Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 listopada 2018

Hardy zyskuje historię

Ta fotografia, jak wiele innych, była zupełnie anonimowa. Ot, mężczyzna, którego nazwałem "hardy". Sfotografowany w roku 1928 w Warszawie, w Urzędzie Śledczym na tyłach ratusza, o którym niedawno pisałem. Pod trzydziestkę, z wyglądu raczej niezamożny. To wszystko, co o nim wiedziałem.



Na szczęście dostałem od czytelnika link do zbiorów przedwojennej warszawskiej Policji Państwowej, które udostępnia Archiwum Akt Nowych. I oto otworzył się przede mną bezmiar rozmaitych danych i wiadomości, również o tym człowieku.




Stanisław Ciborowski zbiegł z aresztu pod koniec roku 1928, zdjęcie do albumu wklejono zapewne 3 XII - z adnotacją, że zbiegł z Aresztu Rozpoznawczego Policji Polskiej w Warszawie. Jak się tam znalazł? Nie wiadomo. "Gazeta Śledcza" wszelako ujawnia, że był piegowaty, szarooki i mierzył ledwie 158 centymetrów, a w innym miejscu - że był z gminy Chlebiotki pod Łomżą, a w Warszawie mieszkał przy Twardej 34 (czyli chyba gdzieś, gdzie dziś mieści się parking okolony przez Twardą, Sienną i Złotą).




Dzięki imieniu i nazwisku znalazłem notkę w "Kurierze Bydgoskim" z lipca 1939 roku, a zatem o dekadę późniejszą, która wszystko wreszcie wyjaśnia i dopisuje dramatyczne zakończenie.



Oto historia Stanisława: napad rabunkowy, aresztowanie, ucieczka, pochwycenie, wyrok dziesięciu lat odsiedziany w Białymstoku, wyprowadzka do brata do Choroszczy, romans z bratową, pakt, narodziny dziecka, krwawe chrzciny. 

Za: album policyjny, "Kurier Bydgoski" z 21 lipca 1939.

wtorek, 29 grudnia 2015

O sądach doraźnych vol. II - Medea z Ozorkowa!

Medea zabiła wprawdzie dwójkę dzieci, nie jedno, w dodatku były to dzieci nie tylko Jazona, ale i jej własne, tym niemniej historia Anny Krysiakowej ma rozmach tragiczny - choć dostosowany do prowincjonalnego Ozorkowa i kryzysowej biedy.


Nieco więcej szczegółów możemy poznać dzięki gazecie łódzkiej. "Express Wieczorny Ilustrowany", czyli popołudniówka pisma "Republika", należał razem z całym koncernem Republiki do potomka wielkiego rodu fabrykanckiego, Maurycego Poznańskiego (oficjalnie do jego żony, Sary), dwóch innych inwestorów (Leszka Kirkiena i Sergiusza Cynamona) oraz do dziennikarzy-założycieli: Czesława Nussbauma-Ołtaszewskiego i Władysława Polaka. Jak widać, znaczna część założycieli, podobnie jak pracowników, była łódzkimi Żydami - pracowali tam również bracia Kałuszyner: Ludwik Starski (filmowiec, scenarzysta i autor słynnych piosenek, ojciec nagrodzonego oskarem scenografa, Allana Starskiego) i Adam Ochocki, który pozostawił barwne wspomnienia o pracy w redakcji (do których powrócę przy okazji sprawy kupca Markusa i szulerstwa wagonowego). Wspominam o tym, ponieważ pochodzenie dziennikarzy i właścicieli miało istotne znaczenie dla historii pisma: redakcja praktycznie przestała istnieć we wrześniu 1939 roku. Część dziennikarzy zginęła w getcie, Starski przechował się w Warszawie, Ochocki trafił do radzieckich łagrów, ale po powrocie pracował w piśmie, które zastartowało 17 stycznia 1945 roku, a które po wielu przekształceniach własnościowych ukazuje się do dziś jako "Express Ilustrowany". 


