Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lutego 2015

Zagadka strzałów w Mysłowicach vol. I

W dobie powszechnego dostępu do broni palnej strzelaniny zdarzały się dość często; Polska pod tym względem bardziej wówczas przypominała Dziki Zachód - czy dzisiejsze USA - niż dzisiejszą naszą rzeczywistość. W Mysłowicach doszło do morderstwa, którego tajemnicę, jak się zdawało, prędko rozwikłano. Jednak rzeczywistość była bardziej skomplikowana.

25 marca łódzkie "Echo" donosiło o popełnionej poprzedniego dnia zbrodni. Biuro w magazynach kolejowych, dwaj młodzi, żonaci mężczyźni - jeden leży, zabity, w kałuży krwi, drugi ledwie dycha. Ale zanim straci przytomność, szepce jeszcze do ucha komisarza Jonderko (sic!) złowrogie nazwisko. Scena, zaiste, filmowa:


Jednak późniejszy o parę miesięcy, bo listopadowy tekst w "Tajnym Detektywie"  (będący zresztą amatorskim reportażem, nadesłanym na konkurs pisma) naświetla całą sprawę z zupełnie innej strony. Techniki detektywistyczne pozwoliły na zgoła inne odczytanie tej zbrodni:



Dziwny byłby to przebieg zbrodni - najpierw morderstwo, potem panika, próba samobójcza -  i, ostatnim tchem, oskarżenie znienawidzonych braci Kudrów. A potem, skoro się jednak przeżyło... to tak krawiec kraje, jak materii staje. Zrzucenie winy na Kudrów to jednak dopiero początek - Palka był pomysłowy, a proces zaiste wzbudził duże zainteresowanie. Trwał od czerwca do września 1934 roku, powołano wielu świadków, a do tego zarządzono ekshumację zwłok Pioskowika. O tym, jak przebiegał, opowiem w następnym odcinku. 

Tymczasem, na deser jeszcze mała smakowitość z tegoż samego numeru "Echa", z którego zaczerpnąłem pierwszą notkę:


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933, "Echo" 25 III 1933 nr 84

czwartek, 4 lipca 2013

Marzenie wojującego ateisty

Historia studenta Olejniczaka jest jak żywcem wyjęta z propagandy reformacyjnej czy komunistycznej, jak z "A Rake's Progress" czy "The Four Stages of Cruelty" Hogartha, gdzie pierwszym krokiem do ostatecznego upadku jest nie drobny występek, ale rozpoczęcie studiów teologii katolickiej. Dalej, od rzemyczka do koniczka, wszystko prowadzi go do zbrodni.



Teraz widzimy to jak na dłoni: teologia katolicka - polskokatolicka - prawosławna - romans - drugi romans, połączony z wyłudzeniem pieniędzy - zabójstwo. A, jak mawiał Tuwim: "Nie zabijaj, gdyż może prowadzić to do kradzieży, a stąd już tylko krok do kłamstwa!".

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

poniedziałek, 27 maja 2013

Pan Uprzejmość umiera na zawał, czyli tajemnica skradzionego skarbu vol. II

Skradziony obraz van Eycka, jak wiadomo, trzyma w szafie sędzia Clamence, bohater "Upadku" Camusa (obraz przyniósł kiedyś do knajpy stały klient i sprzedał go barmanowi za butelkę dżinu), ale to literacka fikcja. A jak było naprawdę? 



W jakiś czas po kradzieży biskup gandawski dostał podpisany inicjałami D. U. A. list z żądaniem okupu w wysokości miliona franków belgijskich; złodziej, by udowodnić, że jest w posiadaniu dzieła, podał policji wskazówki, gdzie znaleźć wyjęty z tej samej ramy obraz z rewersu, . Istotnie, w przechowalni bagażu na dworcu w Brukseli znaleziono owiniętego w papier pakowy "Jana Chrzciciela". Minister skarbu, poproszony o pieniądze, nie wyraził wprawdzie zgody na wypłacenie tak zawrotnej kwoty szantażyście, ale zaczął z nim pertraktować. Biskup był skłonny zapłacić okup, ale ugiął się pod presją władz. W sumie złodziej przysłał 13 listów, na które odpowiadano w ogłoszeniach prasowych. Kontakt jednak nagle się urwał.



