Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2019

Staszliwe skutki (nie)palenia marihuany


Poznajcie Waltera „Czerwonego” Tylczaka, polskiego gangstera z Detroit, bohatera przerażającej – i kompletnie zmyślonej – opowieści o śmiertelnych skutkach palenia zioła.



Od połowy XIX wieku w USA chętnie palono konopie indyjskie, jednak w ramach wielkiej akcji porządkowania rynku medykamentów i walki ze sprzedawcami różnego rodzaju cudownych eliksirów wprowadzano stopniowo nowe zasady, wedle których konopie podpadały pod kategorię "trucizn", czy "leków szkodliwych dla zdrowia" i mogły być sprzedawane tylko na receptę lekarską. Przepisy zaostrzyły się na początku XX wieku, zwłaszcza po wprowadzeniu prohibicji w 1920 roku, kiedy to wielu ludzi zamiast zakazanego alkoholu relaksowało się paleniem trawy. Po zniesieniu prohibicji w 1933 roku szczególnym wrogiem konopi został szef Federalnego Biura d/s Narkotyków, Harry J. Anslinger, który upierał się, że ich palenie prowadzi do morderczych chętek i nieopanowanego popędu seksualnego - był też wojującym rasistą i dowodził, że palenie skłania białe kobiety do seksu z czarnymi mężczyznami. 

Do naszego kraju zjeżdża całymi tonami śmiertelna, straszliwa trucizna, która niszczy i rozdziera nie tylko ciało, ale samo serce i duszę każdego człowieka, który z miejsca staje się niewolnikiem którejś z jej okrutnych, niszczycielskich form. Marihuana to droga na skróty do domu wariatów. Pal przez miesiąc papierosy z marihuaną, a to, co kiedyś było twoim mózgiem, stanie się jeno magazynem upiornych zjaw. Haszysz z najłagodniejszego człowieka, którego śmieszył pomysł, że mógłby go opanować jakiś nałóg, czyni mordercę, który zabija dla samej przyjemności zabijania.

Ostatecznie dopiął swego w roku 1937, kiedy wprowadzono Marihuana Tax Act, zakazujący posiadania i sprzedaży trawy. Zrazu spotkało się to z niewielkim oporem, bo aptekarze i lekarze nie znali terminu "marihuana" i nie wiedzieli, że uderza to w recepty na konopie - a potem było za późno i raport LaGuardii (burmistrza Nowego Jorku, który nie zgadzał się z propagandą Anslinegra) został odrzucony jako "nienaukowy". 



Zmianom przepisów towarzyszyła wielka kampania Anslingera i jego sojuszników, m.in. magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, któremu na rękę były opowieści o demonicznej sile marihuany, bo pomagały w sprzedaży brukowców. Artykuły, ulotki i poradniki, dowodzące straszliwej szkodliwości konopi roiły się od krwawych opowieści i znalazły swoją kulminację w filmach: „Marihuana” z 1936, „Zabójca młodości” z 1937, a przede wszystkim w zrealizowanym w 1936 roku przez grupkę religijnych aktywistów „Tell Your Children” („Powiedzcie swoim dzieciom”). Znany jako jeden z najgorszych filmów w historii kinematografii, został nakręcony w dobrej wierze, a następnie – wykupiony, przemontowany i wzbogacony o ostrzejsze sceny przez Dwaina Espera, specjalisty od exploitation films – trafił do kin dla zgoła innej publiczności jako „Reefer Madness” („Ziołowy obłęd”; występował także jako „Paląca kwestia”, „Narkoman”, „Narkotyczna młodość” i „Obłęd miłosny”). W latach 70. osiągnął status filmu kultowego w latach 70., bo upalone pokolenie dzieci kwiatów znakomicie bawiły się przy tej perle nieudaczności, a także później (znakomity parodystyczny musical pod tym samym tytułem z roku 1998, sfilmowany w 2005). Opowieść rozrasta się na zasadzie od rzemyczka do koniczka: prosta jest droga od wypalenia zioła do wypadku samochodowego, morderstwa, samobójstwa, próby gwałtu, halucynacji i ostatecznego szaleństwa. Esper w swojej wersji „Reefer Madness” położył nacisk na sceny seksu i przemocy – a równocześnie był kryty przed zakusami cenzury, był to bowiem film umoralniający. Jakże często największe plugastwa można znaleźć w umysłach samozwańczych strażników publicznej moralności.