 

Jak widać, w "Expressie" po pierwsze zdążono Krysiakową ochrzcić "łódzką Gorgonową", a po drugie zrobiono przegląd ostatnich wyroków sądów doraźnych w Łodzi i dano do zrozumienia, że ci, co krew przelali, byli wieszani, a prezydent zastosował prawo łaski tylko w stosunku do Mędreckiego (jednego z winnych nieudanego napadu na kasę kolejową na dworcu Kaliskim). Podgrzewano zatem nadzieje publiki na egzekucję, bo publika nadzwyczaj się egzekucjami ekscytowała. Kiedy w lipcu 1932 roku w Rybniku powieszono skazanego wyrokiem sądu doraźnego Józefa G., mordercę siedmioletniej dziewczynki, ludność zaczęła od pomocników więziennych kupować na potęgę "przynoszące szczęście" kawałki wisielczego sznura; dość powiedzieć, że handlowano nimi tanio, złotówka za centymetr, a po wykryciu procederu okazało się, że sprytni więziennicy sprzedali około pięciuset metrów sznura... Jaki zapadł wyrok? O tym dzień później doniosło "Echo", popołudniówka innej gazety należącej do "Republiki", "Kuriera Łódzkiego": 



A zatem tym razem sąd doraźny nie sprawił frajdy łodzianom - ani, oczywiście, przedsiębiorczym handlarzom wisielczych sznurów. Ale sądy doraźne działały w całej Polsce i orzekały krwawo.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 138 rok X 18 V 1932, "Echo", 19 V 1932

poniedziałek, 23 listopada 2015

Prawo serji nad młodemi córami Terpsychory

Jeszcze w numerze 19. z 1932 "Tajny Detektyw" podsumowywał proces Drożyńskiego, a już w 21. donosił o kolejnej podobnej zbrodni z zazdrości - zastrzeleniu tancerki Przydworskiej z łódzkiego kabaretu "Louvre". Przydworska pośmiertnie trafiła na okładkę, nietypowo, bo w trumnie




Szacowny "Louvre" działał od wielu lat w kamienicy "Pod Gutenbergiem" przy Piotrkowskiej 86 - niedawno z rozmachem odremontowanej, aczkolwiek widać doskonale, że wspaniałe kute ogrodzenie w przyziemiu nie zostało zrekonstruowane w oryginalnej formie, a szkoda. Ponad salą restauracyjną, na piętrze, mieściła się sala główna z siedmioma "gabinetami", wyposażonymi w osobne telefony - i podejrzewam, że to tam działał kabaret i występowała Drożyńska.


Mniej szczęścia miała kamienica przy Sienkiewicza, gdzie doszło do zabójstwa i próby samobójczej - ocalała wprawdzie, ale pozbawiona pięknych balkonów i ze zdewastowanym zupełnie parterem, który straszy obrzydliwymi szyldami i bylejakością:


Pomimo narzucających się podobieństw do tragedii Igi Korczyńskiej, pomimo "prawa serji", pomimo zabójstwa z zazdrości, łódzka historia nie stała się aż tak popularna. Być może zadziałało znużenie publiczności, być może wzięto Kowalskiego za imitatora, kopypaściarza z rewolwerem, trudno orzec.

Widać zresztą spore różnice między tymi dwiema sprawami - Kowalski nie wyciągał od Przydworskiej pieniędzy, tylko miotał się w poczuciu, że "a nuż jakoś to będzie"; Drożyński żył z wyzyskiwania kobiety, Kowalski ciężko pracował jako majster (i ze wstydu podawał się za inżyniera); Drożyński ranił się niegroźnie, Kowalski trafił do szpitala w stanie "prawie beznadziejnym", i tak dalej. 

Okazało się, że stan jednak beznadziejny nie był, zabójcę bowiem odratowano i postawiono przed sądem. Został skazany na trzy lata więzienia za zbrodnię w afekcie, o czym doniosły "Nowiny Codzienne":



Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, "Nowiny Codzienne" nr 223, rok I, 30 XI 1932

piątek, 23 października 2015

Zazdrość fryzjera, czyli Sosnowiec we krwi

Jeśli sądzicie, że nożyczki to jedyna śmiertelna broń w ręku fryzjera, to mylicie się srodze. Oto Longin Posyłek, zabijaka z Zagłębia, i dramatyczna historia jego miłości do nadobnej manikiurzystki Bolesławy.