Przyjmuje się, że złodziejem był 57-letni wówczas Arsene Goedertier (jego nazwisko, jak na ironię, oznacza 'uprzejmość'): makler, znaczący lokalny polityk katolickiej partii konserwatywnej, a także niegdysiejszy kościelny lub, wedle innych źródeł, organista (sic!), wreszcie żarliwy czytelnik powieści kryminalnych i miłośnik postaci włamywacza-dżentelmena, Arsene'a Lupina. Goedertier dostał nagle zawału na wiecu politycznym i zanim zmarł, przywołał swojego prawnika, Georgesa de Vos, przyznając się do kradzieży i dodając, że zabierze tajemnicę ze sobą do grobu. Kierując się wyszeptaną tuż przed śmiercią wskazówką ("W moim biurze... klucze... szafa..."), de Vos dotarł do kopii listów przesłanych władzom, i do listu zupełnie nowego, a także do kilku nieczytelnych rysunków, które być może stanowiły mapę ukrytego skarbu. Listy pisane były na maszynie do pisania; okazało się, że Goedertier wypożyczył ją pod zmyślonym nazwiskiem Arseen Van Damme, co wyjaśniałoby litery D. U. A. z podpisu (v i u są stosowane wymiennie). Obrazu nie znaleziono jednak ani w domu Goedertiera, ani kierując się wskazówkami z rysunków; w 1937 roku śledztwo umorzono, tablicy zaś nigdy nie odzyskano i od 1945 roku zastępuje ją kopia.

W ostatnim, niewysłanym liście Goedertier stwierdził, że "Sędziowie" są ukryci w miejscu, z którego ani on, ani nikt inny nie mógłby wydobyć obrazu niezauważony - niektórzy uważają więc, że ukrył go w przygotowanej zawczasu skrytce w samej katedrze, choćby pod płytami posadzki lub rzeźbionymi boazeriami. Dotychczasowe poszukiwania nie przyniosły jednak żadnych rezultatów (choćby w 1995, kiedy przez miniaturowe otwory wywiercone w boazeriach wprowadzono mikrokamery), zaś rozkładanie wielkiego średniowiecznego budynku na czynniki pierwsze z powodu nikłych przesłanek raczej nie wchodzi w grę. 

Wydaje się wielce prawdopodobnym, że Arsene Goedertier był złodziejem "Sędziów", ale wiele też wskazuje, że nie działał w pojedynkę. Po pierwsze wykazano, że cierpiał na schorzenie wzroku, które nie pozwalało mu widzieć w ciemnościach - stąd też raczej nie mógł działać jak złodziej, który ukrył się w jednej z kaplic, poczekał na zamknięcie katedry, operował tam w mrokach, po czym wydostał się, otwierając drzwi dorobionym kluczem. Po drugie podejrzana jest jego śmierć raptem w pół roku po kradzieży. Również dwaj ludzie podejrzewani o wspólnictwo w przestępstwie, jego przyjaciele Achiel de Swaef i Oscar Lievens, zmarli w przeciągu paru lat po jego śmierci. Być może Goedertier był tylko negocjatorem i działał na zlecenie silniejszych mocodawców? Inna teoria mówi, że prawdziwym organizatorem był de Vos, a Goedertier odkrył jego machinacje, więc został zgładzony i obarczony winą.

Wreszcie jest i teoria spiskowa, oczywiście z nazistami w roli głównej. Goedertier i jego wspólnicy byliby najęci przez poszukujących Świętego Graala i Arma Christi (narzędzi Męki Pańskiej) nazistowskich okultystów, takich jak Otto Rahn, Alfred Rosenberg i Heinrich Himmler, którzy w Ołtarzu Baranka Mistycznego widzieli mapę prowadzącą do ukrytych relikwii. De Swaef i Lievens byli ponoć niemieckimi szpiegami. Tyle tylko, że o ile kradzież w roku 1934 byłaby sensowna, o tyle trudno uwierzyć, by hitlerowcy, będąc od roku 1942 w posiadaniu zdekompletowanego Ołtarza Gandawskiego, nie złożyliby go w całość z ukrytymi "Sędziami" by sprawić przyjemność Fuehrerowi.

