast uwierzyć, że faktycznie znał 23 języki.

To właśnie kwestie polityczne sprawiły, że kształcił się w coraz to innych miastach: jako działacz (ps. "Justyn") Jaszuński był wielokrotnie aresztowany i więziony, począwszy od roku 1919 (za rozlepianie odezw pierwszomajowych na parkanach); w 1927 skazano go na rok "więzienia prewencyjnego", w roku 1928 otrzymał wyrok czteroletni (od lata 1929 na urlopie zdrowotnym). Siedział ogółem w ośmiu więzieniach i aresztach. Kormanowa podaje, że został wzięty ponownie w Katowicach w czerwcu 1931 roku - my ze zdjęcia wiemy, że wzięty został w maju, konkretnie - 26go maja. W styczniu 1938 roku wyjechał z Brygadą Dąbrowskiego do Hiszpanii w randze zastępcy komisarza politycznego; zginął w lipcu w walkach nad Ebro.

Gdyby nie wyjechał do Hiszpanii, i tak miał duże szanse by - jak wielu jego kolegów - zostać wezwanym do Moskwy i zginąć od strzału w tył głowy w stalinowskich czystkach; w przeciwnym razie straciłby zapewne życie w Holokauście, jak jego ojciec, zamęczony w obozie przejściowym Radogoszcz, lub matka, która zmarła na tyfus w warszawskim getcie. Ale gdyby przeżył, po wojnie mógłby wprowadzać w Polsce stalinowskie porządki - trudno cokolwiek przesądzić. I trudno powiedzieć, który los gorszy. Stało się jak się stało, leży gdzieś nad Ebro.

*

Dzięki informacji od czytelnika wiem też coś o Lewku Szpicbergu.

Z początku sądziłem, że chodzi o kogoś innego: oto 30 marca 1932 roku "Dziennik Łódzki" donosił, że w mieszkaniu niejakiego H. Szpicberga przy ul. Cegielnianej 19 policja zlikwidowała komunistyczną komórkę, miejsce spotkań młodzieży (głównie żydowskiej - precyzuje gazeta) płci obojga, gdzie skonfiskowano sporo bibuły, odezw, druków propagandowych. H. Szpicberg był, jak się dowiadujemy z "Dziennika Łódzkiego", bratem byłego komunistycznego posła, ukaranego kilkoletnim więzieniem, Arona Szpicberga.

Ale Lewek nie miał coś z nimi nic wspólnego - bo i też nie był Szpicbergiem. Nazywał się napradę Gustaw Szusterman (lub Szuster, jak podają inne źródła), używał rozmaitych pseudonimów: Fenigsztajn, Abram Weisman, Zelik lub Lewek Szpicberg. Dziś jest szerzej znany jako Stefan Staszewski (1906-1989). Przed wojną komunista, po aresztowaniu wyjechał do ZSRR i studiował z Bierutem w Międzynarodowej Szkole Leninowskiej. Wrócił, po kolejnym aresztowaniu - zapewne wówczas wykonano zdjęcie - znów przekroczył granicę i wykładał w Rosji, ale w ramach czystek stalinowskich trafił w 1938 roku na Kołymę, gdzie spędził lat osiem. Wróciwszy do Polski, był szefem propagandy w Katowicach, naczelnym "Trybuny Robotniczej", kierownikiem wydziału prasy w PPR i PZPR, wreszcie wiceministrem rolnictwa i I sekretarzem Komitetu Warszawskiego PZPR. Po okresie stalinowskim jego wpływy osłabły, pod koniec życia - wykluczony z partii w 1968 - wspierał ponoć KOR i Solidarność.

wtorek, 15 stycznia 2013

Po ile Szekspir, po ile - kochanek?

Tym razem w dziale "Kurioza kryminalne" dwie wzmianki znad Sekwany, które pozwalają zaobserwować, że siła nabywcza franka w sądach francuskich była nader różnorodna; jeśli wnioskować z tych dwóch notek, sprawy obyczajowe były znacznie tańsze niż polityczne.


