Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/9. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/9. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Dziesięć okładek

W środku roku 1933 redaktorzy "Tajnego Detektywa", korzystając zapewne z popularności pisma, a może chcąc jeszcze ją zwiększyć, postanowili zainwestować w kolorowe okładki; w niektórych numerach pojawiały się również barwne materiały na wewnętrznej wkładce. Uległo także zmianie logo - z poziomego na okrągłe. Autorem fotomontaży, które zdobiły niekiedy okładkę, był najprawdopodobniej główny grafik pisma, czyli Janusz Maria Brzeski.












Za: "Tajny Detektyw", 1934

czwartek, 28 sierpnia 2014

Ile powinien zarabiać kat?

Kat kojarzy się na ogół z ponurą postacią w czerwonym kapturze, z toporem w ręku i z nogą opartą na pokrwawionym pniu. Tymczasem w międzywojniu był to na ogół pan w średnim wieku, ubrany w surdut lub garnitur: ot, urzędnik w Ministerstwie Sprawiedliwości. I, jak wielu urzędników, co jakiś czas narzekał na zarobki.




O słynnym Elliotcie z Sing Sing pisałem przed dwoma laty - była to bowiem postać nietuzinkowa: człowiek, który całe życie marzył o posadzie kata i w końcu ją otrzymał (można się zatem nieco dziwić, że narzekał na niskie zarobki). Tak czy owak, w ciągu 13 lat pracy przeprowadził egzekucje 387 skazańców, średnio trzydzieści rocznie, więc 1932 i 1933 były to faktycznie lata chude. Jednak należy pamiętać, że mówimy o USA w czasach Wielkiego Kryzysu, gdzie setki tysięcy ludzi żyły w straszliwej nędzy i mogły tylko pomarzyć o pracy. 2,5 tysiąca dolarów to wówczas roczny zarobek dentysty, burmistrza miasteczka, komendanta policji, czyli całkiem przyzwoite życie - średnia krajowa wynosiła niemal dwa razy mniej. A nie można powiedzieć, żeby Elliott się przepracowywał w swoim zawodzie.

A jak to było w Polsce, skoro dziennikarz "Tajnego" powołuje się na przykład rodzimy? Ha, podobnie, to jest: roszczeniowo. Braun katem był raptem od dwóch lat i niewiele wiadomo o jego zarobkach, ale poprzednikiem Brauna był upamiętniony w "Balu na Gnojnej" kat Stefan Maciejowski (czasem Maciejewski, a właśc. Alfred Kalt lub Kaltbaum), który dostawał 100 zł od egzekucji i przez pięć lat działalności przeprowadzał ich średnio dwadzieścia rocznie. Niestety, szybko popadł w alkoholizm, co poważnie drenowało jego finanse, zaczął więc dopominać się podwyżki i przy każdej okazji usiłował wyrwać z Ministerstwa jakieś pieniądze - choćby za poturbowanie przez skazańca, którego wieszał w Krakowie. Jak to pisze Mateusz Rodak w artykule "Zawód, którego już nie ma":

Innym problemem, którym często publicznie miał zwyczaj się dzielić, były, jego zdaniem, zbyt niskie zarobki. Prosząc w Ministerstwie o podwyżkę uruchamiał zazwyczaj lawinę spekulacji na temat swojego rychłego odejścia ze stanowiska. Wielu bowiem było chętnych na jego miejsce. O podwyżkę miał walczyć Maciejewski wszelkimi sposobami. W październiku 1927 r. w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości zjawiła się zalana łzami jego żona. Szlochając skarżyła się, że mąż za mało zarabia, co doprowadzić go miało na skraj wytrzymałości psychicznej i podjęcia, nieudanej na szczęście, próby samobójczej przez powieszenie! Wróciwszy rano do domu - mieszkali wówczas na ul. Waliców (później przenieśli się na Olszową) - zastać miała męża zakładającego sobie stryczek na szyję. W tej sytuacji p. Maciejewska, ze łzami w oczach, poprosiła o podwyżkę, której mąż jednak nie dostał. W Ministerstwie uznano, że zachowanie żony kata było mistyfikacją. 

