Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziegfeld Follies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziegfeld Follies. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 września 2012

Dziewięcioro tancerzątek - vol. II "Klątwa Ziegfelda" w akcji

"Kiki", jako się rzekło, była tylko pretekstem do pisania o rewii Ziegfelda. Naprawdę chodziło o to, żeby poplotkować o girlsach z rewii, przepadających kolejno jak "Dziesięcioro Murzyniątek". W 1916 Carl Sandburg w debiutanckim - i, dodajmy, genialnym - tomie "Wierszy Chicagowskich" - zamieścił "Zbrukaną gołębicę", wiersz o takiej właśnie dziewczynie, na owe czasy bardzo odważny - nie tylko w tym, że mówił otwarcie o seksie, ale przede wszystkim w tym, że stawiał sprawy moralności zupełnie odwrotnie, niż w mieszczańskich salonach amerykańskich pań Dulskich.

Zbrukana gołębica

Powiedzmy sobie szczerze: ta pani nie była kokotą, dopóki nie poślubiła korporacyjnego prawnika, który ją wziął z rewii Ziegfelda.
Wcześniej nigdy od nikogo nie wzięła pieniędzy i sama sobie kupowała jedwabne pończochy za to, co zarobiła śpiewając i tańcząc.
Kochała jednego mężczyznę, a on kochał sześć kobiet i ta gra wpłynęła na jej urodę: coraz więcej pieniędzy na masaże i wysokie rachunki w salonach piękności.
Teraz prowadzi długi, sportowy samochód, całkiem sama, czyta w gazetach co jej mąż robi w międzystanowej komisji handlu, potrzebuje z roku na rok większego gorsetu i zastanawia się czasem, jak jeden mężczyzna radzi sobie z sześcioma kobietami.

Tekst w "Tajnym" pokazuje, że tycie i brak miłości nie było najgorszym, co mogło spotkać girlsę od Ziegfelda; szczerze mówiąc, amerykańska prasa ukuła wówczas, na wzór "Klątwy Tutenchamona", frazę "Klątwa Ziegfelda" (jeśli mam być szczery, klątwa faraońskiej mumii jest bardziej chwytliwa, niż klątwa broadwayowskiego impresaria):



Nie wiem, czy Allyn King rzeczywiście była "królową piękności południowych Stanów" - nic nie znalazłem na ten temat - natomiast z pewnością przeżyła trudne dzieciństwo, bo kiedy miała lat 10, jej ojciec, miejscowy lekarz, został zastrzelony przez nastolatka (ponoć dlatego, że dobierał się do jego siostry). Do Ziegfelda wstąpiła mając lat piętnaście, dwa lata później zastąpiła główną tancerkę (która odeszła z zespołu, bo Ziegfeld nie pozwalał na odwiedziny mężczyzn w jej garderobie). Ale dramatycznie chudła nie z powodu uwagi złośliwej koleżanki, tylko zapisów kontraktu. Około 1921 roku moda na krągłe damy ostała wyparta przez modę na chłopczyce i kontrakt wyglądał tak: Zaznacza się wyraźnie, że częścią tej umowy, i to częścią istotną, jest wymaganie, by w czasie trwania wspomnianej umowy [pracowniczka] nie zwiększyła wagi o więcej niż szesnaście funtów ani nie zmniejszyła jej o więcej niż dziesięć funtów, ani nie zmieniła żadnego z wymiarów swej figury o więcej niż półtora cala w stosunku do podanych: waga 115 funtów, obwód szyi 12,5 cala, biustu - 34 cale, ramienia - 11 cali, przedramienia - 7,5 cala, talii - 26 cali, bioder - 34 cale - uda - 18 cali, łydki - 12 cali, kostki - 8,5 cala; w przeciwnym razie mamy prawo rozwiązać umowę z tygodniowym terminem wypowiedzenia.
Po dwóch latach głodzenia się, rekonwalescencji w sanatoriach i mieszkaniu ciotki, po okresach depresji rzeczywiście popełniła samobójstwo, rzucając się z okna wspomnianego mieszkania na piątym piętrze w Greenwich Village - w liście pożegnalnym jako powód podała, że nigdy już nie wróci na Broadway.

