Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stręczycielstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stręczycielstwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 grudnia 2013

Pedofilski skandal w międzywojennym Poznaniu vol. III

Proces Piekuckiego przykuwał uwagę całego Poznania, a może i Polski; na wyrok czekano z dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że Piekucki, czując oparcie w kręgach decydenckich, do końca się odgrażał. Rzekomo padł ofiarą spisku i w listach do prasy do ostatniej chwili groził "oszczercom", że pociągnie ich do odpowiedzialności.







Jak widać, z czterech panów z towarzystwa na bezwzględne, półtoraroczne więzienie skazano tylko dwóch, w tym Piekuckiego; pozostali dostali karę w zawiasach. Co innego stręczycielki - największy wyrok w całej sprawie pedofilów dostała Genzlerowa. Nie żebym jej jakoś żałował - była to dość antypatyczna osóbka, która skrzywdziła mnóstwo niewinnych dziewczyn; Kamil Janicki tak relacjonuje jej sposoby na pozyskanie "świeżych towarów": 

Razem z kilkuletnią córeczką przemierzała miejskie parki i zapuszczała się w okolice szkół, gdzie zaczepiała ładne, nastoletnie dziewczęta. Na różne sposoby skłaniała je do wizyty w umówionym miejscu: przekupywała cukierkami, obiecywała sukienki i drobne prezenty, mamiła wizją pracy opiekunki do dziecka. Niczego nie podejrzewające ofiary były następnie upijane lub narkotyzowane. Trafiały w łapy członka szajki odpowiedzialnego za przygotowanie zdjęć pornograficznych (i będącego jednocześnie pracownikiem jednego z bardziej szanowanych atelier fotograficznych w mieście), a w końcu do klientów. Wszystko działo się niemalże na oczach miasta: w lokalach przy głównych ulicach, często na parterze. Przechodnie nie zwracali jednak uwagi na krzyki wykorzystywanych dziewcząt, woleli przejść nad tym do porządku dziennego. Na koniec Genzlerowa zastraszała dzieci, tak by nikomu nie zdradziły swojego losu i faktu istnienia szajki. Po tym wszystkim jak gdyby nigdy nic wracała do domu, do męża. W całym swoim haniebnym procederze kierowała się tylko jedną zasadą – kończyła zawsze przed godziną 17, tak by zdążyć przygotować obiad przed tym jak mąż przyjdzie z pracy.

Ale nie dobrem dzieci kierował się chyba sąd, kiedy Genzlerową skazał najsurowiej z całej szajki, a tym, że była nikim: nie miała politycznych wpływów, była niezamożną kobietą, za którą nikt ważny się nie wstawił, nie wykonał koniecznych telefonów, nie zagadał sędziego na przyjęciu, że "doprawdy, nie godzi się... były może jakieś niemiłe sprawki, no ale jak to, Piekuckiego, bohatera... nie, nie godzi się, panie sędzio kochany." Sędziowie, jak zwraca uwagę Janicki, byli częścią tej samej grupy społecznej, poznańskiego establishmentu, więc był chroniony - co zresztą przypomina nam tak głośną ostatnio sprawę Krolloppa i radnych miejskich, którzy utajnili obrady, na których wyszło, że Krollopp wykorzystuje seksualnie nieletnich chórzystów. Pewne rzeczy, jak widać, w Wielkopolsce się nie zmieniły od ośmiu dekad... Na plus należy Poznaniowi oddać, że Piekucki dostał półtora roku, a Krollopp aż osiem (zmniejszone później do sześciu). Czyli jakiś postęp jest.


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok II, 21 VIII 1932, wywiad z Kamilem Janickim

sobota, 23 listopada 2013

Pedofilski skandal w międzywojennym Poznaniu vol. II

W pół roku po pierwszej publikacji "Tajny Detektyw" pisał już wołami: "SPRAWA PIEKUCKIEGO", choć przecież uwikłanych było w nią znacznie więcej osób. Na okładkę trafiła jednak niejaka Genzlerowa, poprzednio niemalże pominięta - choć  to właśnie od niej zaczęła się cała sprawa. Pedofile zostali trafieni rykoszetem. W jaki sposób wpadli?



