Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1931/1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1931/1. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 maja 2012

Siostra Ala Capone i Matka Boska Częstochowska



Kiedy dokładnie pół wieku temu powstawał pierwszy - i jak dotychczas jedyny - polski przekład "Wielkiego Gatsby'ego" (wyd. oryg. 1925), tłumaczka Ariadna Demkowska zostawiała termin "bootlegger" w jego oryginalnym brzmieniu, bo dla tamtego pokolenia było to słowo, które się w polszczyźnie przyjęło -dałbym głowę, że głównie za sprawą artykułów w prasowych kronikach kryminalnych czy w "Tajnym Detektywie". Nie pamiętam jak było w "Deja vu" Machulskiego (który korzystał przecież dekadę wcześniej z archiwalnych numerów "Tajnego" przy budowaniu postaci z "Vabanku"), ale mam wrażenie, że "bootlegger" w polszczyźnie odszedł do lamusa wraz z epoką wielkich gangsterów. Dziś trzeba go już chyba tłumaczyć na "przemytnika alkoholu".



Tymczasem mamy jednak lata trzydzieste, styczeń 1931 - "Tajny Detektyw" startuje pierwszym, darmowym numerem i musi oczywiście napisać o amerykańskich gangsterach. Dwa lata temu nastąpiła krwawa rozprawa między gangami ("Masakra w dniu Św. Walentego") i wydaje się, że Capone, zlikwidowawszy najpoważniejszych rywali, jest wszechmocny. Właśnie udało mu się ciężko ranić Jacka Diamonda (z ksywą "Nogi", pochodzącą albo od umiejętności tanecznych albo od szybkości, z jaką zwiewał przed obławami policyjnymi):


 

Jack Diamond przeżył zamach Capone'a (nawiasem mówiąc: był bliskim przyjacielem i współpracownikiem  Arnolda Rothsteina, który pojawia się w "Wielkim Gatsbym" jako Meyer Wolfsheim), ale miał zginąć jeszcze w tym samym roku. 18 grudnia 1931, ok. 5:30 rano, kiedy wychodził z hotelu w Albany, dostał trzy kulki w tył głowy. Nie wiadomo, kto je wystrzelił - czy rywale z innych gangów, czy może policjanci. Wszak od pewnego czasu nie przebierali w środkach: po masakrze św. Walentego do pracy wziął się słynny Eliot Ness, który ostatecznie doprowadził do upadku Capone'a i skazania go za oszustwa podatkowe. "Car" chicagowskiej mafii wwięzieniach spędził łącznie koło siedmiu lat, co, w połączeniu z postępującym syfilisem, całkowicie go złamało - w 1946 roku na skutek zmian w mózgu miał, jak twierdził jego lekarz, poziom umysłowy dwunastolatka; rok później nie żył.



Mafalda Capone była o 13 lat młodsza od słynnego brata - jedyna jego siostra, rozpuszczona i skłonna do zbytku, była prawdziwą mafijną księżniczką (nawiasem mówiąc, nosiła imię właśnie po ówczesnej włoskiej królewnie). Jej satynowa suknia miała 7,5-metrowy tren, a ślubny bukiet składał się z czterystu kwiatów (nie zazdroszczę łapiącym go pannom!), a ceremonia - to nie moje zmyślenie - naprawdę odbyła się w polskiej dzielnicy Cicero, w kościele Matki Boskiej Częstochowskiej. Tyle, że mężem był John Maritote, brat wieloletniego współpracownika Capone'a, Franka "Diamonda" Maritote'a, a nie Jacka Diamonda. Komuś pomyliła się mafijna ksywka z prawdziwym nazwiskiem (a właściwie: nieprawdziwym, bo Jack "Legs" Diamond nazywał się tak naprawdę Jack Nolan).