Takie dzieła potrzebowały oczywiście, jak średniowieczne kazania, egzemplów, czyli poruszających przykładów z życia wziętych. Dostarczał ich Anslinger i podobne w tonie a niekiedy tożsame notatki rozchodziły się w ulotkach i w prasie. Jedną z czołowych spraw było podwójne zabójstwo w stanowym zakładzie penitencjarnym w Marquette, gdzie zawsze pojawia się straszliwy upalony morderca Tylczak. Na przykład w ulotce „Narkotyczny demon” z roku 1940 można było przeczytać: Jakiś czas temu ciszę więzienia stanowego w Marquette w stanie Michigan rozerwały dźwięki rewolwerowej strzelaniny, a w godzinę później dobroduszny więzienny doktor leżał obok lojalnego więźnia, który oddał życie, próbując ocalić swego przyjaciela, doktora. Śledztwo wykazało, że broń i amunicję przeszmuglowano do więzienia w podwójnych dnach pojemników ze śledziami, a także że do więzienia przemycono również MARIHUANĘ, z której Tylczak, morderca doktora i współwięźnia, dobył swojej demonicznej odwagi. 

*

Niestety dla Anslingera dziennikarze zaczęli naciskać go w sprawie podawania źródeł, więc w 1936 roku napisał do dyrekcji więzienia, która w odpowiedzi sprostowała nieścisłości:

Artykuł w gazecie niewątpliwie odnosi się do zabójstwa dr. A. W. Hornbogena, które miało miejsce w naszym szpitalu więziennym pięć lat temu. […] Pistolety nie dotarły tu w podwójnych dnach pojemników ze śledziami, tylko w konserwach drobiowych firmy Hormel. Zostały tam umieszczone w Detroit, przywiezione tutaj i umieszczone pod niewielkim mostkiem w okolicach terenów należących do więzienia. Następnie puszki wwiózł zastraszony więzień, kierowca ciężarówki. Nigdy nie udało nam się dowieść z całą pewnością, że marihuana miała cokolwiek wspólnego z zamieszanymi w ten spisek, wyglądający na próbę ucieczki. Podejrzewaliśmy wprawdzie, że mieli marihuanę, ale nie znaleźliśmy na to żadnych dowodów.

Następnie dyrektor Walter F. Gries szczegółowo opisuje próbę ucieczki:

W owym czasie czterej osadzeni dzięki pomocy z zewnątrz otrzymali broń; nazywali się Germano, Roxbury, Buver i Hohfer. Trzem pierwszym z nich udało się trafić do szpitala więziennego z przepustką chorobową. Kiedy doktor Hornbogen, zastępujący lekarza więziennego przebywającego na wakacjach, badał pacjenta Germano, ten, poproszony o zdjęcie koszuli, wyjął ze spodni ukryty tam pistolet i zastrzelił doktora, a następnie postrzelił więźnia-pielęgniarza nazwiskiem Oligschlager, który próbował interweniować i pomóc lekarzowi. Doktor zmarł natychmiast, więzień-pielęgniarz tego samego dnia wieczorem.

O ile udało nam się ustalić, ludzie ci nie zamierzali zabić lekarza, tylko stał się on przeszkodą w ich planach, a że – jak zakładamy – byli oni pod niejakim wpływem Marihuany, po prostu zastrzelili go i zbiegli schodami do rotundy, zabrali klucze tamtejszemu strażnikowi, wyszli na dziedziniec, a stamtąd na trzecią kondygnację budynku przemysłowego, gdzie trzej pierwsi osadzeni się zastrzelili. Czwarty, Hohfer, odebrał sobie życie w celi, której nie udało mu się opuścić.

Oto krótka historia incydentu, który wydarzył się tu pięć lat temu, w sierpniu.

Nazwisko Tylczak, owszem, pojawia się w tym obrazku – ale był to człowiek, który zorganizował przemyt broni do więzienia. Został potem aresztowany dzięki ciężkiej pracy detektywa Van Loomisa z policji stanu Michigan. Tylczaka następnie osądzono i skazano. Jakiś czas później wrócił do Detroit żeby zeznawać w innej sprawie i uciekł konwojentom z sali sądowej. Jakiś czas później jego ciało znaleziono chyba gdzieś w hrabstwie Wayne albo w okolicy i podejrzewa się, że został zastrzelony przez członków własnego gangu.

Anslinger musiał być niepocieszony.


