Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakopane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakopane. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 stycznia 2019

Policja na tropie słynnej kuzynki

Ta twarz na pierwszy rzut oka nie powinna się pojawić w "Albumie przestępców" - ale też pozory mylą; ileż to już razy, wrzucając zdjęcia do sieci, pisałem o tym czy tamtym delikwencie "Szczere spojrzenie" a potem go identyfikowałem i okazywało się, że to wielokrotny oszust. Tu jednak mamy dość sympatyczną starszą panią o delikatnych rysach, ze skromną biżuterią i czołem okolonym otokiem siwiejących włosów, zupełnie jak...


...zupełnie jak Maria Curie-Skłodowska na banknotach. I skojarzenie to nie jest przypadkowe - była to bowiem, jak się okazało z "Gazety Śledczej", Maria Felauer-Skłodowska, kuzynką noblistki.










"Henryk i Wiesława" to Henryk Felauer (niekiedy: Felaner), właściciel majątku Rykoszyn pod Kielcami, który poślubił rodzoną ciotkę noblistki, Wisławę Julię Skłodowską. Ich córka była postacią niebylejaką - z pewnością nie tak słynną jak kuzynka, ale w Łodzi bardzo znaną. Już sam fakt, że była lekarką, oznaczał dla kobiety urodzonej w roku 1874 drogę przez mękę i wyrzeczenia. Nie wiem, gdzie ukończyła studia, ale w roku 1910 praktykowała w Krynicy jako ginekolożka i ogłaszała się w "Medycynie i kronice lekarskiej":


Bliźniacze domy zdrojowe "Pod Koroną" i "Pod Berłem", spore i murowane, z których każdy zawierał pięćdziesiąt pokojów, należały do państwa, czyli były zapewne częścią C.-K. systemu opieki zdrowotnej. W roku administracyjnym 1913/1914 była pierwszą asystentką Dyrektora Domu Zdrowia (zastępowaną od 5 V 1914 przez inną lekarkę) Towarzystwa Domu Zdrowia uczącej się młodzieży polskiej "Pomoc bratnia" w Zakopanem, czyli "Bratniaka" - instytucji, która leczyła ubogich studentów, którzy w owych czasach masowo zapadali na gruźlicę. Szefem towarzystwa był dr Kazimierz Dłuski, słynny działacz niepodległościowy, który poślubił siostrę Marii Skłodowskiej, wszystko więc pozostawało w bliskich kręgach rodzinnych. Nie wiem, w którym roku ani czemu Maria Felauer przeniosła się do Łodzi, nic też nie wiem o jej mężu - zapewne poślubiła któregoś z kuzynów i stąd nazwisko "Skłodowska", ale może w ten sposób tylko podkreślała powiązania ze słynną podówczas rodziną, a pozostała przy nazwisku panieńskim, bo sama była już dość znana jako lekarka. Oprócz działalności medycznej zajmowała się tłumaczeniami ("Bakterye i choroby zakaźne" M. Schotteliusa, wyd. 1907) oraz pracą naukową, m.in. napisała pierwszą w historii biografię kuzynki - "Życie Marii Skłodowskiej-Curie i znaczenie radu w lecznictwie" (1926). Mieszkała przy Zamenhofa 1(lub 2, jak podają inne źródła), blisko rogu Piotrkowskiej, w nieistniejącym już domu, na którego miejscu stoi szereg brzydkich bloczków.

*

Co zatem sprawiło, że Maria Felauer-Skłodowska trafiła do "Gazety Śledczej"? Otóż nie tyle może zaginęła, co zniknęła - i było to zniknięcie bardzo starannie zaplanowane, świadoma decyzja samodzielnej, odważnej i opanowanej kobiety, a nie "desperatki", jak pisał dziennikarz "Echa":


Podobny nieco w treści artykuł w "Nowym Kurierze" dodaje znaczący szczegół: że po każdej wizycie na cmentarzu, gdzie leżała jej matka, Maria Felauer popadała na kilka dni w tak głębokie przygnębienie, że spędzała kilka dni w łóżku. Wygląda więc, że Maria cierpiała po prostu na depresję - spowodowaną częściowo przynajmniej śmiercią męża i matki - którą dziś być może dałoby się wyleczyć. Niemniej jednak śmierć swoją zaplanowała w najdrobniejszych szczegółach.