Dwa lata po ślubie, w styczniu 1933, Mafalda spacerowała z mężem i szwagrem, niosąc na ręku maleńką, dziewięciomiesięczną córeczkę Dolores (lub, jak podają inne źródła, Della Rosa), kiedy ktoś otworzył do nich ogień z przejeżdżającego samochodu; strzały odbiły się od chodnika, nikomu nic się nie stało. Wszystkie niedoszłe ofiary zaprzeczały, by doszło do jakiegokolwiek zamachu. Była to zresztą typowa dla mafii taktyka. Sama Mafalda przez całe lata broniła "dobrego imienia rodziny Capone". Prowadziła też znaną piekarnię i kawiarnię "Moon Dream". Zmarła w 1988 roku. John przeżył ją o prawie dekadę, zmarł w roku 1997, w pół wieku po swoim słynnym bossie i, zarazem, szwagrze.


Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)

piątek, 23 marca 2012

Tajny Detektyw spotyka Nagrodę Darwina

Tabloidy kryminalne mogły się sporo zmienić jeśli chodzi o ich obecność medialną (przed laty wybiły się na niepodległość z notek w dziale "kronika policyjna", teraz coraz częściej tworzą osobne portale, podlinkowywane do dużych portali z wiadomościami), ale w swej istocie nadal pozostały takie same: ich kołem zamachowym wciąż jest zainteresowanie zbrodnią, w czym łączy się fascynacja przemocą, seksem, karą, rozmaitymi tabu społecznymi. Ale mają one i niekiedy swoja lżejszą, rozrywkową stronę. Już w pierwszym numerze "Tajny Detektyw" zadbał i o ten typ tabloidowej lektury, donosząc o rozmaitych wpadkach przestępców (w tym i wypadku śmiertelnym, który można by zgłosić do Nagrody Darwina):




Pozostaje sprawą otwartą, ile z tych historyjek zostało zmyślonych. Jest niemal pewne (z uwagi na zestaw przewijających się miast) jest to przedruk z prasy niemieckiej, zaś powtarzające się sformułowania "pewien włamywacz", "inny złodziej", "jeden z Sherlocków Holmesów", "jakiś rzemieślnik", zupełny prawie brak szczegółów w każdej z tych anegdot wskazują, że jest to być może zbiór obiegowych bajeczek. Postać złodzieja-nieudacznika ma rodowód antyczny chyba jeszcze i po dziś dzień możemy wyczytać tu i tam zaczerpnięte rzekomo z wiarygodnych źródeł historyjki, które powtarzane są co pokolenie od niepamiętnych czasów. Ma to, zasugerowałbym taką interpretację, znaczenie głębsze niż zwykła rozrywka; ponieważ kradzież jest zakazana, a złodziej obraża swoją działalnością społeczność, w której żyje (czy też opiekujące się nią bóstwo), opowieść o pechowym złoczyńcy przynosi emocjonalną przyjemność, pozwala bowiem zaobserwować działanie metafizycznej sprawiedliwości. A tym, którzy sami nie kradną z powodu bojaźni przed bóstwem lub społeczeństwem (choć czasem ich coś kusi), pokazuje, że to sport niebezpieczny, a ich stanięcie po stronie praworządności jest ostatecznie bardziej opłacalne niż - z pozoru bardziej opłacalna - kradzież.



Za: "Tajny Detektyw" nr 1, rok 1 (24 I 1931)

środa, 7 marca 2012

Kilka słów o publiczności

Niedawno tzw. "cała Polska" żyła tragedią tzw. "Małej Madzi z Sosnowca" (co brzmi jak imię jakiejś bohaterki średniowiecznej krucjaty dziecięcej) - podawano coraz to nowe tropy, a kiedy na jaw wyszła wina matki, do miejsca pogrzebania dziewczynki pielgrzymowały tłumy z maskotkami i karteczkami. Na większości karteczek można było przeczytać banały o "kochanym aniołku", "wiecznej pamięci" itepe, acz były i napisy zgoła inne. Jak donosiła mi moja przyjaciółka: 

Wiesz, leci telewizja, znowu Madzia, Madzia i Madzia, już tego nie mogę, ludzie znoszą jakieś maskotki, a te maskotki paskudne, pstre, obleśne, i między nimi taki jeden prawdziwy miś, taki, że moglibyśmy go mieć. I ten jedyny sympatyczny miś ma karteczkę z napisem "MATKA OD MADZI TO POTWÓR".

