Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/25. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/25. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Dziesięć okładek

W środku roku 1933 redaktorzy "Tajnego Detektywa", korzystając zapewne z popularności pisma, a może chcąc jeszcze ją zwiększyć, postanowili zainwestować w kolorowe okładki; w niektórych numerach pojawiały się również barwne materiały na wewnętrznej wkładce. Uległo także zmianie logo - z poziomego na okrągłe. Autorem fotomontaży, które zdobiły niekiedy okładkę, był najprawdopodobniej główny grafik pisma, czyli Janusz Maria Brzeski.












Za: "Tajny Detektyw", 1934

sobota, 18 października 2014

Satanistyczne zbrodnie w międzywojennej Warszawie - vol. III Doktor Bruze

Choć, jako się rzekło, śmierć porucznika Uchnasta mogła być zupełnie niepowiązana z serią samobójstw w kołach okultystycznych, prasa robiła swoje. W latach 30-tych o rzekomej satanistycznej sekcie informowało ponad trzysta tytułów prasowych. W "Tajnym Detektywie" zaczęto budować legendę diabolicznego sadysty, doktora Bruze mieszkającego w podwarszawskich Gołąbkach. 



Warszawskie samobójstwa okultystyczne rozpoczęły się - jak podaje Zbigniew Łagosz - w roku 1924 (od apokryficznej, być może, śmierci niejakiego Wł. Ż., syna profesora politechniki), ale zainteresowanie prasy datuje się od zgonu Eugeniusza Rostkowskiego (1926), po nim zabili się Bolesław Wójcicki i Lucjan Krzyżewski, następnie dwie studentki, Wanda i Beata, wreszcie Zbigniew Werner (1930). Przy Rostkowskim znaleziono ponoć karteczkę z odręcznym napisem: Z rozkazu Szatana. Bracia oczekują. Strzał. Północ i hebrajską literą szin. Podobne karteczki znajdowano też przy pozostałych samobójcach - jedyną znaną reprodukuje Łagosz i, choć widnieje na niej szin, to niczego o szatanie nie ma:


Widzimy tylko cyfry, znaki, litery, a także napis: Rembgracja (?) powrót do Absolutu do nirwany, Shin - element przyciągania, 1930 ciepły i wilgotny 9 IV 1930. Jak wyjaśnia Łagosz: 

Wiemy, że najbardziej „złowrogie” wrażenie robiła na prasie znajdująca się na wszystkich sześciu kartkach litera szin. Litera ta jest dwudziestą pierwszą literą alfabetu hebrajskiego o swej numerycznej wartości 300. Prasa podawała, że jest to symbol „Szeloszeta” – czytaj Szatana. Jednak to nie do końca prawda. Litera szin reprezentuje również duszę świata i zrozumienie życia. W tym kontekście bardziej zrozumiałe wydają się umiejscowione na karcie słowa „powrót do absolutu”. Literę szin można rozpatrywać na trzech poziomach. Poziom realny to zrozumienie życia, poziom duchowy – dusza świata i poziom mityczny – duch Boga. Szin będzie zatem pojmowaniem w pełnym znaczeniu inteligencji, duszy i ducha, operujących na trzech poziomach świadomości, ale nieoddzielnie. Należy pamiętać również, że samobójcy należeli do Zakonu Martynistów, w którego manifeście z roku 1921 możemy przeczytać: „Przypomnijmy sobie, że Chrystusa przedstawia litera Szin i owo Szin, Symbol Chrystusa, powinno być dla nas Granicą Równowagi i Granicą Zgody, uzgadniającą podwójne przeciwstawne elementy: Dobro i Zło, Materię i Ducha, Ciemność i Światło”.

