Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/1. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Dziesięć okładek

W środku roku 1933 redaktorzy "Tajnego Detektywa", korzystając zapewne z popularności pisma, a może chcąc jeszcze ją zwiększyć, postanowili zainwestować w kolorowe okładki; w niektórych numerach pojawiały się również barwne materiały na wewnętrznej wkładce. Uległo także zmianie logo - z poziomego na okrągłe. Autorem fotomontaży, które zdobiły niekiedy okładkę, był najprawdopodobniej główny grafik pisma, czyli Janusz Maria Brzeski.












Za: "Tajny Detektyw", 1934

niedziela, 24 marca 2013

Przemytnik deluxe i wyrzut w tle

Niedawno dwie panie z socjety zostały przyłapane na kradzieży futer. Prasa rozpisywała się o tym szeroko - i nic dziwnego; zawsze zaskakuje, kiedy osoby o wysokim statusie (choćby i wyłącznie materialnym) zajmują się drobnymi przestępstwami. Tak było i w przypadku pewnego zamożnego Niemca z Poznania, który nieśmiało zerka na nas spod ronda kapelusza z policyjnej fotografii.



Czemu zapalniczki? Ha, znak czasów. Przed wojną przemycano najróżniejsze dobra, na przykład mnóstwo pieprzu. Zapalniczki zaś, podobnie jak zapałki, były - dziś może nas to bawić - obłożone monopolem państwowym. Odbudowujące się po zniszczeniach I wojny światowej państwo ratowało kasę, dzierżawiąc monopole rozmaitym firmom - zapałczany akurat (zresztą akurat ze złamaniem prawa, bez zgody sejmu, co potem na gwałt poprawiano po zamachu majowym) szwedzko-amerykańskiej spółce. Spółka owa należała do Ivara Kreugera: przedsiębiorcy, multimilionera, króla zapałek, celulozy i kopalni żelaza (kontrolował około 50% światowego handlu celulozą i rudą żelaza) a także wierzyciela licznych państw europejskich, którym pożyczył w sumie niemalże 400 mln ówczesnych dolarów; nieudane spekulacje doprowadziły do jego samobójczej śmierci w marcu 1932 roku, ale państwowy monopol zapałczany istniał w Polsce do lat 50-tych XX wieku. A  przemyt przynosił znaczne dochody, bo pozwalał uniknąć akcyzy.

W historii Touissanta - niezbyt to zresztą niemieckie nazwisko jak na arcy-Niemca, co to się z Poznania z przyczyn etnicznych wyprowadził - ujmuje mnie nie tylko prowadzący śledztwo komisarz Skrzetuski (któż w to uwierzy, że w polskiej międzywojennej policji działał taki rycerz wspaniały?) ale i odwołanie do wiedzy ogólnej czytelników: jak przemytnicy, to kojarzy się od razu libretto "Carmen". Och, czasy szczęsne! I wreszcie to, w jaki sposób policjanci ustawili łupy na stoliku. Istna sklepowa witryna. Tylko w tle... no wlaśnie, co to? Jak się zdaje jest to przeoczona porcelanowa spluwaczka. Jest jak wyrzut, niepasująca ani do Touissanta, ani do ziemianina Botho von Bernotta, ani do cygar - zupełnie nie deluxe.


Za: "Tajny Detektyw" nr 1 rok IV, 1 I 1934

sobota, 9 marca 2013

Dziki, lisy, borsuki, kuny, jenoty...

W "Tajnym Detektywie" materiał o kłusownictwie, które, podobnie jak kradzieże drewna i walki ze strażnikami i leśniczymi było w międzywojniu powszechne. Jednak najciekawszy wydaje się wcale nie tekst "Na tropach ludzi i zwierząt" ani portrety wydry i żbika, ale fotografia "zaciekłej walki".



Nie było łatwo ludziom w międzywojennej Polsce, nie było też łatwo zwierzynie łownej. Broń była łatwo dostępna, polowano powszechnie - "państwo" we własnych lasach lub lasach znajomych, "klasy niższe" - gdzie i u kogo popadło. Zwłaszcza, że nędza przedwojenna była jednak sporo sroższa niż obecna. Często dochodziło przy tym do wydarzeń dramatycznych, z których najsłynniejszym było chyba zamordowanie przez kłusowników hr. Baworowskiego, człowieka słynącego z dobrego serca i cieszącego się powszechną sympatią.

