Pokazywanie postów oznaczonych etykietą statek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą statek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 marca 2015

Franz Rudis i przywłaszczenie transatlantyków

Człowiek, figurujący na jednym ze zdjęć w albumie policyjnym, podpisany jest na kliszy "Franz Rudis", ale występował też pod wieloma innymi aliasami; trudnił się tym i owym, ale największe pieniądze przyniosła mu zdecydowanie praca tragarza na statku Leviathan - choć pracowników fizycznych nie opłacano tam jakoś szczególnie szczodrze...


List gończy opublikowany w "Time Magazine" (26 VIII 1929) opisywał go w ten sposób:

Poszukiwany Walter Ringer  (alias Charley Ringer, Franz Rudis, Max Walter Ketter, Charles Long), lat 39, 168 cm wzrostu, budowy potężnej, ramion szerokich - za kradzież poczty państwowej, co miało miejsce na pełnym morzu, na pokładzie statku Leviathan. Poliglota, prowadzi sklepy z upominkami, kawiarnie, pracuje też jako marynarz lub cieśla. Nagroda: 2700 dolarów.

Notka pomija jedną jeszcze - znaną skądinąd - fałszywą tożsamość przestępcy (Charles Larson), ale podaje wysokość nagrody, która... no cóż, dziś może nie wydaje się szczególnie obiecująca, wówczas jednak była sumą znaczną. Tyle wynosiła mniej więcej dwuletnia średnia pensja: tygodniowe średnie zarobki w 1929, w zależności od branży, wahały się pomiędzy 25 a 30 dolarami, zatem było to sto tygodniówek; wypłaty zresztą miały zaraz dramatycznie spaść w wyniku Wielkiego Kryzysu, więc nagroda jeszcze zyskiwała na wartości. Ale też obywatel widoczny na zdjęciu dopuścił się nie lada wyczynu: zrabował pół miliona dolarów. Przeliczając to na dzisiejszą średnią płacę w USA - około dziesięciu milionów dolarów. Bez podatku. 

Kradzież popełniono w pierwszych dniach czerwca 1928 roku - zrazu sądzono, że w czasie załadunku poczty w Nowym Jorku (worki zaś zapieczętowano fałszywymi plombami), później - że w Southampton, ostatecznie okazało się, że na pełnym morzu. Kapitan Leviathana, komandor Harold A. Cunningham, bagatelizował sprawę, mówiąc, że chodzi zaledwie o "parę listów"; z czasem wyszło na jaw, że listy były bardzo cenne, zawierały bowiem świadectwa udziałowe rozmaitych przedsiębiorstw, w tym papiery opiewające na przynajmniej 60 tys. dolarów, wydane przez Tokio Electric Light Company - i to właśnie ta firma fundowała w większości nagrodę za pomoc w ujęciu Ringera/Rudisa, oferując 2500 dolarów; amerykańscy pocztowcy dorzucali marne dwie stówki. 

Międzynarodowe siły policyjne dotarły do papierów wartościowych dwiema drogami. Po pierwsze w Wiedniu, gdzie niejaki Friedrich (nie Franz, jak podaje "Berkeley Gazette") Rybar, kupiec, usiłował spieniężyć w banku świadectwa na sumę 40 tys. dolarów. Z początku twierdził, że uzyskał je jako zabezpieczenie pożyczki, udzielonej bliżej mu nieznanemu partnerowi karcianemu w Monte Carlo, jednak w końcu się ugiął - może dlatego, że próbowano z niego zrobić mózg całej operacji:


A po drugie w Antwerpii. Ringer/Rudis wpadł najklasyczniej, jak się da: za sprawą zdradzonej kobiety. Po trzech latach związku porzucił ją, a w dodatku postanowił zapewnić sobie dostatnią starość, kupując antwerpski dom publiczny dla marynarzy. Przebrała się miarka i porzucona narzeczona poleciała w te pędy na policję, o czym tak informował "Standard Union":

 

Stąd wiemy, że worki z cenną zawartością zrabowano na środku Atlantyku, a głównym przestępcą był Ringer/Rudis, który najął się do pracy na Leviathanie w charakterze tragarza. Niestety, zemsta porzuconej została nieco zaprzepaszczona przez antwerpską policję, która dała się wymknąć przestępcy - cóż, wciąż musiał mieć bardzo dużo pieniędzy... Tak czy owak, poszukiwano go na całym świecie - na Filipinach, o czym donosiła anglojęzyczna prasa singapurska w korespondencji z Manili...