Dalej widzimy misternym, całostronicowy fotomontaż, łączący dwie wielkopolskie sprawy: skandal pedofilski i tajemniczego kościotrupa, znalezionego pod Chodzieżą. Przewijający się w tekście Hałas pojawił się również poprzednio - zbrodnia, którą popełnił, była stosunkowo świeża i dobrze pamiętana przez poznaniaków.



A teraz poczytajmy sobie dokładnie, co też reporter ma do powiedzenia o Piekuckim, jego kompanach i o stręczycielkach:




Od pierwszego wybuchu skandalu minęło już cztery i pół miesiąca; być może w międzyczasie "Tajny" relacjonował przebieg sprawy - tego nie wiem, nie mam wszystkich numerów. Tak czy owak, Piekucki, Hirszberg i koledzy wpadli za sprawą zwykłej męskiej zazdrości Franciszka Genzlera, murarza. 

Z Genzlera był człowiek prosty i, zapewne, dobry - ale z żoną, Małgorzatą, jakoś mu się nie układało; dwójkę dzieci mu wprawdzie urodziła, ale zaczęła coraz częściej znikać z domu. Mamy zresztą lata kryzysu i niewykluczone, że cała rodzina biedowała, Genzlerowa zaś była - po mamusi - osóbką przedsiębiorczą. Problem tym, że swój biznesik trzymała w tajemnicy przed mężem, który zaczął podejrzewać, że żona "nie mając złota ni miedzi zarabia tym, na czym siedzi", innymi słowy - że się trudni, jak to drzewiej w Poznaniu mawiano, "kurewstwem pokątnem". A kiedy w mieszkaniu pojawiła się niejaka Mehringowa i zażądała od Genzlerowej 10 złotych "za pokój", Genzlera opanowała zazdrość dzika i udał się w te pędy na posterunek policji. Nie spodziewał się jednak, że to nie jego żona będzie główną oskarżoną w procesie.

Zaczęło się tak, że matka Małgorzaty, Maria Hermanowa, ze swoją znajomą Mehringową wynajmowała "eleganckim panom" pokoje na godziny. Ponieważ jednak apetyty panów były specyficzne i rosły w miarę jedzenia, panie rozszerzyły asortyment usług: nie tylko stręczyły małe dziewczynki, ale jeszcze do prac dodatkowych zgodziły dwie względnie młode kobiety: Małgorzatę właśnie i niejaką Helenę Stróżyk. W policyjnej akcji wpadły wszystkie - i od razu trafiły do szpitala na oddział chorób wenerycznych. W przeszukanych mieszkaniach natrafiono zaś na wspomniany już zbiór 150 zdjęć nagich dziewczynek, często w niedwuznacznych pozach z oskarżonymi.

Proces toczył się wprawdzie przy drzwiach zamkniętych, ale dziś wiemy nieco więcej: dziewczynki zeznały, że "pracowały" nie tylko w mieszkaniach Mehringowej i Hermanowej, ale i u Piekuckiego i jego kolegów. Przynajmniej raz "Genzlerowa mając stosunek z jednym z oskarżonych zawołała [dziewczynkę] specjalnie i kazała się jej przypatrywać". Wszyscy też robili im zdjęcia - Andrzejewski przyznał, że w tym czasie całował i głaskał dzieci, ale generalnie wszyscy oskarżeni starali się z całych sił umniejszyć swoją winę. Jak się zdaje, mieli nadzieję na wyrok uniewinniający. Ale o wyroku - w następnym, ostatnim już odcinku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok II, 14 VIII 1932, wywiad z Kamilem Janickim