Maciejowski został ostatecznie zwolniony z posady i cztery lata później przypomniał o sobie publice, kiedy to usiłował powiesić się w warszawskim Parku Sieleckim. Próbę samobójczą zauważyli spacerujący w okolicy przechodnie, którzy kata z gałęzi odcięli, a przy okazji spostrzegli z niejakim zaskoczeniem, że pętla była niewłaściwie zadzierzgnięta. "Następnym razem zrobię to na sobie lepiej" - powiedział zawstydzony, zapewne, Maciejowski. Po czym zniknął z kart historii.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozwydrzona gówniarzeria czyli Lafcadio w Inowrocławiu

Dużo mówi się dziś o "rozwydrzonej gówniarzerii", o "bezstresowym wychowaniu", które miało w ostatnich dekadach doprowadzić do erupcji przemocy wśród młodych, słowem: do tego, że młodzi ludzie dopuszczają się ohydnych zbrodni z głupiej ciekawości  "jak to jest kogoś zabić." Cóż, śpieszę poinformować, że nie jest to problem nowy.




Historia Stasia i jego oprawcy, Stefana Rokickiego, jest wręcz wzorcowa. Stefan jest starszym, rozpuszczonym chłopakiem z zamożnej rodziny, który szuka "mocnych wrażeń", a Staś to dobre dziecko, sierotka z domu, gdzie co roku ktoś umiera; grzeczny i uprzejmy, utrzymuje z pracy gazeciarza nie tylko siebie, ale i chorego ojca.

Jest i złowróżbne miejsce - straszliwy budynek (istnieje on zresztą w Inowrocławiu do dziś i jest ośrodkiem profilaktyki uzależnień alkoholowych) ponura melina z eksmitowanymi wykolejeńcami (którzy jednak okazują się zaskakująco opiekuńczy wobec lubianego Stasia). Jest i szczególna noc, noc ostatniego dnia karnawału, kiedy to - jak w podręczniku antropologii - przestają obowiązywać reguły zachowania i hierarchia wartości. Mamy wreszcie browning, który skoro się pojawił, to musi wystrzelić. 

Zaryzykowałbym twierdzenie, że Stefan Rokicki jest tutaj mniej sobą, a bardziej figurą, powtarzalnym typem, opisywanym już w literaturze: Lafcadiem Wluiki z "Lochów Watykanu" (1914), który chce popełnić zbrodnię dla samej zbrodni, albo jednym z braci Witmanów z noweli Gezy Csatha (1908), którzy najpierw badają misterium śmierci na zwierzętach, a w końcu postanawiają rzecz sprawdzić na człowieku, konkretnie - swojej matce. Strzela, bo musi wystrzelić, jak ten browning. Takie są reguły opowieści, która co jakiś czas musi się wydarzyć.

I jeszcze na deser: wspaniały kolaż Brzeskiego w całej okazałości.



Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

wtorek, 25 czerwca 2013

FCUK vol. II, czyli biedna Lili Duval, Pitigrilli i strzał zza okna

Jak wyglądało rozwiązywanie konfliktów w narkotykowym handlu w Marsylii lat 30-tych, gdzie władali Carbone i Spirito pod opiekuńczymi skrzydłami burmistrza? Z grubsza mniej więcej tak, jak obecnie: kartel narkotykowy się nie cacka. O czym redakcja "Tajnego" donosi nie szczędząc szczegółów.


Oczywiście, sporo tu pomyłek i przekłamań. Przede wszystkim "Francuskie połączenie" przebiegało ze Wschodu na Zachód, służyło więc przemytowi heroiny, nie kokainy. Koka hodowana była od niepamiętnych czasów w krajach Ameryki Południowej, natomiast ze Wschodu wywodzą się opium i jego pochodne; nieprzypadkowo w Chinach toczono wojny opiumowe, a nie kokainowe, a jeszcze w 1821 roku, kiedy de Quincey pisał "Wyznania angielskiego palacza opium", wspominał właśnie o Turkach.

Ale mam podejrzenia znacznie głębsze... Cała ta historia ze skradzioną łódką, z Lili Duval, dziewczęciem wykorzystywanym sromotnie, które postanawia zeznawać, z agentami policji przypadkowo trafiającymi na sekretną palarnię opium i podsłuchującymi dokładnie przestępców, wreszcie ze strzałem zza okna (marsylska policja przesłuchująca ważnego świadka przy otwartym oknie?) jest zbyt grubymi nićmi szyta. Na narkomanii zarabiali bowiem - i zarabiają po dziś dzień - nie tylko gangsterzy, ale i dziennikarze i pisarze.