Artykuł jest typową "zapchajdziurą": najpierw paranaukowy wtręt socjologiczno-historyczny, potem "obrazki z życia", jeden wśród zwierząt (lis i zając jako "dwóch nieprzejednanych wrogów"!), a drugi wśród ludzi. Jest to sentymentalna opowieść myśliwska, gdzie góralszczyzna miesza się z romansem mężczyzny z jego dwururką, opór przeciw awstryjskim ratom i hofratom - z anegdotką o szczwanym kłusowniku. "Ogorzały" mógł istnieć lub nie, i chyba nie ma to najmniejszego znaczenia, wszak historia podana jest niemalże na prawach podania góralskiego.

Interesuje mnie natomiast zdjęcie z "węgierskim żandarmem". Jeden z kłusowników, zabity, ranny, a może tylko ogłuszony, legł na ziemi i wygląda, jakby patrzył z założonymi rękoma w chmury. Ale nie - to tylko pozór, tak naprawdę nie tyle założył ręce, ile trzyma kurczowo nogę żandarma. Żandarm z kolei, operetkowym pióropuszem kolebiąc, usiłuje dźgnąć drugiego kłusownika bagnetem i zarazem uniknąć ciosu. Bierwionem? siekierą? Nie wiadomo, widać tylko kawał drewna, ale może to stylisko, może na końcu tkwi jaki kawał naostrzonego metalu.

Nie ma powodu by sądzić, że zdjęcie jest reportażem; operetkowy jest tu nie tylko pióropusz, ale i cała scena: wychylenie całej postaci, zamierzającej się siekierą czy kijem, nieprzekonujące łapanie za nogę. Żadna to "dzika walka". Trudno też przypuszczać, by właściciel lub dysponent aparatu trzymał w tej sytuacji z kłusownikami, nie z żandarmami - jeśli więc nie rzuca się na pomoc, to dla tego tylko, że całość jest ustawiona. Nie było to w latach 30-tych nic nowego (acz zdjęcie może być spokojnie wcześniejsze) - wszak Włochy Mussoliniego wydawały całe serie zdjęć stereoskopowych, przedstawiających rozmaite epizody walk w Afryce: inscenizowane, teatralne do bólu, opatrzone patriotycznymi komentarzami druczki propagandowe. Nawet scenografia źle dobrana: kto poluje we wsi, a nie w głuszy leśnej? A tu parkan przydomowy, zamiast ostępów, klomb, obsadzony szablistymi liśćmi mieczyków lub irysów, zza którego wyłania się okno jakiegoś domostwa. To tam, zapewne, zrobiwszy poglądową fotografię, udali się wszyscy na kieliszek dla wzmocnienia: fotograf, kłusownik i żandarm. Wszyscy w znakomitych humorach.


PS: Tytuł notki pochodzi oczywiście z tyrady polityka (przedstawiciela jednego z komitetów wyborczych w 1991 roku), składającej się głównie z nazw zwierząt i kończącej się słowami: mamy jednak obawy o dalszy los cietrzewia. Kto jej nie zna, powinien koniecznie obejrzeć centon z wyborczych reklamówek.


Za: "Tajny Detektyw" nr 1 rok IV, 1 I 1934

niedziela, 17 lutego 2013

Sztyletnicy w powstaniu styczniowym, czyli też mamy swoich terrorystów

W 1933 roku obchodzono 70 rocznicę powstania styczniowego - czyli od tego wydarzenia współczesnych dzieliło tyle mniej więcej, ile nas - od powstania warszawskiego. Jeśli dziennikarz chciał napisać o rozmaitych ciemnych powstańczych sprawkach, brzmiących gorzej niż patriotyczne pieśni, musiał, trochę jak dziś, rytualnie oddać hołd bohaterom. Ale potem mógł napisać na przykład o warszawskich "sztyletnikach", czyli mało dziś pamiętanej grupie polskich terrorystów.