"Rotunda" w innym więzieniu w stanie Michigan, w Jackson - był to centralny hol całego więzienia, gdzie dochodziły poszczególne korytarze.


*

Jakie zatem były prawdziwe losy Waltera Tylczaka? Wiemy, że przed ukończeniem osiemnastego roku życia zdążył dwa razy zostać postrzelony przez policję; odsiadywał liczne wyroki, dwukrotnie też uciekł z więzienia. Należał do jednego z najważniejszych i zarazem najbardziej brutalnych gangów w ówczesnych Stanach, Purpurowego Gangu z Detroit, założonego przez braci Burnstein i trudniącego się głównie przemytem alkoholu, porwaniami i wymuszeniami. Na początku lat 30. gangsterzy prowadzili tak wystawne życie - i zarazem czuli się tak dalece bezkarni - że zaczęli popełniać głupie błędy, które ułatwiały policji ich ściganie. Do tego zaczęli ze sobą rywalizować, co pociągnęło serię zabójstw.

Rzeczywiście, w 1932 „Ironwood Daily Globe” donosiło o skazaniu go za zorganizowanie szmuglu pistoletów. Oskarżonymi o przemyt i przyczynienie się do śmierci dr. Hornbogena byli Stanley Podolski, odsiadujący karę 20 do 40 lat w Marquette za napad na bank; Walter Tylczak, obecnie przebywający w więzieniu w Jackson, oraz Stanley I. Sczitko, alias Sam Sceatko, blacharz z Detroit, również osadzony w więzieniu Marquette. Ostatecznie Waltera „Czerwonego” Tylczaka, który już siedział w Jackson za rozbój, skazano za morderstwo drugiego stopnia na dodatkowe 20 do 40 lat odsiadki, a Stanleya Podolskiego i Sczitkę uniewinniono (Stanley, jak sądzę, musiał być słusznej postury, miał bowiem ksywkę „Big Stack”, co należałoby tłumaczyć jako „Stosisko” albo „Hałda”).

Tylczak poszedł siedzieć, ale - jak już wiemy z listu dyrektora więzienia Marquette - uciekł z sądu. A tak naprawdę z aresztu miejskiego, dokąd przeniesiono go z więzienia, żeby zeznawał w sprawie niejakiego Williama Sudomiera, oskarżonego o zabójstwo (w marcu 1931 roku) zamożnego przedstawiciela handlowego Josepha Burke'a. Obaj przestępcy znali się od dziecka, w roku 1925 (kiedy mieli po osiemnaście lat) trafili razem do zakładu poprawczego za rozbój na właścicielu spożywczaka; po pół roku, w styczniu 1926, uciekli stamtąd, ale obaj wpadli – Tylczak pod koniec lutego, kiedy pechowo spróbował obrabować tajniaka, a Sudomier w marcu, kiedy policję powiadomiła czternastolatka, którą namawiał do romantycznej ucieczki we dwoje. 

Wkrótce jednak przyjaciele zostali wrogami; za ucieczkę z poprawczaka trafili do Marquette, a kiedy opuścili więzienie, napadli wspólnie na poborcę podatkowego; Tylczak został postrzelony, Sudomier go porzucił i salwował się ucieczką. Znów obaj znaleźli się w Marquette, ale tym razem w rywalizujących ze sobą grupach. Kiedy ucieczka z więzienia się nie udała, Tylczak i inni więźniowie uważali, że wsypał ich właśnie Sudomier. Teraz, w akcie zemsty, Tylczak oskarżył go przed śledczymi o zabójstwo Burke'a: mieli razem podjechać pod dom ofiary, Walter czekał w samochodzie, a William ruszył do środka z rewolwerem, a wróciwszy oświadczył, że Burke wrócił za wcześnie do domu i "musiał go zastrzelić". Obrońca Sudomiera na sali sądowej zapytał nawet Tylczaka, czy to prawda, że próbuje doprowadzić do powrotu oskarżonego do Marquette w nadziei, że współwięźniowie pomszczą jego krzywdę i ukarzą kapusia. Złożywszy zeznania, Tylczak – jak wiemy – zbiegł 8 lipca 1933 roku.

Za jego głowę wyznaczono nagrodę 500 dolarów wedle starej reguły „żywy lub umarły”, a listy gończe posłano również do Polski, sądząc, że może próbować ukryć się w rodzinnych stronach. Stąd wklejka w albumie polskiej policji i anonse w gazetach:



Poszukiwania były jednak niepotrzebne, bo raptem tydzień po tej notce w łódzkim "Echu" sprawa niejako sama się rozwiązała.

