Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/35. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/35. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Dziesięć okładek

W środku roku 1933 redaktorzy "Tajnego Detektywa", korzystając zapewne z popularności pisma, a może chcąc jeszcze ją zwiększyć, postanowili zainwestować w kolorowe okładki; w niektórych numerach pojawiały się również barwne materiały na wewnętrznej wkładce. Uległo także zmianie logo - z poziomego na okrągłe. Autorem fotomontaży, które zdobiły niekiedy okładkę, był najprawdopodobniej główny grafik pisma, czyli Janusz Maria Brzeski.












Za: "Tajny Detektyw", 1934

niedziela, 10 lutego 2013

Z czyścioszkiem na policję

Higienę cenimy i pochwalamy - jednakże jeśli ktoś raptem miesiąc po powodzi zajeżdża parukonną bryczką, wchodzi do sklepu i żąda pół kilograma mydła, to - jak mówi klasyk homiletyki polskiej, ks. Natanek - wiedz, że coś się dzieje. Kupiec Konigsberg wiedział. I zadziałał.



Powódź, o której wspomina mimochodem tekst, miała miejsce w lipcu 1934 roku i zapisała się w historii jako jedną z największych klęsk żywiołowych międzywojnia. Pod pewnymi względami podobna była do pamiętnej powodzi z roku 1997: przydarzyła się w lipcu,  pociągnęła za sobą podobną liczbę ofiar (55, o jedną mniej niż ta nam znana), ale zalała znacznie mniejszą powierzchnię (126 tys. hektarów, a nie 666 tys.), a także zniszczyła mniej mostów (78 a nie 4000) i dróg (167 km, a nie 14,4 tys. km). Skromniejsza niż "powódź tysiąclecia", potrafiła jednak opóźnić o parę miesięcy koronację cudownego obrazu Matki Boskiej Bocheńskiej i do tego stopnia osłabić jarmark w Wieliczce, że kupiec Konigsberg uważniej przyjrzał się dziesięciozłotówce, sfałszowanej przez złotnika Węglarza. W ten sposób do ofiar powodzi (na szczęście nie śmiertelnych) dołączyła jeszcze "obładowana rulonami dziesięciozłotówek" szajka i nieszczęsna, wzięta w krzyżowy ogień pytań służąca Trybułówna.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

piątek, 8 lutego 2013

Miecze katowskie, czyli coś tu brzęczy

Kara śmierci była stosowana w Europie - na całym świecie zresztą - od niepamiętnych czasów i wszędzie budziła zarazem grozę i fascynację, co prowadziło do umagicznienia kata, narzędzia egzekucji, szafotu, słowem: właściwie wszystkiego, co dotyczyło całego tego złożonego aktu. Przesądy sprawiały, że ludzie rzucali się na szafot by zdobyć pokrwawiony piasek lub kawałek stryczka, przez co ginęli, tratując się nawzajem lub w katastrofie budowlanej, pod belkami walącego się podium. Osobne przesądy dotyczyły również katowskich mieczy. 






Po pierwsze dodajmy, że Carolina przewidywała nie tylko wieszanie (karę dla chłopów; szlachtę ścinano), ale jeszcze ćwiartowanie (za zdradę kraju), palenie, topienie (to dla kobiet), pogrzebanie żywcem i łamanie kołem (za morderstwo), ponadto kara śmierci mogła być wykonana w wymiarze zaostrzonym (szarpanie ciała rozgrzanymi szczypcami i wleczenie koniem na miejsce egzekucji).

Po drugie: o ile we wcześniejszym średniowieczu ścinano zwykłym mieczem bojowym, przedmiotem, w jakimś sensie, codziennego użytku, o tyle z czasem, w miarę jak miecz został wyparty z placu boju, zaczęto wykonywać specjalne miecze katowskie, szczegółowo opisane w przepisach cechowych (czeladnik cechu mieczniczego w ramach majstersztyku, czyli "sztuki mistrzowskiej", musiał wykonać zarówno miecz bojowy, jak i katowski, który miał obowiązek przekazać miastu na jego potrzeby). Były one oburęczne, miały krótki, prosty jelec i często (zwłaszcza w krajach niemieckich) kończyły się tępo, a nie szpicem; na ich głowniach grawerowano niekiedy ozdobne napisy, sławiące sprawiedliwość i porządek, a także wizerunki atrybutów katowskich. Miecz taki był szerszy i cięższy - nie musiał wszak sprawdzać się w boju, natomiast zwiększona waga sprawiała, że pierwsze cięcie miało większe szanse być cięciem ostatnim - kat, który uderzał kilkakrotnie (co zdarzało się, niestety, dość często), płacił za to karę, którą odciągano mu z wynagrodzenia (niekiedy kaci argumentowali, że nieudane cięcia są spowodowane przez czary). Czasem w klindze umieszczano specjalne otwory, działające jak gwizdki - skazany słyszał świst i odruchowo napinał mięśnie szyi, co ułatwiało ich przecięcie. Warto dodać, że w przeciwieństwie do ścinania toporem pień był zbędny - mieczem ścinało się (i nadal ścina, jeśli przyjrzeć się fotografiom japońskich egzekucji z czasów II wojny światowej czy współczesnych w świecie arabskim) skazańca klęczącego; jeśli spodziewano się gwałtownego oporu, więźnia przywiązywano do krzesła i ścinano na siedząco.

