Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czary. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2015

Pyffello, łapy przy sobie!

Pod koniec XIX wieku na biednym, robotniczym Powiślu urodził się niejaki Wacek Pyfel. Nie zamierzał jednak iść w ślady przodków, którzy byli zapewne piaskarzami, szewcami czy robotnikami w którejś z fabryczek - i tak został Wacławem Pyffello, chiromantą, jasnowidzem i astrologiem.


Wacław ogłaszał się dość powszechnie w prasie warszawskiej, miewał również sesje wyjazdowe w centralnej Polsce - i wszystko toczyłoby się normalnym biegiem, gdyby nie pewien skandal, o czym "Tajny Detektyw" poinformował w cyklu wiadomości o stołecznych przestępstwach dawnych i nowych pt. "Warszawa dziś i przed laty". Ale najpierw trzeba nam się zagłębić w historię wróżb aż od Ezopa (uwielbiam te erudycyjne wstawki w tabloidzie!) oraz przelecieć wzmianki zarówno o poślednich oszustkach, jak i o kilku poważniejszych warszawskich magach: Czesławie Czyńskim, Eugenii Palej i autorze popularnych książek o potędze psyche, Chaimie Szyllerze-Szkolniku (który zresztą reklamował się również w "Tajnym"):



Ale w następnym numerze dokończenie tekstu, gdzie mamy już i kawałek o Pyflu, czy też Pyffelle:


Szukając rozmaitych wiadomości na tego astrologa i jasnowidza, natknąłem się na całkiem sporo materiałów - niestety, fragmentarycznych i rozproszonych. Po pierwsze: przyjmuje się, że Pyffello tak naprawdę nie obmacywał swoich klientek, bowiem wiadomość o tym niecnym procederze została opublikowana w IKaCu pierwszego kwietnia i jest traktowana jak żart primaaprilisowy. Jest to jednak, jak sądzę, założenie błędne, bowiem widać, że "Tajny Detektyw" pisał o tym na początku maja. Niestety, nie natrafiłem na jakiekolwiek wiadomości o procesie - być może sprawę wyciszono z powodu zamieszania w nią "pań z towarzystwa".

Wacław Pyffello słynął ponoć od roku 1905, czyli, zakładam, musiał się urodzić nie później, niż w 1885, ale nie wiem, kiedy umarł. Przed wojną bywał na gościnnych występach w Częstochowie, bo zachowało się kilka wzmianek na ten temat, w tym krótka a zabawna notka prasowa:



Oryginalny plakat z konterfektem Mistrza (1927) kusił modną grafiką i wierszykiem, niezbyt może zgrabnym, ale za to gorliwie zrymowanym: 

Czy znacie postać jego
jak sen tajemniczą,
co odczytuje tajnie każdego,
mglistą i zwodniczą,
przybył on tu z daleka,
z błękitów wysokości,
by człowieka określał
smutek lub radości!
Koło niego się skupiajcie,
śmiertelnicy biedni,
do Wacława Pyffello przybywajcie
dowiedzieć się o los powszedni.




W istocie jednak Pyffello nie przybywał z błękitów wysokości, tylko z Warszawy. W winiecie artykułu w "Tajnym" widać wejście do kamienicy Stołkowskich przy Bednarskiej 17, gdzie przyjmował (podwórze, trzecie piętro, lokal 57 - czyli oficyny musiały być wyższe niż budynek frontowy) - dziś nieistniejącej, lub odbudowanej nie do poznania. W Narodowym Archiwum Cyfrowym znajduje się cała fotografia, z której wycięto fragment do "Tajnego":



Po wojnie stała jeszcze, wypalona, ale całkowicie w stanie do odbudowy; wybrano chyba, niestety, soc-historyzm i prawdziwa historia poszła pod kilof.