Poszukałem i znalazłem:

Mierzi mnie ta potrzeba angażowania się "publiczności" - jak to ujął autor artykułu, który będę dziś cytował - zarówno takie ferowanie wyroków, jak i składanie wyrazów ubolewania, podpinanie się pod cudzą żałobę (w czym nietrudno dostrzec świętoszkowatość i zachwyt własną szlachetnością). Byłbym skłonny przypisać to wpływowi telewizji, ale okazuje się, że wcześniejsze media też sobie nieźle radziły z kreowaniem podobnej histerii.

Zerknijmy do archiwalnego numeru "Tajnego" i poczytajmy z jakich to przyczyn "publiczność" angażowała się w śledztwo lat temu osiemdziesiąt. 





Zabawne, że na pierwszym miejscu wymieniani są jasnowidze - pod tym względem niewiele się zmieniło, choć mam wrażenie, że dziś prasowe i telewizyjne wzmianki o - hu hu - jasnowidzu z Człuchowa czy wróżce z Pabianic pojawiają się dopiero po jakimś czasie, jeśli zawodzą "metody tradycyjne"; ale też konkurencja w tym fachu mniejsza chyba niż w międzywojniu, nie trzeba aż tak się wysilać.

Na samym końcu pojawiają się domorośli detektywi, którzy w niczym nie przypominają żenadnego detektywa R. Co przypomina nam, że pod pewnymi względami przed wojna naprawdę było lepiej.



Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)

wtorek, 6 marca 2012

Wesoły staruszek (60-letni) czyli emerytura kata

W 1920 roku Carl Sandburg opublikował tom wierszy "Smoke and Steel". Mówiąc tom, mam na myśli właśnie tom, nie tomik: blisko dwieście utworów, od krótkich po kilkustronicowe poematy, które, ściśle upakowane, zajmują w "Completed Poems" sto dwadzieścia stron. Między nimi są i dwa teksty o katach, w tym ten:



Kat w domu

O czym myśli wieczorem kat
Kiedy wróci po pracy do domu?
Kiedy zasiada z żoną i
Dziećmi nad filiżanką kawy i
Talerzem jajecznicy na szynce –
Czy pytają go jak było w pracy,
Czy wszystko poszło gładko czy może
Trzymają się z dala od pewnych tematów
I mówą o pogodzie, baseballu, polityce,
O dowcipach rysunkowych w gazetach
I o filmach? Czy patrzą na jego
Dłonie gdy sięga po kawę
Albo jajecznicę na szynce? Gdy maluchy
Mówią Tato, zrób konia, masz tu
Sznurek – czy żartobliwie odpowiada:
Dość się dziś naoglądałem sznurka?
Czy może twarz jego rozświetla się jak
Ognisko radości i mówi:
Dobry to i klawy świat w którym
Żyjemy? A jeśli biała twarz księżyca zagląda
Przez okno tam, gdzie śni niemowlę
A księżycowe promienie przeświecają
Przez niemowlęce uszy i włosy – to, ten kat,
Co wtedy robi? To musi być dla niego
Łatwe. Wszystko musi być łatwe dla kata,
jak sądzę.

*
Jednak, jak się zdaje, Sandburg niekoniecznie miał rację. 

Otóż w pierwszym numerze "Tajny Detektyw" korzystał, jak już wspominałem, głównie ze źródeł obcych, częściowo nieco przestarzałych. W 1931 donosił, że John Hulbert, "elektryk stanowy" (bo taki eufemistyczny tytuł, "state electrician", nosił wówczas w niektórych stanach kat obsługujący krzesło elektryczne) mieszka od kilku miesięcy w Auburn:



Tymczasem John Hulbert wówczas od dwóch prawie lat nie żył. "Ma już dość tego życia" - wspomina dziennikarz "Tajnego". I rzeczywiście. 22 lutego 1929 roku Hulbert, człowiek, który zgładził ponad 140 osób, popełnił samobójstwo w wieku lat 59 (jak podawał New York Times z 23 lutego 1929) lub niecałych 62 (jak podaje Wikipedia). Był chory, dopiero co owdowiał i obawiał się nadchodzącej ślepoty. Jego ostatnie słowa przed samobójczym strzałem brzmiały ponoć "Zmęczyło mnie już zabijanie ludzi."