Te panie w żałobie narodowej to, od lewej, Emilia ze Szwarców Heurichowa i jej cztery córki: Teodora, Helena, Julia i Emilia. Pochodziły z rodziny ewangelickiej, zasłużonej dla Warszawy i bardzo patriotycznej: w okresie przygotowań do powstania i później ich dom na ul. Widok był jednym z centrów konspiracji, przez które przewinęli się właściwie wszyscy główni "buntownicy" (poza Mierosławskim); Leon Frankowski obiecywał: gdy wygramy naszą świętą sprawę, najpierwszą rzeczą, jaką obowiązujemy się  uczynić to wystawienie kaplicy na miejscu tego domku, jako podziękowanie Panu Bogu za opiekę i miłosierdzie, jakie okazał nad nami. Dziś można mu powiedzieć: ależ nie ma za co. Frankowski został powieszony, Emilia i jej starsze córki spędziły ileś lat w cytadeli, powstanie okazało się potworną, niszczącą klęską.

W swoich pamiętnikach Emilia, której dawano masę rozmaitych rupieci do przechowania (bibułę, pieczęci i dokumenty Rządu Narodowego oraz broń - w tym, zapewne, broń sztyletników), zanotowała takie słowa: Musiał się znajdować wszędzie jakiś inicjator terroryzmu, skoro wydano rozporządzenie i miały miejsce napady zabójcze; było to bezcelowe - rozdrażniało nienawiść nieprzyjaciół, ani korzyści, ani rezultatów pomyślnych nie przynosząc za sobą. Przeciwnie, Jaroszyński strzelał do księcia Konstantego, jemu krzywdy nie zrobił, a pomimo dzielnej obrony  zachowania się uczciwego, gdyż nikogo nie pociągnął za sobą, straconym został przez powieszenie na placu wojennym. Ryll - a później Rzońca strzelali również bezskutecznie do margrabiego Wielopolskiego, tłomaczyli się pono nie najgorzej; nic ich nie uratowało - również obadwaj razem powieszeni zostali; tłumnie oddawano ostatnią posługę biedakom, litowano się ich młodości, żałowano płaczem i lamentem, że giną. Kilku łotrów takim sposobem się pozbyto, ale za każdą razą głowa poświęcającego się biedaka na taką czynność spadał często nawet niewinnie: padali ofiarą.

Emilia mogła być sceptyczna, ale terroryści działali; przewodził im, co dość typowe, nie człowiek roztropny i doświadczony, a gorącogłowy chłopak, Emanuel Szafarczyk. Młodsze pokolenie, pasione na patriotycznych hasłach i nienauczone jeszcze niczego przez życie, w ogóle rwało się do wykonywania wyroków. Córka Emilii, Teodora, pisała w swoim dzienniczku o 30. rocznicy powstania listopadowego (miała wówczas lat 16, siostry były młodsze): W dniu tym urządziłyśmy sobie domową manifestację: w tym celu ułożyłyśmy na tacy stos drobnych drewienek i zapalony wniosłyśmy do pokoju. Wtedy, po wypowiedzeniu oracji, która kończyła się słowami: "giń, książę"! - rzuciłyśmy na stos portrecik ks. Konstantego. Widząc to wuj Jan Szwarce z krzykiem przyskoczył, by wydobyć z ognia portrecik, ale niestety już głowę zniszczyły płomienie. Wuj wyłajał nas za to, bo portrecik był bardzo podobny, ślicznie malowany i stanowił wartościowy zabytek. Ale wuj był powstańcem listopadowym i osobiście wojował z armią Konstantego, więc nie potrzebował pustych gestów; natomiast pokolenie patriotycznej smarkaterii miało szlachetne serca i niewiele rozumu, a w teatrze się lubowało.

Tacy właśnie, jak się zdaje, byli owi "warszawscy sztyletnicy", o których dziś wspomina się raczej rzadko i z pewnym wstydem:



Szafarczyk wedle różnych danych urodził się albo w roku 1835, albo w 1840 (zatem w momencie wybuchu powstania miał tak czy owak lat dwadzieścia parę) jako syn stolarza; w wyniku kontuzji w dzieciństwie stracił władzę w prawej ręce, co czyniło jego skrytobójcze zamachy jeszcze trudniejszymi do przeprowadzenia. Nie wpadł jednak w czasie akcji: wydany przez kolegę, został stracony po okrutnym, pełnym tortur śledztwie 17 lutego 1865 roku. Powieszono go na stokach Cytadeli z młodszym jeszcze od siebie Aleksandrem Waszkowskim (ur. 1841), ostatnim naczelnikiem Warszawy - była to ostatnia z publicznych egzekucji powstańców w tym mieście. Wedle jednej z relacji Szafarczyk, pomimo osłabienia torturami, ugryzł rękę kata, kiedy ten zakładał mu na szyję pętlę.