...oraz w Berlinie, o czym informował nowojorski "The Brooklyn Daily Eagle":


...oraz, jak możemy wnioskować z wklejki w naszym policyjnym albumie, w Polsce. Czy udało się go ostatecznie ująć? Źródła milczą, pojawia się wiele informacji o jego poszukiwaniach, ale żadnej o aresztowaniu. Nie wiem też, czy zranionej narzeczonej wypłacono dwa tysiące siedemset dolarów, czy też wykręcono się sianem pod pozorem, że złodziej ostatecznie zbiegł... A przecież taka kwota podratowałaby każde złamane serce!


Warto może dodać, że w tle tej historii o przywłaszczeniu i zmianie nazwisk pojawia się druga, bardzo podobna, choć o niepomiernie większej skali. Leviathan tak naprawdę nazywał się Vaterland i został wybudowany w roku 1911 dla HAPAGu (Hamburg Amerikanische Paketfahrt Aktien Gesellschaft), Towarzystwa Akcyjnego Przewozów Hamburg-Ameryka, należącego do wielkiego niemieckiego armatora, Alberta Ballina. Firma została założona w roku 1847 i to jej statki przewiozły przez Atlantyk większość imigrantów, którzy stworzyli Stany Zjednoczone takimi, jakie je znamy. Obok Vaterlandu powstały również Imperator i Bismarck - były to wówczas trzy największe liniowce w historii (dłuższe od Titanica odpowiednio o 13, 7 i 15 m); palmę pierwszeństwa musiały oddać dopiero Normandii, wodowanej w 1935 roku. 

W momencie wybuchu I wojny światowej Vaterland został zatrzymany w porcie Hoboken przez władze amerykańskie i przekazany marynarce jako SS Leviathan (przewoził jankeskich żołnierzy do Europy, a po zakończeniu wojny sprowadzał z powrotem weteranów). Później, zajęty w ramach reparacji wojennych, stanowił dumę United States Line - niestety, obowiązywała na nim prohibicja, również poza wodami przybrzeżnymi, co odstraszało znaczną część pasażerów, którzy wybierali w związku z tym inne linie (na przykład brytyjskie). Wreszcie wydano pozwolenie na sprzedaż alkoholu na pokładzie ("w celach medycznych"), ale niewiele to pomogło; rejsy Leviathana przynosiły straty aż do roku 1937, kiedy poszedł na żyletki.

Z kolei siostrzany Imperator, który od 1914 roku stał bezczynnie w porcie hamburskim (wymagał przeróbek, bowiem kadłub okazał się źle wyważony), oraz Bismarck, który był nadal w budowie, na mocy traktatu wersalskiego trafiły do Wielkiej Brytanii w ramach reparacji wojennych (m.in. za zniszczenie Britannika). Zakupiły je wspólnie Cunard Line i White Star, dla których pływały jako Berengaria i Majestic. W latach trzydziestych były już nieco przestarzałe i, po różnych kolejach losu, zostały zezłomowane ostatecznie w 1943 i 1946 toku. Kiedy zmarł Franz Rudis - nie wiem.


Za: album policyjny,, "The Straits Times" 20 IV 1929, "Berkeley Gazette" 15 XII 1928, "The Brooklyn Daily Eagle" 21 XII 1928, "Standard Union"21 XII 1928, Wikipedia

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rawlins, Smalls i Googles, czyli "Tajny" o klubach jazzowych w Nowym Jorku Vol. II

Obiecałem dopisek o kapitanie Robercie Smallsie, bo postać to arcyciekawa - a przy okazji ładnie się składa z artykułem z "Tajnego", ponieważ był człowiekiem idącym całkowicie pod prąd rasowych stereotypów epoki.