Maria Felauer-Skłodowska opuściła mieszkanie 13 listopada 1930 roku - nie do końca pewna, czy uda się jej przeprowadzić samobójstwo, skoro dała służącej czas do 1 grudnia. Mogła spokojnie przyjąć zabójczy zastrzyk w mieszkaniu, ale wybrała jednak góry - czy to dlatego, że z Zakopanem łączyły ją szczególnie szczęśliwe wspomnienia z młodości, czy żeby nie narażać na taką przykrość służącej? Trudno orzec.

Odkrycie nastąpiło dopiero 5 I 1931 roku "nieopodal Świstówki" (przy czym chodzi zapewne nie o dolinę tej nazwy, tylko o nazywaną tak niekiedy błędnie Świstową Czubę, która faktycznie ma bardzo strome ściany), co opisuje "Echo":


 Ale, jak się okazało, nie były to wcale zwłoki Marii Felauer - co również wyjaśnia, czemu "Gazeta Śledcza" poszukiwała lekarki jeszcze w marcu. Dopiero 17 maja 1931 "Zakopiańska lista gości. Chwila bieżąca. Dodatek do wydawnictwa >>Zakopane i Tatry<<" poinformowała o kolejnym znalezisku:

Zwlekała zatem do ostatniej chwili - ponad dwa tygodnie nosiła się z tą myślą, aż ją zrealizowała, do samego końca dbając o szczegóły: kartkę i pieniądze zapakowała do termosu, wiedząc, że tam przetrwają zimę i roztopy. Umysł ścisły.



Za: album policyjny, "Medycyna i kronika lekarska" z 30 VII 1910,  "Gazeta Śledcza" z 12 III 1931",  "Nowy Kurier" z 28 XII 1930, "Echo" z 21 XII 1930 i 6 I 1931, "Zakopiańska lista gości" z 17 V 1931.


czwartek, 20 września 2012

Śmierć komiwojażerowej cz. IV i ostatnia

Sprawa Langego była, jak pamiętamy, rozwojowa, i poza zamordowaniem żony usiłowano mu przypisać kilka innych zbrodni. W tym celu przywieziono nawet do Poznania pewnego szewca, który po dwóch latach od przelotnego spotkania w warsztaciku pamiętał jeszcze, kto towarzyszył jego klientce (imponująca pamięć!). Z kolei przesłuchania pokazały, że syn mordercy, Brunon, sporo się chyba przyczynił do ukrywania zbrodni tatusia. Co z tego znalazło swoje odzwierciedlenie w wyroku?



Nie wiem, czy tajemniczą panią z górskiej wycieczki kiedykolwiek odnaleziono - być może wiadomość o tym wypłynęła gdzieś w kolejnych numerach "Tajnego", które jeszcze nie trafiły w moje ręce. Co stało się z ofiarami z lasu w Ponarach (który już niebawem miał się stać widownią znacznie okrutniejszej zbrodni)? Co z podwójnym zabójstwem pod Toruniem, którego, jak się zdaje, nie popełnił jednak włóczęga o pięknym nazwisku Makselon? Nie wiem. Tak czy owak, z innych dzienników można się dowiedzieć, że obaj Langowie, ojciec i syn, po kilku miesiącach procesu zostali osądzeni i skazani.

