Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katowice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katowice. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 marca 2016

Tożsamość, czyli zbóje, paryskie trupy i samobójczyni z inicjałem

Wielce sobie cenimy naszą prywatność i ochronę danych osobowych, zatem praktyki "Tajnego Detektywa" mogą wydawać się nam barbarzyńskie - ale to tylko kwestia różnic kulturowych. Teraz, przestępca poszukiwany, zmieniając się w przestępcę schwytanego, w jednej chwili traci twarz (rozpikselowaną lub zakrytą czarnym paskiem) i nazwisko, zastąpione inicjałem (inna sprawa, na ile to pozorne w czasach internetu). Przed wojną tymczasem publikowano swobodnie wizerunki, imiona, nazwiska, a nawet adresy zamieszkania zarówno przestępców, jak i ofiar. 
Nie dziwi to w momencie ścigania, jak w przypadku choćby tych dwóch defraudantów, uciekających przez kraj polskich Clyde'a i Clyde'a:


Ale przecież wizerunki i personalia przestępców drukowano również po ujęciu - przykładem niech będzie notka o schwytaniu trzech braci Leszczuków (o których losach niewiele więcej mogłem się dowiedzieć); warto zauważyć, że są opisywani jako "zbrodniarze", "groźni bandyci", bez żadnej refleksji nad domniemaniem niewinności, choć dopiero przecież czekali na rozprawę:



Publikowano też - jak to dzieje się i dziś - zdjęcia osób zaginionych, z nadzieją, że ktoś je odnajdzie. Dziwić może natomiast, że niekiedy "Tajny" zamieszczał fotografie zwłok (lub, jak na załączonym obrazku, osoby, co do której nie bardzo wiadomo, czy żyje, czy nie - notka nie informuje jednoznacznie o śmierci, ale opisuje kobietę w czasie przeszłym):

Identyfikowanie zwłok przez publiczne okazanie miało, oczywiście, swoją długą tradycję - w XIX wieku w Paryżu wybudowano nawet w kostnicy miejskiej specjalne "akwarium", w którym kolejne zwłoki wykładano na pochyłe marmurowe płyty ("miasto świateł", zważywszy na populację, zawsze miało dostatek topielic, ludzi zasztyletowanych w zaułku, itd.). Mimo, że genitalia pruderyjnie zasłaniano specjalnymi deseczkami lub ręcznikami, rosła popularność oglądania trupów jako wielkomiejskiej formy rozrywki - codziennie do kostnicy pielgrzymowało ok. 40 tys. ludzi, w tym wielu brytyjskich turystów. Ostatecznie w roku 1907 kostnicę zamknięto z powodów "higieny moralnej" - ale również dlatego, że, dzięki rozwojowi technik policyjnych, szanse identyfikacji zmarłego wzrosły. 







Personalia nie były chronione w żaden sposób, przeciwnie, nierzadko żerowano na nich, jak było to w przypadku niejakiego Gagatka, zamieszanego w pomoc kasiarzowi (tytuł: Czy Gagatek był gagatkiem?), albo Mieczysława Kochanka, który zasztyletował niewierną żonę, co prowadziło do serii kalamburów. W tekście Tajemnica Koperty Kr. N. Wog. przeczytać możemy o kasiarzu Stanisławie Cichockim, zwanym „Szpicbródką”. Policja dokonała rewizji w mieszkaniu kochanki jednego ze jego współpracowników, Mariana Brzezińskiego. „Tajny Detektyw” podaje wówczas jej nazwisko i adres: Kazimiera Kozłowska, ul. Pańska 86. Nikt tu nie bawił się w zakrywanie oczu czarnym paskiem, a nazwiska zastępowano inicjałem bardzo rzadko i chyba tylko za sprawą jakichś zakulisowych ustaleń środowiskowych. Tak było w przypadku tragicznego w skutkach romansu dwojga doktorów UJ a także samobójstwa pewnej osiemnastolatki:



Cóż, zaważyło pewnie to, że Maria była córką wdowy po szacownym właścicielu ziemskim. A może i jej młodość? Trudno powiedzieć. Tak czy owak, tygodnik postanowił oszczędzić rodzinie skandalu, choć i tak zamieścił zdjęcie - cóż, w czasach przedfejsbukowych fotografia nastolatki mniej widać zdradzała ogólnopolskiej publiczności, niż pełne nazwisko.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, nr 47, rok III, 19 XI 1933

sobota, 10 stycznia 2015

Dwaj komuniści - Eleazar Grünbaum i Józef Wargin

Zdarza się czasem, że gdzieś na marginesie zdjęcia w albumie policyjnym znajduje się nazwisko. I po tej niteczce, jeśli nazwisko jest rzadkie i uda się zgooglować, można nieraz trafić na arcyciekawe opowieści o ludzkich losach - często zresztą, jak w przypadku dwóch dzisiejszych bohaterów - losach sięgających czasów powojennych.


Trzej mężczyźni, których zdjęcia oznaczono w albumie kolejnymi numerami 245, 246 i 247, zostali zapewne zatrzymani w Łodzi w tej samej sprawie. Świadczy o tym nie tylko sąsiedztwo na stronie oraz sąsiedztwo numerów 283, 284 i 285, które widnieją na tabliczce przykręconej do wspornika, ale i sporządzone tym samym charakterem pisma notatki na brzegu kliszy: imiona i nazwiska oskarżonych. Można je odczytać lusterkiem - Eleazar Grünbaum, Machel Warszawski, Szulim Krengiel.





Dość, że Grünbaum ma imię i nazwisko na tyle rzadkie, że udało się go przyszpilić:



I była to postać, jak się okazuje, niesłychanie interesująca, bo na aresztowaniu sprawa Eleazara wcale się nie kończy. Po pierwsze dlatego, że jego ojciec należy do najwybitniejszych postaci żydowskich w polskiej polityce międzywojennej (nie trzeba dodawać, że jako syjonista miał z poglądami syna na pieńku), po drugie dlatego, że wojenna i powojenna historia ojca i syna jest co najmniej niecodzienna.


Mieszkali, oczywiście, nie na ulicy "Tłumackiej" ale na Tłomackiem, czyli placu wytyczonym w XVIII wieku na miejscu dawnej jurydyki Potockich przez bankiera Karola Schultza, zięcia arcybogatego Teppera. Kamienica pod numerem 6 - widoczna w głębi zdjęcia - stała dokładnie naprzeciwko Wielkiej Synagogi i w samych początkach miała być mieszkaniem samego Schultza, ale ostatecznie została przeznaczona pod wynajem. W okresie międzywojennym nadbudowano jej jedno pięterko z prawej strony (zdjęcie za Warszawa.1939).



Izaak Grünbaum, urodzony w Warszawie w roku 1879, zmarł w Izraelu w roku 1970, był posłem na sejm polski czterech kadencji. Z przekonania syjonista, w carskiej Rosji szykanowany i więziony (aż pięciokrotnie) za swoje poglądy, w wolnej Polsce został politykiem znaczącym, jednym z inicjatorów Bloku Mniejszości Narodowych. Tak, tego bloku, który zdobył w wyborach 15% i ostatecznie zadecydował o wyborze Narutowicza na prezydenta (od czego zaczęła się antysemicko-katonarodowa nagonka, zakończona strzałami w Zachęcie). Do Palestyny wyjechał już w roku 1932, tam też przetrwał wojnę, a szesnaście lat później był jednym z sygnotariuszy deklaracji o powołaniu państwa Izrael oraz ministrem spraw wewnętrznych (1948-49) w rządzie tymczasowym; kiedy w 1952 roku w Knesecie wybierano drugiego prezydenta Izraela, był jednym z czterech kandydatów.