Uchnast to zdecydowanie inny przypadek - jego śmierć przydarzyła się już po rewizjach i konfiskatach w domu kilku poczesnych okultystów (m.in. Czyńskiego) oraz po nieudanym procesie, do którego nie doszło, bo materiał dowodowy był zbyt szczupły. Kiedy więc w roku 1934 usiłowano dokleić sprawę Uchnasta do sensacji sprzed paru lat, chodziło chyba tylko o pragnienie, by przywrócić społeczną fascynację satanistami  - i przyciąć grosza na sprzedanych nakładach gazet. Skąd się wziął dr Bruze - trudno powiedzieć. Być może wzorowano go na Mikołaju Mikołajewiczu Czaplinie, pomocniku Czyńskiego, który faktycznie miał organizować sadystyczne orgie i karmić adeptów narkotykami. Na ilustracji przedstawiony jest jako dandys w typie Bułhakowskiego Wolanda, w tekście opisano go z kolei jako człowieka skrywającego oczy za ciemnymi okularami, odzianego w mniszy habit. Pojawia się też doklejanie kolejnych śmierci - niedoszłego samobójstwa inżyniera L-skiego oraz tajemniczych zwłok z Wału Miedzeszyńskiego. W obu przypadkach brak wzmianki o karteczce z literą szin, pojawia się za to kwestia trójkątnego tatuażu, wcześniej niewspominanego. Są to zatem sprawy albo przypadkowe, albo wręcz zmyślone na potrzeby artykułu.

Pozostaje ostatnie pytanie: jaka była przyczyna sześciu śmierci, w których samobójcy zostawili przy sobie karteczki z literą szin? Łagosz podaje kilka możliwości:
1. Samobójstwa rytualne, których celem była "operacja magiczna" - uczniowie składali się w ofierze by wzmocnić przygasające zdrowie mistrza Czyńskiego
2. Składali się w ofierze aby, wyzwalając życiową energię, wspomóc odprawiany przez niego rytuał. 3. Adeptom narzucano samobójstwo, obiecawszy im coś w zamian (np. stan nirwany i połączenie się z Absolutem, jak sugeruje karteczka znaleziona przy Krzyżewskim).

Tak czy owak, kampania prasowa, rewizje i przygotowania do procesu na tyle ostudziły warszawskich okultystów, że kolejnych zwłok z karteczką opatrzoną szin już nie znaleziono. Doktor Bruze zaś, jak się zdaje, rozpłynął się w powietrzu - jak złe licho lub jak kaczka dziennikarska.


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934, Z. Łagosz "Mit polskiego satanizmu...", Hermaion nr 1/2012

czwartek, 16 października 2014

Satanistyczne zbrodnie w międzywojennej Warszawie - vol. II porucznik Uchnast


Tam, gdzie dziś wypada mniej więcej środek warszawskiego placu Konstytucji, przed wojną był narożnik Marszałkowskiej i Koszykowej: czteropiętrowa eklektyczna kamienica, nakryta zdobną kopułą. To właśnie tutaj, w dwupokojowym mieszkaniu na drugim piętrze oficyny, w maju 1934 roku doszło do satanistycznej orgii i tajemniczej śmierci polskiego ułana.

Zdjęcie za portalem Warszawa1939.
Niestety, nie dysponuję numerem "Tajnego Detektywa", gdzie sprawę szczegółowo opisano (acz wiem, że nie jest to, jak błędnie podano w tekście, numer 25, bo to właśnie z 25go numeru pochodzi dzisiejsza wklejka), ale sprawa Uchnasta pojawia się tu i tam w necie, często z cytatami z "Tajnego", więc coś da się zrekonstruować.

Mieszkanie należało do małżeństwa Meyerów. W majową noc pani Julia Meyerowa, wyekspediowawszy męża, Ewarysta, w podróż do Gdańska, sprosiła gości: swojego kochanka, Tadeusza Gutnajera, dwie koleżanki, Marię Wierzejską i rotmistrzową Okulicz-Kozarynową, a dla pań do pary dwóch poruczników z 10. pułku ułanów w Białymstoku: Marcelego Marcinkowskiego i przyszłego denata, Stanisława Uchnasta. "Tajny Detektyw" opisał szczegółowo starania gospodyni, która zadbała o aprowizacje, lokum, wystrój wnętrz i przyjemną atmosferę:

W przytulnym pokoju stołowym urządzono libację, w czasie której rozwieszono na ścianach pornograficzne obrazki, a kiedy goście wpadli już w nastrój, rozdzielono się na trzy pary, które tworzyli: gospodyni domu z p. Gutnajerem, p. Wierzejska z por. Marcinkowskim i p. Okulicz-Kozarynowa z por. Uchnastem. Pierwsza para ulokowała się w sypialni, druga w saloniku, a trzecia w kuchni.