Wzmianka o skazaniu Szekspira może się wydawać groteskowa, ale w rzeczywistości sprawy miały się nieco inaczej. W początkach roku 1934 socjalistyczny rząd francuski był bliski upadku, a Action Francaise, niesławny ruch nacjonalistyczny, nawoływał do obalenia "chorej, zepsutej demokracji" na drodze ulicznej rewolty. W ramach tej kampanii przekonał kierownictwo Commedie Francaise do wystawienia "Koriolana" w nowym przekładzie autorstwa szwajcarskiego tłumacza, René Louisa Pichauda - nie był to jednak przekład sensu stricto, ale luźna wersja, swobodnie przełożona z angielskiego oryginału i zaadaptowana do potrzeb francuskiej sceny - choć, jak zauważają autorzy "Encyklopedii Szekspirowskiej, chodziło raczej o adaptację do potrzeb francuskiej polityki, czy raczej, dodajmy, francuskiej polityki widzianej przez Action Francaise. Sztukę tak wyreżyserowano, a tekst tak przycięto, by zabrzmiały jak komentarz do bieżących wydarzeń, a tłum Rzymian, manipulowany przez polityków, sportretowano jako bestie z obrazów Breughela. Wprawdzie do tak upragnionej przez Action Francaise rewolucji nie doszło, ale widownia teatru stała się polem walki, gdzie zwolennicy i przeciwnicy rządu ścierali się w sposób brutalny i zgoła nieparlamentarny.  Przeciwna strona polityczna też zresztą zachowała się idiotycznie, premier bowiem wylał dyrektora teatru i zastąpił go na stanowisku szefem policji, co budzi - słusznie - jak najgorsze skojarzenia. Tak czy owak, ukarano nie Szekspira, a Comedie Francaise, i to nie za tekst "Koriolana", a za jego politycznie zaangażowaną przeróbkę, której wystawienie miało prowadzić do obalenia legalnego rządu. Dziś, po tylu latach istnienia i sukcesów (zmiennych, dodajmy) teatru zaangażowanego politycznie, sporo się zmieniło i standardy polityczno-artystyczne z pewnością dozwalają na daleko idące manipulacje tekstami klasyków - taki wyrok więc dziwi, nawet jeśli żywimy zrozumiałą niechęć do ludzi, którzy chcieli w międzywojennej Francji wprowadzić dyktaturę.

A co z panią B.? Niedawno w "Wysokich obcasach" ukazał się tekst o parach, w których partnerów dzieli duża różnica wieku i o tym, jak są społecznie stygmatyzowane. Cóż, jak się zdaje, w tym przypadku mąż starszy o 36 lat był stygmatyzowany głównie przez własną żonę. Ciekawe, czy kara (nawet w tak niskim wymiarze) skłoniła ją do porzucenia amanta?

Za: "Tajny Detektyw" nr 36 rok 4, 2 IX 1934 





czwartek, 10 stycznia 2013

Ten czwarty Strauss, czyli mafijny hazard w Detroit

Różne różności pojawiały się w "Tajnym Detektywie", ale po raz pierwszy chyba spotkałem się z tekstem, który tak by afirmował życie. Korespondent pojechał do Detroit, taksówkami się powoził, w kości pograł, lunch darmowy opędzlował, a na koniec jeszcze zdążył na kabaretowe występy, po czym wszystko opisał i zainkasował honorarium. Ech, życie!