Pyffello opublikował również, podobnie jak Szkolnik-Szyller, kilka broszurek i książek: Poznaj siebie i innych: samouczek chirozofii: badanie na dłoni pagórków, linii, figór, znaków, itp. (Lublin 1919), Twarz - zwierciadło duszy poznaj siebie i innych: samouczek fizjonomiki: 200 typów i 359 objaśnień (Warszawa, 1925) i Tajemnice z Księgi Duchów: droga do szczęścia i powodzenia (Warszawa, 1929). I choć nazywano go szarlatanem, w Bibliotece Narodowej zachowała się ulotka z roku 1932 z "wiecznym kalendarzem" (niestety, jedynie do roku dwutysięcznego) oraz wiersz, w którym niejaki St. M. nazywa go mistrzem i profesorem:



W czasie wojny (kiedy mieszkanka tej samej kamienicy, Maria Antonina Boniecka, posługiwała się w AK właśnie pseudonimem "Pyfelo" i udostępniała organizacji swoje mieszkanie  przy Bednarskiej 17) z pewnością prowadził swoją praktykę, bowiem rozlepiano wówczas (w 1941 i 1942) plakaty po polsku i niemiecku tej treści:



Wojnę przeżył, w roku 1950 grasował w Radomiu. Pod koniec lat 50-tych jego działalność opisywał "Sztandar Młodych" (podawał się wówczas za profesora literatury). W 1956 imię Pyffello nadano czarnoksiężnikowi w polskiej wersji broadwayowej operetki "The Wizard of the Nile", na jego cześć nazwano też automat do przepowiadania pogody. A potem, zapewne, wrócił na błękitów wysokości.

Za: "Tajny Detektyw" nr 18 i 19, rok II, 1 i 8 V 1932, strona Tarocista.pl i blog Panoptikum 

wtorek, 14 maja 2013

Zabójcza miłość częstochowskiej czarownicy

Czy czarownica, wróżka, wiedźma musi pracować w zawodzie 24 godziny na dobę? Nie, może mieć też etat, na przykład w fabryce. Może też mieć bogate życie uczuciowe, jak Józefa Siemińska, czarownica-tkaczka z Częstochowy, oskarżona o trucicielstwo.


Zakłady "Częstochowianka" zostały założone pod inną nazwą przez warszawskiego przedsiębiorcę (oraz kompozytora i melomana!), Władysława Kronenberga, w roku 1882, po czym prędko sprzedane firmie Hille i Ditrich (która miała już od lat zakłady żyrardowskie), a w roku 1900 z kolei francuskiemu Towarzystwu Przędzalniczemu "Częstochowianka", i to właśnie tam pracowała nieszczęsna Józefa. Po wojnie je upaństwowiono - jako "Ceba" istniały do początku lat 90-tych, dziś działa w nich firma produkująca firany i obrusy o pięknej nazwie "Polontex": stare hale fabryczne wciąż widać od strony torów kolejowych, kiedy wjeżdża się do Częstochowy od południowego wschodu.

To, co mnie zaskakuje w tej historii, to zupełna niefrasobliwość wróżki Józefy (która to zresztą wróżka wygląda na zdjęciu bardziej frapująco niż większość kobiet w "Tajnym...", a z pewnością bardziej niż wszystkie "piękności", banalne girlsy! Toż kobieta z Witkacego, toż Dagny Przybyszewska! Toż Unrugówna tajemnicza!). Z literatury wiemy doskonale o tym, że napój miłosny administrowany niewłaściwej osobie może doprowadzić do koszmarnych wprost komplikacji. Co by się stało, gdyby lubczyk Siemińskiej naprawdę działał? Co by się stało z chorą na żołądek Teodorą Guźlą, gdyby zapałała miłością do Siemińskiej? Co by się stało z jej mężem, policjantem, porzuconym dla 47-letniej szafarki lubczyka? Skandal byłby na całą "Częstochowiankę" i Częstochowę całą, perturbacje miłosne jak w "Dziejach Tristana i Izoldy", czy raczej w nienapisanych "Dziejach Brangien i Izoldy"!

Niestety, lubczyk pomyłkowo wlany do niewłaściwej herbaty nie zadziałał, a Józefa Siemińska i Teodora Guźla nie zostały ikonami polskiego ruchu LGBT Frakcja Robotnicza. Smuteczek.


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934