"Orędownik na powiat Nowotomyski" przekazuje nam wzruszającą opowieść żonobójcy o tym, jak to właściwie był ofiarą kolejnych niemiłych kobiet. Pierwsza żona przyjęła go nieżyczliwie "jako niepotrzebny mebel", druga bezczelnie żądała ślubu, więc się doigrała, trzecia nie dała pieniędzy na sklepik i ciskała ciężkimi garnkami... pasmo nieszczęść i krzywdy męskiej:



Z kolei "Goniec Częstochowski" doniósł, że Lange apelował, ale nic nie  wskórał. Jego syn, Brunon, uzyskał zmniejszenie wyroku i wyszedł po drugiej rozprawie. Widać kupno fuksszwanca nie było wystarczającym powodem, żeby trzymać go dłużej w więzieniu; tak naprawdę został zresztą skazany nie za pomoc w usuwaniu zwłok, ale za ułatwianie bigamii (zeskanowałem jeszcze dwa krótkie tekściki z tej samej strony, ujęty dramatyczną historią księdza, rzuconego przez pas transmisyjny o klepisko, oraz złodzieja-altruisty) :


Ostatecznie, jak widzimy, Langemu nie przypisano wszystkich zbrodni, które policja całej Polski usiłowała pod niego podłączyć. Morderca kobiet, w dodatku przyłapany w ekscytujących okolicznościach, z poćwiartowanym trupem w walizce, idealnie nadawał się do czyszczenia statystyk (który to już z rzędu "polski Kuerten"?). Skończyło się jednak na dwóch żonach (które, formalnie rzecz biorąc, żonami nie były, skoro żyła pierwsza pani Langowa): Gromadzińskiej i Nowickiej. I, jak się zdaje, na stryczku - choć nie znalazłem artykułu o wykonaniu wyroku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934  , "Orędownik na powiat Nowotomyski" nr 144 13 XII 1934, "Goniec Częstochowski" nr 70/1935

wtorek, 10 kwietnia 2012

A on był hrabia w czarnym fraku

Mam słabość do opowieści o oszustach. To bowiem, na co się nabieramy, mówi mnóstwo o naszych prawdziwych (bądź urojonych) potrzebach, o naszych marzeniach, oczekiwaniach wobec świata, snobizmach, tęsknotach. Tak było też z fałszywym hrabią Harrym Friedrichem, który grasował w Zakopanem "wśród rumby narciarsko-tanecznej" która, jak się dowiadujemy, pozwalała bywalcom zapomnieć o szalejącej "kryzie", czyli Wielkim Kryzysie.







Trudno powiedzieć, w czym - poza okradzeniem ojcowskiej kasy - Frydrych zawinił; ot, lubił się przebierać, więc wybierał to mundur, to tytuł, to profesję baletmistrza. Przed wojną mundur znaczył - również prawnie - więcej niż dziś (za tzw."obrazę munduru" groziły poważne sankcje), tytuł hrabiowski tyle co nic (został zniesiony konstytucją marcową w 1921 roku, a konstytucja kwietniowa z 1935, odwołująca marcową, nie zdołała go jeszcze przywrócić), a profesją baletmistrza trudno było chyba komukolwiek zaimponować. Dziś znajdziemy całą furę "szacownych" kapituł orderowych i "heroldii", które przyznają herby i ordery komu popadnie (muszę się przyznać do wstydliwej przyjemności: uwielbiam wchodzić na strony tych stowarzyszeń i obserwować, jak cudownie zawiązują sojusze z najbardziej szaleńczymi uzurpatorami z innych krajów; to barwna alternatywna rzeczywistość, fikcja utrzymywana z ogromnym samozaparciem, o której istnieniu większość ludzi nie ma zielonego pojęcia).

Oczywiście, Frydrych mógł mieć plany dalekosiężne i, wydając pieniądze przez kilka tygodni, budował tylko dobrą opinię bogacza. W swoim czasie poprosiłby poufnie paru gentlemanów i parę dam z towarzystwa o niesłychanie pilną pożyczkę, dług honorowy, który bezzwłocznie spłaci, po czym uciekłby do innego kurortu, powiedzmy - do Zoppot, gdzie mały Oskar Matzerath oglądał polskie arystokratki z pomalowanymi na fioletowo paznokciami i polskich arystokratów w niebieskich okularach przeciwsłonecznych. A może wybrałby dla odmiany sutannę i działał jak oszust z Pelplina, o którym niedawno pisałem? Trudno orzec.