Jak długo stosowano miecze katowskie? Próby zniesienia kary śmierci zdarzały się już dawno (w VIII wieku wpadł na taki pomysł jeden z chińskich cesarzy, ale pary mu wystarczyło raptem na 12 lat), jednak za pierwszą nowożytną abolicję przyjmuje się reformę Piotra Leopolda (późniejszego cesarza Leopolda II Habsburga). To on w roku 1786 po kilkunastu latach faktycznego moratorium nadał Wielkiemu Księstwu Toskanii nowy kodeks karny, w którym kara śmierci po prostu nie figurowała. Ale istniała przecież w innych krajach i wykonywano ją różnymi metodami. Ostatnim europejskim skazańcem, który faktycznie za swoje czyny "położył głowę" pod miecz, był najpewniej Szwajcar - źródła podają nazwiska Niklausa Emmeneggera (Lucerna, 6 czerwca 1867) i Heliego Freymonda (Vaud, 11 stycznia 1868), który otruł arszenikiem swoją brzemienną żonę. Miecz wychodził z użycia - od ponad trzydziestu lat w Szwajcarii praktykowano też ścięcie gilotyną (wiele kantonów dawało skazanym prawo wyboru narzędzia), która działała do roku 1940 (18 października w więzieniu w Sarnen - Hans Vollenweider, specjalizujący się w napadach na banki, który zastrzelił kierowcę, strażnika i listonosza). Gilotyny używano również w jej ojczyźnie Francji (do 1977 roku, ostatnia publiczna egzekucja w 1939), w Niemczech (za cesarstwa, za Republiki Weimarskiej, za Hitlera i jeszcze po wojnie - ostatnim ściętym był esesman Horst Fischer, "lekarz" w obozach koncentracyjnych), w Szwecji (raz tylko - w 1910). W ostatnich dwóch państwach wyparła ona, z powodów PR-owych, katowski topór, który kojarzył się ze średniowieczną ciemnotą i zacofaniem.



Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Kompromitacja roku! (1938-go, w Budapeszcie)

Przykra sprawa: był fachowiec, zaufany, znany z dobrej pracy, ceniony - i nagle: nie ma fachowca. Brzydka plotka okazuje się prawdziwa, pozostaje wrażenie niesmaku. Lekarz-łapówkarz? Samorządowiec-gwałciciel? Nie, kat z przeszłością w zgoła innym zawodzie.



Kovacs Janos stracił pracę i odszedł w niesławie. Ale historia ma ciekawy ciąg dalszy - czy może nie tyle ciąg, a jedynie historyczny zbieg okoliczności, bo nazwisko Kovacs, czyli Kowalski, Schmidt, Smith, jest faktycznie bardzo popularne. Otóż po wojnie katem komunistycznego reżimu był niejaki Bogar Janos - człowiek, który przyjął nazwisko innego Bogara, kata z czasów wojennych, wysługującego się prohitlerowskiemu reżimowi Horthy'ego. A ów Bogar nr 2, który wieszał m.in. generała Jany Gusztava, premiera Imredy Bela czy Szalasi Ferenca, przywódcę strzałokrzyżowców, to nie kto inny, jak Kovacs Janos. Czy ten sam? Chyba nie. Ale byłby to ciekawy - acz nie tak rzadki w państwach komunistycznych tuż po zakończeniu II wojny światowej - przypadek wypływania na powierzchnię dawno zapomnianych łotrów.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

niedziela, 30 grudnia 2012

Bandycki fason Płoskonia czyli fatum nad Rzeszowem

Na tylnej okładce "Tajnego" taki oto sielski obrazek: wieś, karczma, wózek konny, auto i "urlopowany bandyta Płoskoń". Czemu "urlopowany"? Ha, nie wierzcie Państwo tym, którzy wygadują, że wprawdzie dziś sądy są pobłażliwe i naiwnie puszczają bandytów na przepustki, a kiedyś tego nie było. Otóż: było, a historia Płoskonia najlepszym dowodem.