Warszawscy zamachowcy to grupa ciekawa (pisał o nich magisterkę Mariusz Kamiński, niesławny szef CBA, co samo w sobie wydaje się znaczące), ale - jak widzieliśmy po pamiętnikach Emilii - rozmaicie oceniana już w czasach ich działalności. Czasem może słychać o bombiarzach - tych, którzy, spartoliwszy zamach na gubernatora Berga, przyczynili się do całkowitego zdemolowania pałacu Zamoyskich i zniszczenia jego cennego wyposażenia, m.in. fortepianu Chopina (to właśnie wtedy "ideał sięgnął bruku"). Wszystkimi nimi sterował kontrowersyjny radykał, Ignacy Chmieleński (też zresztą częsty gość w "świętym domku" Emilii na ul. Widok). To Chmieleński, działacz "Czerwonych", stworzył organizację terrorystyczną, a potem, w czasie przejęcia władzy, wykorzystał ją do zastraszania obozu "Białych" - należał zresztą do tego samego pokolenia gorącogłowych smarkaczy, w trakcie powstania miał raptem 23 lata. Bronisław Szwarce, bratanek Emilii, pisał o nim, że marzył tylko o sztyletowaniu, wieszaniu, bombach i zamachach.


Liczbę ofiar sztyletników szacuje się na blisko tysiąc (acz trzeba w nią wliczyć wyroki wykonywane na prowincji, np. pacyfikację wsi popierających Rosjan). Poza Felknerem z ich rąk zginęli m.in. wysoko postawiony policjant, polski Tatar, Aleksander Mirza Tuhan-Baranowski czy popierający Wielopolskiego publicysta i pisarz Józef Aleksander Miniszewski. Miniszewski, choć patriota, osobiście piętnował sztyletników w swoich pismach; była to może przyczyna wydania wyroku, od którego potem się dystansowano - ale cóż, osierocił trójkę dzieci, było, minęło. Do innych wątpliwych wyroków należało zabicie Konstantego Wicherta. Wichert i siostra oskarżeni zostali o wydanie policji poborcy podatku narodowego - mieli zostać za to obici. Ale, zaskoczeni w domu, podnieśli krzyk, a sztyletnicy ich zadźgali, nie przepuszczając też Bogu ducha winnej służącej.

O Chmieleńskim po powstaniu słuch przepadł. Nie miał pewnie jak realizować swoich pasji; co innego ci, których mniej obchodziły bomby i sztylety, a bardziej - niepodległość. Bronisław Szwarce, uwięziony jeszcze przed wybuchem powstania styczniowego, spędził blisko trzydzieści lat w więzieniach (Cytadela, Szlisselburg) i na zesłaniu (Ałma-Ata, Syberia), po uwolnieniu w 1891 roku osiadł w Galicji i do śmierci pracował jako publicysta niepodległościowy. Jego ciotka, Emilia, uciekłszy z transportu zesłańczego, ukrywała się w Warszawie i w Wielkopolsce, dopóki sprawy nie przycichły, kiedy to wróciła do rodzinnego miasta, zmarła w roku 1905. Jej starsze córki po więzieniu i zesłaniu w Prenach, współpracowały z ludźmi, którzy otaczali opieką więźniów politycznych. Teodora zmarła już w wolnej Polsce, w lipcu 1920 roku w Warszawie, w trakcie ofensywy rosyjskiej. Pozostałe Heurichówny dorabiały sobie jako retuszerki w atelier jednego z ojców polskiej fotografii, Karola Beyera; zdjęcie pochodzi prawdopodobnie właśnie z tego zakładu - prowadził go wspominany wuj Jan Szwarce, i to on załatwił pracę pozbawionym środków dziewczynom. Później prowadziły razem jedną z pierwszych kobiecych firm w Warszawie, magazyn mód. Rodzinne zdjęcia, w tym to reprodukowane u góry, cudem przetrwały kolejne wojny i, okrężną drogą, trafiły w końcu do mnie (kuzyn mojego dziadka, tłumacz Tadeusz Jan Dehnel, był prawnukiem Emilii). Od powstania upłynęło 150 lat, Emilia z córkami stały się bohaterkami internetowej wystawy w Archiwum Miasta st. Warszawy, pomyślałem więc, że warto o nich wspomnieć na tym blogu z okazji rocznicowego tekstu sprzed lat osiemdziesięciu.