*

26 listopada 1933 roku znaleziono ostrzelany samochód, nowiutkiego chryslera, a wewnątrz dwa ciała. Byli to nierozłączni Abe Axler i Eddie Fletcher, nazywani "bliźniakami syjamskimi", którzy byli najważniejszymi zabójcami w szeregach Purpurowego Gangu. Zostali zlikwidowani zapewne przez własnych ludzi, czy to za podprowadzanie pieniędzy gangu, czy to na zlecenie włoskiej mafii, z którą rywalizowali w handlu narkotykami w Detroit. W chwili śmierci trzymali się za ręce i tak też ich znaleziono. 

Bliźniacy syjamscy

W tej samej okolicy, ledwie dwa dni później, 28 listopada 1933 roku o 7:20 rano pewien farmer znalazł leżące na poboczu ciało. – jak podawały „Ludington Daily News” – Zmarły został zabity strzałem w głowę i zapewne wyrzucony z samochodu do rowu. W kieszeniach znaleziono pociski kal. 38 mm oraz pęk kluczy, które według policji mogły być wytrychami do zamków. Jak się zdaje, z ubrania usunięto wszelkie znaki szczególne i ciało zidentyfikowano dopiero parę godzin później dzięki odciskom palców. Z tego samego artykułu dowiadujemy się również, że Policja hrabstwa Macombe, która zidentyfikowała Tylczaka po jego odciskach palców, uważa że był on jednym z ludzi biorących udział w zabójstwie dr. Juliusa C. Harrisa, dentysty z Detroit, który zginął w kasynie sobotni wieczór, czyli trzy dni wcześniej.

Niedługo później Sudomier, którego proces o zabójstwo Burke'a nadal trwał, ale oskarżony wpłacił kaucję w wysokości 10 tys. dolarów i odpowiadał z wolnej stopy - zgłosił się na policję i powiedział, że jest spłukany, więc chętnie pomoże w sprawie rozwikłania zagadki zabójstwa Tylczaka. Ale nic nie wskazuje, żeby ją rozwikłano. 

Możliwości są różne: zemsta samego Sudomiera, który chciał unieszkodliwić zbiegłego świadka; pozbycie się przez kolegów niewygodnego, intensywnie poszukiwanego przez policję przestępcy; porachunki o pieniądze zrabowane dentyście w kasynie pomiędzy jego zabójcami; wreszcie: ogólny zmierzch Purpurowego Gangu i dobijanie jego resztek przez Włochów. Tak czy owak, Tylczak przeżył życie krótkie i awanturnicze - w chwili śmierci liczył zaledwie dwadzieścia sześć lat i nie miał pojęcia, że za parę lat stanie się jednym z przykładów szkodliwości marihuany.

Za: "Echo" 20 XI 1933, „Ludington Daily News”, 28 XI 1933; „Ironwood Daily Globe” 9 VI, 14 VII, 23 VIII, 13 XII 1932, reefermadnessmuseum.org, album policyjny

wtorek, 12 lipca 2016

Nikodem czyli przedwojenne afery filmowe. Vol. I: Vita-Film

Warszawska Orkiestra Sentymentalna nagrała właśnie płytę, a otwierającą piosenką jest uroczy numer "Nikodem", opowiadający o naiwnym, nadobnym młodzieńcu, który "miał filmową urodę, dystynkcję i sex-appeal i sportowy styl", więc dał się ponaciągać dziwnym firmom producenckim. Dziś ten kontekst jest może nie do końca zrozumiały, więc wracam, bo rzecz naprawdę ładnie zagrana i zaśpiewana:



Adam Aston (właśc. Adolf Loewinsohn) nagrał "Nikodema" w roku 1933...



...i wówczas sprawa była bardzo świeża. Polską przedwojenną wstrząsało mnóstwo mniejszych i większych afer producenckich - film był szaleństwem tej epoki, a nad Wisłą, gdzie nie było jeszcze potężnych studiów, wiele obrazów powstawało rzeczywiście stosunkowo niewielkim kosztem i warunkach półchałupniczych. Dwa największe skandale to Vita-Film i Empe-Film, odpowiednio z 1931 i 1934 roku.

