Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gangsterzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gangsterzy. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2019

Staszliwe skutki (nie)palenia marihuany


Poznajcie Waltera „Czerwonego” Tylczaka, polskiego gangstera z Detroit, bohatera przerażającej – i kompletnie zmyślonej – opowieści o śmiertelnych skutkach palenia zioła.



Od połowy XIX wieku w USA chętnie palono konopie indyjskie, jednak w ramach wielkiej akcji porządkowania rynku medykamentów i walki ze sprzedawcami różnego rodzaju cudownych eliksirów wprowadzano stopniowo nowe zasady, wedle których konopie podpadały pod kategorię "trucizn", czy "leków szkodliwych dla zdrowia" i mogły być sprzedawane tylko na receptę lekarską. Przepisy zaostrzyły się na początku XX wieku, zwłaszcza po wprowadzeniu prohibicji w 1920 roku, kiedy to wielu ludzi zamiast zakazanego alkoholu relaksowało się paleniem trawy. Po zniesieniu prohibicji w 1933 roku szczególnym wrogiem konopi został szef Federalnego Biura d/s Narkotyków, Harry J. Anslinger, który upierał się, że ich palenie prowadzi do morderczych chętek i nieopanowanego popędu seksualnego - był też wojującym rasistą i dowodził, że palenie skłania białe kobiety do seksu z czarnymi mężczyznami. 

Do naszego kraju zjeżdża całymi tonami śmiertelna, straszliwa trucizna, która niszczy i rozdziera nie tylko ciało, ale samo serce i duszę każdego człowieka, który z miejsca staje się niewolnikiem którejś z jej okrutnych, niszczycielskich form. Marihuana to droga na skróty do domu wariatów. Pal przez miesiąc papierosy z marihuaną, a to, co kiedyś było twoim mózgiem, stanie się jeno magazynem upiornych zjaw. Haszysz z najłagodniejszego człowieka, którego śmieszył pomysł, że mógłby go opanować jakiś nałóg, czyni mordercę, który zabija dla samej przyjemności zabijania.

Ostatecznie dopiął swego w roku 1937, kiedy wprowadzono Marihuana Tax Act, zakazujący posiadania i sprzedaży trawy. Zrazu spotkało się to z niewielkim oporem, bo aptekarze i lekarze nie znali terminu "marihuana" i nie wiedzieli, że uderza to w recepty na konopie - a potem było za późno i raport LaGuardii (burmistrza Nowego Jorku, który nie zgadzał się z propagandą Anslinegra) został odrzucony jako "nienaukowy". 



Zmianom przepisów towarzyszyła wielka kampania Anslingera i jego sojuszników, m.in. magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, któremu na rękę były opowieści o demonicznej sile marihuany, bo pomagały w sprzedaży brukowców. Artykuły, ulotki i poradniki, dowodzące straszliwej szkodliwości konopi roiły się od krwawych opowieści i znalazły swoją kulminację w filmach: „Marihuana” z 1936, „Zabójca młodości” z 1937, a przede wszystkim w zrealizowanym w 1936 roku przez grupkę religijnych aktywistów „Tell Your Children” („Powiedzcie swoim dzieciom”). Znany jako jeden z najgorszych filmów w historii kinematografii, został nakręcony w dobrej wierze, a następnie – wykupiony, przemontowany i wzbogacony o ostrzejsze sceny przez Dwaina Espera, specjalisty od exploitation films – trafił do kin dla zgoła innej publiczności jako „Reefer Madness” („Ziołowy obłęd”; występował także jako „Paląca kwestia”, „Narkoman”, „Narkotyczna młodość” i „Obłęd miłosny”). W latach 70. osiągnął status filmu kultowego w latach 70., bo upalone pokolenie dzieci kwiatów znakomicie bawiły się przy tej perle nieudaczności, a także później (znakomity parodystyczny musical pod tym samym tytułem z roku 1998, sfilmowany w 2005). Opowieść rozrasta się na zasadzie od rzemyczka do koniczka: prosta jest droga od wypalenia zioła do wypadku samochodowego, morderstwa, samobójstwa, próby gwałtu, halucynacji i ostatecznego szaleństwa. Esper w swojej wersji „Reefer Madness” położył nacisk na sceny seksu i przemocy – a równocześnie był kryty przed zakusami cenzury, był to bowiem film umoralniający. Jakże często największe plugastwa można znaleźć w umysłach samozwańczych strażników publicznej moralności.