Tymczasem jego syn, Eleazar, miał losy znacznie bardziej pokomplikowane i wstydliwe. Wyjechał z Polski, by walczyć po stronie republikańskiej Hiszpanii. W czasie II wojny światowej trafił do Auschwitz-Birkenau, potem do Buchenwaldu - ale był tam nie tylko więźniem. Został bowiem kapo. Po wyzwoleniu obozu oskarżono go przed sądem koleżeńskim za okrucieństwo wobec współwięźniów (nie wiem niestety, jak ta sprawa się skończyła). Musiał odnowić dawne kontakty, skoro w powojennej Polsce został komunistycznym działaczem - poczesnym, należy sądzić, skoro pozwalano mu na zagraniczne podróże. Traf chciał, że kiedy pojechał do Paryża, został tam rozpoznany na ulicy przez dwóch żydowskich współwięźniów. Groziła mu sprawa we francuskim sądzie, ale tatuś zainterweniował i sprowadził wyrodnego syna do Palestyny. Nie na wiele to się jednak zdało: Eleazar Grünbaum zginął - ponoć w podejrzanych okolicznościach - w Arnonie pod Jerozolimą w I wojnie izraelsko-arabskiej, w roku 1948.


Drugi bohater dzisiejszej notki wygląda tak (podbite oko na trzecim zdjęciu to najprawdopodobniej skaza na kliszy lub odbitce, a nie siniec):








Nie wiem, z jakiego powodu zaaresztowano go w Katowicach 11 listopada 1930 roku, ale już sama data wskazywać może, że chodziło o jakąś polityczną demonstrację. I on bowiem był komunistą. Jeszcze w roku 1920 walczył w wojnie polsko-bolszewickiej po stronie "strasznych laszych krwiopijców" (w obronie Warszawy i pod Kowlem, był ranny w nogę), ale później działał w KPP i WKP(b). Już w 1925, bo to samo zdjęcie występuje również w albumie "Osoby podejrzane o działalność komunistyczną lub szpiegowską" Komendy Policji w Warszawie (obecnie Archiwum Akt Nowych), gdzie towarzyszy mu właśnie o pięć lat wcześniejsze:



Niedługo po drugim aresztowaniu musiał wyjechać do Rosji Radzieckiej, bo już w latach 1932-35 studiował w Dniepropietrowsku na wydziale górniczym. W czasie wojny działał w Głównym Sztabie Partyzanckim ZSRR, w 1942 zrzucony na tyłach Niemców, prowadził akcje dywersyjne i walczył z UPA (takie przynajmniej informacje znalazłem, ale za ich prawdziwość nie ręczę).


Po wojnie, jak dowiedziałem się z prezentacji "Twarze Katowickiej Bezpieki" (tutaj przeklejam tylko fragment, całość TUTAJ) zrobił szybką karierę w Urzędzie Bezpieczeństwa. Szczytów sięgnął w latach czterdziestych, a w latach 1946-46 został szefem UB na całe województwo śląskie, więc podlegała mu zapewne cela, w której siedział piętnaście lat wcześniej, kiedy pstryknięto mu zdjęcie z albumu. 

Ale rewolucja zjada swoje dzieci i już w 1951 skazano go na zdegradowanie i dwa i pół roku więzienia za podanie w ankiecie osobowej fałszywych danych o działalności w KPP. Co się z nim działo później - nie wiem. W latach 70-tych opublikował szereg książek, m.in."Prawo tajgi", "Opowieści z tajgi", "Aksen", "Purga" i - tytuł znaczący, jeśli popatrzymy na jego zdjęcia -"Człowiek, który zgubił uśmiech".

Gdyby nie nazwiska wyskrobane na kliszach - i dobrodziejstwa internetu - nie miałbym pojęcia, co za niezwykłe, straszne biografie kryją się za tymi twarzami. Wziąłbym ich po prostu za dwóch ulicznych rozrabiaków: może włamywaczy, może kieszonkowców. Jakieś niebieskie ptaki Łodzi i Katowic.