Jak trzeźwo zauważył korespondent, czterech lat nie daje sąd za zasługi obywatelskie; Płoskoń był bandziorem zaprawionym w bojach, umiejętnym, hardym, bezczelnym i w dodatku grabił kogo się dało: księży i cerkwie,  kolekcjonerów i nauczycieli, Polaków i Żydów. Jednak, co ciekawe, swoje ofiary terroryzował nie tylko bronią, ale i złowrogą sławą. Tyle tylko, że nie własną. Światłem odbitym.

Płoskoń był doświadczony, ale nie był dość glamour. Glamour byli wówczas na Podkarpaciu dwaj inni bandyccy hersztowie, działający zresztą wspólnie, przy których boku Płoskoń był tylko pomagierem: Byk i Maczuga. Żeby było zabawniej, nie były to ich pseudonimy, ale najprawdziwsze nazwiska: Antoni Byk i Władysław Maczuga nie przebierali w środkach, nie wzdragali się przed mordem, zwłaszcza z użyciem swojskiej siekiery, którą zarąbali m.in. posła Kawalca i zwrotniczego Szczepana (to robota Byka) oraz kanonika Chmurowicza (to Maczuga z kolegami). Potem były i kolejne ofiary: trzyosobowa rodzina Herzbergów z Błażowej, kierownik szkoły w Drohobyczu, nauczycielka. Działalność Byka i Maczugi siała grozę - ale i budziła opór; władze wyznaczyły za ich ujęcie wysoką nagrodę i już niebawem, w lipcu 1934 roku, Byk został zastrzelony w policyjnej zasadzce. Maczuga wymknął się, ale, osaczony, stopniowo tracił siły. Wreszcie wpadł w obławie - policja znalazła go, bezbronnego, skulonego w kryjówce: jamie pod psią budą w zaprzyjaźnionym gospodarstwie. Skazany na karę śmierci, próbował ucieczki z rzeszowskiego więzienia w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1934 roku - udało mu się nawet przekroczyć więzienne bramy, ale zaklinował się w piwnicznym okienku i wtedy dosięgły go kule strażników. Przewieziony do szpitala, konał jeszcze parę dni, aż zmarł 7 stycznia. Zapytany przez sędziego, czemu uciekał, powiedział, że nie chciał skończyć na szubienicy. Sytuacja, jak to dzisiaj się niekiedy mawia, "była dynamiczna", i to właśnie dlatego Płoskoń z kolegami pierwszego lipca wołał jeszcze "Byk i Maczuga do was przyszli", a w sierpniu wspominał tylko o Maczudze. Tak czy owak, przyjrzyjmy się temu "The Rake's Progress":






Jakie były dalsze losy pozostałych postaci? Franciszek Rąb przeżył wprawdzie napad Maczugi i Płoskonia, ale niecałą dekadę później zginął z rąk innych bandytów: aresztowany przez gestapo, zmarł w obozie koncentracyjnym w Oranienburgu. Ks. Andrzej Rąb przeżył wojnę i był proboszczem przynajmniej do 1957 roku (przy okazji proszę zerknąć na osobliwą fotografię: ks. Rąb czyta w IKC-u o napadzie na własną plebanię, co opisuje i pokazuje "Tajny Detektyw", dodatek do IKCu, zwalczany zresztą gorliwie przez Kościół; cóż za zapętlona narracja na tej fotce!). Wedle niektórych źródeł szajka - w tym Płoskoń - została schwytana jeszcze w wieczór napadu (poza Maczugą, który zbiegł i został zaaresztowany dopiero w skrytce pod psią budą) przez policję zaalarmowaną przez ks. Rąba. Endeckie "Słowo Pomorskie" z 4 września 1934 podało serceszczypatielną nowelkę o nawróceniu, która brzmi jak wyimek z hagiografii, nie brałbym jej zatem zbyt poważnie:



Co działo się z Płoskoniem dalej? Nie wiem. Ale mogę się spodziewać. Zastanowiły mnie bowiem wszystkie te sceny przesadne, cały ten teatr dookoła napadu: żądanie wina, harce, picie koniaku na rozkaz, janosikowe zgrywanie się na panisko, co biednego wspomoże. Na ile Płoskoń miał taki "bandycki fason", a na ile był to fason wyobrażony, który po prostu krążył w opowieściach i trafiał w końcu do artykułów? Trudno orzec, ale szczegółów tutaj tyle, że skłaniałbym się raczej ku wierze w doniesienia "Tajnego Detektywa". Teatralność i brawura Płoskonia - w trakcie napadu na ks. Rąba nie zasłaniał twarzy - wynikała bowiem z czego innego jeszcze. Wbrew kpinom, którymi usiany jest cały artykuł, był faktycznie ciężko chory. Miał zaawansowaną gruźlicę i wiedział, że tak czy siak długo nie pożyje.



Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

sobota, 29 grudnia 2012

Konie mechaniczne czyli jak kraść samochody

Kiedy w roku 1934 polski dziennikarz (o rozkosznym pseudonimie "pan Teon") miał napisać o złodziejach samochodów, musiał się odwołać do elementu wyobraźni wspólnej: wiejskich koniokradów, którzy przemalowywali konie (!) i sprzedawali je na targu.



Osiemdziesiąt lat temu to, co dziś znamy dobrze - nie tylko rejestrację, ale i wybijane na częściach numery seryjne - należało jeszcze do przyszłości.  Sposoby zabezpieczania przed kradzieżą były osobliwe, nie bardziej jednak niż złodziejskie tricki i tłumaczenia. Czemu? Samochód był chyba po części dobrem anonimowym. Nie tak doskonale anonimowym jak moneta, ale jednak. Zmieniano nie tylko kolor i koła ale - rzecz interesująca - markę ("znak fabryczny" umieszczony na chłodnicy); wprawdzie produkcję pierwszego seryjnie wytwarzanego auta, czyli Forda T, rozpoczęto trzydzieści lat wcześniej, większość marek była najwyraźniej słabo rozpoznawalna. Złoty wiek motoryzacji dopiero się rozpoczynał.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

piątek, 28 grudnia 2012

Z miłości do wierszówki

Jak może Państwo pamiętają, "Tajny Detektyw" wzorował się na francuskim piśmie, wydawanym przez Gallimarda, i często przedrukowywał teksty powstające nad Sekwaną; "nasz paryski korespondent" (w przeciwieństwie do "naszego korespondenta w Równem") był całkowicie zmyślony. Więcej, niekiedy zmyślane były całe artykuły, kiedy bowiem w kronikach policyjnych wiało nudą, dziennikarze pracujący u Gallimarda produkowali pieprzne i krwawe historyjki na poczekaniu. Tak też było chyba w przypadku opowieści o "Czerwonej Rozynie".







Nie mam dowodu, że to zmyślenie, ale wszystko tutaj wygląda jak w kiepskiej, machniętej na kolanie powiastce kryminalnej. Stawiam dolary przeciw orzechom, że "Czerwona Rozyna", podobnie jak "Don Carlos", nigdy nie istniała poza wyobraźnią jej twórcy.

Scena to oczywiście nie prowincjonalne miasteczko, łatwiejsze do rozpoznania, ale anonimowy Paryż, w jakimś sensie (w sensie wyobrażeń czytelniczych) stolica Europy, dosmaczona jeszcze zdjęciami Nowego Jorku. Na okładce przystojniak (na ówczesne warunki) z wąsikiem - sztuk raz, bogacz (cylinder i frak) - sztuk raz, kobita - sztuk raz (z workiem na głowie). Na rozkładówce kolekcja niezwiązanych ze sobą zdjęć, z trudem dopiętych podpisami do opowiadanej historii. Jest Surete Generale z komisarzem Baroux (równie dobrze mógłby być Scotland Yard i inspektor Lestrade), jest tajemnicze morderstwo i tajemnicza kobieta w czerwieni (nawiasem mówiąc, wzięta z jakiegoś języka, gdzie włosy nie są rude, a, podobnie jak jej sukienka, czerwone). Ofiara ma operetkową ksywkę "Don Carlos", mieszka kątem u gospodyni, ale znana jest w całym półświatku paryskim i organizuje ogromne orgie w wynajmowanej klitce. Oczywiście uroda arystokratyczna, oczywiście potomek hiszpańskich grandów. "Czerwona Rozyna" jest famfatalą, skoro tylko wchodzi na scenę, trup się ściele gęsto. Ofiarna (bo zasłoniła kochanka własnym ciałem) i niszcząca zarazem, ruda (więc fałszywa), doprowadza do obłędu i śmierci francuskich hrabiów.

Jakiś redaktor inkasuje wierszówkę, jakaś kucharka czyta to w "Tajnym Detektywie" pod Kaliszem i mówi do drugiej: "Wciórności!".