Robert Smalls urodził się w niewolniczej chacie roku 1839 w Beaufort, w Południowej Karolinie. Jego pan posłał go do Charleston i wynajmował do rozmaitych prac: jako latarnika, dokera, majtka. W roku 1861 młody Smalls został wheelmanem* na konfederackim okręcie CSS Planter (nazwa - 'Plantator' - skądinąd zabawna w kontekście tej historii) i przez niemal rok obserwował uważnie zwyczaje oficerów. Rankiem zorientował się, że trzej biali oficerowie zeszli na ląd. Z siedmioma czarnymi członkami załogi opanował statek, włożył mundur kapitana, a następnie, zabrawszy na pokład rodziny uciekinierów, popłynął w kierunku okrętów Unii. Po drodze minął kilka fortów Konfederacji, każdy z nich pozdrawiając gwizdkiem - a kiedy minął ostatni, ściągnął konfederacką banderę, wciągnął na maszt białą flagę i oddał się w ręce marynarki Północy. W sumie udało mu się uratować z rąk "właścicieli" szesnaścioro ludzi: siebie samego, siedmiu członków załogi, pięć kobiet i trójkę dzieci.

Smalls przekazał Unii wyładowany okręt, mówiąc: "Dostarczam te środki bojowe, w tym armaty, przekonany, że wujaszek Abraham Lincoln będzie wiedział, co z nimi zrobić"  (Kongres zresztą przyznał kapitanowi i załodze jako wynagrodzenie równowartość połowy okrętu, choć wartość tę znacznie zaniżono). Do tego dołożył sprawy niematerialne, ale cenniejsze może: szczegółowe wiadomości na temat umocnień brzegowych i sił przeciwnika. Spotkawszy się z Lincolnem, któremu osobiście zdał relację ze swojej ucieczki, zaciągnął się do marynarki i służył na kilku jednostkach, by powrócić na USS Plantera.

W grudniu 1863 roku znalazł się w ogniu pomiędzy siłami obu stron; dowódca jednostki nakazał się poddać, ale Smalls - słusznie, jak się zdaje - powiedział, że ani on, ani pozostali czarni członkowie załogi nie będą traktowani jak zwyczajni jeńcy i zostaną pewnie zamordowani. Odmówił wykonania rozkazu, przejął dowództwo i wyprowadził okręt w bezpieczne miejsce. Za swoje bohaterstwo otrzymał dowództwo okrętu i tym samym stał się pierwszym czarnym kapitanem w historii amerykańskiej marynarki.



Po wojnie powrócił do Beaufort i kupił dom swojego dawnego pana, gdzie rezydował z rodziną (pozwolił też zamieszkać tam na starość wdowie po właścicielu, Jane Bond McKee), po czym został politykiem - najpierw senatorem stanowym, potem, przez cztery kadencje, kongresmenem (aż do końca XX wieku, kiedy wyprzedził go Andrew Clayton Powell jr., nowojorczyk z Harlemu, był najdłużej urzędującym czarnym członkiem Kongresu).


A skoro jesteśmy znów przy Harlemie, to wypada przypomnieć o Edwinie Smallsie, właścicielu Smalls' Paradise, potomku kapitana Roberta. Otóż kapitan miał dwie żony - Hannah Jones Smalls,, która urodziła mu dwie córki i synka (zmarł jako dwulatek) oraz Annie E. Wigg, która w roku 1892 powiła mu jedynego syna, Williama Roberta Smallsa. Edwin pierwszy swój klub założył w roku 1917, zatem w żadnym razie nie mógł być synem Williama - nie jest też z pewnością synem Roberta. Jak się zdaje, nie tylko "Tajny Detektyw" zmyślał ile wlezie, ale i Edwin Smalls, pomysłowy przedsiębiorca z Harlemu, zbudował swoją rodzinną legendę, a większość internetowych i drukowanych źródeł bezkrytycznie ją powtarza...



*nie znam fachowej terminologii marynarskiej w ówczesnych Stanach, ale z tego, co się dowiedziałem, to wheelman jest właściwie pilotem statku, ale określenia pilot nie stosowano wówczas wobec niewolników, bo nazwa ta była zbyt prestiżowa.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), Wikipedia



niedziela, 28 września 2014

W pościgu za multimilionerem

Słynny obywatel Kane z filmu Wellesa był wzorowany na dwóch postaciach: magnacie prasowym Williamie Randolphie Hearście oraz multimilionerze Samuelu Insullu. Pierwszy przetrwał Wielki Kryzys, choć musiał wyprzedać znaczną część swojej kolekcji sztuki; drugi, który jeszcze parę lat wcześniej widniał na okładce Time'a, "stracił tak wiele, że mógł sobie pozwolić na bycie bankrutem" i był ścigany przez amerykańskie władze na drugim końcu świata.