Wspomniany tu Pitigrilli słynął ze skandalicznych książek, ale największy sukces i pieniądze przyniosła mu "Kokaina"; "Tajny Detektyw" chętnie wrzucił na okładkę narkomana, wiedząc, że sprzedaż skoczy; ba, nawet teraz, kiedy zdążyliśmy się oswoić z kwestią uzależnień, najbardziej popularnymi wpisami na moim blogu były ten o ćpaniu w międzywojennej Warszawie i ten o ćpaniu na Śląsku. Historyjka opowiedziana w "Tajnym" jest, jak mi mój węch pisarski podpowiada, od początku do końca zmyślona, opatrzona zdjęciami wybranymi na chybił-trafił z redakcyjnych zasobów, i sprzedana łatwowiernym czytelnikom. Ci z Państwa - jeśli tacy w ogóle byli -którzy wzruszyli się historią Lili, mogą teraz odetchnąć. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

niedziela, 23 czerwca 2013

FCUK vol. I, czyli narkotyki, Borsalino i aktor porno

Powstała w roku 1972 firma odzieżowa French Connection od początku świadomie grała na podobieństwie loga "fcuk" do innego czteroliterowego wyrazu angielskiego, co w owym czasie wzbudzało jeszcze wielkie kontrowersje. Tymczasem bez porównania bardziej kontrowersyjna była pełna nazwa: oznaczała bowiem nie zwykłe przekleństwo, a największy podówczas kanał przerzutowy narkotyków.


Skojarzenie nie mogło być przypadkowe - rok przed powstaniem FCUK film o "French Connection" (u nas jako "Francuski łącznik") został uhonorowany pięcioma oskarami, a i książka, na motywach której powstał (z roku 1969) cieszyła się dużym powodzeniem. Czyli: zarazem sex and drugs (a rock and roll w domyśle).

"French Connection", czyli "Połączenie francuskie" istniało jeszcze od przedwojnia, a cała linia wyglądała następująco: ze "Złotego Półksiężyca" (tereny dzisiejszych Iranu, Pakistanu i Afganistanu) lub "Złotego Trójkąta"  (Indochiny), światowych centrów produkcji opium, przewożono surowiec do tureckiej Anatolii, gdzie rafinowano go wstępnie i w takiej formie transportowano do bardziej technologicznie zaawansowanych potajemnych rafinerii w Marsylii, należących do korsykańskiej mafii. Stamtąd trafiały - i trafiają po dziś dzień - do Stanów i krajów europejskich.

Pierwsze tamtejsze fabryczki policja odkryła właśnie w latach trzydziestych, a lokalnymi macherami byli podówczas Korsykańczyk Paul Carbone i Włoch z Lacjum, Francois Spirito. Poznali się w Egipcie, gdzie stworzyli razem gang specjalizujący się w haraczach i prostytucji, ale prędko przenieśli się do Marsylii, w której Carbone wyrósł na głównego bossa. Posiadali - jak czytamy w angielskiej Wikipedii - burdele (maisons closes), trudnili się wymuszeniami na Riwierze, szmuglowali parmezan między Włochami a Francją; obaj mieli również interesy w Paryżu. Byli pierwszymi, którzy importowali z Indochin opium, przerabiali je na heroinę pod Marsylią, a następnie przesyłali do USA. Ich błyskawiczna kariera z pozycji drobnych graczy na bossów trzęsących całym miastem możliwa była dzięki współpracy z burmistrzem, Simonem Sabianim: dzięki temu wycięli niemal całą konkurencję - poza braćmi Guarini, którym zostawili prostytucję, pod warunkiem, że nie będą się zajmowali innymi branżami - i stworzyli pierwsze w Marsylii wielkie przestępcze imperium, obejmujące "Francuskie połączenie", szmugiel alkoholu, hazard, handel żywym towarem oraz przerzut broni do wojennej Hiszpanii. 

Sabiani, Carbone, Spirito.
Sabiani, również Korsykańczyk, był osobliwą figurą - bohaterem I wojny światowej, który tuż po jej zakończeniu wstąpił do sekcji francuskiej Międzynarodówki, potem był w partii komunistycznej, następnie u socjalistów, a wreszcie we Francuskiej Partii Ludowej, która stopniowo przeszła z pozycji komunistycznych na współpracę z nazistami i faszystami Mussoliniego, rozwiniętą pod niemiecką okupacją w pełną kolaborację. Carbone i Spirito poszli za Sabianim - w latach trzydziestych wysyłali swoich gangsterów żeby tłumić strajki w dokach, potem dzięki współpracy z politykami rządu Vichy mogli sobie pozwolić na bezkarność. Przynajmniej przez jakiś czas. Carbone zginął w 1943 roku, kiedy jego samochód został zmiażdżony wagonem pociągu, wykolejonego przez partyzantów. Sabiani po wojnie został zaocznie skazany na karę śmierci i ukrywał się za granicą. Spirito wreszcie uciekł do Ameryki Południowej, gdzie zajmował się "Francuskim połączeniem", potem trafił do Stanów, gdzie zatrzymano go w Nowym Jorku i skazano na dwa lata, które odsiedział w Atlancie, po czym nastąpiła ekstradycja do Francji. Miano go osądzić za kolaborację, do procesu jednak z jakichś przyczyn nie doszło. Zmarł w 1967 roku jako szacowny prezes tulońskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Gry w Bule. 