Pod jednym względem jednak, że pozwolę sobie zauważyć, gospodyni nie umiała się zachować, sama brukając cudzołóżczo własne łoże małżeńskie, zamiast odstąpić je gościom i wycofać się do najmniej prestiżowego pomieszczenia. Tak czy owak, pary bawiły się szampańsko, ale nad ranem z rzeczonej kuchni dał się słyszeć strzał. Kiedy pozostali - zapewne skąpo ubrani - uczestnicy orgietki stanęli w progu, zobaczyli krwawiącego ułana, który przed śmiercią wyszeptał tylko "Ostatni rozkaz". Na Marszałkowską wezwano policję:

Przy łóżku leżał trup, z piersi przez mundur sączyła się krew. Prawa ręka nieboszczyka kurczowo trzymała rewolwer. - Zapewne samobójstwo wyrwało się policjantowi. Lecz w tej chwili za plecami policjantów rozległ się głos kobiety. - To ja go zabiłam. Przed policjantami stanęła kobieta w średnim wieku, ubrana szykowanie. Wygląd miała straszny, Włosy rozwichrzone, głowa opadała jej na piersi, a twarz boleśnie była skurczona o błędnem spojrzeniu zamglonych oczu. -Tak, to ja go zabiłam - powtórzyła i z jękiem osunęła się na ziemię.

Kiedy jednak odzyskała przytomność, nie przyznawała się już do winy, a lekarze orzekli samobójstwo. Jednakże tajemnicze ostatnie słowa ułana i przedziwny stan rotmistrzowej wystarczyły, by część prasy uznała, że chodziło o hipnozę - choć, oczywiście, wystarczyło, że zblazowana pani Okulicz-Kozaryn zażądała od kochanka "Jeśli nie chcesz mojej zguby, kulę w pierś swą poślij, luby". On szeptałby o rozkazie, ona - że go zabiła. Niezbyt metafizyczne powody śmierci sugerowała też czytelnikom "Ilustrowana Republika" (zwracam uwagę, że powściągliwie nie podała nic o pornograficznych obrazkach, a pitigrillenie się z inflagrantem określiła jako "asystowanie"):


Dla "Tajnego Detektywa" takie rozwiązanie było jednak zbyt łatwe. Przyczyną samobójstwa musiała być diaboliczna hipnoza. A skoro tak, to trzeba było znaleźć bohatera, który zafascynuje czytelników: doktora Bruze. Ale o tym w następnym odcinku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934, "Ilustrowana Republika" nr 140 rok XII, 24 V 1934,  Warszawa 1939Marszałkowska 48 Majewskiego, Focus Historia 

wtorek, 7 października 2014

Satanistyczne zbrodnie w międzywojennej Warszawie - vol. I Czesław Czyński

Z dzieciństwa w latach 80-tych pamiętam straszenie satanistami, którzy gromadzą się w ruderach, składają tam rytualne ofiary z kotów i spryskują ściany krwią, wąchają klej i demolują cmentarze, bazgrząc na nagrobkach pentagramy. W tych opowieściach wrzucano do jednego worka z napisem ZUO i chuligańskie wybryki, i młodocianą narkomanię, i sporą dawkę fantazji. Jak się okazuje, było tak i przed wojną, kiedy w prasie publikowano artykuły o satanistycznych mordach w stolicy.



Międzywojnie było, oczywiście, czasem rozkwitu metafizyki innej, niż religijna. Już od połowy XIX wieku, od doświadczeń sióstr Fox, rozkwitał spirytualizm, spirytyzm, mediumizm, równolegle tworzyły się rozmaite - tak to sobie podzielmy roboczo - towarzystwa i zakony. Towarzystwa, na przykład angielskie Towarzystwo Badań Psychicznych czy francuski Międzynarodowy Instytut Metapsychiczny, zajmowały się zgłębianiem i próbami wyjaśnienia fenomenów paranormalnych, jak telepatia, hipnoza, nawiedzanie przez duchy; ich członkami często byli naukowcy z prawdziwego zdarzenia, jak choćby sir Oliver Lodge (wybitny fizyk, wynalazca świecy zapłonowej i badacz elektromagnetyzmu) czy William Barrett (fizyk), którzy narzucali swoim badaniom rygor laboratoryjny i wiele zrobili dla demaskowania oszustów. Zakony natomiast czerpały czasem z tradycji masońskich, czasem dryfowały w kierunku salonów artystycznych lub sekt z guru o silnej osobowości, i lubowały się raczej w natchnionym hokus-pokus i koturnowości.