Nie udało mi się znaleźć zdjęcia Hulberta, ale znalazłem zdjęcia Roberta G. Elliotta, który przejął jego obowiązki: to ten oto sympatyczny pan w kratkę, który zabił w sumie 387 skazańców - niemal jedną dziesiątą wszystkich, których zgładzono w Stanach od 1890 roku, i około 2/3 spośród wszystkich straconych w okresie jego działalności zawodowej:


Elliott o pracy kata marzył odkąd był nastolatkiem. Często brał udział w egzekucjach jako świadek, potem z myślą o takiej karierze obrał specjalistyczne studia inżyniera elektryka - kiedy pierwszy kat Sing Sing, Edwin Davies, odchodził na emeryturę, zgodził się przyuczyć Elliotta do zawodu; jednak posadę otrzymał Hulbert. Ten z kolei z posady zrezygnował nagle, w przeddzień podwójnej egzekucji - i wtedy na gwałt zaczęto szukać jego następcy. Przypomniano sobie Elliotta, podówczas 52-letniego, który wciąż marzył o tej pracy. I marzenie to tym razem zostało spełnione. Chyba jednak nie do końca wiedział, czego pragnie. Pod koniec życia napisał autobiografię "Agent śmierci", a na okładce widzimy jego zdjęcie pod koniec kariery:


Najprawdopodobniej nie miał tu jeszcze 60-tki (zmarł w wieku lat 65 lub 66, różne źródła rozmaicie podają), a wygląda na dobrze po 70-tce (cóż, niewykluczone, że 60-letni Hulbert rzeczywiście był "staruszkiem"). Jakby na prośbę Sandburga zapisał w autobiografi, że w wolnym czasie pielęgnuje ogród (szczególnym uznaniem sąsiadów cieszą się gladiole), kręci filmy z wnukami, wędkuje z zięciem, spaceruje po lesie. Wieczorami słucha radia, pochłania biografie i czyta dzieciom i wnukom dowcipy rysunkowe w gazetach.

Ale to tylko część prawdy. Elliott zgładził kilku sławnych przestępców i - zapewne z powodu wykonania wyroku na dwóch włoskich anarchistach, Sacco i Vanzettim - został zaatakowany przez terrorystów. O 1:10, 18 maja 1928 roku, w jego domu eksplodowała bomba z dynamitu i odłamków żelaznych. Budynek uległ częściowemu zniszczeniu (i został później naprawiony na koszt władz stanowych), nikomu z rodziny nic się jednak nie stało. Przewidywano jednak dość powszechnie, że Elliott, podobnie jak jego poprzednik, popełni samobójstwo - do tego stopnia, że jedna z gazet podała wręcz, że właśnie się powiesił, co musiał osobiście zdementować. Kiedy zaczął chorować w przededniu wybuchu II wojny światowej, ogłoszono konkurs na posadę kata; zgłosiło się ponad czterystu kandydatów, spośród których wybrano Josepha Francela (przeprowadził m.in. egzekucję Rosenbergów), po nim zaś nastał ostatni kat stanu Nowy Jork, Dow B. Hover. Pracował jako zastępca szeryfa i od czasu do czasu dojeżdżał do więzienia, gdzie otrzymywał 150$ "od głowy" plus zwrot pieniędzy za benzynę. Drobna praca na boku. Podobnie jak Elliott, w momencie objęcia posady miał 52 lata, działał przez lat dziesięć (później rozpoczęła się długoletnia walka z karą śmierci w stanie Nowy Jork, trwająca po dziś dzień). Przez wiele lat cierpiał na migreny, ponoć związane ze stresem powodowanym przez egzekucje. W wieku lat 89 popełnił samobójstwo, trując się spalinami w garażu rodzinnego domu w Germantown.

Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)

piątek, 2 marca 2012

Woyzeck w Perpignan

Znowu historia z tłem rasistowskim, ale tym razem zdecydowanie podjętym przez dziennikarza, który roztacza cały wachlarz skojarzeń i środków właściwych epoce: Senegalski żołnierz to "syn słońca", mówi francuszczyzną (czy, w przekładzie, polszczyzną) Kalego, ma "prymitywny umysł", a w momencie refleksji wpada na taką oto odkrywczą frazę: "Choć jest się Senegalczykiem, jest się niemniej człowiekiem!". Kierują nim najniższe instynkty:  miłość własna, chęć na picie i seks z "przyjaciółeczką".