Samuel Insull, urodzony w Londynie w roku 1859, w wieku 22 lat zapuścił bokobrody, które miały mu dodać powagi, po czym wyjechał do Stanów by zostać sekretarzem swojego idola: Thomasa Alvy Edisona. Zyskawszy jego zaufanie, został jednym ze współtwórców Edison General Electric i został wiceszefem tej firmy, po czym przeniósł się do Chicago Edison Company, jednej z elektrowni zaopatrujących w prąd Chicago. Dzięki wprowadzeniu tańszych opłat za prąd w godzinach niższego poboru mocy, firma gwałtownie się rozwinęła - a Insull wprowadził kolejne innowacje, m.in. doprowadzanie prądu i sprzedaż urządzeń poniżej kosztów firmy (bo zwróci się to w eksploatacji). Równolegle inwestował w koleje, fabryki neonów i szyldów elektrycznych, wydobycie gazu i w radio. Radykalna ekspansja wymagała radykalnego finansowania, Insull zatem wypuścił tanie akcje i obligacje, które przyniosły duże pieniądze - ale dramatycznie straciły na wartości w momencie krachu na giełdzie. Bogacza, którego długi o 16 mln dolarów przewyższały jego stan posiadania, oskarżono o celowe narażenie akcjonariuszy na straty.





Insulla faktycznie sprowadzono do Nowego Jorku i wytoczono mu trzy kolejne procesy: o wyłudzenie drogą pocztową, o złamanie przepisów związanych z bankructwem oraz o przekroczenie regulacji anty-trustowych. Wszystkie sprawy wygrał i ostatecznie został uniewinniony. 

Nie na wiele jednak mu się to zdało: kryzys pochłonął ogromny majątek i dawny milioner, skompromitowany, wyprowadził się do Francji ze swoją żoną, dawną śpiewaczką rewiową. Kiedyś zarabiał rocznie po kilkanaście milionów, teraz musiał się zadowolić dywidendami z dawnych firm, wynoszącymi 21 tys. dolarów (wciąż była to fortuna, ale, zważywszy przyzwyczajenia państwa Insull, takie pieniądze wydawały im się chyba jałmużną). 16 lipca 1938 byli w Paryżu, gdzie przyjechali z okazji święta wyzwolenia Bastylii. Samuel Insull chorował na serce, żona poprosiła więc, żeby nie upierał się przy jeżdżeniu metrem - ale uważał, że teraz jest już "biednym człowiekiem" i nie może korzystać z taksówek czy dorożek. Wybrał się na miasto samotnie i zmarł na atak serca zszedłszy po schodach, prowadzących na stację Plac Zgody, przed samą bramką biletową. Ciało zidentyfikowano dzięki rachunkowi z pralni. W momencie śmierci w kieszeniach miał 30 franków, a cały jego majątek wynosił około 1000 dolarów minus 14 mln dolarów długu. 

Gdyby żył dziś, po kryzysie 2008 roku dostałby tylko podwyżkę od rady nadzorczej swojej firmy. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934

środa, 3 kwietnia 2013

Jak ćpał międzywojenny Śląsk, czyli opium w Amsterdamie i eter w Czyżowicach

Jak się okazuje, Amsterdam nie od dziś ma w Polsce złą prasę jako siedlisko zepsucia, rozpusty i narkotycznych odlotów. Już osiem dekad temu, kiedy Jacques Brel, który miał opisać Amsterdam w najsłynniejszej chyba swojej pieśni, był niespełna pięcioletnim brzdącem, korespondent "Tajnego Detektywa", John Green, opisał opiumowe zakamarki wielkiego portu. 



John Green to zapewne kolejny pseudonim - żurnalisty polskiego, a może i francuskiego, jeśli artykuł jest przekładem z "Detective" wydawanego przez Gallimarda. Tak czy owak, trudno uwierzyć choćby w jedno słowo, bo wszystko tu jest jak z groszowych powieści: i tawerna, pod którą dziewczyna "tonęła formalnie w ramionach rosłego wilka morskiego", i "orientalna pstrokacizna", i tak dalej, i tak dalej, aż po słowa piosenki, wykrzykiwanej przez zdeprawowaną do cna papugę. Ale jak mawiał pan Jowialski u Fredry:
- Znacie?
- Znamy!
- Więc słuchajcie.