Takie dzieła potrzebowały oczywiście, jak średniowieczne kazania, egzemplów, czyli poruszających przykładów z życia wziętych. Dostarczał ich Anslinger i podobne w tonie a niekiedy tożsame notatki rozchodziły się w ulotkach i w prasie. Jedną z czołowych spraw było podwójne zabójstwo w stanowym zakładzie penitencjarnym w Marquette, gdzie zawsze pojawia się straszliwy upalony morderca Tylczak. Na przykład w ulotce „Narkotyczny demon” z roku 1940 można było przeczytać: Jakiś czas temu ciszę więzienia stanowego w Marquette w stanie Michigan rozerwały dźwięki rewolwerowej strzelaniny, a w godzinę później dobroduszny więzienny doktor leżał obok lojalnego więźnia, który oddał życie, próbując ocalić swego przyjaciela, doktora. Śledztwo wykazało, że broń i amunicję przeszmuglowano do więzienia w podwójnych dnach pojemników ze śledziami, a także że do więzienia przemycono również MARIHUANĘ, z której Tylczak, morderca doktora i współwięźnia, dobył swojej demonicznej odwagi. 

*

Niestety dla Anslingera dziennikarze zaczęli naciskać go w sprawie podawania źródeł, więc w 1936 roku napisał do dyrekcji więzienia, która w odpowiedzi sprostowała nieścisłości:

Artykuł w gazecie niewątpliwie odnosi się do zabójstwa dr. A. W. Hornbogena, które miało miejsce w naszym szpitalu więziennym pięć lat temu. […] Pistolety nie dotarły tu w podwójnych dnach pojemników ze śledziami, tylko w konserwach drobiowych firmy Hormel. Zostały tam umieszczone w Detroit, przywiezione tutaj i umieszczone pod niewielkim mostkiem w okolicach terenów należących do więzienia. Następnie puszki wwiózł zastraszony więzień, kierowca ciężarówki. Nigdy nie udało nam się dowieść z całą pewnością, że marihuana miała cokolwiek wspólnego z zamieszanymi w ten spisek, wyglądający na próbę ucieczki. Podejrzewaliśmy wprawdzie, że mieli marihuanę, ale nie znaleźliśmy na to żadnych dowodów.

Następnie dyrektor Walter F. Gries szczegółowo opisuje próbę ucieczki:

W owym czasie czterej osadzeni dzięki pomocy z zewnątrz otrzymali broń; nazywali się Germano, Roxbury, Buver i Hohfer. Trzem pierwszym z nich udało się trafić do szpitala więziennego z przepustką chorobową. Kiedy doktor Hornbogen, zastępujący lekarza więziennego przebywającego na wakacjach, badał pacjenta Germano, ten, poproszony o zdjęcie koszuli, wyjął ze spodni ukryty tam pistolet i zastrzelił doktora, a następnie postrzelił więźnia-pielęgniarza nazwiskiem Oligschlager, który próbował interweniować i pomóc lekarzowi. Doktor zmarł natychmiast, więzień-pielęgniarz tego samego dnia wieczorem.