Za: album, Wikipedia, Twarze Katowickiej Bezpieki (materiały IPN)

wtorek, 27 sierpnia 2013

Miasta cieni cz. X

Rzadko się zdarza, by pośród osób w policyjnym albumie trafił się ktoś, o kim można opowiedzieć dłuższą historię; przeważnie są w ogóle bezimienni, nazwiska pojawiają się rzadko. Tym razem trafiłem jednak na człowieka, o którym wiem, za co mógł być zaaresztowany. I znam jego dalsze losy.















W albumie spodziewałem się właściwie tylko zdjęć złodziei, morderców, oszustów - nie przyszło mi do głowy, że w ówczesnej Polsce była całkiem przecież pokaźna grupa więźniów politycznych: ukraińskich nacjonalistów, komunistów, a nawet narodowych socjalistów w typie hitlerowskim (NPR-Prawica). Część z nich była najprawdziwszymi terrorystami i mordercami, innych wsadzano do więzienia wyłącznie za poglądy i agitację polityczną.

Lewek Szpicberg i Salomon Jaszuński zostali ewidentnie zaaresztowani razem: w Katowicach, 26 maja 1931 roku. Szpicberga, niestety, nigdzie nie znalazłem, Jaszuński jest za to dobrze znany. Urodzony w roku 1902 w Łodzi w rodzinie żydowskiej (ojciec był kupcem lub drobnym wytwórcą, matka - nauczycielką), cztery lata I wojny światowej spędził z rodzicami w Moskwie. Po powrocie wstąpił do partii komunistycznej; uzdolniony literacko, szybko zaangażował się w propagandę. Maturę zdał w Wilnie, eksternistycznie, studiował później we Lwowie i Krakowie. Z panegirycznego życiorysu pióra stalinistki Żanny Kormanowej dowiadujemy się, że Jaszuński był badaczem wybitnym, ale pozostawił w drukowanym dorobku językoznawczym jedynie kilka przyczynków. Można więc w wybitność nieco powątpiewać - ważniejsza była dla niego chyba działalność polityczna; skłonny jestem natomiast uwierzyć, że faktycznie znał 23 języki.

To właśnie kwestie polityczne sprawiły, że kształcił się w coraz to innych miastach: jako działacz (ps. "Justyn") Jaszuński był wielokrotnie aresztowany i więziony, począwszy od roku 1919 (za rozlepianie odezw pierwszomajowych na parkanach); w 1927 skazano go na rok "więzienia prewencyjnego", w roku 1928 otrzymał wyrok czteroletni (od lata 1929 na urlopie zdrowotnym). Siedział ogółem w ośmiu więzieniach i aresztach. Kormanowa podaje, że został wzięty ponownie w Katowicach w czerwcu 1931 roku - my ze zdjęcia wiemy, że wzięty został w maju, konkretnie - 26go maja. W styczniu 1938 roku wyjechał z Brygadą Dąbrowskiego do Hiszpanii w randze zastępcy komisarza politycznego; zginął w lipcu w walkach nad Ebro.

Gdyby nie wyjechał do Hiszpanii, i tak miał duże szanse by - jak wielu jego kolegów - zostać wezwanym do Moskwy i zginąć od strzału w tył głowy w stalinowskich czystkach; w przeciwnym razie straciłby zapewne życie w Holokauście, jak jego ojciec, zamęczony w obozie przejściowym Radogoszcz, lub matka, która zmarła na tyfus w warszawskim getcie. Ale gdyby przeżył, po wojnie mógłby wprowadzać w Polsce stalinowskie porządki - trudno cokolwiek przesądzić. I trudno powiedzieć, który los gorszy. Stało się jak się stało, leży gdzieś nad Ebro.

*

Dzięki informacji od czytelnika wiem też coś o Lewku Szpicbergu.