Te prądy nie ominęły również Warszawy. Mieliśmy swoje mediumiczne sławy, choćby Jana Guzika, prostego grabarza, który posiadł ponoć zdolności telekinetyczne, a jego umiejętność wywoływania zjaw zawiodła go aż do Carskiego Sioła, gdzie przeprowadzono seans dla Mikołaja II i wywołał zjawę Aleksandra III, który miał wyprowadzić syna z kręgu zadziwionych uczestników, a potem uciąć sobie z nim przy oknie dłuższą - i smutną - rozmowę. Franek Kluski (pseudonim dziennikarza Teofila Modrzejewskiego) słynął z kolei z wywoływania widmowych ludzi i zwierząt z ektoplazmy, na jego seansach zaś pojawiały się najważniejsze figury II RP: naukowcy, wojskowi, pisarze, artyści, z marszałkiem Piłsudskim na czele. 

Mieliśmy też swoje delegatury zachodnich zakonów - najważniejszym chyba ich implementatorem był Czesław Czyński (1858-1932), funkcjonujący pod pseudonimem Punar Bhama, hipnotyzer skazany kiedyś w słynnym procesie o wymuszenie ślubu na zahipnotyzowanej baronowej von Zedlitz-Neukirch,. Czyński otrzymał we Francji tytuł Suwerennego Generalnego Delegata Zakonu Martynistów na Polskę i Rosję, po czym zaczął budować struktury zakonne na terenie zaboru rosyjskiego. Po pewnym jednak czasie utracił władzę - martyniści nie akceptowali magii seksualnej , którą pragnął zgłębiać - i założył Zakon Białego Wschodu. Niestety, w krótkim czasie aż sześciu adeptów nauk Czyńskiego popełniło samobójstwo, co zwróciło na guru uwagę warszawskiej policji. Wkrótce zaczęło robić się gorąco i prasowa histeria wokół "satanizmu" stała się powszechna, czego dobitnym przykładem niech będzie sugestywna okładka "Tajnego Detektywa".

Jak podaje Zbigniew Łagosz w artykule Mit polskiego satanizmu. Czesław Czyński - proces, którego nie było, pierwszy impuls do histerii dało aresztowanie Jana Sylwestra Grabariego za próbę kradzieży komunikantów w jednym z kościołów - i choć Grabari był po prostu chorym psychicznie człowiekiem, który trafił na kilka miesięcy do szpitala bonifratrów, to uznano, że w Warszawie działa sekta satanistów, a sprawa ukradzionej hostii łączy się z serią samobójstw.

Prasa zaczęła zatem tropić: na pierwszy ogień poszedł Czyński, u którego dokonano rewizji i konfiskaty sprzętów liturgicznych. Ponieważ brakowało tego, w czym dziennikarze bulwarówek się lubują, czyli zeznań, pojawiło się kilka soczystych opisów z ust "anonimowych świadków". Autorami mogli być, owszem, świadkowie. Mogli być nimi również dziennikarze, bo brzmi to raczej jak kiepska proza sensacyjna (cytuję za Łagoszem obszerny fragment artykułu Orgia sekty diabelskiej z Wiadomości Codziennych z 1930 roku):