Zastanowił mnie bardzo ten sprawozdawczy ton autora, cała scenka "naszego korespondenta", który miał niebywałe szczęście, że znalazł się w samym sercu wydarzeń. Wydawało mi się to nieco podejrzane - sądziłem że raczej pozbierał trochę plotek i je udramatyzował. I rzeczywiście, "Express Wieczorny Ilustrowany" podaje zgoła inną wersję: Posyłek zastrzelił Kapuścińskiego przy zakładzie, natomiast z Bolesławą spotkał się osobno przy stadionie Victorii, dopiero tam ją zabił i popełnił samobójstwo:



Wersja korespondenta jest zatem nieprzypadkowo nieprecyzyjna - w przeciwieństwie do zwyczaju "Tajnego Detektywa" nie podaje adresu zakładu ani domu, przed którym zginął Kapuściński, tylko ogólnie pisze o dzielnicy Pogoń. Nic dziwnego, skoro dziennikarza w ogóle nie było przy morderstwie. Ale niejedyna to zastanawiająca nieścisłość w tych relacjach - okazuje się bowiem, że bardzo różne podawano motywy, które powodowały fryzjerem Posyłkiem. Widać tu splot wydarzeń, z jednej strony rzutujące na związek zabójstwo ojca, z drugiej zazdrość. Posyłek-senior faktycznie został zaszlachtowany w Częstochowie, motywy były najpewniej rabunkowe. Morderstwo zostało opisane przez "Gońca Częstochowskiego", zwracam uwagę na ujmujące informacje o nietypowych miejscach zadołowania pieniędzy przez ofiarę (poniżej budyneczek, w którym zamordowano Jana Posyłka, w jego dzisiejszym kształcie na Google Maps): 




Śmierć ojca i wiszące nad Longinem podejrzenie - zwłaszcza, jeśli zagnieździło się również w ślicznej główce manikiurzystki Bolesławy - mogło być poważnym czynnikiem, który popchnął chłopaka do straszliwych czynów. Jeśli wieszczące zbrodnię listy napisał 24. marca, to było to tuż po zgonie ojca, skoro "Goniec" 26. marca podaje szczegóły zupełnie świeżej sprawy. 

Znacznie ciekawszy wydaje mi się jednak trójkąt - nie tyle pomiędzy Kapuścińskim, Bolesławą a Longinem, ile pomiędzy miłością, pracą i pieniędzmi. Kapuściński to w czasach kryzysu człowiek, któremu się powodzi: ma własną firmę, zakład przy Orlej 14 (i to spory, skoro zatrudnia jeszcze manikiurzystkę), jest mistrzem fryzjerskim, nauczycielem zawodu, dobrze znanym w Sosnowcu - może nie członkiem elity miejskiej, ale członkiem elit rzemieślniczych z pewnością. A to daje mu zupełnie inne możliwości, niż Longinowi, zatrudnionemu na posadzie pomocnika. Sprawa zwolnienia jest niejasna - właściwie każdy materiał prasowy opisuje ją nieco inaczej. Wydaje się jednak, że Bolesława i Longin zostali wyrzuceni w tym samym czasie i że ich zakochanie było tu istotnym czynnikiem - jeśli pisać o zazdrości, to nie tylko o zazdrości Longina, ale i o zazdrości Kapuścińskiego, żonatego 44-latka, który nie pozostał obojętny na wdzięki swojej przystojnej pracowniczki, jak eufemistycznie stwierdza "Tajny Detektyw". Ostatecznie jednak nawet to sformułowanie okazało się chyba za mało eufemistyczne jak na sosnowieckie warunki. W końcu Longin był nikim, a zmarły - szanowanym obywatelem miasta. Po tygodniu zatem podkręcono nieco wersję: już nie zaplanowane morderstwo, już nie listy z 24. marca, ale ujrzenie fotografii. Podejrzenia był nieuzasadnione i opierały się na zupełnie fałszywych podstawach - konkluduje pismo. Ten fryzjer to wariat był jakiś, gorąca głowa:


Jak było naprawdę? Czy Posyłek faktycznie został zwolniony tylko dlatego, że źle wypełniał obowiązki, a Bolesława - bo zakończyła praktyki? Czy Kapuściński zginął, bo podarował Bolesławie niewinną fotografię, i to na jej wyraźną prośbę? A może było odwrotnie, może Kapuściński traktował swój zakład - jak np. ofiara księżnej Zyty Woronieckiej, przedsiębiorca Boy, albo jak kierownik składów wódki Kuryło - jak rezerwuar młodych kobiet, które szef może traktować jak darmowe pracownice seksualne, po czym skandalik przykryto? Tego, zapewne, nie dowiemy się nigdy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17 i 18, rok II, 24 IV i 1 V 1932, "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 105, rok X, 15 IV 1932, "Goniec Częstochowski" nr 68, rok XXVII, 26 III 1932 