Z początku sądziłem, że chodzi o kogoś innego: oto 30 marca 1932 roku "Dziennik Łódzki" donosił, że w mieszkaniu niejakiego H. Szpicberga przy ul. Cegielnianej 19 policja zlikwidowała komunistyczną komórkę, miejsce spotkań młodzieży (głównie żydowskiej - precyzuje gazeta) płci obojga, gdzie skonfiskowano sporo bibuły, odezw, druków propagandowych. H. Szpicberg był, jak się dowiadujemy z "Dziennika Łódzkiego", bratem byłego komunistycznego posła, ukaranego kilkoletnim więzieniem, Arona Szpicberga.

Ale Lewek nie miał coś z nimi nic wspólnego - bo i też nie był Szpicbergiem. Nazywał się napradę Gustaw Szusterman (lub Szuster, jak podają inne źródła), używał rozmaitych pseudonimów: Fenigsztajn, Abram Weisman, Zelik lub Lewek Szpicberg. Dziś jest szerzej znany jako Stefan Staszewski (1906-1989). Przed wojną komunista, po aresztowaniu wyjechał do ZSRR i studiował z Bierutem w Międzynarodowej Szkole Leninowskiej. Wrócił, po kolejnym aresztowaniu - zapewne wówczas wykonano zdjęcie - znów przekroczył granicę i wykładał w Rosji, ale w ramach czystek stalinowskich trafił w 1938 roku na Kołymę, gdzie spędził lat osiem. Wróciwszy do Polski, był szefem propagandy w Katowicach, naczelnym "Trybuny Robotniczej", kierownikiem wydziału prasy w PPR i PZPR, wreszcie wiceministrem rolnictwa i I sekretarzem Komitetu Warszawskiego PZPR. Po okresie stalinowskim jego wpływy osłabły, pod koniec życia - wykluczony z partii w 1968 - wspierał ponoć KOR i Solidarność.

piątek, 23 sierpnia 2013

Miasta cieni cz. IX

Mugshots, czyli frontem, z profilu, w trzech czwartych (w nakryciu głowy i odzieniu wierzchnim). Przyłapani na gorącym uczynku lub tylko oskarżeni, mordercy i włóczędzy, czasem chorzy psychicznie bezdomni. To takie zdjęcia stanowią najliczniejszą grupę w  przedwojennym albumie fotograficznym jednej z powiatowych komend policji.

Zdjęcia napływały z całego kraju i spoza jego granic - tu widać na przykład fotografię z Hamburga; Girot, sądząc po nazwisku i pisowni "r", był zapewne zdjęty we Francji, a Frantisek Desarsch z kolei w Czechosłowacji, jak można wnioskować ze skrótu w podpisie. W jakiejś instytucji centralnej (Komendzie Głównej?) były przefotografowywane (stąd widoczne czasami po bokach pinezki i podziurawiona deska), a kopie rozsyłano na prowincję. Czasem w kadrze łapie się jeszcze kawałek karty ewidencyjnej z odciskami palców i danymi przestępcy.

Czasami fotografowano ich w specjalnym pokoju, z podpierającym głowę pałąkiem, czasem byle gdzie - nieraz w tle widać mur, piec kaflowy, drzwi w jakimś korytarzu na komendzie. Bywa, że trzymają tabliczkę z datą i nazwą miasta (niekiedy leżącego w tamtej, dawnej Rzeczypospolitej), z rzadka trafiają się też wydrapane w emulsji lub dopisane później nazwiska: polskie, niemieckie, żydowskie, czeskie, rosyjskie, ukraińskie. Są tu najróżniejsi ludzie: kobiety i mężczyźni, starzy wyjadacze i dzieciaki, wyglądający zamożnie i w ostatnich łachmanach. Krzepcy, rumiani i chorzy (czasem ciężko). Ładni i brzydcy.

Spójrzcie im w oczy.











czwartek, 7 lutego 2013

Dwusetny wpis - Miasta cieni cz. VIII

Po dwóch i pół roku prowadzenia "Tajnego Detektywa" zebrało się aż dwieście wpisów. Z tej okazji kolejna porcja zdjęć z albumu polskiej policji z lat międzywojennych - tym razem mugshots piętnaściorga oskarżonych z 1927 roku.