PS: A skoro jesteśmy przy przeróbkach, to kawałek z prawdziwego Don Carlosa: Francuz pochodzenia sycylijskiego z Amerykaninem śpiewają po francusku włoską operę o hiszpańskim infancie pochodzenia austriackiego.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934


czwartek, 20 grudnia 2012

Pogodni skazańcy i nieudane wieszanie Gardnera

Dwaj weseli panowie na zdjęciu zasłynęli nie tylko muzykowaniem w celi śmierci, ale i tym, że stracili życie w okresie istotnym z punktu widzenia wykonywania wyroków w Arizonie. Czemu? Zapraszam do lektury.





George Shaugnessy, lat 19, faktycznie pożegnał się z życiem nie 16, ale 13 lipca 1934 roku. Był 71 skazańcem straconym w Arizonie od początku prowadzenia rejestru (pierwsza była, co ciekawe, kobieta, Dolores Moore, powieszona w 1865 roku, w dwa lata po ustanowieniu samej Arizony). Sąsiedni numer 72 na tej liście nosi Louis Douglas, zgodnie z planem pozbawiony życia ostatniego dnia sierpnia 1934 roku. I Shaughnessy, i Douglas zginęli w wyniku zagazowania - nowej metody wykonywania egzekucji, wprowadzonej w miejsce wieszania w Arizonie w lipcu (poprzedzili ich tylko dwaj młodzi bracia Hernandez). Jedynym wyjątkiem była śmierć Apacza Earla Gardnera, który w szale zamordował swoją żonę i małe dziecko (był zresztą recydywistą; odsiedział już wyrok za zabójstwo innego członka plemienia parę lat wcześniej). Gardner zażądał, by "rząd kupił kawał porządnego sznura i się z tym szybko uporał"; na wyraźne życzenie został zatem powieszony 12 lipca 1936 roku - jednak lecąc w dół zapadni, uderzył ramieniem o klapę szafotu  i wytracił część pędu, przez co konał potem powoli, dusząc się, przez dwadzieścia minut. Wreszcie jakiś litościwy człowiek chwycił go za nogi, uwiesił się na nim i tak pomógł mu dokonać żywota. Śmierć Gardnera była spektaklem tak odrażającym, że Kongres USA podjął specjalną uchwałę: odtąd egzekucje federalne mają być przeprowadzane w sposób przyjęty w danym stanie. 

W Arizonie gazowano aż do wprowadzenia moratorium (ostatnia egzekucja:  Manuel Silva, nr 104 na liście, marzec 1963). Karę śmierci przywrócono w roku 1976, ale pierwszą egzekucję przeprowadzono dopiero w kwietniu 1992 roku: śmierć Donalda Hardinga stwierdzono dopiero po 11 minutach w komorze, więc, podobnie jak w przypadku Gardnera, zmieniono metodę na bardziej "humanitarną" (cokolwiek miałoby to oznaczać w kontekście kary śmierci) i, z jednym wyjątkiem (Walter LaGrand, 3 marca 1999 roku) stosuje się śmiertelny zastrzyk, przyjęty obecnie we wszystkich stanach, stosujących karę śmierci. LaGrand był ostatnim jak dotąd zagazowanym skazańcem w USA, trzy lata wcześniej zorganizowano ostatnie wieszanie (William Bailey w stanie Delaware), natomiast dwa lata temu przeprowadzono ostatnie rozstrzelanie (Ronnie Lee Gardner, Utah, czerwiec 2010) i egzekucję na krześle elektrycznym (Paul Powell, Wirginia, marzec 2010). Ale to jeszcze może się zmienić: wprawdzie zastrzyk jest we wszystkich stanach metodą zasadniczą, skazaniec może jeszcze wybrać powieszenie w Waszyngtonie (w New Hampshire mogą za niego wybrać władze), rozstrzelanie w Oklahomie (czynione są też próby, by wprowadzić taką alternatywę na Florydzie; w Utah, gdzie rozstrzelano Ronniego Lee Gardnera, zniesiono tę metodę w roku 2004, ale nowe prawo nie działa wstecz, zatem czterej skazańcy znajdujący się w celach śmierci w momencie wprowadzenia tego przepisu, mogli byli wybrać śmierć przed plutonem egzekucyjnym; jeden z nich podjął taką decyzję, drugi zmarł z przyczyn naturalnych, dwaj jeszcze czekają na wykonanie wyroku) i wreszcie krzesło elektryczne - aż w czterech stanach południowych: w Alabamie, na Florydzie, Karolinie Południowej i w Wirginii. Można powiedzieć "do wyboru, do koloru"; zwłaszcza w Alabamie, która słynie z Yellow Mama, czyli "Żółtej Mamuśki", jedynego w USA krzesła elektrycznego pomalowanego na kolor słonecznej żółci. Więzień, który wykonał je w 1927 roku, posłużył się farbą przeznaczoną do malowania pasów na autostradach, dostarczoną przez miejscowy Stanowy Zakład Budowy Autostrad. 