Do ceremonii kazał mi B. W. przygotowywać się przez tydzień. Miałem brać odpowiednie kąpiele i zażywać pastylki. Tłumaczył to tym, że narkotyki palone podczas obrzędu źle odbiłyby się na moim zdrowiu. Potem zrozumiałem,że te praktyki miały za cel wprowadzenie mnie w stan pewnej ekstazy i osłabienia woli. Wyznaczonego dnia spotkałem się z W. przed północą i udaliśmy się razem na ulicę Puławską. Później „msze” odbywały się na Elektoralnej. Zostałem naprzód wprowadzony do małego pokoiku. Tam musiałem zdjąć wierzchnie ubranie, natomiast włożono na mnie czarny płaszcz, a na twarz czarną maskę. Zostałem wprowadzony do sąsiedniego pokoju. Znajdowało się tam grono osób – trzy kobiety – i czterech mężczyzn, wszyscy w płaszczach i maskach. Pokój był prawie pusty, stały tylko w nim dwa otomany, a podłogę zaścielał gruby dywan. Na ścianach wisiały trójkąty ze szpicami odwrócone do góry, a na jednej ze ścian wielki wizerunek Bafometa, czyli ohydnego kozła siedzącego na ziemskim globie. Przed tym wizerunkiem stały dwa trójnogi z miedzianymi miseczkami – w nich narkotyczne kadzidła. Po paru minutach ukazał się W. ubrany w czarny ornat z wyhaftowanym na nim na czerwono wizerunkiem kozła, a na głowie miał również czerwoną czapeczkę. W ślad za W. podążały trzy całkiem nagie kobiety – tylko twarze ich kryły oczywiście maski. Legły one na dywanie, tworząc trójkąt przed wizerunkiem Bafometa. W. wszedł w ich środek, rozejrzał się po zgromadzonych, którzy przyklękli i zapalili kadzidła,począł odmawiać modlitwy. Modlitwy te były tak bluźniercze i tak profanowały religię katolicką, że uważam za niemożliwe je przytaczać. Nagle urwał. Wyszedł z żywego trójkąta i obchodząc zebranych jął rozdawać pastylki. I ja dostałem jedną, ale przezornie udałem, że ją połykam, w rzeczy samej ukrywszy ją w rękawie. W. znów powrócił na swe miejsce. Teraz pochylił się głęboko przed ohydnym wizerunkiem kozła – po chwili głośno skandował nie modlitwy, ale zaklęcia,które odnaleźć można w czwartym tomie »Magii Agrippy« – a służące do wywoływania czarta. Trwało to dłuższy czas. W. chwilami krzyczał, przyzywał Szatana, błagał go,aby się ukazał, groził… Z czoła spływały mu wielkie krople potu. Zebrani cichym szeptem wtórowali tym wysiłkom. I nagle… o dziwo…Najwyraźniej spostrzegłem na ścianie przed W. jakiś ciemny, formujący się kontur. Kontur ten początkowo niewyraźny – wreszcie zarysował się jako postać mglista człowieka o gorejących oczach i wykrzywionych złością ustach. Nie była to znać tylko moja obserwacja, bo głośny jęk ni to przerażenia, ni to radości, pobiegł po obecnych. Trwało to może sekundę – i zjawisko znikło. Odprawiający czartowski obrzęd czerwony, spocony zwrócił się do nas twarzą, powiódł obłędnym wzrokiem i nieludzkim jakimś głosem wycharczał: W jego imię błogosławię was! Składajcie ofiarę! Dotychczasową ciszę przerwały piski, krzyki i histeryczne wołania kobiet. Pastylki, które rozdawano,okazały swą moc. Trzy nagie kobiety, tworzące trójkąt zerwały się i pobiegły do mistrza. Rozpoczęła się ohydna, powszechna orgia.

Na fali popularności tego tematu zaczęto obwiniać o satanizm i zbrodnie wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób interesowali się okultyzmem (w tym tych, którzy Czyńskiego zwalczali), a także pozostałych "innych" - na przykład kościół Mariawitów oskarżono o odprawianie z martynistami czarnych mszy za ołtarzem mariawickiej świątyni w Płocku. W środowisku miłośników metafizyki dokonano szeregu rewizji, konfiskując przedmioty kultu, antykościelne druki, a nawet zdjęcia pornograficzne. Śledztwo jednak nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, Czyńskiemu ani jego współwyznawcom nie przedstawiono żadnych zarzutów, a sam mistrz niebawem zmarł. W ostatnich latach zresztą nie mógł budzić trwogi: był skromnym panem po 70-tce, cierpiącym na chorobę oczu, żyjącym w niedostatku (przeniósł się do mniejszego mieszkania i utrzymywał się z wróżenia i leczenia sugestią, za co pobierał po pięć złotych - sumę niespecjalnie imponującą). Prasa zaczęła więc pisać o tajemniczym doktorze Bruze. Ale o tym dopiero napiszę. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934, Z. Łagosz "Mit polskiego satanizmu...", Hermaion nr 1/2012 