Za: "Tajny Detektyw" nr 1 rok IV, 1 I 1934

środa, 13 lutego 2013

Lincz w Kalifornii kiedyś i dziś, czyli sprawa Harta i Occupy vol. II

W listopadzie 1933 roku tłum zlinczował Toma Thurmonda i Johna Holmesa, porywaczy i morderców, a w styczniu na drugiej półkuli doniósł o tym "Tajny Detektyw". I, jak to miał w zwyczaju, popełnił przy tym sporo błędów i przekłamań. Na szczęście sprawa jest dobrze zbadana, obfotografowana, a nawet sfilmowana. Przyjrzyjmy się jej z bliska.


Brooke Hart - bo tak się naprawdę nazywał - należał do szanowanej i bogatej rodziny, która od pokoleń prowadziła duży sklep w centrum San Jose, otwarty w latach 60-tych XIX wieku, kiedy to pierwszy Hart, biedny żydowski imigrant z Europy, postanowił spróbować szczęścia w ogarniętej gorączką złota Kalifornii. 22-letni Brooke, najmłodsze z dzieci właściciela, był przygotowywany na dziedzica rodzinnej firmy, zatrudniającej podówczas 200 osób.



            Wieczorem 6 listopada 1933 dwaj dwudziestoparoletni  
            kumple, Holmes i  Thurmand, którzy przez długi czas marzyli
            o popełnieniu zbrodni doskonałej (a dotychczas mieli na koncie
            tylko dwa wymuszenia), porwali młodego Harta na terenie  
          krytego parkingu. Przystawili mu do boku pistolet, wywieźli za miasto, wysadzili z samochodu na moście San Mateo, ogłuszyli cegłą, związali, dociążyli dwoma blokami cementu i zrzucili do wody. Zdołał jeszcze odzyskać przytomność i wyswobodzić się z ciężaru, ale zginął dobity kulami, w niecałą godzinę od porwania. Porywacze wrócili do domów, Holmes zabrał żonę do kina na "Trzy małe świnki" Disneya. Teraz przyszedł czas na negocjacje z ojcem.

Dwie godziny po zabójstwie porywacze zadzwonili do Harta seniora, żądając 40 tys. dolarów (a nie 100 tys., jak podawał "Tajny") i grożąc, że w razie powiadomienia policji Brooke zostanie zabity. Hart mimo to zadzwonił na posterunek; rozpoczęto poszukiwania samochodu, który został znaleziony przez jednego z pracowników rodzinnej firmy, natomiast FBI okablowało telefon, założyło aparaturę do nagrywania rozmów i powiadomiło centralę telefoniczną, że będzie chciało wyśledzić połączenia z tego numeru.

Po paru dniach przepychanek z porywaczami, wzajemnych gróźb i poleceń, Holmes i Thurmand zażądali w liście, by Hart-senior osobiście dostarczył pieniądze, jadąc samochodem syna w kierunku Los Angeles. Jeśli przyjmował te warunki, miał w witrynie sklepu wywiesić dużą kartkę z numerem "2". Taką kartkę wywiesił - a przy niej duży napis: "Ale ja nie umiem prowadzić!". Wieczorem w rezydencji Hartów odezwał się telefon: oficer FBI polecił Hartowi przeciągać rozmowę, a centrala powiadomiła go, że połączenie prowadzi do budki telefonicznej przy dużym garażu w centrum San Jose:


Thurmond do ostatniej chwili nie spodziewał się aresztowania - ustalił z Hartem szczegóły przekazania pieniędzy, odłożył słuchawkę, odwrócił się i stanął oko w oko z szeryfem policji San Jose, Williamem Emigiem. Aresztowanie Holmesa było tylko kwestią czasu.