O ile udało nam się ustalić, ludzie ci nie zamierzali zabić lekarza, tylko stał się on przeszkodą w ich planach, a że – jak zakładamy – byli oni pod niejakim wpływem Marihuany, po prostu zastrzelili go i zbiegli schodami do rotundy, zabrali klucze tamtejszemu strażnikowi, wyszli na dziedziniec, a stamtąd na trzecią kondygnację budynku przemysłowego, gdzie trzej pierwsi osadzeni się zastrzelili. Czwarty, Hohfer, odebrał sobie życie w celi, której nie udało mu się opuścić.

Oto krótka historia incydentu, który wydarzył się tu pięć lat temu, w sierpniu.

Nazwisko Tylczak, owszem, pojawia się w tym obrazku – ale był to człowiek, który zorganizował przemyt broni do więzienia. Został potem aresztowany dzięki ciężkiej pracy detektywa Van Loomisa z policji stanu Michigan. Tylczaka następnie osądzono i skazano. Jakiś czas później wrócił do Detroit żeby zeznawać w innej sprawie i uciekł konwojentom z sali sądowej. Jakiś czas później jego ciało znaleziono chyba gdzieś w hrabstwie Wayne albo w okolicy i podejrzewa się, że został zastrzelony przez członków własnego gangu.

Anslinger musiał być niepocieszony.


"Rotunda" w innym więzieniu w stanie Michigan, w Jackson - był to centralny hol całego więzienia, gdzie dochodziły poszczególne korytarze.


*

Jakie zatem były prawdziwe losy Waltera Tylczaka? Wiemy, że przed ukończeniem osiemnastego roku życia zdążył dwa razy zostać postrzelony przez policję; odsiadywał liczne wyroki, dwukrotnie też uciekł z więzienia. Należał do jednego z najważniejszych i zarazem najbardziej brutalnych gangów w ówczesnych Stanach, Purpurowego Gangu z Detroit, założonego przez braci Burnstein i trudniącego się głównie przemytem alkoholu, porwaniami i wymuszeniami. Na początku lat 30. gangsterzy prowadzili tak wystawne życie - i zarazem czuli się tak dalece bezkarni - że zaczęli popełniać głupie błędy, które ułatwiały policji ich ściganie. Do tego zaczęli ze sobą rywalizować, co pociągnęło serię zabójstw.

Rzeczywiście, w 1932 „Ironwood Daily Globe” donosiło o skazaniu go za zorganizowanie szmuglu pistoletów. Oskarżonymi o przemyt i przyczynienie się do śmierci dr. Hornbogena byli Stanley Podolski, odsiadujący karę 20 do 40 lat w Marquette za napad na bank; Walter Tylczak, obecnie przebywający w więzieniu w Jackson, oraz Stanley I. Sczitko, alias Sam Sceatko, blacharz z Detroit, również osadzony w więzieniu Marquette. Ostatecznie Waltera „Czerwonego” Tylczaka, który już siedział w Jackson za rozbój, skazano za morderstwo drugiego stopnia na dodatkowe 20 do 40 lat odsiadki, a Stanleya Podolskiego i Sczitkę uniewinniono (Stanley, jak sądzę, musiał być słusznej postury, miał bowiem ksywkę „Big Stack”, co należałoby tłumaczyć jako „Stosisko” albo „Hałda”).

Tylczak poszedł siedzieć, ale - jak już wiemy z listu dyrektora więzienia Marquette - uciekł z sądu. A tak naprawdę z aresztu miejskiego, dokąd przeniesiono go z więzienia, żeby zeznawał w sprawie niejakiego Williama Sudomiera, oskarżonego o zabójstwo (w marcu 1931 roku) zamożnego przedstawiciela handlowego Josepha Burke'a. Obaj przestępcy znali się od dziecka, w roku 1925 (kiedy mieli po osiemnaście lat) trafili razem do zakładu poprawczego za rozbój na właścicielu spożywczaka; po pół roku, w styczniu 1926, uciekli stamtąd, ale obaj wpadli – Tylczak pod koniec lutego, kiedy pechowo spróbował obrabować tajniaka, a Sudomier w marcu, kiedy policję powiadomiła czternastolatka, którą namawiał do romantycznej ucieczki we dwoje. 