Allyn King

Allyn King


*

Nic nie znalazłem na temat Flo Len (Florenz Ziegfeld był powszechnie nazywany "Flo" - czy możliwe, że Flo Len to przesłyszane Florenz?)  niewiele też wiem o wspomnianej później Cynthii Cambridge - są tylko zdjęcia, na jednym podpisano ją błędnie jako Cathleen.

Cynthia Cambridge

Cynthia jako Cathleen

Natomiast Peggy Davis, czyli Mary Margaret (bo takie były jej prawdziwe imiona) Townsend rzeczywiście rzuciła się z klifu. W sobotni wieczór, 28 marca 1931 w owej "Nicy" (czyli Nicei), wracając z suto zakrapianego przyjęcia, zajechała do Hotelu du Golfe, wychyliła dwie podwójne brandy, na odwrocie menu napisała pospiesznie pożegnalny liścik do męża, po czym wręczyła kelnerowi pokaźny napiwek, wybiegła z hotelu, wsiadła do samochodu i zjechała w przepaść z szosy Corniche. David Townsend, który dorobił się na Wall Street, oczywiście nie wierzył w samobójstwo, powtarzając, że żona była szczęśliwa w małżeństwie, bo miała do dyspozycji cały jego majątek, uwielbiała dom, który jej kupił (Villa Les Embruns w St. Jean Cap) i "wprawdzie miała skłonności do popadania w depresję", ale z pewnością powodem wypadku była brandy. Załamany Townsend twierdził, że liścik powstał dlatego, że Mary miała w zwyczaju zostawiać mu pod poduszką słodkie bileciki z czułymi słówkami, ale treści zupełnie nie rozumiał. Policja, nie chcąc go urazić, jako przyczynę śmierci podała "samobójstwo lub wypadek". Nie sposób jednak uwierzyć, by Townsend nie znał historii własnej żony. Mary Margaret Laird, córka komiwojażera, na Broadwayu zadebiutowała mając lat 9 i od razu zdobyła pewną sławę dzięki pięknemu głosowi i umiejętnościom tanecznym. Pierwszy raz wyszła za mąż mając lat 12 lub 14 (Ziegfeldówki notorycznie ujmowały sobie wieku) - za 43-letniego pułkownika J. A. Daviesa, ale małżeństwo po roku anulowano, okazało się bowiem, że Davies miał już jedną żonę w Teksasie - ponoć na już na trzeci dzień po ślubie pułkownikowi doręczono telegram, z którego dowiedział się, że małżonka właśnie powiła bliźnięta. Rok później Mary wyszła za Josepha Graftona, który podawał się za milionera z Pittsburga - ale po pięciu dniach wyszło na jaw, że miesiąc wcześniej wziął ślub z inną panią, a tak w ogóle to pań Grafton jest już ze cztery czy pięć, zatem i to małżeństwo zostało unieważniono. W 1923 roku zaręczyła się z baltimorskim maklerem, Napoleonem A. Worthtingtonem, ale matka nie pozwoliła na ślub - dodajmy, że nie matka Napoleona, ale Mary, niejaka Capitola (sic!) Laird. W końcu wyszła za Townsenda.

Napisany po czterech brandy liścik był nieczytelny (mąż twierdził, że to w ogóle nie jest charakter pisma Mary) i mnożyły się różne jego odczytania. Wedle jednej relacji miała przepraszać męża za to, co ma zamiar zrobić, i prosić go o opiekę nad córeczką. Wedle innej pierwsza część brzmiała: "Zaopiekuj się proszę mamą i maleństwem, zapłać 4 tys. franków Wally [niania - przyp. J.D.]. Jestem zmęczona życiem. To koniec.", druga natomiast, nieczytelna, dotyczyła powrotu na Broadway - co stanowiłoby jakieś odniesienie do historii Allyn King. Jednak w jeszcze innej relacji czytamy, że ostatnie zdanie brzmiało: "Wbrew twoim naleganiom nie zamierzam wracać na scenę."

Mary Margaret Davies

*

Marion Berrien - wówczas już nie girlsa, ale stateczna, acz młoda, wdowa po komandorze-poruczniku Marynarki, niegdyś znana jako Marion Day, zmarła śmiercią tragiczną i niewyjaśnioną - ze śledztwa wynikło, że po wyjściu gości  położyła się w szezlongu na werandzie i zasnęła, ćmiąc papierosa. Wiele wskazywało jednak na to, że źródło ognia było zgoła inne. Nie wykluczano podpalenia. Kiedy straż przyjechała na miejsce pożaru, w środku jarzyły się jeszcze lampy (elektryczne), a radio grało tak głośno, że jego dźwięk przebijał się przez trzaski płomieni.