Prawda to, czy nie - w międzywojennej Europie narkotyki były bardzo popularne. Niegdyś traktowane jako specjalność Dalekiego Wschodu, stopniowo zdobywały kolejne regiony. Najpierw wypada wspomnieć to, czym narkotyzowali się jeszcze romantycy: haszysz i opium (czy to palone, czy jako laudanum), potem pojawiały się kolejne leki, które z początku - jak i laudanum - trafiały do aptek, a potem były z nich wycofywane. Po pierwsze: morfina, pochodząca z początku XIX wieku (1804) a sprzedawana od roku  1827 przez firmę Merck (wiek później Merck będzie produkował meskalinę, zażywaną przez Witkacego i oznaczaną w portretach narkotycznych jako MM) i ograniczona komercyjnie w USA w roku 1914. Następnie "nieuzależniający odpowiednik" morfiny, czyli heroina. Był to produkt firmy Bayer (tak, tej od Aspiryny TM, stworzonej w 1897, na rok przed Heroiną TM) sprzedawany w latach 1898-1910 i trwale wycofany przez Ligę Narodów w II poł. lat 20-tych, bo z czasem okazał się gorszy jeszcze od morfiny. Równolegle pojawiła się wspomniana meskalina, znana od tysiącleci w kulturach Ameryki Południowej, a w Europie wprawdzie wyizolowana (1897) i zsyntetyzowana (1919), ale niespecjalnie popularna, jeśli nie liczyć kół intelektualistów. I tak dalej, i tak dalej. 


Równolegle początek wieku to pierwsze wielkie międzynarodowe ustawy antynarkotykowe (1912 - Haga, 1925 - Genewa). Również polski Kodeks Karny z 1932 roku przewidywał kary: Kto bez upoważnienia udziela innej osobie trucizny odurzającej, podlega karze więzienia do lat 5 lub aresztu. Nic dziwnego. Euforyczne czasy po zakończeniu I wojny światowej wymagały odreagowania kilkuletniego stresu - ponadto w okopach Wielkiej Wojny tysiące żołnierzy i oficerów uzależniły się od rozmaitych substancji psychoaktywnych, więc kultura ćpania przeniosła się z linii frontu zarówno do podrzędnych tingel-tangli, jak i na ekskluzywne przyjęcia. Szok spowodowany przez Wielki Kryzys obniżył wprawdzie możliwości finansowe społeczeństwa (wspominałem o ubogich narkomanach w tekście o ćpaniu w międzywojennej Warszawie), ale pogłębił zapotrzebowanie na odlot, na oderwanie się od szarej kryzysowej rzeczywistości. Jedni wybierali alkohol, inni - narkotyki właśnie. A te trafiały do Europy głównie przez porty. W Polsce ćpano na ogół narkotyki z Niemiec - przede wszystkim z Hamburga, trafiające do nas przez popularną pośród przemytników strefę Wolnego Miasta Gdańsk. W 1929 roku szacowano, że tylko w Warszawie kokainę, morfinę, opium i eter zażywa 15 tysięcy osób. 

Wyjątkiem był właśnie eter (substancja stosowana do narkozy), zażywany tradycyjnie na Górnym Śląsku i przez Łemków - ten trafiał do nas nie drogą morską, a lądową. Przemycano go w specjalnych pojemnikach (tzw. "blachanach") przez zieloną granicę z Czechosłowacji i Niemiec. Eter pijali (np. z kawą lub sokiem malinowym, z wodą słodzoną miodem i korzeniami, etc.), wąchali lub wlewali do ucha górnicy i robotnicy, a także - masowo - gimnazjaliści. Podawano go nawet - z cukrem lub na smoczku - małym dzieciom, żeby prędzej zasnęły. Pewien ksiądz donosił w liście do biskupa o jakiejś kobiecinie, która mówiła z dumą o swoim dwunastoletnim synku, że potrafi wypić całą szklankę eteru. 