Znacznie dłużej zabrało odnalezienie ciała. Mimo długich poszukiwań, w bezpośredniej bliskości mostu znaleziono tylko cementowe obciążniki i kawał drutu z pasmami blond włosów. Dopiero 26go listopada dostrzeżono zwłoki, dryfujące na powierzchni mniej niż milę od mostu. Dłonie, twarz i większość korpusu były już zjedzone przez kraby i węgorze, ale dobrze zachowane ubranie pozwoliło na prędką identyfikację.



Prasa - która potem miała potępiać gubernatora Rolpha - już od dnia aresztowania dopisywała porywaczom inne zbrodnie, ze szczególną precyzją opisywała męki ofiary i wprost wzywała do linczu. Po odkryciu zwłok w mieście zakipiało jeszcze bardziej. Policja ufortyfikowała areszt, pobudowała barykady i wydała funkcjonariuszom dodatkową broń ostrą. Pod aresztem zgromadziły się tłumy z pochodniami, w kierunku budynku poleciały kamienie i butelki. Emig dodatkowo zabarykadował drzwi i polecił wygasić światła. Któryś z funkcjonariuszy w nerwach wystrzelił w tłum pocisk z gazem łzawiącym: tłum rozproszył się na chwilę i powrócił rozwścieczony, demolując samochody policyjne i przecinając linie telefoniczne. Wokół budynku wyło pięć tysięcy ludzi - Emig powiedział później prasie: "mieliśmy tyle broni, że mogliśmy wystrzelać tysiąc osób"... ale policja otrzymała zakaz interweniowania. Naprzeciwko aresztu budowano wówczas pocztę i tłum wyciągnął stamtąd wielometrową rurę stalową, której użył jako tarana:


Tłum wdarł się do środka, policjantów obezwładniono (najbardziej przy tym ucierpiał Emig - pęknięcie czaszki), oskarżonych wyszukano w celach i zawleczono do parku, ciągnąc ich po ziemi za nogi. Thurmond już w celi został ogłuszony i prawdopodobnie nie odzyskał już przytomności, natomiast Holmes, który był wysokim, silnym mężczyzną, już w celi powalił kilku atakujących, a kolejnych poturbował jeszcze wleczony na miejsce kaźni. Tak długo stawiał opór przed założeniem pętli, że połamano mu ramiona. Obu porywaczy powieszono, co spotkało się z wiwatami z ust dziesięciu tysięcy zgromadzonych "praworządnych obywateli", po czym ciała odcięto ze stryczków i podpalono.

Wiwatujące tłumy 


Kawałki stryczka rozprzedano na pniu, a rankiem ogrodnicy musieli otoczyć szubieniczne drzewa specjalnymi skrzyniami, bo w przeciwnym razie miłośnicy suwenirów połamaliby je do reszty - nie było to zresztą niczym wyjątkowym; pokolenie wcześniej w jednym ze sklepów pokazywano na wystawie dziesięć zwęglonych palców, odciętych od ciała zlinczowanej ofiary. Zwłoki Holmesa i Thurmonda zabrano pod eskortą policyjną do kostnicy, gdzie na parę godzin spoczęły tuż koło ciała młodego Harta.

Po fali ogólnokrajowego oburzenia siedmiu osobom postawiono zarzuty brania udziału w linczu. Nigdzie nie znalazłem wiadomości, by którakolwiek z nich została skazana.

*

William Emig był wybrany szeryfem trzykrotnie - niestety, w 1946 roku musiał zrezygnować ze stanowiska pod zarzutem naruszenia przepisów hazardowych. Odsiedział trzy miesiące, próbował sił jako policjant gdzie indziej; zginął w roku 1963, kiedy, potknąwszy się w ogrodzie, upadł, uderzył się w głowę i wpadł do basenu, w którym cicho utonął.

Anthony Cataldi, siedemnastolatek, który chwalił się prasie, że to on przewodził tłumowi i jako pierwszy wdarł się do więzienia (jeden z siedmiu, którym postawiono zarzuty), zmarł mając lat 75 jako szanowany deweloper i właściciel kompleksu Metro Plaza w San Jose, co utwierdza mnie tylko w generalnej opinii o deweloperach.