Przyskrzyniony, wrócił do Łodzi, do ojca-kamienicznika, odsiedział zapewne jakiś wyrok. O jego dalszych, wojennych i powojennych losach, nie mam żadnych danych, a szkoda.

Nawiasem mówiąc: redaktor (jak również ilustrator) Tajnego pomylił się sromotnie, korona hrabiowska jest dziewięciopałkowa, siedmiopałkowa jest baronowska. Stąd też piękny dialog w "Na ustach grzechu" Samozwaniec:

—   Pani hrabino — zaczęła mówić Steńka głosem nieco wzruszonym  — poniekąd pragnęłabym się dowiedzieć, jak się ma zdrowie jedynaka. 

 — Pani jest zbyt łaskawą — uśmiechnęła się kurczowo hrabina — jedynak  mój, o którym pani wyżej wspomniała, lepiej się czuje wśród palm, pomarańcz  i kaktusów Riviery, niż w otoczeniu niezabudek spod szlacheckiego płotu.Tak,  tak, panieneczko; utytułowane gołąbki nie lecą łatwo do gąbki... i mydła — dokończyła ze złym pośmiechem.  
Steńka zerwała się, blada jak bielmo.  
—Hamuj się, hrabino, abym nie zapomniała o twoich dziewięciu pałkach! — wyrzekła dumnie. 

 — Pamiętaj pani lepiej o swoich pięciu klepkach —zaklekotała hrabina.   


Za: "Tajny Detektyw" nr 11, rok 2 (13 III 1932)

piątek, 16 marca 2012

Rysownika mierniczego Siei droga ciernista

W międzywojniu sądy były, mam wrażenie, bardziej niż dziś skłonne do wzruszeń, i bardziej szły po linii oczekiwań publiczności; z jednej strony dysponowały najsroższą karą, czyli karą śmierci, którą orzekano dość często i wykonywano bez większych ceregieli; z drugiej - spektakularnie ułaskawiały, jakby kierowały się porywami serca i skłonnością do romantycznych rozstrzygnięć rodem z trzeciorzędnych powieścideł i filmów. Tak było i w przypadku Siei i Stodołkiewiczówny.





Gdyby nie to, że wiadomości o tej nieszczęsnej parze można znaleźć i w innych źródłach, podejrzewałbym, że to redaktorskie zmyślenie - a jednak, cała ta fabuła z powieści groszowej została zrealizowana w 3D i technikolorze przez Zjednoczenie Twórcze Rzeczywistość Międzywojenna. Zmieściła się tam i famfatalna Stodołkiewicz Genowefa jako "współczesna Manon Lescaut (z Nowego Sącza)" (co zresztą jest dość wątpliwe, bo kawaler des Grieux nie zastrzelił Manon; już prędzej pasowałaby tu Carmen), i zmyślony stryj, i przyzwoity rysownik mierniczy, i zbrodnia będąca zarazem karą dla niewiernej, jak i karą dla tego, co porządki ludzkie i boskie łamie... Jeden tylko kapitan lekarz z sanatorium w Rajczy, Waszula, gryzie się z resztą historii - ale jest jak poboczna powieściowa postać, przywołana tylko po to, żeby posunąć akcję do przodu i rozbawić czytelnika tym, że nie spełnia oczekiwań pań z publiczności (nawiasem mówiąc: zdjęcie pokazuje, że publiczność na rozprawie była jednak głównie męska). I ten tytuł, budzący dziś swym patosem raczej radość, niż współczucie: CZŁOWIEK,DLA KTÓREGO ZGASŁO SŁOŃCE. Sędzia, jeśli tylko miał serce, był bez szans na wydanie sroższego wyroku.

Za: "Tajny Detektyw" nr 10, rok 2 (6 III 1932)