czwartek, 28 maja 2015

Wyzysk wśród butelek wódki


W czasach PRLu nieustannie rozprawiano o zgniłych kapitalistach, wykorzystujących robotnika - do tego stopnia, że dziś wiele osób zdaje się traktować historie o "tej butelce, którą dziedzic rozpijał chłopa", okrutnych ekonomach i niegodziwych fabrykantach jak bajki o żelaznym wilku. Tymczasem wyzysk człowieka przez człowieka to rzecz jak najbardziej realna.


I nie chodzi tylko o to, co najbardziej nam się kojarzy z tym hasłem: 12-godziny dzień pracy, praca dzieci, fatalne warunki, brak jakichkolwiek zasad bezpieczeństwa, ale i o przemoc rozciągającą się praktycznie na wszystkie dziedziny ludzkiego życia. Podobnie jak zależność chłopa od pana (i pośrednika, czyli ekonoma) w feudalizmie, tak w kapitalizmie starego, wilczego typu (jaki teraz mamy choćby w Chinach) zależność robotnika od właściciela i jego podwładnych jest właściwie nieograniczona. 

Tak bywało i w międzywojniu. Wprawdzie obowiązywały różne przepisy - ale przepisy sobie, a praktyka sobie. Szaleje wielki kryzys, bezrobocie wpędza ludzi w nędzę, jakiej dziś w Polsce znaleźć nie sposób nawet w najbiedniejszych okolicach. Najlepiej miewają się ci, którzy mają porządne posady, zwłaszcza państwowe. Rozwija się cała rozległa gałąź przestępczości związana z załatwianiem posad - łapownictwo z powoływaniem się na prawdziwe lub fałszywe wpływy, zmyślone firmy, które każą sobie płacić za rozpatrzenie podań o pracę, itd. Ci zaś, którzy faktycznie decydują o zatrudnianiu innych, wykorzystują nierzadko tę pozycję w sposób niegodziwy. 

Tak było w przypadku chłopa na schwał, Tadeusza Kuryło, kierownika sortowni flaszek Monopolu Spirytusowego w podlwowskim Zniesieniu, który w ledwie osiem lat zgromadził na koncie 60 tys. złotych, sumę podówczas astronomiczną, i który dzięki byciu "tym-który-może-dać-pracę" pozwalał sobie na najbrutalniejsze wykorzystywanie seksualne pracownic.





Niestety, nie dotarłem do żadnych wiadomości o dalszym losie Stanisława Żółkiewskiego, imiennika słynnego hetmana. Nie wiem, jakim wyrokiem ukarał go sąd za zabójstwo Tadeusza Kuryły, ale, jak się zdaje, mógł liczyć na wyrozumiałość - w międzywojniu, mam wrażenie, bardziej niż dziś liczono się z obiegowym poczuciem sprawiedliwości, niż z rygorem litery prawa. Pozostaje zatem wierzyć, że śmierci wyzyskiwacza Kuryły nie okupił wieloletnim wyrokiem, a tym bardziej że nie zapłacił za ną głową.


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933

wtorek, 14 maja 2013

Zabójcza miłość częstochowskiej czarownicy

Czy czarownica, wróżka, wiedźma musi pracować w zawodzie 24 godziny na dobę? Nie, może mieć też etat, na przykład w fabryce. Może też mieć bogate życie uczuciowe, jak Józefa Siemińska, czarownica-tkaczka z Częstochowy, oskarżona o trucicielstwo.


Zakłady "Częstochowianka" zostały założone pod inną nazwą przez warszawskiego przedsiębiorcę (oraz kompozytora i melomana!), Władysława Kronenberga, w roku 1882, po czym prędko sprzedane firmie Hille i Ditrich (która miała już od lat zakłady żyrardowskie), a w roku 1900 z kolei francuskiemu Towarzystwu Przędzalniczemu "Częstochowianka", i to właśnie tam pracowała nieszczęsna Józefa. Po wojnie je upaństwowiono - jako "Ceba" istniały do początku lat 90-tych, dziś działa w nich firma produkująca firany i obrusy o pięknej nazwie "Polontex": stare hale fabryczne wciąż widać od strony torów kolejowych, kiedy wjeżdża się do Częstochowy od południowego wschodu.