Dodać może należy, że Carbone i Spirito zostali pośmiertnie sportretowani przez Belmonda i Delona (bardzo to dla nich pochlebne) w klasycznym francuskim filmie "Borsalino"; nazywają się tam Francois Capella i Roch Siffredi  - a zbieżność z pseudonimem znanego aktora porno jest nieprzypadkowa.

Zapowiadany na okładce "Tajnego Detektywa" reportaż o marsylskich dilerach - już w następnym odcinku.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

poniedziałek, 20 maja 2013

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

"Tajny Detektyw" nie tylko informował o przestępstwach i procesach, ale i pomagał w śledztwie, stanowiąc ogólnopolską tablicę ogłoszeń, gdzie poszukiwano zaginionych, informowano o wysłaniu listów gończych czy próbowano zidentyfikować żywych i martwych: na przykład kobietę ubraną w żółty barchanowy szlafrok w kwiaty albo szajkę kasiarzy z Warszawy.






Każde z tych ogłoszeń jest inne: Byk i Maczuga to zbóje-celebryci, o których już sporo wspominałem; kasiarze z Warszawy nie byli aż tak znani, ale to też przestępcy. Zdjęty szałem podróżowania i przygód dziesięcioletni Wilhelm Sron może jeszcze wrócić - uciekał już dwa razy i, jak się dowiadujemy z innej gazety, łódzkiego "Echa", odnaleziony - podawał dla zmylenia przeciwnika fałszywe personalia. Z "Echa" wiemy też, że jest najlepszym uczniem w klasie i ma obgryzione paznokcie. Paulina Korneluk, kobieta w żółtym barchanowym szlafroku w kwiaty, wygląda jak Giulietta Massina żywcem przeniesiona z jednego z filmów Felliniego - i ona ma szansę odnaleźć swoje miejsce w życiu, a wraz z nim swoją pamięć. Natomiast do życia nie wrócą już dwa anonimowe męskie trupy: nieboszczycy mogą co najwyżej trafić do rodzinnych grobowców, jeśli takowymi dysponują. 

I wreszcie ta idylla: dwie dziewczynki na zdjęciu ze skradzionego aparatu, stojące w białych, marynarskich spodniach przy nadmorskim pomoście. Odnajdą się, nie odnajdą? Czy te dwie z kliszy trafią do rąk swoich żywych, roześmianych pierwowzorów? Tego nie dowiemy się nigdy. Ale poszukujemy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, 28, 40, 52 rok IV, 25 II, 6 VII, 30 IX i 16 XII 1934

środa, 15 maja 2013

Tajemnicze zboczenie szofera Antoniewicza

Wierzę, że świat byłby piękniejszym miejscem do życia, gdyby więcej ludzi miało udane życie seksualne. Ileż wojen, prześladowań, ile krwawych wendett nie doszłoby do skutku, gdyby ten czy ów miał dostęp do porządnych orgazmów! Ileż żółci wylewanej na forach netowych zastąpiłyby inne płyny ustrojowe, wylewane w zgoła innych miejscach! Na ogół trudno to precyzyjnie oszacować, ale w przypadku Antoniewicza udane życie seksualne mogłoby ocalić życie paru osobom.


Skromny pan w kapeluszu, niepewnie idący po bruku podwórka kamienicy przy ul. Wierzbięcice 30 w Poznaniu to 32-letni Stanisław Antoniewicz, bezrobotny szofer, od trzech lat pozostający w separacji ze swoją żoną Marią, która odeszła od niego, ponieważ "pewne jego zboczenia czyniły pożycie małżeńskie niemożliwym". Poczytajmy o tym straszliwym splocie seksualnej frustracji, miłości, zazdrości, zbrodni oraz trudnych warunków w mieszkaniu sublokatorskim!