Jeśli jednak odrzucimy rasistowski nalot myśli dziennikarza, otwiera się przed nami historia wstrząsająca - nieprzypadkowo dziennikarz wspomina tu Zweiga, bo jest to świetny materiał literacki. Oczywiście od razu przychodzi na myśl Woyzeck/Wozzeck ze sztuki Buechnera i opery Berga, ale historię zdegradowanego sierżanta mógłby napisać równie dobrze Camus, Genet czy Doeblin (w razie problemów z czytaniem proszę kliknąć na zdjęcie i powiększyć):



Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)

środa, 29 lutego 2012

Biali Murzyni i senzacja w Nev-Yersey

Dyskutowałem ostatnio ze znajomym, czy Jacek Szczerba słusznie w relacji oskarowej napisał: Murzynka Octavia Spencer nagrodzona za drugoplanową rolę w "Służących" Tate Taylor płakała. Trzeba ją było prowadzić na scenę, bo tak obcisłą miała suknię. I nie chodziło bynajmniej o uwagę na temat sukni. 

Znajomy słowa "Murzyn/ka" z zasady nie lubi, bo woli, kiedy ludzi określać przymiotnikami, nie rzeczownikami (opinia, którą mogę zrozumieć, acz jej nie podzielam), mnie z kolei mierzi bezrefleksyjne przenoszenie zasad amerykańskiej political correctness do innego języka; w USA słusznie wyrzucono ze słownictwa obarczone pejoratywnie "nigger", które jest dziś, jak poucza słownik, "prawdopodobnie najbardziej obraźliwym terminem w angielskim" (skądinąd językowo nieciekawym, bo to przefiltrowane przez francuski i angielski zwykłe hiszpańskie "czarny", negro, slangowo zniekształcone). Tymczasem, o ile w polszczyźnie istnieje sporo rasistowskich terminów na określenie osób czarnoskórych, Murzyn do nich nie należy - troglodyta na ulicy nie powie: "Ty... ty... ty... Murzynie!" podobnie jak nie powie "Ty... ty... ty... geju!", choć może powiedzieć, że ktoś jest "białym murzynem" albo ma "gejowski sweterek". Za moją sympatią do tego wyrazu przemawiają także względy historyczne. "Murzyn" należy do wyjątkowych dla polszczyzny określeń etnicznych, nie mających w ogóle lub prawie w ogóle odpowiedników w innych językach, podobnie jak "Niemiec" ('ten, który nie mówi') czy "Włoch" (z tego samego pnia, co "Galia", "Walia" i "Wołoszczyzna", od gockiego walh, "Celt", późniejszego germańskiego valah i słowiańskiego vlach) a może i "Węgier" (jeśli nie jest tylko osobliwym zniekształceniem łacińskiego określenia Węgier, czyli "Hungarii"). "Murzyn" pojawił się w polszczyźnie w XIV wieku, jest pokrewny "Maurowi" i niesie ze sobą piękną językową tradycję, która nijak ma się do przekształceń negro w negre, a potem nigger na szlaku handlu niewolniczego. 

A piszę o tym wszystkim, bo w pierwszym numerze "Tajnego detektywa" jest taka oto osobliwa historyjka, którą łatwo oczywiście odrzucić, mówiąc, że ma podłoże rasistowskie, ale jest znacznie ciekawsza od głupich bluzgów (vide lewa strona):




Jeśli opowieść jest prawdziwa, na co nie ma dowodów (w przeciwnym razie świadczyłaby tylko o redaktorze i tym jak oceniał oczekiwania czytelnika polskiego), mówi o społeczeństwie tak silnie odrzucającym jakąś grupę, że poddane opresji jednostki chcą zmienić tożsamość (co jest doskonale znane np. z biografii gejów i lesbijek; w przypadku koloru skóry to znacznie trudniejsze) - i to na skalę masową, bo przecież 50 tys. dolarów w owym czasie było sumą zawrotną (zwłaszcza, że zebraną głównie od biedaków). Po drugie - sama zawiera jednak słowa potępienia wobec segregacji: amerykańscy Murzyni cisną się do białego, który mówi o nich dobrze, a zatem stanowi na jarmarku taką mniej więcej osobliwość, jak kobieta z brodą. Po trzecie zastanawiająca jest rola albinosa, który nie tylko cierpi z racji statusu czarnych Amerykanów w "państwie białych", ale i choroby oraz, jak się należy domyślać, pariasa wyrzuconego za obręb obu tych grup. 