Pozostają zatem domysły i tworzenie kolejnych teorii. Szanse na to, że dzieło ukryte osiemdziesiąt lat temu przeleżało w skrytce nienaruszone, są żadne - jeśli nawet zabezpieczono je w miarę profesjonalnie, do naszych czasów uległo zapewne naturalnej degradacji i leży gdzieś jako kupka spleśniałego próchna. Pocieszyć się należy, że przepadło dopiero w minionym stuleciu, obfotografowane, a nie z ręki kalwińskich fanatyków w XVI wieku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, Wikipedia, Societe Perillos, N. Charney "Stealing The Mystic Lamb".

sobota, 25 maja 2013

Pan Uprzejmość umiera na zawał, czyli tajemnica skradzionego skarbu vol. I

W nocy 10 kwietnia 1934 roku w Gandawie zgłoszono dwie kradzieże: po pierwsze kręgu sera, po drugie "Sędziów sprawiedliwych", jednej z tablic bezcennego Ołtarza Gandawskiego pędzla Jana van Eycka. Wedle jednego z detektywów zaginiony ser opóźnił poszukiwania obrazu: "Był rok 1934, kryzys ekonomiczny, ser był priorytetem". Miejsce kradzieży zostało zadeptane przez tłum gapiów, a policja nie zdjęła nawet z ołtarza odcisków palców.


"Tajny Detektyw" donosił o sprawie w niecałe dwa tygodnie później, niespecjalnie zresztą obficie - a szkoda, nie tylko dlatego, że to jedna z najsłynniejszych kradzieży sztuki w historii, ale i dlatego, że sam ołtarz miał nader skomplikowaną historię. 

Wiele wybitnych retabulów średniowiecznych przez lata ulegało rozproszeniu - część z nich uległa częściowej destrukcji z ręki ikonoklastów protestanckich, inne stawały się "niemodne", więc cięto je na kawałki i rozsyłano do biednych parafii na prowincji, skąd po latach oddawano je do muzeów lub sprzedawano do kolekcji prywatnych. Dlatego też dziś niejeden ołtarz włoski, niemiecki czy niderlandzki należy do kilku słynnych zbiorów sztuki: kwatera tu, kwatera tam, predella jeszcze gdzie indziej. Mało kto wie, że ponoć i krakowski ołtarz Wita Stwosza miał zostać pocięty na kawałki - na szczęście nielubiący "niemodnego gotyku" proboszcz kościoła Mariackiego zmarł zanim zdołał wprowadzić swój pomysł w czyn. Kiedy w 1934 roku nieznany sprawca dekompletował dzieło van Eycka, było ono prezentowane w całości od raptem kilkunastu lat.