To, co mnie zaskakuje w tej historii, to zupełna niefrasobliwość wróżki Józefy (która to zresztą wróżka wygląda na zdjęciu bardziej frapująco niż większość kobiet w "Tajnym...", a z pewnością bardziej niż wszystkie "piękności", banalne girlsy! Toż kobieta z Witkacego, toż Dagny Przybyszewska! Toż Unrugówna tajemnicza!). Z literatury wiemy doskonale o tym, że napój miłosny administrowany niewłaściwej osobie może doprowadzić do koszmarnych wprost komplikacji. Co by się stało, gdyby lubczyk Siemińskiej naprawdę działał? Co by się stało z chorą na żołądek Teodorą Guźlą, gdyby zapałała miłością do Siemińskiej? Co by się stało z jej mężem, policjantem, porzuconym dla 47-letniej szafarki lubczyka? Skandal byłby na całą "Częstochowiankę" i Częstochowę całą, perturbacje miłosne jak w "Dziejach Tristana i Izoldy", czy raczej w nienapisanych "Dziejach Brangien i Izoldy"!

Niestety, lubczyk pomyłkowo wlany do niewłaściwej herbaty nie zadziałał, a Józefa Siemińska i Teodora Guźla nie zostały ikonami polskiego ruchu LGBT Frakcja Robotnicza. Smuteczek.


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nałogowa narzeczonobójczyni czyli straszne skutki czytelnictwa

Wszyscy - w tym ja - biadają nad upadkiem czytelnictwa, tymczasem znad Sekwany płyną wieści zatrważające: czytelnictwo prowadzi w prostej linii do morderstwa. Poczytajcie o Rachel Mery, ofierze "okropnych książek francuskiej ulicy" i projekcji filmowych. Trup się ściele gęsto.



Krótka notka w gazecie "The Argus", wychodzącej w Melbourne, rzuca nieco inne światło na dramat Rachel. Heurteur, zastrzelony narzeczony - skądinąd całkiem nieźle zapowiadający się dyrygent, zachowało się kilka operowych nagrań pod jego batutą - według australijskich dziennikarzy miał dość czytelniczki-gruźliczki i planował się z nią rozstać. Zważywszy na rozwój wydarzeń, można tylko mu przyklasnąć, ale nie był wystarczająco zdecydowany. Niestety, źródła milczą, jakie lektury spowodowały jego opieszałość. Jako że "Zeszłego roku w Marienbadzie" nie weszło wówczas jeszcze na ekrany kin, podejrzenia nasze kierują się na lekturę Prousta.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

poniedziałek, 7 lutego 2011

Krew w Borysławcu, czyli Kluska strzela sobie w usta!

Tajny Detektyw miał rękę do fotomontażu - tym razem jednak zamiast czegoś efektownego inspirował się chyba XIX-wiecznymi panneaux fotograficznymi, tyle tylko, że zamiast zdjęć pracowników masarni czy elewów gimnazjum poukładał na stronie trupy - może dlatego, że Borysław to jednak głęboka prowincja, nawet jeśli naftą płynąca.

Cóż, wprawdzie porzekadło mówi, że "wódka gubi narody, ale pojedynczemu człowiekowi nie szkodzi", wydarzenia w Borysławiu pokazują jednak, że bez większego kłopotu może zaszkodzić czterem osobom, a to: Klusce, jego niedoszłej narzeczonej, jej siostrze i jego gospodyni. Jak słusznie pyta autor: któż jest w stanie odtworzyć uczucia, miotające nawpół pijanym mordercą? Czy kiedykolwiek dowiemy się jakim to zrządzeniem losu strzelając jak popadnie zachował jednak flaszeczkę na zapas? Zapewne nie. Chyba, że opisze to Pilch.



PS: Tu jednak pewien szkopuł, co piłby bowiem Kluska jako bohater Pilcha, skoro Żoładkową Gorzką produkują dopiero od 1950?

Za: "Tajny Detektyw" nr 43, rok I (8 XI 1931)

sobota, 5 lutego 2011

Evira Madigan z Jordanowa

Ona była żydowską kupcówną a on - jak śpiewała Piwnica - "był hrabia w czarnym fraku i aster nosił w butonierce", a w każdym razie chrześcijanin i w dodatku Stolarski.