Był to, jak widać, środek odurzający klasy robotniczej (Witkacy z odrazą wyrażał się o jego zapachu): ten "element pocieszający" pojawił się na Śląsku pod koniec XIX wieku, sprowadzony przez biedaków, jeżdżących na saksy do Niemiec, i szybko zyskał popularność. Trawestując znane powiedzenie o tanim winie, tani eter był dobry, bo był dobry i tani - po roku 1918 polski monopol spirytusowy doprowadził do gwałtownego wzrostu cen alkoholu, a wódka stała się w Polsce znacznie droższa niż w krajach ościennych. W tej sytuacji eter płynął jak woda: na wsiach sprzedawano go powszechnie w tak zwanych "kapliczkach", z których każda miała swoje własne przepisy na podawanie: czy to jako "himber" (z dosmaczanym niekiedy dodatkowo sokiem malinowym), czy w inny sposób. Wierzono nawet, że ma właściwości lecznicze, ale, jak wiadomo, uzależniony we wszystko jest skłonny uwierzyć.

W tych rejonach, gdzie eter (zwany "kropką" lub "anodyną") zyskiwał na popularności, zanikało niemalże uzależnienie od alkoholu, ale była to wymiana siekierki na kijek. Księża grzmieli przeciwko eteromanom z ambon, kopalnie zakazywały dopuszczania odurzonych eterem górników do pracy, a rząd polski, przerażony rozmiarami tego nałogu, rozszerzył na eter wspomniane przepisy antynarkotykowe. Badania wśród uczniów na Śląsku (Kazimierz Hrabin, 1933) wykazywały, że do czynienia z tą substancją miało, w zależności od miejsca zamieszkania, od 25 do 80% gimnazjalistów. Badania na całych populacjach (Michał Wiendlocha, 1937) wykazywały, że eteryzowało się od 30 do - w niektórych wsiach - ponad 90% społeczeństwa. Prasa alarmowała, że "dla Ślązaka szklaneczka eteru to tyleż, co kieliszek wina dla Francuza czy kufel piwa dla Niemca", zaś niektórzy lekarze dowodzili - co było już raczej produktem zbiorowej histerii - że eteromania prowadzi do "masowego wymierania dzieci", kazirodztwa, orgii, homoseksualizmu, a także do tego, że chłopcy "kopulują z kozami i innymi zwierzętami". Tak czy owak, o rozmiarze nałogu niech świadczy to, że służby celne konfiskowały rocznie od 500 do 1600 kg eteru, podczas gdy łączna waga wszystkich pozostałych skonfiskowanych narkotyków nie przekroczyła ani razu 6 kg. Starosta Rybnika szacował, że rocznie na teren starostwa trafia ok 4-5 tysięcy litrów tej substancji, a przygraniczne niemieckie fabryczki sprzedawały miesięcznie ok. 1,5 tys. litrów. Czyżowice, centrum handlu eterem, nazywano żartobliwie "Yjterowicami".

W latach 30-tych rząd polski próbował stworzyć wespół z nazistowskimi Niemcami wspólny front walki z eteromanią, ale na próżno - wszystko wskazywało, że Niemcy potajemnie  wręcz wspierały eksport eteru do Polski. Zresztą za chwilę pojawiły się na scenie zgoła inne fronty i front walki z eterem okazał się mniej istotny. Po wojnie zmiana sytuacji politycznej skutecznie postawiła tamę eterowi: prywatne fabryczki padły, kontrabandę ukrócono, wódka potaniała. Czy dziś pija się jeszcze eter na Śląsku albo wśród Łemków - nie mam pojęcia.


Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934 i Adrian Zandberg: “Villages … Reek of Ether Vapours”: Ether Drinking in Silesia before 1939

środa, 25 maja 2011

Jak śledzić uciekającego sterowcem?

Nieoczekiwanie dwa nowe odcinki  znakomitego poradnika dla śledzących i śledzonych! Ppłk żandarmerii Stepek ofiarowuje swój przekład świeży jak ciepłe bułeczki! Już wiemy, że szukamy pianina na trzecim piętrze, a zleceniodawcy nie należy naciągać na bilety lotnicze dla samej przyjemności latania.

Ujęły mnie lokale, gdzie "istnieje niejako moralny i tradycyjny przymus zamówienia" - tak było kiedyś w Jamie Michalikowej, jeszcze pod koniec lat 90-tych, gdzie na wejściu trzeba było zamówić obowiązkową herbatę (w szklance, na spodeczku) i karpatkę. Ciekawe, czy "moralne przymusy" istniały również w tych lokalach, gdzie "łatwo stwierdzić niewierność małżeńską"?






Za: "Tajny Detektyw" nr 45 i 46, rok I (22 i 29 XI 1931)