*

Druga ofiara płomieni, czyli Helen Walsh, w artykule jawi się jako szczęśliwa miłość dziedzica fortuny, który dotaszczył jej zniekształcone, martwe ciało na brzeg - ale to tylko romantyczne sugestie. Walsh była sierotą po nowojorskim policjancie; mieszkała z matką i siostrą, utrzymując je z pensji modelki magazynie mód. Zauważona przez zawodowego poszukiwacza talentów, została zaangażowana do zespołu Ziegfelda i z miejsca zabłysła jako jedna z gwiazd sezonu, m.in. obok owego Harry'ego Richmana, który nie był żadnym "młodym milionerem" tylko śpiewakiem i aktorem, zamożnym (nomen omen) dzięki odnoszonym sukcesom. W niedzielny rejs wybrali się całą grupą znajomych z teatru, w tym z ówczesną kochanką Richmana - o ile dwie pozostałe aktorki w momencie eksplozji nie odniosły większych obrażeń, o tyle dwaj towarzyszący im mężczyźni, w płonących ubraniach przedarli się do kajuty, w której leżała Welsh - i Richman rzeczywiście wyniósł ją z walącego się pod płomieniami wnętrza. Wszyscy zostali dociągnięci do nieodległego pomostu i zabrani do szpitala. Welsh jęczała "Moja twarz... moja twarz..." - lekarze jednak byli dobrej myśli. Opatrzony Richman, owinięty bandażami, pobiegł do teatru i tego samego dnia grał jeszcze na scenie. Dopiero później miał się dowiedzieć, że do ran Helen wdało się zakażenie i nadzieja sezonu u Ziegfelda zmarła w poniedziałek wieczorem. Sześćdziesięcioosobowy zespół urządził specjalne przedstawienie ku czci ofiary eksplozji i całe zebrane w ten sposób pieniądze przekazano jej biedującym matce i siostrze.

Helen Walsh (po lewej u góry) i reszta gości z jachtu



*

Według doktora przyczyną śmierci 21-letniej Myrny Darby były udar słoneczny i nadmiar wysiłku przy pływaniu, jednak lubujący się w skandalach Ziegfeld powiedział mediom, że Myrna zmarła, bo serce jej pękło za sprawą młodego multimilionera, który zerwał zaręczyny. Reporterzy dostrzegli, że chórzystki Ziegfelda, śpiewające w trakcie pogrzebu, były tak wzruszone, że makijaż kompletnie im się rozmazał.


Myrna Darby

Myrna suto

Myrna skąpo
*

Jeśli piszemy o "klątwie Ziegfelda", to warto wspomnieć jeszcze o paru jej ofiarach, pominiętych przez "Tajnego". I tak Olive Thomas, znana mniej jako Ziegfeldówka, bardziej jako hollywoodzka aktorka, a najbardziej jako żona Jacka Pickforda (czyli szwagierka pierwszej gwiazdy kina niemego, Mary Pickford). I to Pickford, aczkolwiek nieświadomie, doprowadził ją do osobliwej śmierci: w 1920 roku para pojechała, jak to miała w zwyczaju, do Paryża. Olive i Jack zatrzymali się w Ritzu. Noc spędzili na zabawie, wrócili do pokoju o trzeciej nad ranem. Pickford być może zażył kokainę, a z całą pewnością był porządnie pijany - i zaraz zasnął. Jego żona natomiast sięgnęła po buteleczkę z płynem, stojącą na półeczce w łazience, bądź to sądząc, że jest w niej woda, bądź - że lekarstwo na sen. Niestety, był to silnie trujący roztwór chlorku rtęci: lek na chroniczny syfilis Pickforda, stosowany wyłącznie zewnętrznie. Olive od razu zbudziła męża, który wezwał lekarzy i usiłował ją ratować. Zabrana do szpitala, zmarła pięć dni później.

Olive Thomas

Olive pozowała również artystom. 