środa, 1 października 2014

Cybulski w Brygidkach, czyli nadzwyczaj spokojny morderca

Hieronim Cybulski, inwalida wojenny, w uznaniu bohaterstwa dostał koncesję na prowadzenie trafiki we Lwowie. Tak się pechowo zdarzyło, że w kioseczku zamordował a następnie poćwiartował ciało prostytutki. Szczątki porozrzucał po mieście, co wywołało zrozumiałą sensację. "Tajny Detektyw" nie zapominał o bohaterze swoich artykułów: odwiedził go również w więzieniu.




O Hieronimie Cybulskim, zwanym "lwowskim Kuertenem" pisałem już wcześniej tutaj: Część I i tutaj: Część II. Kto nie czytał - niech zerknie, sprawa mrożąca krew w żyłach. O zbrodni Maliszów wspomnieć jeszcze chyba nie miałem okazji, ale wszystko przed nami. 

Tropicielom sensacji pragnę zmarnować dzionek: Zbyszek, syn zbrodniarza Hieronima Cybulskiego, to nie słynna gwiazda powojennego kina - ten był synem urzędnika państwowego, trzy lata młodszym od Zbyszka z artykułu.

Jakie były dalsze losy Hieronima C. - nie wiem. Znamy natomiast dalsze losy miejsca, w którym przebywał. Lwowskie "Brygidki" wzięły nazwę od zakonu żeńskiego; po jego kasacie w roku 1784 zostały przerobione - co zresztą często się wówczas działo - na więzienie. Najpierw carskie, potem polskie. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Lwowa Brygidki zamieniono na katownię i więzienie polityczne, gdzie torturowano i mordowano Polaków i Ukraińców. Kiedy dotychczasowy sojusznik Stalina zaatakował na Związek Radziecki, wycofujące się oddziały NKWD w bestialski sposób wymordowały ok. 7 tysięcy więźniów w Brygidkach i w gmachu na ul. Łąckiego. Niemcy, wkroczywszy do miasta, otworzyli przed lwowiakami bramy więzień, żeby zaświadczyć o mordach; z dużym zaangażowaniem kręcili tam propagandowe filmy i fotografowali koszmarnie zniekształcone zwłoki. Równocześnie o zbrodnie NKWD oskarżyli lwowskich Żydów, których aresztowano, wleczono do Brygidek i zmuszano do oczyszczania ociekających krwią cel i wynoszenia trupów. Następnie gmach stał się miejscem straszliwej rzezi Żydów, przeprowadzonej przez oddziały niemieckie i ukraińskich nacjonalistów. 

Na tym tle Hieronim Cybulski wydaje się jedynie skromnym amatorem.

Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934

niedziela, 28 września 2014

W pościgu za multimilionerem

Słynny obywatel Kane z filmu Wellesa był wzorowany na dwóch postaciach: magnacie prasowym Williamie Randolphie Hearście oraz multimilionerze Samuelu Insullu. Pierwszy przetrwał Wielki Kryzys, choć musiał wyprzedać znaczną część swojej kolekcji sztuki; drugi, który jeszcze parę lat wcześniej widniał na okładce Time'a, "stracił tak wiele, że mógł sobie pozwolić na bycie bankrutem" i był ścigany przez amerykańskie władze na drugim końcu świata.