Pojawiający się w tekście burmistrz Bowles był rzeczywiście dość nieciekawą postacią i politykiem słynącym z nieskuteczności; większość życia upłynęła mu na wysuwaniu swej kandydatury na różne stanowiska, na których wyborcy z reguły go nie chcieli. Kandydował na burmistrza Detroit przy wsparciu Ku-Klux-Klanu w roku 1925, a także rok później; wreszcie wygrał w roku 1930, ogłosiwszy program bezwzględnej walki ze zbrodnią oraz mieniąc się gorliwym zwolennikiem prohibicji, co zjednało mu księży, pastorów i ich wiernych. Kiedy jednak szef policji pod naciskiem prasy przeprowadził kilka udanych akcji przeciwko miejscowej mafii (właśnie hazardowej!), Bowles go odwołał. Miał to sam przypłacić stanowiskiem: powszechne oburzenie doprowadziło do odwołania go po zaledwie sześciu miesiącach (a nie dwóch latach, jak twierdzi korespondent "Tajnego") sprawowania władzy. Po miesiącu starał się o reelekcję, ale jak na złość, w noc tuż po ogłoszeniu wyniku referendum, mafia zastrzeliła w kawiarni jednego z głównych autorów odwołania Bowlesa: Jerry'ego Buckleya, nieprzejednanego radiowego dziennikarza śledczego. Wprawdzie ludzie Bowlesa zrobili wszystko, żeby przedstawić samego Buckleya jako mafiosa, ich wysiłki poszły na marne: w pogrzebie Buckleya uczestniczyło 10 tys. ludzi, a Bowles kolejne wybory przegrał z kretesem. Kandydował jeszcze parę razy: do parlamentu stanowego, do Izby Reprezentatów i ponownie na stanowisko burmistrza. Bezskutecznie.

Jest jeszcze właściciel speluny, Strauss - jednak, jak dodaje korespondent, nie słynny kompozytor. Tylko nie który? Nie Johann Strauss ojciec, nie Johann Strauss syn, czy nie Richard Strauss? Dwaj pierwsi nie żyli wprawdzie, ale to raczej ich kojarzyłaby publika "Tajnego Detektywa". Czy kojarzyłaby Richarda? Trudno powiedzieć. Zawsze można jednak dodać, że kiedy orkiestra w "Wielkim Gatsbym" wykonuje jazzową wersję utworu "Historia świata" Vladimira Tostoffa, to Fitzgerald pił tu właśnie do Richarda Straussa i "Also sprach Zarathusta". Wszystko zatem możliwe. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

wtorek, 8 stycznia 2013

Król Albanii i kula, od której zginęła łotewska baronowa

Często źródła spoza "Tajnego" pozwalają mi coś dopowiedzieć: te same sądowe sprawy, te same morderstwa były relacjonowane w prasie polskiej i zagranicznej, można dotrzeć do archiwów i przyszpilić konkretny fakt. Tym razem pozostaję zupełnie bezradny. Opowieść o rosyjskiej arystokratce, kochance Kiereńskiego, Dybienki, Lenina, wreszcie samozwańczego króla Albanii, Zogu I, która popełniła samobójstwo lub została zamordowana przez czekistów, wydaje się, delikatnie mówiąc, przesadna. Niestety, nigdzie nie mogłem znaleźć wiadomości, które pozwoliłyby ją potwierdzić lub obalić. Ale czyta się świetnie.







Wszystko tu jest, oczywiście, grubymi nićmi szyte - nieopanowany apetyt seksualny, samobójstwo ojca, katalog kochanków - choć, kto wie, może nie zostało zmyślone całkowicie. O Dorothei Kloppman - de Rop powstała nawet książka. Niestety, po grecku. Z tego, co piąte przez dziesiąte zrozumiałem, jest to thriller oparty na prawdziwych wydarzeniach, a Dorothea de Ropp, jakkolwiek z pochodzenia Rosjanka, była baronową łotewską. Faktycznie, istnieje rodzina Niemców Bałtyckich tego nazwiska. Sylvester Wilhelm Gotthard von der Ropp (ur. 1877), syn Kozaczki z Krymu i barona o korzeniach krzyżackich, w 1910 roku przeniósł się do Anglii, w czasie I wojny światowej był brytyjskim lotnikiem, a później - brytyjskim szpiegiem. Zamieszkał w Berlinie, osobiście poznał się z Hitlerem i został jego prywatnym doradcą w kwestiach angielskich (równocześnie wyciągając sekrety Luftwaffe). Dorothea nie mogła być żoną tego akurat de Roppa (miał dwie żony, noszące zgoła inne imiona i nazwiska panieńskie), ale może tu był jakiś łącznik szpiegowski? Trudno orzec. Tak czy owak, nawet jeśli większość tej historii to zmyślenie, musiała być jakaś wersja pierwotna, z której korzystał i autor tekstu w "Tajnym", i greckiej powieści. O co mogło w tym chodzić?