*

Co pomieszał korespondent "Tajnego Detektywa"? Wspomniałem już kwotę okupu, ale to drobiazg, podobnie jak wielkość tłumu czy to, skąd wzięto żelazną rurę do wyłamania drzwi. Ważniejsza jest sekwencja wydarzeń. To, co nabrzmiewało przez niemal trzy tygodnie przy wsparciu prasy i władzy, zostało skrócone do raptem jednego dnia. Ojciec zignorował porywaczy, porywacze zabili, wyłowiono ciało, wykryto sprawców, tłum się wzburzył, zlinczował. Jak wiemy, wszystko to wyglądało zupełnie inaczej.

Po drugie: wbrew temu, co pisze korespondent, nie był to, oczywiście, pierwszy lincz na białych. Stanowili oni - według Tuskagee Institute, najpoważniejszego źródła w tej kwestii - ok. 27% ofiar linczów (w latach 1882-1968), a były i takie Stany, gdzie - wg zgromadzonych danych - nie zlinczowano ani jednego czarnego lub czarni stanowili znaczącą mniejszość ofiar. Nie znaczy to jednak, że tych morderstw nie dokonywano również z przyczyn rasowych. Kiedy Tuskagee Institute rozpoczynał swoje badania, dzielił ofiary tylko na białe i czarne; tymczasem wiele ofiar spośród białych zginęło również z powodów etnicznych: w tych stanach, w których brakowało czarnych, ich rolę odgrywali z powodzeniem znienawidzeni imigranci, odrobinę choćby "kolorowi": Meksykanie i pozostali Latynosi, Chińczycy, Włosi, Żydzi. Często zresztą element rasistowski był zupełnie nieobecny w linczu: samosądów dokonywano na koniokradach, złodziejach, gwałcicielach, których faktycznie przyłapano na gorącym uczynku (co, oczywiście, nie jest żadnym usprawiedliwieniem linczu), bez względu na kolor skóry.

Często można też przeczytać, że samosąd na Thurmondzie i Holmesie był  "ostatnim linczem w historii Kalifornii" - głównie dlatego, że gruntownie zapisał się w zbiorowej pamięci Kalifornijczyków z racji solidnej oprawy medialnej i ogólnokrajowego oburzenia na gubernatora Rolpha. Tak jednak nie było - ostatni lincz miał miejsce w Callahan, na południu stanu, ponad trzynaście lat później, 6 stycznia 1947 roku, kiedy grupa farmerów przyłapała rzekomego złodzieja bydła i powiesiła go na maszcie przed miejscową szkołą. 10 stycznia opisujący te wydarzenia artykuł ukazał się na pierwszej stronie pisma Western Sentinel, ale wszystkie egzemplarze gazety wykupiono bądź skonfiskowano. Sprawców nigdy nie pociągnięto do odpowiedzialności. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 1 rok IV, 1 I 1934

niedziela, 10 lutego 2013

Lincz w Kalifornii kiedyś i dziś, czyli sprawa Harta i Occupy vol. I

Ruch Occupy, który rozpoczął się w Nowym Jorku, ogarnął wiele miejscowości w Stanach. Wiele z protestów i demonstracji przekształciło się w regularne walki z policją - na przykład w Oakland, gdzie zaaresztowano w sumie ponad czterysta osób; byłoby ich więcej, gdyby protestujący nie wyrwali (de-aresztowali) części z nich z rąk policjantów. Tyle, że zgodnie z prawem Kalifornii nie tyle pomagali współdemonstrantom, ile - uwaga - linczowali ich. A wszystko to z powodu słynnego porwania przed blisko 80 laty.




