Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1931/12. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1931/12. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Nieświętej pamięci Tetzner

Scena na cmentarzu była rozdzierająca: młoda wdowa, Emma, rzucała się na trumnę, szlochała obficie i krzyczała "Zabierz mnie teraz ze sobą!". Nic dziwnego - jej mąż miał zaledwie dwadzieścia dziewięć lat, pobrali się raptem dwa lata wcześniej, a teraz zginął straszliwą śmiercią. 25 listopada 1929 roku nad ranem, około 5:30, biedny Kurt Erich uderzył samochodem w słup kilometrażowy, a jego Opel 4 PS (nazywany od zielonego lakieru "Laubfrosch", 'rzekotką'), stanął w płomieniach i chłopak spłonął żywcem, uwięziony w stalowym uścisku swej rzekotki gdzieś między Norymbergą a Regensburgiem, pod miejscowością Etterzhausen.



Tyle, że ktoś mógł mieć inne zdanie w tej kwestii, a konkretnie: przedsiębiorstwo ubezpieczeniowe. Tetzner bowiem przed wypadkiem ubezpieczył się w czterech towarzystwach w sumie na zawrotną sumę 145 tysięcy Reichsmarek (jego opel był samochodem może i produkowanym masowo, ale dobrem niewątpliwie luksusowym - a kosztował wówczas niespełna dwa tysiące). Zwęglone zwłoki z samochodu przekazano do ekspertyzy medycznej.


Opel "Laubfrosch" za: Wikipedia


I tu zaczęły się schody. Po pierwsze, prof. Richard Kockel wykazał, że na kości ramiennej zachowały się resztki chrząstki, która ulega skostnieniu między 18 a 22 rokiem życia, cały szkielet jest raczej drobny i nie pasuje do Tetznera, mężczyzny krzepkiego, niechudego i starszego o mniej więcej dekadę. Po drugie, brakowało sadzy w jamie ustnej i układzie oddechowym oraz tlenku węgla we krwi - co znaczy, że ofiara nie oddychała w czasie, kiedy samochód płonął i musiała zginąć wcześniej. Brakujące części szkieletu (nogi, większość czaszki) nie mogły kompletnie spłonąć, tylko musiały zostać usunięte aby uniemożliwić identyfikację (np. koloru włosów czy poprzez wzrost). Zorganizowano dodatkowe przeszukanie i faktycznie w pobliżu miejsca wypadku znaleziono kawałek mózgu wielkości pięści, który nie nosił śladów ognia.

Policja zatem zaczęła śledzić Emmę Tetzner i założyła podsłuch na linii telefonicznej sąsiadów, z której korzystała wdowa. Okazało się, że często łączy się z panem Stranellim (lub wedle innych źródeł: Frasnellim), który dzwoni do niej ze Strasburga. Kiedy francuska policja zaczaiła się na Stranellego, okazało się, że to faktycznie świętej pamięci Erich Tetzner. Zaaresztowany, został odstawiony do Regensburga.

W marcu 1931 roku zaczął się proces. Erich okazał się sprytnym młodzieńcem - kiedy jego teściowa, właścicielka kawiarenki w niewielkim Oschatz między Lipskiem a Dreznem, zachorowała na raka, uprosił ją, żeby przełożyła termin operacji i ją ubezpieczył. Teściowa operacji nie przeżyła, młoda para zgarnęła pieniądze z ubezpieczalni i sprzedała kawiarenkę za 35 tysięcy marek. Erich kupił za to samochód, a resztę przehulał w lokalach. Wydawało się zatem, że pomysł na oszustwo był logiczną konsekwencją pierwszego sukcesu - Tetzner jednak postanowił walczyć do końca i przedstawił zupełnie inną linię obrony.




Tetzner usiłował przekonać sąd, że najpierw niechcący potrącił wędrownego czeladnika, wpakował do samochodu, żeby zawieźć go do szpitala, ale że chłopak zmarł, postanowił upozorować wypadek. Było to korzystniejsze procesowo (morderstwo to nie niezamierzone spowodowanie śmierci, nawet w połączeniu z próbą oszustwa). Tyle, że oczywiście nic nie trzymało się tu faktów: o ile można było dowodzić, że ubezpieczył się wysoko, bo taką miał ochotę, że poszukiwał towarzysza podróży, bo nie chciał jeździć sam. Ale nie wyjaśniało to pierwszego ataku, kiedy Tetzner najpierw upoił, a potem zdzielił lewarkiem Aloisa Ortnera (potem celowo wybrał drobniejszą ofiarę, żeby mu się nie wymknęła). Obrona powołała eksperta, który podważał ustalenia profesora Kockela, ale ten zdecydowanie się z nim rozprawił. 