Samuel Insull, urodzony w Londynie w roku 1859, w wieku 22 lat zapuścił bokobrody, które miały mu dodać powagi, po czym wyjechał do Stanów by zostać sekretarzem swojego idola: Thomasa Alvy Edisona. Zyskawszy jego zaufanie, został jednym ze współtwórców Edison General Electric i został wiceszefem tej firmy, po czym przeniósł się do Chicago Edison Company, jednej z elektrowni zaopatrujących w prąd Chicago. Dzięki wprowadzeniu tańszych opłat za prąd w godzinach niższego poboru mocy, firma gwałtownie się rozwinęła - a Insull wprowadził kolejne innowacje, m.in. doprowadzanie prądu i sprzedaż urządzeń poniżej kosztów firmy (bo zwróci się to w eksploatacji). Równolegle inwestował w koleje, fabryki neonów i szyldów elektrycznych, wydobycie gazu i w radio. Radykalna ekspansja wymagała radykalnego finansowania, Insull zatem wypuścił tanie akcje i obligacje, które przyniosły duże pieniądze - ale dramatycznie straciły na wartości w momencie krachu na giełdzie. Bogacza, którego długi o 16 mln dolarów przewyższały jego stan posiadania, oskarżono o celowe narażenie akcjonariuszy na straty.





Insulla faktycznie sprowadzono do Nowego Jorku i wytoczono mu trzy kolejne procesy: o wyłudzenie drogą pocztową, o złamanie przepisów związanych z bankructwem oraz o przekroczenie regulacji anty-trustowych. Wszystkie sprawy wygrał i ostatecznie został uniewinniony. 

Nie na wiele jednak mu się to zdało: kryzys pochłonął ogromny majątek i dawny milioner, skompromitowany, wyprowadził się do Francji ze swoją żoną, dawną śpiewaczką rewiową. Kiedyś zarabiał rocznie po kilkanaście milionów, teraz musiał się zadowolić dywidendami z dawnych firm, wynoszącymi 21 tys. dolarów (wciąż była to fortuna, ale, zważywszy przyzwyczajenia państwa Insull, takie pieniądze wydawały im się chyba jałmużną). 16 lipca 1938 byli w Paryżu, gdzie przyjechali z okazji święta wyzwolenia Bastylii. Samuel Insull chorował na serce, żona poprosiła więc, żeby nie upierał się przy jeżdżeniu metrem - ale uważał, że teraz jest już "biednym człowiekiem" i nie może korzystać z taksówek czy dorożek. Wybrał się na miasto samotnie i zmarł na atak serca zszedłszy po schodach, prowadzących na stację Plac Zgody, przed samą bramką biletową. Ciało zidentyfikowano dzięki rachunkowi z pralni. W momencie śmierci w kieszeniach miał 30 franków, a cały jego majątek wynosił około 1000 dolarów minus 14 mln dolarów długu. 

Gdyby żył dziś, po kryzysie 2008 roku dostałby tylko podwyżkę od rady nadzorczej swojej firmy. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934

poniedziałek, 1 września 2014

Strzelanina, czyli jak policja dzielnie walczyła z praworządnymi obywatelami.

Opowieść o strzelaninie we wsi Rakowczyk pod Kołomyją każe nam sądzić, że miejscowy posterunek był obsadzony przez sierżanta Cruchota (Louis de Funes) i inspektora Clouseau (Peter Sellers): oto prawdziwa slapstickowa komedia pomyłek i strzałów znikąd - niestety, z prawdziwymi ofiarami...


W "Ostatnich wiadomościach" oprócz tego, i owszem, sporo: ciekawa historia o panu, któremu ciągle płonęły sklepy i restauracje, a także wzmianka o Szczerbie-Bazalińskim (o którego zbrodniach, procesie i egzekucji pisałem TUTAJ). Ale najciekawsza jest jednak opowieść o oddziale policji desperacko broniącej inwalidy Fedusiaka przed Fedusiakiem, Fedusiakiem, a także wsią złożoną chyba głównie z Fedusiaków. Zwracam uwagę, że w "Tajnym Detektywie" zawsze podawano nazwiska i imiona przestępców, ofiar i policjantów - tym jednak razem postanowiono ukryć nazwiska stróżów prawa i oszczędzić im dodatkowej kompromitacji na łamach ogólnopolskiego tygodnika.


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934

sobota, 30 sierpnia 2014

Hipek Wariat, czyli morderstwo na Foksal 17

Sprawa była słynna na całą Polskę: w listopadzie 1928 roku banda kasiarza Hipka Wariata dokonała nieudanej kradzieży w mieszkaniu Henryka Lewenfisza, właściciela kamienicy przy ul. Foksal 17, przy okazji dusząc bez żadnej przyczyny służącą Franciszkę Anczewską. Bandytów wkrótce zaaresztowano i skazano, ale możliwe, że przyczyny morderstwa były naprawdę niezwykłe...