Kpić sobie mogę z tej operetkowości, ale wzrusza mnie historia Nunki i Kazimierza i od razu każe pomyśleć o oglądanym niegdyś (w mocno buraczkowej kopii) słynnym filmie Bo Widerberga, "Elvira Madigan" (1967), opowiadającym o podobnie zakończonej miłości dwudziestojednoletniej Hedvig Antoinetty Isabelli Eleonory Jensen, cyrkowej akrobatki i woltyżerki (pseudonim artystyczny Elvira Madigan), i porucznika Sixtena hrabiego Sparre, lat trzydzieści pięć (żonaty, dwójka dzieci).



Sparre rzucił się z Elvirą w spiralę odrywania się od społeczeństwa: rodziny (którą opuścił), armii (zdezerterował z pułku), kraju (uciekł z ukochaną do Danii), i tak dalej, co skończyło się, bo skończyć musiało, finansową klęską (społeczeństwo ma swoje sposoby na dyscyplinowanie) i, ostatecznie, samobójczą śmiercią obojga na wyspie Tåsinge. Co, oczywiście, wzruszało niebywale to pokolenie, które w rok po premierze filmu miało dokonać wielkiego przewrotu 1968 roku (a które, jednakowoż - być może kierując się doświadczeniami Sparrego i Madigan - rzadko odcinało sobie drogę do pieniędzy znienawidzonych tatusiów). Jedną z twarzy pokolenia '68 mogła stać się piękna Pia Degermark, odtwórczyni roli Elviry (podówczas zaledwie siedemnastoletnia, doceniona nagrodą dla najlepszej aktorki w Cannes):


Niestety, rodzinne problemy, nagła sława i fala pokoleniowego buntu pchnęły ją zupełnie gdzie indziej: w uzależnienie od amfetaminy, anoreksję i konflikty z prawem, zakończone kilkunastomiesięczną odsiadką. Mimo występu w kilku filmach nigdy nie powtórzyła pierwszego sukcesu. Dziś zajmuje się - w formie autoterapii - haftowaniem poduszek.



Została - jak w wierszu Larkina - nieumniejszona w swojej urodzie w pięknych kadrach "Elviry Madigan" - filmu w swoim czasie tak słynnego, że jego tytuł przypisano 21. koncertowi fortepianowemu C-dur Mozarta, którego druga część (w wykonaniu Gezy Anda) rozbrzmiewa w idyllicznych scenach miłości Sixtena i Elviry.


http://www.youtube.com/watch?v=E-SR8LVXdq8&feature=related

Za: "Tajny Detektyw" nr 43, rok I (8 XI 1931),

środa, 7 lipca 2010

Il scrittore punito ossia il Don Alessio

Mawia się często, że drzewiej bywało bardziej romantycznie, że dziś nikt nie docenia prawdziwej miłości, a kiedyś, panie, to się działo! Tymczasem ten sam numer "Tajnego Detektywa", który donosił o łamiącej serca Banaszewskiej, w dziale "Szukamy! Ścigamy!" zdawał raport z dramatycznych przejść pewnego romantyka spod Stryja. Co uczy nas, że peerelowska propaganda nie zawsze kłamała: za sanacji nie wszystkim było dobrze, gazety kłamały (niemal analfabeta piszący listy?) i do aresztów rzeczywiście pakowano za byle co!


poniedziałek, 5 lipca 2010

Banaszewska zawstydza celebrytki

W czasach, kiedy nawet najsłynniejsze Lejdy Gagi i aktorki z tasiemców rodem nie mogą się poszczycić tym, że jacyś mężczyźni strzelali się dla nich choćby po mordzie (że o browningu nie wspomnę), warto przypomnieć historię Pauliny Banaszewskiej z Rychcic pod Drohobyczem. Kobieta skromna, ale z byle czym nie wyskoczy: sztylet, rewolwer, pobicie ze skutkiem śmiertelnym, a wszystko to w międzynarodowym towarzystwie kresowym (Ołeksa Bosak, Leon Krawiec, Iwan Pankow - mozaika etniczności i namiętności, rzec by się chciało).

Na zdjęciu: Banaszewska, znużona ciężkimi walkami o swoje względy, pokrzepia się szklanką wody, czekając na partnerów sparringowych.



Za: "Tajny Detektyw" nr 7 rok II (11 II 1932)