Historia Dorothei de Ropp mogła powstać na zamówienie polityczne żeby kogoś skompromitować. Nie chce mi się bowiem wierzyć, żeby albański ambasador w Atenach  położył łapę na prywatnym pamiętniczku królewskiej kochanki, po czym lekką rączką przekazywał te sekrety prasie międzynarodowej.

Król Albanii, Ahmed Zogu, władzę zdobył w sposób nie do końca legalny. Albania, poza krótkim okresem (1443-79) państwowości, wywalczonej przez narodowego bohatera, Skanderberga, była na ogół pod czyimś panowaniem. Kiedy wyłoniła się nagle z odmętów historii po I wojnie bałkańskiej (1912), przydzielono jej, jak to zwykle bywało na Bałkanach w owym czasie, niemieckie książątko, niejakiego Wilhelma zu Wied, siostrzeńca królowej Rumunii. Zu Wied się nie sprawdził i po pół roku został obalony, państwo przez całą I wojnę światową było okupowane, by wreszcie stać się niepodległą republiką. Tekę premiera otrzymał Ahmed Zogu, pnący się po szczeblach kariery polityk, zaręczony z córką największego posiadacza ziemskiego w Albanii (a zarazem lidera Partii Postępu). Jednak, zamieszany w skandal finansowy i w dodatku raniony w zamachu, ustąpił stanowiska niedoszłemu teściowi, którego po paru miesiącach obalił biskup, Fan Noli. Zogu wrócił do gry i po pół roku, dzięki wsparciu generała Wrangla, obalił biskupa. Tym razem postanowił umocnić władzę i wymusił na parlamencie zmianę ustroju: został najpierw prezydentem, a potem królem Albanii, Zogu I. Zaraz potem zerwał zaręczyny, robiąc sobie z niedoszłego teścia śmiertelnego wroga - i to śmiertelnego w sensie dosłownym, bowiem zgodnie z albańskimi zasadami Shevket Verlaci za taką zniewagę miał go prawo zabić.

Jako król Zogu z jednej strony unowocześniał państwo, z drugiej - powiązał je gospodarczo z Włochami Mussoliniego, na których również wzorował ustrój swojej monarchii. Choć sam był mahometaninem, składał przysięgę na Biblię i Koran, w miejsce praw islamskich wprowadził kodeks wzorowany na szwajcarskim, a także otworzył granice dla żydowskich uchodźców z nazistowskich Niemiec. Ślub wziął dopiero w roku 1938, i to z katoliczką (Geraldine Apponyi, hrabianką o korzeniach węgiersko-amerykańskich). Niecały rok później Włochy zajęły Albanię (urząd premiera objął ponownie Verlaci), a młoda para musiała uciekać, co było tym trudniejsze, że królowa dwa dni wcześniej powiła następcę, Lekę I. Kiedy włoski minister spraw zagranicznych, hrabia Ciano (nota bene honorowy obywatel Tirany) wkroczył do komnat królowej i znalazł stos pokrwawionej w trakcie porodu pościeli, miał krzyknąć "Szczenię uciekło". Ahmed, Geraldine i Leka spędzili wojnę w Londynie, potem mieszkali w Egipcie, wreszcie we Francji. 

Od początku władza Zogu budziła spore opory (nawet jeśli podawał się za dziedzica Skanderberga, bezpośredniego potomka jego siostry) - na króla odnotowano aż 55 zamachów, on z kolei prześladowaał przedstawicieli opozycji, posuwając się nawet do tego, że albańscy agenci zabijali dysydentów na emigracji. Jego zażartym wrogiem pozostawał Verlaci, który miał przecież wszelkie środki by opłacać skrytobójców (do tego stopnia, że król, obawiając się otrucia, uczynił swoją matkę przełożoną pałacowych kuchni). Nietrudno sobie wyobrazić, że w tej walce ogromną rolę musiała odgrywać propaganda. Żeby wiedzieć, komu służył pamiętniczek Dorothei (czy chodziło o skompromitowanie Zogu I? czy o zrzucenie odium morderstwa z agentów albańskich na czekistów?), trzeba by znać dokładnie ówczesną politykę albańską. Żeby zaś wiedzieć na pewno, gdzie tu zmyślenia, a gdzie prawda, trzeba by chyba otrzymać moce Ducha Świętego.