Lincz na mordercach Brooka Harta (którego porwanie przebiegało nieco inaczej niż opisał to korespondent "Tajnego", ale o tym w następnej notce), wywołał powszechne oburzenie - zwłaszcza postawą republikańskiego gubernatora Rolpha, od której odciął się sam prezydent Roosevelt. Odpytywany przez prasę Rolph z entuzjazmem zakrzyknął, że chętnie przekazałby mieszkańcom San Jose morderców i porywaczy z więzień w San Quentin i Folsom; zadzwonił nawet do San Quentin i dopytywał się, ilu więźniów byłoby ewentualnie do dyspozycji. Tak oto najdłużej w historii urzędujący burmistrz San Francisco (19 lat), nazywany dotąd "Słonecznym Kubusiem", nabawił się przezwiska "Gubernator Lincz". Mógłby je dzielić z Benjaminem "Widły" Tillmanem, gubernatorem Południowej Karoliny, który zarzekał się, że z chęcią poprowadzi tłum linczujący Murzyna winnego zgwałcenia białej kobiety. Zresztą, trafiali się - nieco wcześniej - "śmielsi" politycy. W roku 1908 były senator ze stanu Missisippi, William V. Sullivan, poprowadził tłum linczujący niejakiego Nelse Pattona, czarnego mężczyznę, oskarżonego o zabójstwo białej kobiety, a trzy lata później Willis Jackson, pomówiony o zaatakowanie białego dziecka, został zlinczowany przez tłum pod wodzą członka stanowej legislatury, Joshuę Ashleya, oraz naczelnego miejscowej gazety, Victora Chesire'a. Według koronera Jackson zginął z ręki "nieznanych sprawców", choć prowodyrzy byli doskonale znani. Jednak przez te dwie dekady stosunek do linczów w Stanach bardzo się zmienił. Dziennikarze sugerowali, że Rolph popadł w obłęd, że "powinien zostać nie tylko pozbawiony urzędu i wtrącony do więzienia, ale w dodatku zamknięty w szpitalu dla dzieci-imbecyli", a pewien nowojorski pastor zaproponował, żeby słowo "linczowanie" zastąpić nowym czasownikiem: "rolphowanie".

Rolph, jak się zdaje, był kalkulującym chłodno politykiem, który postanowił zwrócić się w kierunku populizmu i całą akcję przeprowadził z nadzieją na reelekcję. Bezskutecznie. Umarł bowiem raptem pół roku później na atak serca (być może spowodowany stresem związanym z potępieniem), zostawiając po sobie mocno zszarganą pamięć. "Tajny Detektyw" widział w tym wydarzeniu przykład na upadek imperium USA. Nazistowska prasa wydrukowała zdjęcia z San Jose jako przykład amerykańskiej dekadencji. W roku 1936 na ekrany kin wszedł pierwszy amerykański film Fritza Langa, "Fury" (polski tytuł: "Jestem niewinny"), inspirowany właśnie wydarzeniami w San Jose: główny bohater, grany przez Spencera Tracy, z trudem tylko unika linczu kiedy zostaje fałszywie oskarżony o porwanie dziecka. Oscar za scenariusz.

Za powszechnym oburzeniem nadeszły i zmiany prawne: do Kodeksu karnego Kalifornii dodano artykuł 405, który jednak osobliwie definiuje lincz. Tuskagee Institute (a potem University), który od XIX wieku zbierał przypadki linczu, linczem określał tylko takie przypadki, w których 1. udowodniono, że doszło do śmierci przynajmniej jednej osoby 2. została ona pozbawiona życia nielegalnie 3. w zabójstwie brała udział grupa trzech lub więcej osób 4. zabójstwa dokonano pod pretekstem służenia sprawiedliwości, rasie lub tradycji. Prawnicy Kalifornii obmyślili to sobie zgoła inaczej: "Kto w drodze zamieszek uwalnia osobę zatrzymaną zgodnie z prawem przez oficera jakichkolwiek służb porządkowych, winien jest linczu." zaś "każdy, kto bierze udział w linczu, podlega karze pozbawienia wolności na okres dwóch, trzech lub czterech lat". Ponieważ zgodnie z prawem Kalifornii za zamieszki uznaje się dowolne "zbiegowisko dwóch lub więcej osób", które policja określiła tą nazwą, demonstrant wyrywający zatrzymanego z rąk policji podlega karze za lincz. Której, dodajmy, zgodnie z wolą gubernatora Rolpha nie wymierzono żadnej z osób linczujących Holmesa i Thurmonda w roku 1933...

A jak dokładnie wyglądało porwanie Harta i lincz jego morderców? O tym już wkrótce.


Za: "Tajny Detektyw" nr 1 rok IV, 1 I 1934