Wkrótce jednak przyjaciele zostali wrogami; za ucieczkę z poprawczaka trafili do Marquette, a kiedy opuścili więzienie, napadli wspólnie na poborcę podatkowego; Tylczak został postrzelony, Sudomier go porzucił i salwował się ucieczką. Znów obaj znaleźli się w Marquette, ale tym razem w rywalizujących ze sobą grupach. Kiedy ucieczka z więzienia się nie udała, Tylczak i inni więźniowie uważali, że wsypał ich właśnie Sudomier. Teraz, w akcie zemsty, Tylczak oskarżył go przed śledczymi o zabójstwo Burke'a: mieli razem podjechać pod dom ofiary, Walter czekał w samochodzie, a William ruszył do środka z rewolwerem, a wróciwszy oświadczył, że Burke wrócił za wcześnie do domu i "musiał go zastrzelić". Obrońca Sudomiera na sali sądowej zapytał nawet Tylczaka, czy to prawda, że próbuje doprowadzić do powrotu oskarżonego do Marquette w nadziei, że współwięźniowie pomszczą jego krzywdę i ukarzą kapusia. Złożywszy zeznania, Tylczak – jak wiemy – zbiegł 8 lipca 1933 roku.

Za jego głowę wyznaczono nagrodę 500 dolarów wedle starej reguły „żywy lub umarły”, a listy gończe posłano również do Polski, sądząc, że może próbować ukryć się w rodzinnych stronach. Stąd wklejka w albumie polskiej policji i anonse w gazetach:



Poszukiwania były jednak niepotrzebne, bo raptem tydzień po tej notce w łódzkim "Echu" sprawa niejako sama się rozwiązała.

*

26 listopada 1933 roku znaleziono ostrzelany samochód, nowiutkiego chryslera, a wewnątrz dwa ciała. Byli to nierozłączni Abe Axler i Eddie Fletcher, nazywani "bliźniakami syjamskimi", którzy byli najważniejszymi zabójcami w szeregach Purpurowego Gangu. Zostali zlikwidowani zapewne przez własnych ludzi, czy to za podprowadzanie pieniędzy gangu, czy to na zlecenie włoskiej mafii, z którą rywalizowali w handlu narkotykami w Detroit. W chwili śmierci trzymali się za ręce i tak też ich znaleziono. 

Bliźniacy syjamscy

W tej samej okolicy, ledwie dwa dni później, 28 listopada 1933 roku o 7:20 rano pewien farmer znalazł leżące na poboczu ciało. – jak podawały „Ludington Daily News” – Zmarły został zabity strzałem w głowę i zapewne wyrzucony z samochodu do rowu. W kieszeniach znaleziono pociski kal. 38 mm oraz pęk kluczy, które według policji mogły być wytrychami do zamków. Jak się zdaje, z ubrania usunięto wszelkie znaki szczególne i ciało zidentyfikowano dopiero parę godzin później dzięki odciskom palców. Z tego samego artykułu dowiadujemy się również, że Policja hrabstwa Macombe, która zidentyfikowała Tylczaka po jego odciskach palców, uważa że był on jednym z ludzi biorących udział w zabójstwie dr. Juliusa C. Harrisa, dentysty z Detroit, który zginął w kasynie sobotni wieczór, czyli trzy dni wcześniej.

Niedługo później Sudomier, którego proces o zabójstwo Burke'a nadal trwał, ale oskarżony wpłacił kaucję w wysokości 10 tys. dolarów i odpowiadał z wolnej stopy - zgłosił się na policję i powiedział, że jest spłukany, więc chętnie pomoże w sprawie rozwikłania zagadki zabójstwa Tylczaka. Ale nic nie wskazuje, żeby ją rozwikłano. 