Wreszcie proszę się przyjrzeć winiecie (wraz z ilustracją na środku, wykonaną specjalnie do tych dwóch historyjek - później tak rozrzutnie sobie nie poczynano) powstała do pierwszego numeru. Wprawdzie miała potem obsłużyć i inne artykuły, ale debiutowała tutaj. Obok globu i nowoczesnego budynku i pokazuje wiszącą postać, u stóp której stoi trzech facetów w kapeluszach. Można tu widzieć szacownych obywateli, obserwujących egzekucję złoczyńcy, ale też "obrazek z Ameryki": białych panów w cylindrach i niewinną, czarnoskórą ofiarę linczu. 

No i ten rodzynek: sugestia oszustów, że wybielony czarny będzie mógł nawet zostać prezydentem. Jeśli potraktujemy ją optymistycznie, to tak: czasy się zmieniły, Obama zasiada w Białym Domu bez żadnych szarlatańskich medykamentów. Jeśli pesymistycznie, to Amerykanie - jak zauważali niektórzy czarnoskórzy komentatorzy - nie wybrali na prezydenta Murzyna, tylko Mulata, a zatem "tego wybielonego" (choć nie z pomocą cud-proszku, a zwykłej genetyki). Na prawdziwe równouprawnienie trzeba będzie jeszcze sporo poczekać.


http://www.youtube.com/watch?v=VHvTBERuk3w

W ramach zaś bonusu - historyjka nr 1, niespecjalnie może porywająca, ale zwracająca uwagę na alternatywne zapisy nazwy stanu New Jersey, która w zapisie Nev-Yersey wygląda na jidysz-hebrajską nazwę pustynnego sztetłu.

Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)

Pierwociny vol. II, czyli dobry sędzia i źli moraliści

Co tu kryć: „Tajny Detektyw” był czasopismem nastawionym na zysk, co widać już od pierwszego numeru (dodać jednak lojalnie należy, że przez cały czas swojego istnienia numer „Tajnego” kosztował dokładnie tyle samo: 30 groszy, w Czechosłowacji zaś – bo i tam był dystrybuowany – 1 koronę i 20 halerzy).

Pod wstępniakiem zapowiedzi chwytliwych tematów, które zostaną poruszone w kolejnych tygodniach, niżej zachęta do prenumeraty; dalej anons „powieści w odcinkach”, czyli pamiętników najbardziej tajemniczego człowieka obecnej epoki:


Kolejną zachętę prenumeraty znajdziemy na stronie przedostatniej:

Wreszcie jest i druga okładka, z taką samą winietą i nagłówkiem, ozdobiona, jak i frontowa, fotografią. Bywało, że okładka tylna zapowiadała jakiś materiał w numerze, czasami jednak prezentowała po prostu osobne zdarzenie, była jednozdjęciowym reportażem, opatrzonym kilkoma słowami wyjaśnienia. Tak jest i tym razem:



Tyle tylko, że wyjaśnienie jest tym razem niezbyt jasne. Czemu sędzia – jak można wnioskować z tekstu – wygłaszał kazanie w katedrze i czemu został aresztowany za niewłaściwe zachowanie?