Ołtarz został obstalowany przez Joosta Vijdta, patrycjusza gandawskiego, kupca i polityka, oraz jego żonę, Elisabeth Boorluth, u Huberta van Eycka (pechowo, bo Hubert niebawem zmarł i dzieło w całości lub w większości wykonał jego słynniejszy i młodszy brat, Jan van Eyck). Od umieszczenia go w katedrze św. Bawona (1432) do czasów Rewolucji Francuskiej przechodziło rozmaite koleje losu. Usiłowali je zniszczyć kalwińscy ikonoklaści (kiedy rozbili taranem wrota katedry, ich oczom ukazała się pusta ściana - katolicy zdążyli rozmontować tablice i ukryć je w kościelnej wieży; świątynię splądrowano, ale ołtarz ocalał), a cesarz Józef II, zobaczywszy akty Adama i Ewy, rozważał konfiskatę obrazów, które uznał za "pornograficzne i skłaniające do niewłaściwego zachowania" (ołtarz na wszelki wypadek ukryto w katedralnym archiwum; po latach prarodziców wymalowano raz jeszcze, w przyodziewkach z futra: Adam i Ewa). Ale to właśnie armie rewolucyjnej Francji w roku 1794 po raz pierwszy wywiozły Ołtarz Baranka Mistycznego z Gandawy i umieściły w Luwrze, skąd powrócił dopiero dwie dekady później, po klęsce Napoleona (kiedy w czasie "stu dni" Ludwik XVIII musiał uciekać z Francji, znalazł schronienie właśnie w Gandawie i musiał samemu sobie pogratulować tego miłego gestu sprzed roku). Tyle, że już w roku 1816 wikariusz generalny katedry pod nieobecność biskupa rozparcelował ołtarz, sprzedając miejscowemu marszandowi sześć z ośmiu tablic (Adami i Ewa, widocznie jako zbyt obsceniczni, by się podobać, zostali w katedrze). Ten od razu odsprzedał je z pokaźnym zyskiem angielskiemu kolekcjonerowi mieszkającemu w Berlinie, Edwardowi Solly'emu (pokaźnym to mało powiedziane: kupił za 3 tys. guldenów, sprzedał za 100 tys.). Zbiory Solly'ego zostały pięć lat później wykupione przez króla Prus i wraz z kolekcją Giustinianiego stworzyły trzon berlińskiej Gemaeldegalerie. Po wybuchu I wojny światowej niemiecka armia dołożyła do nich resztę ołtarza, wywiezioną z Belgii. Na krótko jednak. Po stu latach, w roku 1920, tablice Ołtarza Gandawskiego powróciły do katedry na mocy układów podpisanych po kapitulacji Niemiec, w ramach większej restytucji dzieł sztuki - w tym wypadku częściowo wątpliwej, skoro zakup był legalny, ale uznano to za reparację za obiekty artystyczne zniszczone w czasie działań bojowych. W berlińskim muzeum zawisła karteczka: "Zabrane z Niemiec przez Traktat Wersalski".

Oczywiście takich rzeczy się nie wybacza - po dwóch dekadach Hitler wkroczył do Belgii i przywłaszczyłby sobie retabulum van Eycka już w całości (poza skradzionymi "Sędziami", oczywiście), gdyby nie to, że wysłano je zawczasu do Watykanu; jako że Włochy przyłączyły się do wojny zanim Ołtarz dotarł do papieża, został ulokowany tymczasowo w Pau na południu Francji, a przedstawiciele wojsk francuskich, belgijskich i niemieckich podpisali porozumienie, że można go ruszyć tylko za zgodą wszystkich stron. Ale na niewiele to się zdało: w roku 1942 z rozkazu Hitlera przewieziono go do bawarskiego zamku - po czym, podobnie jak inne arcydzieła, które miały trafić do Fuehrermuseum w Grazu, najwspanialszej kolekcji sztuki w Europie, Ołtarz Gandawski został w roku 1943 ukryty w sztolniach starej kopalni soli w austriackim Altaussee. Mało brakowało, a wszystkie te bezcenne skarby sztuki przepadłyby raz na zawsze: gauleiter Eigruber postanowił wysadzić kopalnię, by nie trafiła w ręce aliantów, do chodników zwieziono nawet osiem półtonowych bomb, ale w ostatnim momencie rozkazów Eigrubera nie wykonano. W przeciwnym razie można by było mieć tylko nadzieję, że ocalała choćby zaginiona tablica z "Sędziami sprawiedliwymi".

Jakie były jej losy, okoliczności kradzieży, kim był pan Uprzejmość? O tym w następnym wpisie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

piątek, 25 maja 2012

Cywilizowany wiek XX, czyli idylla u faszystów

Idylliczna scenka - w pięknym Rzymie na tarasie kawiarni naiwny turysta rozmawia ze starym rzymianinem. Prawią sobie o dalekiej historii, spierają się pogodnie, zapewne nad kieliszkiem prosecco, wybierają się wreszcie do muzeum, które tak pięknie objaśnia dawne barbarzyństwa (proszę przyjrzeć się uważnie pańciom jak z żurnala, które demonstrują działanie kolejnych narzędzi tortur!):




 