W 1930 roku popełniła samobójstwo - lub, jak sugerowała prasa, została zamordowana - Bobbie Storey,  "najśliczniejsza barmanka Londynu", która zrobiła karierę u Ziegfelda, po czym prędko wypadła z obiegu. Po trzech latach, nie mogąc znaleźć pracy, odkręciła gaz w kuchni. W jej portmonetce znaleziono ostatnią pięciocentówkę.


Wreszcie Kay Laurell, która w 1918 roku była w centrum wojennego tableau (stała na tle skrzyżowanych flag Francji i USA jako żołnierka w skąpym stroju, który miał udawać rozdarty przez Niemca mundur, odsłaniający jedną pierś - ponoć rząd francuski zamówił 200 tys. reprodukcji zdjęcia Laurell w tym stroju i rozdawał je rekrutom), zmarła w 1927 roku przy porodzie (lub, jak podają mniej godne zaufania źródła, na zapalenie płuc).

Key Laurell na wspomnianym zdjęciu - tutaj wyretuszowanym w strategicznym miejscu.

Key Laurell jako leśna baba-dziwo
*
Najzabawniejsza jest jednak kwestia owej wspomnianej pod koniec niesławnej Marion Davies. Marion była bowiem w istocie jedną z najsłynniejszych Ziegfeldówek - mniej za sprawą talentu (którego jej ponoć nie brakowało), bardziej - za sprawą wieloletniego romansu i związku z magnatem prasowym, Williamem Randolphem Hearstem  (to ona, jak można podejrzewać, pośredniczyła między Ziegfeldem a Hearstem w uzyskaniu pożyczki na budowę nowojorskiego teatru). Jak głosi plotka, wdała się w romans z Chaplinem, a zazdrosny Hearst, biorąc za Chaplina innego gościa na swoim jachcie, Thomasa Ince'a, pomyłkowo go zastrzelił. Ince'a rzeczywiście pochowano w dziwnych okolicznościach, nagłówki "Producent filmowy zastrzelony na jachcie Hearsta", które pojawiły się w porannych gazetach, w popołudniówkach znikły. Tak czy owak, wszechmocny Hearst ubóstwiał Davies i z pewnością byłby ją poślubił, gdyby pierwsza żona zgodziła się dać mu rozwód. Obsypywał Davies prezentami - kupił jej na przykład średniowieczny zamek w Walii - po latach, kiedy kochanek był w finansowych tarapatach, sprzedała posiadłość i wręczyła mu czek na okrągły milion. Wyszła za mąż dopiero po jego śmierci, małżeństwo zresztą nie należało do udanych. Pod koniec życia, jak wiele z tych Ziegfeldówek, które na przekór "klątwie" dożyły jednak późnego wieku, angażowała się w dzieła charytatywne. Zmarła na raka szczęki w 1961 roku.

Marion Davies

Skąd te rewelacje o teatrach zamierzających zerwać kontakty z Davies? Kochanką Diamonda była oczywiście inna Marion - Marion "Kiki" Roberts, o której wspominałem w pierwszej części tego tekstu, i która trafiła na okładkę "Tajnego". Czemu jakiś idiota pomylił jedną Marion z drugą? Cóż, niedawno któraś z zagranicznych redakcji przy tekście o artyście Arturze Żmijewskim umieściła zdjęcie aktora Artura Żmijewskiego. Nieudaczni dziennikarze istnieją od początków prasy i zapewne nigdy nie znikną.


PS: Często uważa się, że żona-śpiewaczka, beztalencie promowane przez obywatela Kane, jest wzorowana na Marion Davies - tymczasem modelem dla tej postaci w filmie Wellesa (który o Davies wyrażał się w superlatywach) była niejaka Ganna Walska (Hanna Puacz z Brześcia Litewskiego), niewyżyta sopranistka, która wyszła za sześciu kolejnych mężów (w tym dwóch milionerów), a oni namolnie promowali. Zwłaszcza zasłużył się na tym polu Harold McCormick: obrzydliwie bogaty syn wynalazcy żniwiarek elektrycznych. Być może tymi wysiłkami próbował coś jej zrekompensować: po rozwodzie z pierwszą żoną, córką Rockefellera zresztą, a przed drugim ślubem poddał się operacji przeszczepienia małpich gruczołów - była to wówczas szeroko polecana i bajecznie droga kuracja impotencji...