Ben Lindsey (drugi od lewej w pierwszym rzędzie, niski, w okularach) był, trzeba powiedzieć, jednym z wielkich i zapomnianych dziś dobroczyńców XX wieku. Przez całe życie zajmował się rozmaitymi reformami, największym jednak jego osiągnięciem było stworzenie sądów dla nieletnich. Wcześniej nie czyniono takiego rozróżnienia – nastoletni przestępcy (a czasem – wedle naszych dzisiejszych standardów – niegroźni łobuziacy) trafiali za banalne nieraz przewinienia do regularnych więzień, gdzie w towarzystwie starych wyg ulegali prędkiej demoralizacji, lub do zakładów poprawczych, które były formą karnych obozów pracy. Dopiero dzięki staraniom Lindseya otwarto w USA dwa pierwsze sądy dla nieletnich, w Illinois (Chicago) i Colorado, a następnie – również za sprawą jego wieloletniej pracy – rozszerzono ten system na pozostałe stany. Sędzia walczył też ze zmuszaniem dzieci do pracy, starał się o państwową opiekę nad osobami będącymi na utrzymaniu przestępcy, który trafił do więzienia, i tak dalej. Cieszył się dzięki temu opinią mądrego reformatora i znakomitego humanisty. Do czasu.


W 1927 roku napisał książkę o „Małżeństwie koleżeńskim”, gdzie postulował by młodzi ludzie łączyli się w tytułowe próbne „małżeństwa koleżeńskie” – przez rok mieli się dopasować, sprawdzić (również seksualnie), pod tym wszakże warunkiem, że nie doprowadzą do ciąży. Po okresie próbnym mogliby albo zrezygnować i się rozejść, albo, jeśli chcą mieć dzieci i tworzyć prawdziwe stadło – przekształcić związek w regularne małżeństwo. 


Słowem: chodziło mu mniej więcej to, co dziś praktykuje – w znacznie mniej sformalizowany sposób – większość cywilizowanego świata. Tego moraliści Lindseyowi wybaczyć nie mogli. Rozpętano przeciw niemu ogromną kampanię, twierdząc, że promuje zepsucie, promiskuityzm i wolną miłość (zaprzęgnięto do walki nawet papieża, który też miał coś do powiedzenia w tej kwestii) i po 28 latach pracy zwolniono go karnie z sądu miasta Denver, zakazując praktyki w stanie Colorado. Później, w 1931 roku, czyli w tym samym roku, kiedy powstał „Tajny Detektyw”, kandydował na sędziego w Kalifornii (jest to stanowisko obierane w głosowaniu) i, na szczęście, wybory wygrał. Co jednak przedstawia zdjęcie?

Sędzia Lindsey oczywiście nie wygłaszał kazania w katedrze. Jak podaje Joseph Lewis w „The Ten Commandments”, przebywał w katedrze św. Jana podczas kazania biskupa Manninga, które było skierowanym wobec niemu atakiem. Kiedy sędzia Lindsey wstał, by obronić się przeciwko nieuprawnionym oskarżeniom, wierni niemal jednogłośnie zaczęli krzyczeć: „Zabić go! Zabić go!”. Ocalony przed linczem dzięki szybkiej interwencji policji, został pod eskortą wyprowadzony z kościoła (wedle niektórych źródeł: wypchnięty przez tłum) oraz, faktycznie, aresztowany na wniosek rzeczonego biskupa – i to właśnie tę chwilę, mam wrażenie, przedstawia tylna okładka „Tajnego Detektywa”. Następnego dnia pojawił się w sądzie w towarzystwie swojego prawnika. Nigdzie, niestety, nie natrafiłem na wzmiankę o tym, czy w procesie za „niewłaściwe zachowanie” został skazany, czy uniewinniony.


Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)




niedziela, 26 lutego 2012

Pierwociny vol. I, czyli amerykańscy bootleggerzy i częstochowskie letnisko

Półtora roku i sto dwadzieścia postów temu, 4 lipca 2010 roku, założyłem niszowy blog „Tajny Detektyw”, w którym publikuję opatrzone paroma słowami komentarza artykuły z tego przedwojennego tabloidu kryminalnego. Pryzma skupowanych tu i tam numerów tygodnika rośnie, kolejne wklejki dołączają do archiwum, pojawiają się nowi obserwatorzy. Otrzymałem jednak propozycję przenosin na nową platformę NaTemat.pl i to miejsce, jak się zdaje, pozwoli przedstawić „Tajnego” internautom, którzy dotychczas do mnie nie trafili. Nie wiem, jak mój blog się tam przyjmie – podejrzewam jednak, że ze swej natury adresowany jest do dość wąskiej grupy internautów, lubujących się w starych szpargałach, przebrzmiałych frazach i zaczytanych do cna pitavalach, więc niewiele się zmieni. Zobaczymy. Na razie szata graficzna stwarza jeszcze pewne problemy, więc postanowiłem umieszczać notki w obu miejscach.