Sąd nie dał więc wiary wyjaśnieniom oskarżonego i skazał go na karę śmierci, po czym Tetzner wkrótce później przyznał się do uduszenia ofiary i potwierdził, że Kockel miał racje. 2 maja 1931 został zgilotynowany w więzieniu w Regensburgu. Żony nie "zabrał ze sobą" - w procesie starannie ją usprawiedliwiał i ostatecznie skazano ją tylko na cztery lata za współudział. Nigdy nie ustalono, kto był jego (czy też: ich) ofiarą. 


(na zdjęciu: kat Johann Reichart, który gilotynował wówczas w Bawarii, a później był głównym katem w czasie reżimu Hitlera, a także przygotowywał egzekucje w procesach norymberskich i szkolił amerykańskiego żołnierza jak przeprowadzić wieszanie)


Za: Ulrich Zandel, Der Mann der zweimal starb w "Mittelbayerische Zeitung" z 18 I 2014, "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931.

sobota, 27 lutego 2016

Na piechotę, czyli cynki włóczęgowskie.

W tekście "Amerykański tramp i nasz włóczęga" autor zestawia włóczęgostwo w ówczesnych Stanach i Polsce, kreśląc typologię rozmaitych wędrowców. Czego tu nie ma! Są i migawki z rozmaitych schronisk, począwszy od brukselkich, a na krakowskich kończąc, jest słowniczek cynków, czyli symboli zostawianych przy bramach domów, jest wspomnienie o chronieniu się w wygaszonych piecach licznych cegielni płaszowskich. Jest wreszcie to, czego można się było spodziewać po "Tajnym Detektywie", który mrugał okiem do czytelników z drobnomieszczaństwa i klasy średniej - wspomnienie o "malowniczości", o "uroku", "romantyczności włóczęgi".

Kiedy pojawia się temat głębszych przyczyn, okazuje się, że "robotnik okazyjny stale pracować nie potrafi". Wprawdzie zaraz idzie kawałek o tym, że to "warunki gospodarcze go przerzucają", ale jednak. Bo przecież "dobry [...] robotnik znajdzie zajęcie w każdym kraju" - pisze beztrosko dziennikarz. W tym samym czasie również polskie fabryki, podupadające ogromnie przez ogólny kryzys, dokonują masowych zwolnień. Inne idą z robotnikami na układ - zatrudniają ich na dwa, trzy dni w tygodniu, czasem nawet na jeden dzień (oczywiście za proporcjonalnie obniżaną stawkę), żeby tylko masowych zwolnień nie przeprowadzić. Problem w tym, że za pensje w wysokości 1/5 czy 2/5 poprzedniej płacy wyżyć się nie da. 

To, co wydaje mi się największą zaletą tego tekstu, to reportaż z sali sądu na Kanoniczej w Krakowie, który daje wgląd w czasy, kiedy podróżowanie bez celu było działalnością karalną:





Wspomniany w tekście sędzia-znawca włóczęgów to Leonard Krupiński (1893-1974). Narodowe Archiwum Cyfrowe zawiera sporo jego portretów, bowiem orzekał w trzech sprawach, które odbiły się szerokim echem w międzywojniu: w aferze Ciunkiewiczowej, kokoty w stanie spoczynku, która usiłowała nabrać ubezpieczyciela na rzekomą kradzież futer i klejnotów z walizek złożonych w hotelu, małżeństwa Maliszów (potrójne morderstwo w wyniku nieudolnego skoku na listowne przekazy pieniężne; sprawa, która miała się rzekomo przyczynić do zamknięcia "Tajnego Detektywa") i wreszcie w superprocesie Rity Gorgonowej. Pracę w sądownictwie zaczął przed samym upadkiem Cesarstwa Austro-Węgierskiego, we wrześniu 1918, natomiast orzekał do połwy grudnia 1945, kiedy nowe władze komunistyczne przeniosły go w stan spoczynku - przedwcześnie chyba, bo miał ledwo 52 lata, ale chyba zaważyło tu właśnie bycie znanym sędzią z okresu sanacji. Może wybroniliby go włóczędzy - ale oni i w komunizmie byli, jak zawsze, bezbronni i bezsilni.



Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931

niedziela, 10 stycznia 2016

Jak kradziono samochody w międzywojniu?

Dość efektowny, dynamiczny kolaż z kierownicą i szczerzącymi się maskami automobilów stanowił ilustrację do artykułu o złodziejskich metodach z lat 30. XX wieku. Liczba samochodów w Europie rosła - i na sile przybierały też zwiazane nimi przestępstwa, począwszy od przestępstw drogowych, przez ubezpieczeniowe, a na pospolitych - i niepospolitych - kradzieżach kończąc.