Możliwości są różne: zemsta samego Sudomiera, który chciał unieszkodliwić zbiegłego świadka; pozbycie się przez kolegów niewygodnego, intensywnie poszukiwanego przez policję przestępcy; porachunki o pieniądze zrabowane dentyście w kasynie pomiędzy jego zabójcami; wreszcie: ogólny zmierzch Purpurowego Gangu i dobijanie jego resztek przez Włochów. Tak czy owak, Tylczak przeżył życie krótkie i awanturnicze - w chwili śmierci liczył zaledwie dwadzieścia sześć lat i nie miał pojęcia, że za parę lat stanie się jednym z przykładów szkodliwości marihuany.

Za: "Echo" 20 XI 1933, „Ludington Daily News”, 28 XI 1933; „Ironwood Daily Globe” 9 VI, 14 VII, 23 VIII, 13 XII 1932, reefermadnessmuseum.org, album policyjny

niedziela, 10 stycznia 2016

Jak kradziono samochody w międzywojniu?

Dość efektowny, dynamiczny kolaż z kierownicą i szczerzącymi się maskami automobilów stanowił ilustrację do artykułu o złodziejskich metodach z lat 30. XX wieku. Liczba samochodów w Europie rosła - i na sile przybierały też zwiazane nimi przestępstwa, począwszy od przestępstw drogowych, przez ubezpieczeniowe, a na pospolitych - i niepospolitych - kradzieżach kończąc.


Nic dziwnego, że sensacyjny materiał reklamowany w głównym dzienniku koncernu IKC, czyli Ilustrowanym Kurierze Codziennym, taką oto zapowiedzią:



W roku 1927 w USA było ponad 22 mln samochodów, w Wielkiej Brytanii prawie milion, niewiele mniej we Francji (901 tys.) i Kanadzie (820 tys.); potem kolejna przepaść w rubrykach: w Australii 361 tys., w Niemczech 318 tys. Polska, z 16,5 tys. samochodów, zajmowała 36 pozycję w statystykach. Dziesięć lat później, w 1937 roku, w Polsce aut było już 42 tys., a rok później, w 1938 - 51 tys. Samochód nie stawał się może, jak w USA, dobrem dostępnym klasie średniej, z pewnością jednak się popularyzował, choć nierównomiernie - w Warszawie jeden automobil przypadał na 139 mieszkańców, w województwie Tarnopolskim - na 5322...

Nic dziwnego, że wraz z rosnącą liczbą samochodów i malejącą koni, coraz mniej było koniokradów, a coraz więcej złodziei samochodów. Nic też dziwnego, że obok zwyczajnych łapserdaków, rzucających się na byle taksówkę (jak w przypadku nastoletnich Brudnego i Kaweckiego), działały wyspecjalizowane grupy przestępcze, które zajmowały się tylko łupami najdroższymi. I stosowały pomysłowe sposoby - zarówno w Stanach, jak i w Europie.

Kradzież musiała być - pomimo stosowanych alarmów - stosunkowo nietrudna, skoro w roku 1930, jak podaje "Tajny Detektyw", skradziono w Niemczech 350 tys. aut, a zaledwie rok wcześniej wszystkich samochodów było tam 433 tys., czyli statystycznie w roku kradziono niemal każdy pojazd, równocześnie jednak miażdżącą większość łupów odzyskiwano; były to chyba raczej wybryki chuligańskie - kradzież, by przejechać się kawałek, która kończyła się kraksą lub wyczerpaniem benzyny w baku...






Cóż, jak widać, historie o polskich złodziejach niemieckich samochodów to dopiero pieśń przyszłości. W latach 30. Niemcy zorganizowali własne przedsiębiorstwo kradzieży automobilowych i prowadzili je z imponującą wprost solidnością...

Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931, IKC z 4 IV 1931.

piątek, 7 września 2012

Dziewięcioro tancerzątek - vol. I: dwie Polki i "Kiki"

Florenz Ziegfeld, syn imigrantów z Belgii i Niemiec, pomagał nieudolnemu tatusiowi w prowadzeniu nocnego klubu "Trocadero" w Chicago. I tak mu pomagał udolnie, że, stopniowo rozwijając interes, stworzył w końcu słynne "Ziegfeld Follies", które przez ćwierć wieku (1907-1932) były szczytem amerykańskiej rozrywki popularnej. Follies - jak sama nazwa wskazuje - nawiązywały do starszych o parę dekad paryskich Follies Bergere i były po prostu wystawnymi rewiami, z mnóstwem wspaniałych kostiumów, i rekwizytów oraz - przede wszystkim - pięknych młodych kobiet. Które, jak to często bywa, kiepsko kończyły.

U szczytu kariery, w 1927 roku, Ziegfeld kosztem 2,6 mln ówczesnych dolarów (czyli jakichś 30 mln  dolarów dzisiejszych) wzniósł w Nowym Jorku, pomiędzy 54 a 55 Zachodnią, przy Szóstej Alei, słynny Teatr Ziegfelda. Pieniądze pochodziły od Williama Randolpha Hearsta, wszechmocnego magnata prasowego, który zresztą przejął teatr po śmierci impresaria. Zburzenie budowli w 1966 roku, wraz ze zniszczeniem legendarnej Penn Station, doprowadziło do akcji ratowania zabytków w Nowym Jorku i przyczyniło się do zarzucenia metod burzymurka Roberta Mosesa.

Wnętrze budowli (projektu Josepha Urbana, który od 1915 roku tworzył też większość scenografii do rewii) wypełniało 1600 miejsc i wielki fresk "Radość życia" pędzla uczennicy Urbana, Lillian Gaertner; w kontraście do wielobarwnego malowidła scena była jednolicie złota. 

To tu - a wcześniej na innych scenach - Ziegfeld pokazywał rewie do muzyki takich gigantów rozrywki jak Berlin czy Gershwin, "żywe obrazy" i girlsy maszerujące po obowiązkowych schodach..

Żoną - lub, wedle innych źródeł - wieloletnią konkubiną Ziegfelda była warszawianka, Helena (znana bardziej jako Anna) Held. Jej rodzina uciekła z zaboru rosyjskiego po słynnym pogromie warszawskim w 1881 roku. Jako że rodzice niespecjalnie sobie radzili za oceanem (warsztat rękawiczniczy ojca splajtował), Anna zaczęła ich wspomagać, pracując najpierw w fabryce, a potem grając w żydowskich teatrzykach, skąd dzięki seksapilowi trafiła na wielkie sceny rewiowe (w międzyczasie poślubiła urugwajskiego playboya, z którym miała córeczkę), stamtąd zaś do Ziegfelda. Poznali się w Londynie, nawiązali romans, po czym Ziegfeld namówił ją do powrotu do Nowego Jorku i zorganizował wielką kampanię prasową (łącznie z wzmiankami o kąpielach w mleku) dzięki której Held została gwiazdą pierwszej wielkości, święcącą sukcesy na Broadwayu. To właśnie ona zaproponowała swojemu (doszłemu lub niedoszłemu) drugiemu mężowi, żeby zorganizował "Follies" na wzór paryski. Niestety, niedługo miała się cieszyć prosperity Ziegfelda: niebawem zaszła z nim w ciążę, poroniła, po czym została przezeń porzucona na rzecz najpierw Lilliane Lorraine, a potem Billie Burke, którą ostatecznie poślubił w 1914 roku. Biedna, załamana Anna zabrała się za patriotyczne występy dla żołnierzy na frontach Wielkiej Wojny, ale nigdy już nie wróciła do formy - jeszcze przed zakończeniem wojny zemdlała na scenie w trakcie ostatniego, jak się okazało, występu. Zmarła pół roku później, przyczyną śmierci był szpiczak mnogi (rodzaj nowotworu układu krwiotwórczego).