Z okazji przenosin postanowiłem jednak wyszperać coś wyjątkowego. Traf chciał, że dostały mi się ostatnio najwcześniejsze numery pisma, w tym numer pierwszy, bezpłatny – i to jego fragmenty chciałbym dziś przedstawić, przy okazji robiąc małe résumé dla ewentualnych nowych czytelników.




„Tajny Detektyw” od początku (to jest od stycznia 1931) wychodził jako dodatek do popularnego IKaCu, czyli Ilustrowanego Kuriera Codziennego, największego dziennika polskiego międzywojnia, i od początku też liczył sobie stron szesnaście (w tym dwie okładkowe z nagłówkami). Pozbawiony był tego, co dziś nam się najbardziej kojarzy z tabloidami – krzykliwej szaty graficznej. Kolor, i to bardzo oszczędny, wprowadził na okładkę (wraz z nową winietą) dopiero jesienią 1933 roku. Numer na Boże Narodzenie 1934 roku był nieco grubszy i zawierał kolorowe ilustracje również na stronach wewnętrznych – okazało się jednak, że był to ostatni numer w historii pisma, dodatek do IkaCu zlikwidowano. Przez większość swojego istnienia „Tajny” oferował za to inne graficzne atrakcje: wspaniałe, awangardowe fotomontaże, wykonywane przez Janusza Marię Brzeskiego, wybitnego modernistycznego grafika i filmowca. 


Zwalczany przez księży i moralistów jako żerujący na najniższych (jak się przed wojną wydawało) instynktach, miał równocześnie swój propaństwowy sanacyjny projekt: pod płaszczykiem wiadomości o zbrodniach, zboczeniach i niegodziwościach przemycał umoralniające historie i propagandowe tezy. Oficjalnie tygodnik miał też swój etos „uświadamiania społeczeństwa” i „wspólnej walki ze zbrodnią” (otrzymywał zresztą wsparcie ze strony policji, między innymi materiały śledcze). Wystarczy spojrzeć na pełen wzniosłych haseł redakcyjny wstępniak do pierwszego numeru:



„Tajny Detektyw” z jednej strony był kroniką przestępstw krajowych (utrzymywał w całej Polsce szereg korespondentów, zapewne zresztą będących stałymi współpracownikami IKC), z drugiej – donosił, często zresztą przekręcając fakty, nazwy i nazwiska bohaterów, o tym, co dzieje się w światku przestępczym, policji i więziennictwie w innych państwach, szczególnie zaś w Stanach Zjednoczonych, kojarzących się ze zbrodniami, bogactwem i rozpustą, czyli tym, co czytelnik tabloidów (a wcześniej powieści groszowych i odpustowych) zawsze lubił najbardziej. Ale chodziło o coś jeszcze: w Stanach prasa tego rodzaju miała się dobrze, stąd też „Tajny” mógł – z braku materiałów własnych, jeśli akurat w Polsce niewiele się zdarzyło w minionym tygodniu – posiłkować się przedrukami z zagranicy. Widać to szczególnie w pierwszym numerze: redakcja albo nie miała jeszcze „oddziałów terenowych” i układów z policją, udostępniającą zdjęcia i informacje, albo stwierdziła, że polskie, prowincjonalne zbrodnie są za mało pociągające i numer pilotowy zapełnić należy wiadomościami z wielkiego (pół)świata. Polski dotyczy więc tylko jeden skromny artykulik:




W „Róży” Smarzowskiego po polach mazurskich co rusz przeciąga jakiś szabrownik z zegarem przytroczonym do pasa, ale nikogo to nie dziwi, bo czasy są brutalne i grabieżcze. Tu natomiast czujni włościanie stanęli na wysokości zadania, przyłapali parę z firankami i lustrem, i położyli kres miłosnej idylli w luksusowym pałacyku. Spoilsports.



Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)