Wszystko zaczęło się od plotek na mieście, że Lewenfisz sprzedał kamienicę i trzyma w domowym sejfie fortunę. Hipolit Rytter - bo tak nazywał się Hipek Wariat - wszedł więc w spółkę z innymi przestępcami, m.in. Antonim Gutaszewskim (zwanym Antkiem Chamem) i Bolesławem Frelkiem, który dostał zadanie specjalne: miał uwieść służącą Franciszkę. I rzeczywiście: kiedy Lewenfisz wyjechał nad morze, do Sopotu, zakochana Franciszka przygotowała w domu przyjęcie zaręczynowe. Tymczasem zaproszeni na bibkę goście okazali się szajką, którzy skrępowali najpierw Anczewską, a potem kolejne osoby, które pojawiły się w mieszkaniu: zięcia Lewenfisza oraz bonę jego dzieci. Równolegle w innym pokoju trwało prucie kasy - kiedy wreszcie współpracownicy Hipka otworzyli drzwi pancerne, okazało się, że nie skrywaja niczego wartościowego. Zabrali się do drugiego sejfu - ale nie zdołali go wykuć ze ściany sypialni. Skok okazał się fiaskiem i może właśnie zawiedzionym nadziejom należy przypisać ten nagły i beznsowny akt okrucieństwa: część bandytów weszła do pokoju, gdzie przetrzymywali skrępowaną Anczewską, po czym ją udusili.

Zięć Lewenfisza wyswobodził się z więzów już w chwilę po wyjściu przestępców, wezwana przezeń policja pojawiła się bezzwłocznie i cała szajka wkrótce wpadła. Przy okazji wybuchł ogromny skandal, bo okazało się, że Hipek Wariat odsiadywał w więzieniu dożywocie i z powodu obłożnej i nieuleczalnej choroby - paraliżu nóg - został wypuszczony na pół roku dla poratowania zdrowia. Prawo nie przewidywało jednak przerw w odsiadce dożywotniej, a chory mógł co najwyżej zostać przeniesiony do szpitala więziennego, więc przepisy drastycznie złamano; sejm zażądał wyjaśnień od Ministerstwa Sprawiedliwości, minister Meysztowicz podał się do dymisji.

W procesie przyjęto, że Anczewską zadusił Antek Cham - jednak wspomnienia przedwojennej sławy adwokackiej, mecenasa Zygmunta Hofmokla-Ostrowskiego, rzucają na sprawę zupełnie nowe światło:





Czy mordercą był faktycznie Hipolit Rytter? Trudno powiedzieć. Hofmokl-Ostrowski nie był wszak pierwszym z brzegu bajarzem, to gwiazda palestry wiedeńskiej z czasów C-K Monarchii, warszawskiej przedwojennej i powojennej jeszcze - urodził się w roku 1873 w Wiedniu jako syn sędziego Najwyższego Trybunału Sądowego i Kasacyjnego;  w roku 1904 założył własną kancelarię i szybko zdobył sławę jako skuteczny adwokat. Opowiadano o nim anegdotę: kiedy podczas procesu niejakiego Szmula Rozenkranca zirytowany prokurator przerwał Hofmokl-Ostrowskiemu słowami "Mnie na to miejsce powołał sam Najjaśniejszy Pan Franciszek Józef", usłyszał: "A mnie na to miejsce powołał Szmul Rozenkranc. Ale on wiedział, co robi!". Skąd zatem taka opowieść? Może adwokat miał jednak skłonność do fantazjowania? Może Hipek faktycznie mu to opowiedział, bo chciał pomóc kolegom - albo miał halucynacje jako najprawdziwszy wariat? Może wreszcie Hofmokl-Ostrowski planował apelację od wyroku dla jednego ze skazanych, i przydałoby mu się zrzucenie winy na nieżywego przestępcę? Jedno wydaje się pewne - z Hipkiem Wariatem było jak z tym pacjentem lazaretu u dobrego wojaka Szwejka: "Ten symulant spod trójki w nocy umarł." Choć, przyznać trzeba, nie na nogi.

Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934