A skoro już jesteśmy przy pogodnych barwach, brakuje tylko radosnej melodyjki. Przed Państwem Nat King Cole wyjątkowo - mimo okresu świątecznego - nie w repertuarze bożonarodzeniowym, a w ulubionej piosence dwóch panów z celi śmierci, "East side, west side" ("Sidewalks of New York").

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934

środa, 19 grudnia 2012

Zamordowany czterolatek czyli odgrzewany kotlet

"Tajny Detektyw" tym razem donosi o młodej dziewczynie, która zaszlachtowała czterolatka, a po paru latach przyznała się do zbrodni; dodaje, że "sprawa była głośna swego czasu" - nie dodaje jednak, że była głośna ponad siedem dekad wcześniej. Ekscytował się nią Dickens, czemu nie miał się nią ekscytować jakiś mieszkaniec Pomorza czy Pokucia w roku 1934? Poekscytujmy się i my. Zwłaszcza, że nic się tu nie zgadza.


"


W jedenaście lat po ukazaniu się tego numeru "Tajnego" w Anglii nakręcono złożony z pięciu nowelek horror "Dead of Night"; w jednej z nich młoda kobieta bawi się w chowanego w starym domu i napotyka przy tej okazji smutnego chłopczyka, który zwierza się jej, że siostra, Constance, źle go traktuje. Dziewczyna odprowadza go do pokoju i układa do snu, by dopiero później dowiedzieć się, że dziecko zostało osiemdziesiąt lat wcześniej zamordowane właśnie przez siostrę. Historia zatem była dość długo żywa. Podobnie jak sama Constance Kent, która zmarła dopiero w 1944 roku w wieku lat 100.

Panna Kent faktycznie w pięć lat po morderstwie przyznała się do zbrodni swojemu spowiednikowi, wielebnemu Wagnerowi, który skłonił ją do oddania się w ręce policji (przy okazji zresztą sam został wezwany przez śledczych i wymawiał się od zeznań tajemnicą spowiedzi, co wzbudziło ogromne spory, czy w  Kościele Anglikańskim istnieje taki, zaczerpnięty z katolicyzmu, koncept). Została skazana na karę śmierci, którą zmieniono jej na dożywocie. W rozmaitych więzieniach spędziła dwadzieścia lat, w wolnym czasie projektując i układając mozaiki o tematyce sakralnej dla angielskich kościołów:


Opuszczała mury więzienne jako 41-latka - czy obdarzona "niezwykłą urodą", jak twierdzi "Tajny Detektyw"? Cóż, piękne to, co się komu podoba, ale z pewnością nie jest to dziewoja z ilustracji w artykule:


Nic natomiast nie wiadomo, żeby Kent wyszła za mąż, tym bardziej za pastora. Owszem, z oczywistych przyczyn (sprawa była naprawdę słynna) zmieniła nazwisko na Ruth Emily Kaye i wyemigrowała do Australii, gdzie dołączyła do ukochanego brata, Williama. Została pielęgniarką i w tym zawodzie spełniała się jeszcze przez długie lata, odchodząc na emeryturę będąc hożą osiemdziesięcioośmiolatką.  

Jej proces od początku był śledzony z takim zaciekawieniem, jak w Polsce międzywojennej proces Gorgonowej; zginęło czteroletnie dziecko, ulubieniec rodziny, w dodatku w brutalny sposób (liczne rany od brzytwy, gardło poderżnięte tak bardzo, że głowa wisiała tylko na pasku skóry; ciało utopione w szambie pod wychodkiem). Żadnych dowodów, same poszlaki; policja szuka winnego lub winnej, to zatrzymuje, to wypuszcza podejrzanych. I nagle trafia się skruszona morderczyni. Ale czy rzeczywiście morderczynią była? Otóż od samego początku podejrzewano, że Constance przyjęła na siebie cudzą winę.