Artykuł o pierwszej aferze, ozdobiony pięknym kolażem, wklejałem już w 2010 roku, ale warto ją przypomnieć (zwłaszcza, że we wpisie druga ładna piosenka o naciągaczach filmowych). Czas też uzupełnić ją o parę wycinków. Oraz o przeoczoną wówczas okładkę:


Vita-Film mieścił się na Chmielnej 48 - w zniszczonej w czasie wojny (w powstaniu lub po jego upadku) trzypiętrowej kamienicy na rogu Zielnej:


Firma jest o tyle ciekawa, że zrealizowała wcześniej przynajmniej jeden film: "Karuzela życia" z zabójczo pięknym Harrym Cortem (w rzeczywistości: książę Stanisław Józef Gedyminowicz-Bielski) w roli głównej. Natomiast zupełnie niezwykłym zbiegiem okoliczności reżyserem filmu był Bolesław Miciński, a operatorem - Stanisław Witkiewicz. 

Zbieżność jednego nazwiska byłaby ciekawa, dwóch - przedziwna, więc od lat toczą się spory o to, czy autorem zdjęć był Witkacy, a reżyserem - dziewiętnastoletni podówczas, późniejszy słynny eseista. W "Tajnym Detektywie" reżyser występuje jako Mickun-Miciński - takim nazwiskiem posługiwał się Ludwik (ps. Luigi Micuno), autor powieści groszowych. Z drugiej wszakże strony, ówczesna recenzja podaje wprost, że autorem jest znany teoretyk - reformator literacki:


Niestety, po pierwszym filmie firma postanowiła działać dalej - być może wpadła włapy jakichś hochsztaplerów, być może Miciński - przypadkowo zbieżny imieniem i nazwiskiem z eseistą - był zresztą szczwanym oszustem, nie wiadomo. Nazwisko Witkiewicza dalej się nie pojawia, natomiast pojawiają się ciekawe pomysły kryminalne. Dość powiedzieć, że postanowiono robić film "metodą spółdzielczą" i zarabiać na naiwniakach, którym oferowano role. Nikodem z piosenki wyłożył "tysiączków pięć", sumę zawrotną. W rzeczywistości naiwniaków naciągano na znacznie mniejsze sumy - po kilkunastu złotych do kilkuset. "Echo" pisało o posyłanych na prowincję agentkach o miłej powierzchowności, a "Republika" - o szukaniu ofiar wśród "lepszych sfer" łódzkich:



Łapano się różnych sposobów, by uwiarygodnić produkcję - na przykład do filmu zaangażowano znanych sportowców z ŁKS-u, o czym donosiło - nieświadome szwindlu - "Echo" jeszcze w styczniu:


Zaś w "Głosie Porannym" szukano tylko "inteligentnych odtwórców ról epizodycznych", licząc na to, że nie okażą się inteligentni i nie przejrzą tricku:



W sumie, jak dowiadujemy się z artykułu w "Expressie wieczornym ilustrowanym" o innych tego typu oszustach, działających na mniejszą skalę, twórcy "Vita-Film" wyciągnęli kilkadziesiąt tysięcy złotych (zostawiłem z prawej reklamy seansów, polecam):


Głównymi poszkodowanymi byli jednak nie sportowcy czy panny z zamożnych domów, ale robotnice i służące:







































Dodajmy bowiem, że aferzyści zgromadzili pieniądze nie tylko "sprzedając akcje", ale jeszcze "kręcąc film". Otóż obraz "Raj utracony" miał pokazywać, jak się zdaje, nagość pierwszych rodziców, a przynajmniej nagość jako taką. Filmowcy, Miciński i wspomagający go Malczewski, zamiast kręcić film, wykonywali zdjęcia zwykłymi aparatami, tworząc w ten sposób pornograficzne archiwum, które mogli potem zużyć np. do produkowania pieprznych pocztówek, o czym donosiła "Republika":














Sprawa była skandaliczna i zyskała wielkie zainteresowanie publiczności. Co jednak zaskakuje, to brak doniesień o wyroku - mimo długich poszukiwań nie natrafiłem na wiadomość, na ile skazano Micińskie

go (czy też Mickun-Micińskiego), a na ile Malczewskiego. Przepadają jak kamień w wodę, by więcej się nie pojawić - i wszystko to brzmi jak zmyślony przez Witkacego prasowy żart.