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

niedziela, 1 kwietnia 2012

Radny Tasiemka czyli: bywało gorzej

Narzeka się dość powszechnie na obecnych polityków: że łotry, łajdaki, przestępcy, dranie - częściowo, rzec trzeba, słusznie, choć uogólnienie to, jak każde uogólnienie, bardzo jest krzywdzące. Tymczasem warto przypomnieć, że bywało z tym znacznie gorzej. 80 lat temu na czele warszawskiej mafii i rekietierów stał "Tata Tasiemka", radny miasta stołecznego z ładną kartą niepodległościową.


Zażywny jegomość na zdjęciu to właśnie ów "Tasiemka", radny Łukasz Siemiątkowski. Pseudonim bossa pochodził z czasów, kiedy, pracując w branży pasmanteryjnej, działał w PPSie - m.in. przygotowywał uwolnienie więźniów z Pawiaka, współpracował z Organizacją Bojową PPSu, dwa razy się przesiedział (za pierwszym razem wyszedł z braku dowodów, za drugim czekała go kara śmierci wyznaczona na 14 listopada 1918; 11 listopada został, oczywiście, zwolniony z cytadeli). Po wojnie dalej działał w PPSie, już w warunkach pokojowych, i dostał się do rady miasta; ba, kandydował nawet, bezskutecznie, do senatu.

Tymczasem na początku 1932 roku w Warszawie gruchnęła wieść, że to właśnie on stał za wieloletnią akcją wymuszania na największym bazarze miejskim, tzw. Kercelaku na Woli (nazwa pochodziła od niegdysiejszego właściciela tamtejszych placów, Józefa Kercelego). Oczywiście, sam sobie rąk raczej nie kalał, miał od tego ludzi, zwłaszcza swojego pomagiera, Leona Pantaleona Karpińskiego. Tekst w "Tajnym" niechaj zaświadczy, że była to grupa, która nie przebierała w środkach (a swoją drogą, proszę się przyjrzeć rozmaitości bandy: Judka Sztajnwort był zapewne Żydem, Janiak i Plackowski to pewnie Polacy, nazwisko Osmański sugeruje przodków tatarskich, Leon Pantaleon to imiona wskazujące na mocne zrusyfikowanie i, prawdopodobnie, religię prawosławną... oto i przedwojenna Warszawa...).



Ale są ludzie niezatapialni. Wprawdzie "Tasiemka" wpadł, mleko się wylało i w polityce nie było dla niego miejsca, ale na dno nie poszedł. W procesie, w którym powszechnie mataczono i zastraszano świadków, Siemiątkowskiego skazano na 3 lata, a jego podwładnego na 6 lat (pozostali otrzymali wyroki w granicach od roku do pięciu); po apelacji zmniejszono karę "Tasiemce" do lat dwóch, ale i tak został przedwcześnie zwolniony dzięki ułaskawieniu decyzją prezydenta Mościckiego. Swój człowiek, równy gość. Może rabował, może gwałcił, może mordował - ale pewnie nie osobiście. A taki dzielny bojowiec pepeesowski! I tak to się potoczyło korytarzami prezydenckich kancelarii, dokładnie tak, jak toczyło się nieraz po 1989 roku...

By nie pozostawiać jednostronnego obrazu tej ciekawej postaci, dodać należy, że od wybuchu wojny Tasiemka zaangażował się ponownie w działalność podziemną - zupełnie jakby zawsze musiał działać w konspiracji, a że za wolnej Polski nie miał przeciw komu, to zajął się przestępczością. W 1942 roku zaaresztowano go razem z synem i zamknięto na Pawiaku, stamtąd zaś trafił na Majdanek, gdzie zmarł na tyfus. Czy samemu cierpiąc miał wyrzuty sumienia, że był kiedyś źródłem cierpień dla wielu? Historia milczy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 11, rok 2 (13 III 1932)