Nic dziwnego, że sensacyjny materiał reklamowany w głównym dzienniku koncernu IKC, czyli Ilustrowanym Kurierze Codziennym, taką oto zapowiedzią:



W roku 1927 w USA było ponad 22 mln samochodów, w Wielkiej Brytanii prawie milion, niewiele mniej we Francji (901 tys.) i Kanadzie (820 tys.); potem kolejna przepaść w rubrykach: w Australii 361 tys., w Niemczech 318 tys. Polska, z 16,5 tys. samochodów, zajmowała 36 pozycję w statystykach. Dziesięć lat później, w 1937 roku, w Polsce aut było już 42 tys., a rok później, w 1938 - 51 tys. Samochód nie stawał się może, jak w USA, dobrem dostępnym klasie średniej, z pewnością jednak się popularyzował, choć nierównomiernie - w Warszawie jeden automobil przypadał na 139 mieszkańców, w województwie Tarnopolskim - na 5322...

Nic dziwnego, że wraz z rosnącą liczbą samochodów i malejącą koni, coraz mniej było koniokradów, a coraz więcej złodziei samochodów. Nic też dziwnego, że obok zwyczajnych łapserdaków, rzucających się na byle taksówkę (jak w przypadku nastoletnich Brudnego i Kaweckiego), działały wyspecjalizowane grupy przestępcze, które zajmowały się tylko łupami najdroższymi. I stosowały pomysłowe sposoby - zarówno w Stanach, jak i w Europie.

Kradzież musiała być - pomimo stosowanych alarmów - stosunkowo nietrudna, skoro w roku 1930, jak podaje "Tajny Detektyw", skradziono w Niemczech 350 tys. aut, a zaledwie rok wcześniej wszystkich samochodów było tam 433 tys., czyli statystycznie w roku kradziono niemal każdy pojazd, równocześnie jednak miażdżącą większość łupów odzyskiwano; były to chyba raczej wybryki chuligańskie - kradzież, by przejechać się kawałek, która kończyła się kraksą lub wyczerpaniem benzyny w baku...






Cóż, jak widać, historie o polskich złodziejach niemieckich samochodów to dopiero pieśń przyszłości. W latach 30. Niemcy zorganizowali własne przedsiębiorstwo kradzieży automobilowych i prowadzili je z imponującą wprost solidnością...

Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931, IKC z 4 IV 1931.

czwartek, 31 grudnia 2015

Jak oszukiwano na warszawskich wyścigach? vol. I - Szampańska zabawa

Wprawdzie sezon gonitw na Służewcu już zamknięty, ale dziś, w ostatnim dniu 2015 roku, nad szampanem, cavą i prosecco, składam Państwu najlepsze życzenia pomyślności w Nowym Roku 2016 i przedstawiam tekst "Gdy koń idzie pod doppingiem", z którego można się dowiedzieć, czym się różni dopping od dopingu, jakie były smutne dzieje "Złotego Arnolda", króla bukmacherów warszawskich, oraz po co poi się konie szampanem! Do siego roku!







A zatem nie tylko szampan, ale również - w zależności od oczekiwanego efektu - kokaina lub opium! Ej, panie dziejaszku, za sanacji nawet konie żyły luksusowo!

Oszustwa bukmacherskie różnego rodzaju są pewnie równie stare, co w ogóle konne wyścigi. Dla porządku dodajmy kilka faktów: w Warszawie pierwszy odnotowany przez historię wyścig konny wydarzył się w roku 1777, a pierwszy profesjonalny tor stworzono w I poł. XIX wieku wzdłuż ul. Polnej (wyścigi zresztą zawieszono na czas powstania styczniowego). Obok powstało - już w roku 1910 - pierwsze warszawskie lotnisko, Lotnisko Mokotowskie. Jednak z czasem okazało się, że obie instytucje wprawdzie korzystają ze względnie centralnego położenia, jednak potrzebują większych terenów. Lotnisko przeniosło się na Okęcie (1930), a tor wyścigów - na Służewiec właśnie, gdzie wspominane również w "Tajnym Detektywie" Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Polsce wykupiło z dóbr wilanowskich 150 hektarów (1926). Jednak do roku 1938 wyścigi odbywały się jeszcze na Polu Mokotowskim - nowy tor, najnowocześniejszy na świecie, prawdziwą perłę modernistycznej architektury, otwarto w czerwcu 1939 roku, ostatnie gonitwy odbyły się 31 sierpnia... W czasie wojny tor nie ucierpiał zbytnio, bo stacjonowały tam oddziały SS. Wyścigi wznowiono już w roku 1946.

I na pożegnanie: niewidoczny na górnych skanach portret "Złotego Arnolda w pięknym układzie fotomontażowym:



Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931