PPS: Pozwolę sobie zwrócić uwagę, że Empire State Building, szczodrze, bo aż dwukrotnie umieszczony w kolażu, był zupełną nowością - prezydent Hoover otworzył go raptem pół roku wcześniej.

PPPS: Parę lat po wydaniu "Zbrukanej gołębicy", Sandburg napisał jeszcze jeden wiersz o dziewczynie od Ziegfelda, a raczej - o dziewczynie Ziegfelda, czyli Annie Held (o której pisałem w poprzedniej części tego tekstu): "Electric Sign Goes Dark".



Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2 (24 I 1932)

piątek, 7 września 2012

Dziewięcioro tancerzątek - vol. I: dwie Polki i "Kiki"

Florenz Ziegfeld, syn imigrantów z Belgii i Niemiec, pomagał nieudolnemu tatusiowi w prowadzeniu nocnego klubu "Trocadero" w Chicago. I tak mu pomagał udolnie, że, stopniowo rozwijając interes, stworzył w końcu słynne "Ziegfeld Follies", które przez ćwierć wieku (1907-1932) były szczytem amerykańskiej rozrywki popularnej. Follies - jak sama nazwa wskazuje - nawiązywały do starszych o parę dekad paryskich Follies Bergere i były po prostu wystawnymi rewiami, z mnóstwem wspaniałych kostiumów, i rekwizytów oraz - przede wszystkim - pięknych młodych kobiet. Które, jak to często bywa, kiepsko kończyły.

U szczytu kariery, w 1927 roku, Ziegfeld kosztem 2,6 mln ówczesnych dolarów (czyli jakichś 30 mln  dolarów dzisiejszych) wzniósł w Nowym Jorku, pomiędzy 54 a 55 Zachodnią, przy Szóstej Alei, słynny Teatr Ziegfelda. Pieniądze pochodziły od Williama Randolpha Hearsta, wszechmocnego magnata prasowego, który zresztą przejął teatr po śmierci impresaria. Zburzenie budowli w 1966 roku, wraz ze zniszczeniem legendarnej Penn Station, doprowadziło do akcji ratowania zabytków w Nowym Jorku i przyczyniło się do zarzucenia metod burzymurka Roberta Mosesa.

Wnętrze budowli (projektu Josepha Urbana, który od 1915 roku tworzył też większość scenografii do rewii) wypełniało 1600 miejsc i wielki fresk "Radość życia" pędzla uczennicy Urbana, Lillian Gaertner; w kontraście do wielobarwnego malowidła scena była jednolicie złota. 

To tu - a wcześniej na innych scenach - Ziegfeld pokazywał rewie do muzyki takich gigantów rozrywki jak Berlin czy Gershwin, "żywe obrazy" i girlsy maszerujące po obowiązkowych schodach..

Żoną - lub, wedle innych źródeł - wieloletnią konkubiną Ziegfelda była warszawianka, Helena (znana bardziej jako Anna) Held. Jej rodzina uciekła z zaboru rosyjskiego po słynnym pogromie warszawskim w 1881 roku. Jako że rodzice niespecjalnie sobie radzili za oceanem (warsztat rękawiczniczy ojca splajtował), Anna zaczęła ich wspomagać, pracując najpierw w fabryce, a potem grając w żydowskich teatrzykach, skąd dzięki seksapilowi trafiła na wielkie sceny rewiowe (w międzyczasie poślubiła urugwajskiego playboya, z którym miała córeczkę), stamtąd zaś do Ziegfelda. Poznali się w Londynie, nawiązali romans, po czym Ziegfeld namówił ją do powrotu do Nowego Jorku i zorganizował wielką kampanię prasową (łącznie z wzmiankami o kąpielach w mleku) dzięki której Held została gwiazdą pierwszej wielkości, święcącą sukcesy na Broadwayu. To właśnie ona zaproponowała swojemu (doszłemu lub niedoszłemu) drugiemu mężowi, żeby zorganizował "Follies" na wzór paryski. Niestety, niedługo miała się cieszyć prosperity Ziegfelda: niebawem zaszła z nim w ciążę, poroniła, po czym została przezeń porzucona na rzecz najpierw Lilliane Lorraine, a potem Billie Burke, którą ostatecznie poślubił w 1914 roku. Biedna, załamana Anna zabrała się za patriotyczne występy dla żołnierzy na frontach Wielkiej Wojny, ale nigdy już nie wróciła do formy - jeszcze przed zakończeniem wojny zemdlała na scenie w trakcie ostatniego, jak się okazało, występu. Zmarła pół roku później, przyczyną śmierci był szpiczak mnogi (rodzaj nowotworu układu krwiotwórczego).