Gilotyna, którą widzą Państwo na zdjęciu, posłużyła 24 XI 1868 roku do ścięcia Gaetano Tognettiego i Giuseppe Montiego, którzy walczyli o zjednoczenie Włoch i wcielenie do nowego królestwa ziem papieskich. Skazani przez sąd papieski za zamach bombowy (od dwóch beczułek prochu zginęło wówczas 27 osób, z czego 2 lub 4 to przechodnie, a reszta - żołnierze francuscy i włoscy), zostali zgilotynowani przy via dei Cerchi, oddzielającej Circo Massimo od forum na Palatynie. Symbolicznie - nowi idealiści ginęli tam z ręki władcy chrześcijaństwa, gdzie w czasach Rzymu ginęli idealiści chrześcijańscy:


Wkrótce jednak rządy papieskie upadły, zmiecione przez garibaldczyków i, jak się okazało, było to ostatnie publiczne gilotynowanie we Włoszech. Stateczny rzymianin i jego gość mogli zatem porozmawiać sobie, w jakich to czasach cywilizowanych żyć im przyszło - jeśli ktoś mógł być okrutny, to tylko dalecy Chińczycy, bijący się w Mandżurii z Japończykami (właśnie tworzono tam teatralne państwo Mandżukuo, którym władał importowany z Chin ostatni cesarz, Pu-Yi; jednak czas prawdziwych rzezi, z rzezią Nankinu na czele, miał dopiero nadejść). W Europie do takich rzeczy nie dochodziło i dojść nie mogło.

A jednak - kiedy siedzieli na tarasie kawiarni, popijając prosecco, w całych Włoszech (i na podbijanych przez nie terenach w Afryce i Słowenii) działali dziarscy chłopcy Mussoliniego, którzy stosowali różne tortury, na czele  z wynalazkiem Gabriela d'Annunzio: pojeniem olejem rycynowym, niekiedy wzbogaconym o benzynę, co niekiedy kończyło się śmiercią. W Niemczech naziści dopiero sposobili się do objęcia władzy, ale mieli się nauczyć tortur aż za dobrze; w Rosji wykształceni należycie czekiści robili rzeczy, o których średniowiecznym katom się nie śniło. Ale na cóż tym zaprzątać śliczne główki czytelników i czytelniczek "Tajnego Detektywa"? Niech się pocieszą rzymską idyllą, tarasem kawiarni, grozą zamkniętą bezpiecznie w gablotce.



Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2 (24 I 1932)

niedziela, 11 marca 2012

Spryciarz w sutannie

Redaktor Terlikowski larum gra na swoim tarabanku, że rząd idzie na wojnę z Kościołem, a brzmi to, jakby sięgano do przetartych kiesek, zdzierano ostatnią koszulę z koloratką i z kurnej chaty wypędzano. Śmiejąc się w kułak z Pana redaktora warto przypomnieć, że Komisja Majątkowa, która przez ostatnie lata równo grabiła Skarb Państwa, korzystając z tzw. "zaufania społecznego", nie wzięła się tak znowu znikąd. Owszem, przygarnęła do katolickiego serca i konta pewnego esbeka, ale ma swoich zacnych poprzedników również w szeregach ludzi Kościoła:



Niedoszły misjonarz Nieświcki wprawdzie z klasztoru uciekł, ale opowieść o jego pomysłowości jest tak naprawdę opowieścią o naiwności Polaków, którzy nie spodziewają się, że sutannę - a i krzyż biskupi - nosi niejeden spryciarz, który raz ściągnie smakołyki, cygara i gramofon z płytami, a kiedy indziej połakomi się na coś znacznie większego, jak np. na kilka hektarów. I zawsze znajdzie się jakiś redaktor, który będzie go bronił do upadłego.

Tyle tytułem morału - a w peesie dodam jeszcze, że Pelplin to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Polsce, maleńka mieścinka z gigantyczną gotycką katedrą (dawnym cysterskim opactwem) i świetnie wyposażonym muzeum diecezjalnym (m.in. Poliptyk Toruński, Madonna Szafkowa, i jedna z niewielu Biblii Gutenberga) - kto nie był, niech koniecznie zawita!



Za: "Tajny Detektyw" nr 10, rok 2 (6 III 1932)