Skoro już było ostatnio o szarży wałkiem na atakującą policję, tym razem wzmianka o szarży na atakujących bandytów. "Tajny Detektyw" przy okazji pokazuje nam, co mówi (i jak wygląda!) "klasyczny świadek napadu", choć na czym polega jego klasyczność - prócz przedwojennej stylówki - trudno orzec.
Sytuacja bowiem - nawet w słynącej z napadów międzywojennej Polsce - nie była chyba klasyczna; trudno sobie wyobrazić, by do standardów należała szarża z zardzewiałą szablą (pałętającą się, najwyraźniej, gdzieś w obejściu) na "gromadę rozwydrzonych parobczaków, wiedzionych żądzą zemsty [która] wpadła by mordować i niszczyć". Nocna obrona, przedarcie się do ojczyma wśród ciosów rozdawanych tępym orężem, w końcu i oręża tego złamanie - wszystko to jest spóźnionym Sienkiewiczem, Gombrowiczowską farsą na tematy narodowe, mającą wszakże i drugie, tragiczne dno.
Przypomina mi to opowieść ś.p. Babci mojego chłopaka o pułkowniczku. Pułkowniczek - nazywany tak z racji bycia oficerem kawalerii i, zarazem, z racji niskiego wzrostu - był typowym przedstawicielem powojennej polonii w Londynie: przeszedł - by użyć wyświechtanego zwrotu - szlak bojowy, po czym osiadł w Anglii i dożywał tam swoich dni. Za wojenny żołd kupił piętrowy domek w Clapham: sam mieszkał na piętrze, parter wynajmował, między innymi matce rzeczonej Babci.
Był pułkowniczek osobą przemiłą i dowcipną, nie stronił też, jak na oficera przystało, od alkoholu i dobrej zabawy. Raz na jakiś czas na pięterko w Clapham przychodzili koledzy z wojska, wspominali, pili, podśpiewywali, a na sam koniec siadali okrakiem na krzesłach i dokonywali szarży kawaleryjskiej przez całą długość pułkowniczkowego salonu. W czasie takiej właśnie szarży pułkowniczek razu pewnego złapał się za serce, spadł z krzesła i skonał. Zważywszy na jego przywiązanie do tradycji - a także na poczucie humoru - z pewnością uśmiałby się z tego i orzekłby, że trudno sobie wyobrazić śmierć piękniejszą.
Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