Inną sławną Polką w zespole Ziegfelda była krakowianka, Marianna Michalska, znana jako Gilda Gray (sportretowana później przez Ritę Hayworth w legendarnej "Gildzie") - to ona była ponoć wynalazczynią "shimmy". Wedle anegdoty zapomniała kiedyś słów amerykańskiego hymnu, więc by pokryć zmieszanie, zaczęła trząść ramionami i biustem. Zapytana, co robi, powiedziała z silnym polskim akcentem: "I'm just shaking my chemise" (w wolnym przekładzie: tak se tylko trzęsę dekoltem) i z owego "chemise" wzięło się słowo "shimmy". Jak niemal wszyscy straciła oszczędności w Wielkim Kryzysie, ale, pomimo borykania się z biedą, w trakcie II wojny zbierała występami pieniądze dla Polski. Wspomagała kraj aż do śmierci w 1959 roku. Specjalnie dla Państwa nieśmiertelne "Shimmy Szuja" - w którym przegląda się może dość paskudny charakter Ziegfelda - oczywiście w wykonaniu boskiej Kwiatkowskiej (która w "Hallo, Szpicbródka" odgrywała też emerytowaną girlsę Makosię i wymachiwała "Nogami, nogami, nogami" w wieku lat 66!).
*

"Tajny" pisał chętnie o wszystkim, co związane z "ładną buzią i nózią", bo przedmiotowe traktowanie kobiet było, jak to w tej epoce, miłe jego redaktorskiemu sercu. Widać to już na początku artykułu, gdzie w krótkim rysie historycznym pokazuje to, co PRLowski konferansjer turnieju Miss Polonia (1983? 1984?) określił lakonicznymi słowy: "Trudno jest wyrazić, jak ważna jest kobieta w życiu człowieka". Pretekstem - cienkim, rzec trzeba - dla publikacji o dziewczynach z rewii (publikacji prawdopodobnie zresztą spiraconej z prasy amerykańskiej) było zastrzelenie (18 grudnia 1931) gangstera Jacka Diamonda, którego kochanką (jedną z wielu) była girlsa od Ziegfelda, niejaka "Kiki" (jak donosiła z przejęciem amerykańska prasa, Diamond "poszedł prosto ze schadzki z Roberts na schadzkę ze śmiercią"):


Cały artykuł i wiadomości o reszcie dziewcząt już wkrótce, dziś tylko dzieje owej rudowłosej Marion "Kiki" Roberts. Była ponoć pierwszą z dziewczyn, które Harpo Marx gonił po scenie w skeczach słynnych braci Marx, potem jednak jej kariera rozwinęła się zgoła inaczej - została kochanką słynnego gangstera. 11 października 1930 roku dzwonek telefonu obudził ją u boku Diamonda w nowojorskim hotelu Monticello. Z recepcji dzwonili dwaj panowie, którzy chcieli się spotkać z Jackiem. Marion poszła posłusznie do łazienki, napuściła wody do wanny, i ledwie zaczęła się kąpać, usłyszała strzały - po chwili do łazienki wsunął się pokrwawiony Diamond (ranny w czoło i trzykrotnie w klatkę piersiową, a potem jeszcze skopany - prześwietlenie wykazało złamanie dwóch żeber) i kazał jej się w tej chwili zmywać z pokoju. Co też uczyniła. 

Życie gangsterskie musiało jej się jednak spodobać: w 1931, czyli jeszcze przed śmiercią Diamonda, sama stanęła na czele małego gangu - była zamieszana w porwanie i torturowanie dwóch kierowców ciężarówek oraz w napad na sklepik w Middleton w stanie Connecticut. Zrabowała stamtąd całą kasę oraz banjo i ukulele - instrumenty, na których grywała na scenie w czasach Ziegfelda. 

Kiki z ok. 1931 roku.

Kiki - niestety bez banjo.



Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2 (24 I 1932)