Inną sławną Polką w zespole Ziegfelda była krakowianka, Marianna Michalska, znana jako Gilda Gray (sportretowana później przez Ritę Hayworth w legendarnej "Gildzie") - to ona była ponoć wynalazczynią "shimmy". Wedle anegdoty zapomniała kiedyś słów amerykańskiego hymnu, więc by pokryć zmieszanie, zaczęła trząść ramionami i biustem. Zapytana, co robi, powiedziała z silnym polskim akcentem: "I'm just shaking my chemise" (w wolnym przekładzie: tak se tylko trzęsę dekoltem) i z owego "chemise" wzięło się słowo "shimmy". Jak niemal wszyscy straciła oszczędności w Wielkim Kryzysie, ale, pomimo borykania się z biedą, w trakcie II wojny zbierała występami pieniądze dla Polski. Wspomagała kraj aż do śmierci w 1959 roku. Specjalnie dla Państwa nieśmiertelne "Shimmy Szuja" - w którym przegląda się może dość paskudny charakter Ziegfelda - oczywiście w wykonaniu boskiej Kwiatkowskiej (która w "Hallo, Szpicbródka" odgrywała też emerytowaną girlsę Makosię i wymachiwała "Nogami, nogami, nogami" w wieku lat 66!).
*

"Tajny" pisał chętnie o wszystkim, co związane z "ładną buzią i nózią", bo przedmiotowe traktowanie kobiet było, jak to w tej epoce, miłe jego redaktorskiemu sercu. Widać to już na początku artykułu, gdzie w krótkim rysie historycznym pokazuje to, co PRLowski konferansjer turnieju Miss Polonia (1983? 1984?) określił lakonicznymi słowy: "Trudno jest wyrazić, jak ważna jest kobieta w życiu człowieka". Pretekstem - cienkim, rzec trzeba - dla publikacji o dziewczynach z rewii (publikacji prawdopodobnie zresztą spiraconej z prasy amerykańskiej) było zastrzelenie (18 grudnia 1931) gangstera Jacka Diamonda, którego kochanką (jedną z wielu) była girlsa od Ziegfelda, niejaka "Kiki" (jak donosiła z przejęciem amerykańska prasa, Diamond "poszedł prosto ze schadzki z Roberts na schadzkę ze śmiercią"):


Cały artykuł i wiadomości o reszcie dziewcząt już wkrótce, dziś tylko dzieje owej rudowłosej Marion "Kiki" Roberts. Była ponoć pierwszą z dziewczyn, które Harpo Marx gonił po scenie w skeczach słynnych braci Marx, potem jednak jej kariera rozwinęła się zgoła inaczej - została kochanką słynnego gangstera. 11 października 1930 roku dzwonek telefonu obudził ją u boku Diamonda w nowojorskim hotelu Monticello. Z recepcji dzwonili dwaj panowie, którzy chcieli się spotkać z Jackiem. Marion poszła posłusznie do łazienki, napuściła wody do wanny, i ledwie zaczęła się kąpać, usłyszała strzały - po chwili do łazienki wsunął się pokrwawiony Diamond (ranny w czoło i trzykrotnie w klatkę piersiową, a potem jeszcze skopany - prześwietlenie wykazało złamanie dwóch żeber) i kazał jej się w tej chwili zmywać z pokoju. Co też uczyniła. 

Życie gangsterskie musiało jej się jednak spodobać: w 1931, czyli jeszcze przed śmiercią Diamonda, sama stanęła na czele małego gangu - była zamieszana w porwanie i torturowanie dwóch kierowców ciężarówek oraz w napad na sklepik w Middleton w stanie Connecticut. Zrabowała stamtąd całą kasę oraz banjo i ukulele - instrumenty, na których grywała na scenie w czasach Ziegfelda. 

Kiki z ok. 1931 roku.

Kiki - niestety bez banjo.



Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2 (24 I 1932)