Kiedy matka Constance i Williama była ciężko chora, ba, umierająca, ich ojciec, Samuel, romansował z niańką, Mary Dewe Pratt, z którą pobrał się wkrótce po śmierci pierwszej żony. Ofiara mordu, mały Francis Kent, był najulubieńszym z gromadki małych dzieci Mary i Samuela, które ponoć były faworyzowane kosztem starszego, przyrodniego rodzeństwa. Istnieje możliwość, że zbrodnię, zemstę na całej "nowej rodzinie", popełnił William, ukochany brat Constance, która postanowiła go chronić za wszelką cenę. Częściej jednak podejrzewano, że to słynący z romansów stary Kent, Samuel, dostał ataku szału, kiedy dziecko przerwało mu stosunek z całkiem nową, młodą niańką. Constance do końca twierdziła, że uwielbiała swojego małego braciszka i do końca odmawiała wyjaśnień, z jakich przyczyn go zabiła. Dopiero na kilka tygodni przed śmiercią wezwała swoją siostrzenicę, której wyjawiła swoją prawdziwą tożsamość, dotąd ukrywaną przed młodszym pokoleniem rodziny, i złożyła jej ostateczne wyznanie - czy było to potwierdzenie winy, czy też wskazanie prawdziwego mordercy? Trudno powiedzieć. Siostrzenica nigdy nie zdradziła treści rozmowy, a Constance, umierając w roku 1944, była ostatnią z osób, które ponad osiem dekad wcześniej zamieszkiwały Road Hill House w Wiltshire.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

wtorek, 27 listopada 2012

Zubożali rumuńscy bogacze i zdeprawowana czternastolatka

W dziale "Ostatnie wiadomości" jak zwykle ciekawostki i pikantne szczególiki z życia Europy - tym razem w tonacji minorowej. Milionerzy ubożeją, ślepnące dziewczę wyłudza operację, a uwiedziona czternastolatka okazuje się wytrawną rozpustnicą.







Historie o dwóch dziewczynach są w sumie dość banalne. Jedna jest przedstawiona jako niewinna i uciśniona, "budząca w każdym litość", druga - jako godna pogardy puszczalska, choć dziś 14-latka z burzliwą przeszłością budzi raczej litość, a jeśli szuka się winy, to nie w niej, a tych, co do takiego stanu rzeczy dopuścili.

Ciekawszy jest kawałek o Jacquesie Menachemie Eliasie (1844-1923), o którym można się całkiem sporo dowiedzieć z rumuńskiej Wikipedii. Był on zamożnym przemysłowcem (cukrownikiem) i filantropem; na jego majątek składały się cukrownie i inne fabryki, banki, tysiące akrów ziemi, rozliczne budynki w Wiedniu, Berlinie, Rzymie i Paryżu, dwa hotele w Bukareszcie (Continental i Patria), kopalnie rtęci w Dalmacji i miliony w akcjach zagranicznych przedsiębiorstw. Mimo to wiódł bardzo skromne życie. 



Wprawdzie pochodził z rodziny sefardyjskich Żydów, a Żydzi do I wojny światowej nie mogli być obywatelami Rumunii (!), to jednak, jako doradca króla Karola I, mógł się cieszyć monarszą protekcją i w roku 1880 uzyskał obywatelstwo za specjalną zgodą parlamentu. Otrzymał też mnóstwo państwowych odznaczeń. W testamencie zostawił pieniądze Akademii Rumuńskiej (w roku 1993 został pośmiertnie jej członkiem), która miała przeznaczać je na szereg rozmaitych celów: budowę i utrzymanie istniejącego do dziś szpitala, budowę i utrzymanie szkół i stołówek szkolnych, nagrody i stypendia dla ubogich dzieci, finansowanie wydziału medycyny na Uniwersytecie Bukaresztańskim, legaty dla synagog i szkół rytu sefardyjskiego w Wiedniu i Bukareszcie. Na jego pogrzebie był obecny cały rząd rumuński.

W "Tajnym Detektywie" czytamy, że miał licznych krewnych, co nie do końca jest prawdą; był bezdzietnym kawalerem i miał w Wiedniu dwóch braci (to syn jednego z nich figuruje zapewne w artykule jako "siostrzeniec"). Niedługo po śmierci Eliasa przyszedł Wielki Kryzys, który doprowadził Eliasów wiedeńskich do zubożenia, a jeszcze później - Anschluss Austrii oraz dyktatura Antonescu w Rumunii. W styczniu 1941 roku w pogromie bukaresztańskim (kiedy to z ręki Żelaznej Gwardii zginęło 130 Żydów, w tym wielu z nich zamęczonych na śmierć w ciągnących się przez parę dni sesjach tortur) spalono również Synagogę Sefardyjską, rozbudowaną dzięki legatowi Eliasa:




Synowie jednego z bratanków (który pracował jako bankier w Bukareszcie, zatem nie chodzi chyba o tego, który wytoczył sprawę) przeżyli pogrom, ukończyli studia medyczne i mieszkali po wojnie w komunistycznej Rumunii. Pierwszy, w 1950 roku, wyrwał się stamtąd Jonas, w roku 1963 drugi, Marius (Elias). Jonas zmienił nazwisko na Elian i ponoć w roku 1960 brał udział w słynnym porwaniu przez Mosad Adolfa Eichmanna.