Co było dalej z Antoniewiczem? "Orędownik na powiat nowotomyski" z 19 maja 1934 donosił, że stan oskarżonego znacznie się pogorszył i nie wiadomo, czy nie uniknął kary jako chory psychicznie:



O dalszych jego losach nie znalazłem żadnych informacji - czy trafił na stałe do szpitala psychiatrycznego? Zmarł tam, zbiegł w czasie wojny, został rozstrzelany razem z innymi pensjonariuszami przez Niemców? Czy też nie dano wiary psychiatrom i trafił do więzienia, a może nawet na szafot? Nie wiem.  Nie wiem także, jaki był ostateczny bilans ofiar - z pewnością Hoffmannowie, ale może i żona, jeśli nie wylizała się z ran. No i, jeśli go skazano na karę śmierci, sam przestępca. 

Nie wiem wreszcie, co w oczach sublokatorki, Marii Antoniewicz, było zboczeniem tak straszliwym, że uniemożliwiało wypełnianie obowiązków małżeńskich - czy Antoniewicz, szofer, był sadystą, masochistą? Transwestytą? Sarmassofilem? Gynotikolobomasofilem? Źródła milczą, milczy Antoniewicz, milczy Antoniewiczowa, milczą nieżywi Hoffmannowie i ich sześcioro osieroconych dzieci - dzieci, które może nadal miałyby rodziców, gdyby Maria Antoniewiczowa była nieco bardziej kinky.


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

wtorek, 14 maja 2013

Zabójcza miłość częstochowskiej czarownicy

Czy czarownica, wróżka, wiedźma musi pracować w zawodzie 24 godziny na dobę? Nie, może mieć też etat, na przykład w fabryce. Może też mieć bogate życie uczuciowe, jak Józefa Siemińska, czarownica-tkaczka z Częstochowy, oskarżona o trucicielstwo.


Zakłady "Częstochowianka" zostały założone pod inną nazwą przez warszawskiego przedsiębiorcę (oraz kompozytora i melomana!), Władysława Kronenberga, w roku 1882, po czym prędko sprzedane firmie Hille i Ditrich (która miała już od lat zakłady żyrardowskie), a w roku 1900 z kolei francuskiemu Towarzystwu Przędzalniczemu "Częstochowianka", i to właśnie tam pracowała nieszczęsna Józefa. Po wojnie je upaństwowiono - jako "Ceba" istniały do początku lat 90-tych, dziś działa w nich firma produkująca firany i obrusy o pięknej nazwie "Polontex": stare hale fabryczne wciąż widać od strony torów kolejowych, kiedy wjeżdża się do Częstochowy od południowego wschodu.

To, co mnie zaskakuje w tej historii, to zupełna niefrasobliwość wróżki Józefy (która to zresztą wróżka wygląda na zdjęciu bardziej frapująco niż większość kobiet w "Tajnym...", a z pewnością bardziej niż wszystkie "piękności", banalne girlsy! Toż kobieta z Witkacego, toż Dagny Przybyszewska! Toż Unrugówna tajemnicza!). Z literatury wiemy doskonale o tym, że napój miłosny administrowany niewłaściwej osobie może doprowadzić do koszmarnych wprost komplikacji. Co by się stało, gdyby lubczyk Siemińskiej naprawdę działał? Co by się stało z chorą na żołądek Teodorą Guźlą, gdyby zapałała miłością do Siemińskiej? Co by się stało z jej mężem, policjantem, porzuconym dla 47-letniej szafarki lubczyka? Skandal byłby na całą "Częstochowiankę" i Częstochowę całą, perturbacje miłosne jak w "Dziejach Tristana i Izoldy", czy raczej w nienapisanych "Dziejach Brangien i Izoldy"!

Niestety, lubczyk pomyłkowo wlany do niewłaściwej herbaty nie zadziałał, a Józefa Siemińska i Teodora Guźla nie zostały ikonami polskiego ruchu LGBT Frakcja Robotnicza. Smuteczek.


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

wtorek, 13 lipca 2010

Na wódkę, cukierki i chłopców

Nawet w najporządniejszych rodzinach trafia się czasem czarna owca. Na przykład - Murawski ze spokojnego na ogół Grudziądza. Z pozoru - bezrobotny ślusarz, jakich wielu, w istocie - plugawy pederasta, trwoniący wyciąganą od rodziny gotówkę na wódkę, cukierki i synów grudziądzkich notabli z gimnazjum klasycznego.






Na zdjęciu: liczne związki kolejarzy niosą trumnę z ciałem syna asesora kolejowego (zaskakująco białą jak na trumnę kogoś, kogo z mordercą "nić sympatii" łączyła ponad rok i kto "wykorzystywał skłonności i namiętności" tegoż).

Z uwagi na ów "ponad rok" nie możemy jednak zacytować za Starszymi Panami: "Grudziądzu, okrutny Grudziążku, uczucieś ukrócił w zalążku".


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV (25 II 1934)