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Nalewka truskawkowa i strzały w cukierni

Odkąd zabrałem się do robienia nalewek, rok upływa mi takimi kolejami: w maju sosnowe pędy, w czerwcu kwiaty bzu, w lipcu i sierpniu maliny i wiśnie, we wrześniu i październiku pigwa, w listopadzie i grudniu cytryny, pomarańcze i grejpfruty, w styczniu drugi rzut pigwówki (tym razem na przykład z suszonymi owocami albo cytrusami), i tak dalej. Truskawkówki nie robię - i może lepiej. Truskawkówka bowiem, jak się dowiaduję, może skłonić człowieka do czynów straszliwych.


Wiadomo: romans może zdarzyć się wszędzie. "W pewnym sklepie MHD jarzyny sprzedawały dwie młode dziewczyny..." śpiewała Kwiatkowska w Kabarecie Starszych Panów. A co dopiero romans w cukierni! Wokół sama słodycz: ptifury, marcepany, marmolady, cukry pudry. W tym wszystkim młody, przystojny Żerebecki i krzepka mężatka Zahajkiewiczowa. Trawestując Przyborę: "Tam szczęśliwa z nim była co noc i wypieków niszczyła z nim moc!". 


No właśnie, niszczyła, nie niszczyła? Czasy są przedwojenne i funkcjonuje wówczas byt znany dzisiejszym czytelnikom wyłącznie jako gad kopalny: tak zwana cześć niewieścia. Dlatego to Żerebecki, młodzian przystojny acz porywczy, prosi sędziego o zwolnienie z odpowiedzi na pytanie, czy z ofiarą łączyły go stosunki intymniejsze. Ale przecież w każdej cukierni jest spory personel, a personel cześć Zahajkiewiczowej może mieć gdzieś - zwłaszcza, jeśli nierzadko zastał jakiś wygnieciony worek z krupczatką, jakiś zmasakrowany tort czy blachę rozfasowanych beztrosko pączków. Personel zatem ochoczo donosi, że "dawała mu dowody".

Pozostaje jeszcze kwestia truskawkówki. Wprawdzie tej akurat nie produkuję, ale jako miłośnik nalewek muszę powiedzieć z całą stanowczością, że siność na twarzy i toczenie piany z ust musiało z całą pewnością pochodzić nie od truskawkówki, ale ze źródła innego. Choćby z uczucia, które - jak twierdzi personel - było zresztą całkowicie odwzajemnione.

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934  

środa, 10 października 2012

Prawo (i lewo) przed wiekami (feat. Fr. Kafka)

"Tajny detektyw" od czasu do czasu robił mniej więcej to, co ja: wyciągał jakąś pokrytą kurzem staroć i w dziale "Prawo przed wiekami" pokazywał czytelnikom, jak to drzewiej dziwnie bywało. Dziś proponuję smakowite drobiazgi o piętnowaniu żelazem, pojedynkach oraz wczesnych formach eutanazji (nie kijem, to pałką).




Z oczywistych względów zawodowych najbardziej zainteresowała mnie kwestia wypisywania wyroku rozpalonym żelazem. Dwanaście wersów w dwusylabowych jambach, nawet licząc krótki wers (trzystopowiec, powiedzmy) to całe mnóstwo tekstu. Pomijam już trudności związane z wykonaniem matrycy drukarskiej na potrzeby jednej kaźni (cesarz mógł sobie, oczywiście, pozwolić na taki wydatek) - ale czy na dworze był jakiś specjalny nadworny składacz rymowanych wyroków? 

Z miejsca przychodzi oczywiście na myśl "Kolonia karna" Franza Kafki, gdzie specjalna maszyna zabija skazańca, wypisując na jego plecach sentencję wyroku całym systemem mechanicznych rylców, wykonujących w żywym ciele zabójcze arcydzieło kaligrafii. Opowiadanie, najbardziej może makabryczne w całej twórczości pisarza, okazało się niezwykle zapładniające dla artystów. I należy się może cieszyć, że nie było znane w czasach cesarza Teofila (IX w.).

by Bud Perry

by Glassghost

by Martin Senn

Za: "Tajny Detektyw" nr 33 i 35 rok 4, 12 i 26 VIII 1934