Za: "Tajny Detektyw" nr 11, rok I, 29 III 1931, "Echo" rok VII nr 27, 65 i 74, 27 I,  7 i 16 III 1931, "Głos Poranny"6 II 1931, "Express Wieczorny Ilustrowany" rok IX nr 84, 25 III 1931, "Republika" rok IX nr 71 i 75, 13 i 17 III 1931

środa, 15 sierpnia 2012

Nie hoduje zbóż, ma w kieszeni nóż...

...śpiewała Rodowicz w piosence Osieckiej "Sing Sing". Osiecka uwielbiała gry słowne i ciekawe brzmienie słów, i stąd chyba szlagwortem piosenki stała się akurat nazwa tego więzienia  - a nie Ludlow Street Jail, Fort Slocum, Coxsakie czy Mid-Orange, powiedzmy. Nazwa pochodzi z języka Indian, od których kupiono niegdyś ziemie, gdzie 1825 roku zbudowano pierwsze więzienne budynki. "Sint sinck" znaczy ponoć "kamień na kamieniu" co brzmi iście biblijnie. Natomiast w angielskiej fonetycznej przeróbce to "Śpiewaj, śpiewaj", co też mogło się spodobać Osieckiej.

Wczoraj wieczorem, biegnąc nad brzegiem Hudson River (gdzieś pod oknami hotelu, w którym Brandon ze "Wstydu" energicznie, ekhem, zaprzyjaźnia się z panią prostytutką, patrząc na New Jersey, leżące po drugiej stronie rzeki) uświadomiłem sobie, że gdybym pobiegł dalej jeszcze, trafiłbym do Sleepy Hollow (dawniej Tarrytown, sportretowanego przez Washingtona Irvinga w opowiastce o Jeźdźcu bez Głowy, i w hołdzie dla niego przemianowanego na Sleepy Hollow w 1996 roku; Irving zresztą leży na miejscowym cmentarzyku). A gdybym, minąwszy Sleepy Hollow, wlókł się dalej wzdłuż brzegu rzeki (są to już dystanse maratońskie), to dowlókłbym się właśnie do Sing Sing, o którym 34 numer "Tajnego Detektywa" z 1934 roku wspomina aż dwukrotnie:


To ciekawostka z prawdziwego Sing Sing, nowojorskiego. Ale znacznie większa notka dotyczy Sing Sing przemyskiego (sic!):


A zatem - skwarki zarzewiem buntu! Co ciekawe, w przywołanym filmie z 1930 roku, "The Big House", intryga też zaczyna się od osadzenia więziennego watażki w karcerze, i powodem awantury też jest niesmaczne jedzenie. Wątpię, by kucharze w prawdziwym Sing Sing znali skwarki, ergo - by skąpili ich więźniom, ale to nieoczekiwane powinowactwo między prawdziwym Wasyłykiem a filmowym Butchem jakoś mnie ujęło.

Nawiasem mówiąc, watażkowie więzienni są oczywiście wszędzie, ale w niektórych więzieniach mają więcej do gadania, w innych - mniej. I Sing Sing pod tym względem w swoich czasach było naprawdę wyjątkowe. Zreformował je gruntownie niejaki Thomas Mott Osborne (1859-1926), wywodzący się z fabrykanckiej rodziny o tradycjach społecznikowskich (abolicjonistycznych). Odsłużywszy dwie kadencje jako burmistrz Auburn w stanie Nowy Jork (znany był z tego, że jak Harun ar-Raszid mieszał się z tłumem i - incognito, oczywiście - podsłuchiwał w tawernach i na ulicach, co w trawie piszczy), Osborne zajął się reformami więziennictwa. Dał się zamknąć w celi jako anonimowy więzień i przez tydzień na własnej skórze poznawał warunki w celach, na spacerniaku, w stołówce, itd. Potem natomiast zadziwił więźniów i strażników tym, że poruszał się po Sing Sing bez uzbrojonej obstawy. Jego reformy z miejsca zjednały mu właściwie całą społeczność więzienną, po obu stronach krat - poza garstką watażków, którzy w poprzednim systemie mieli się jak pączki w maśle i dzięki korupcji mogli sobie pozwolić na znacznie więcej, niż jakiś biedak. Jeden z owych "pokrzywdzonych reformami" - manhattański bankier, osadzony za oszustwa - wykorzystując znajomości wśród polityków i  nie szczędząc grosza, rozpętał przeciwko Osborne'owi ogromną kampanię, a w końcu doprowadził do postawienia go przed sądem za krzywoprzysięstwo, zaniedbywanie obowiązków i utrzymywanie kontaktów seksualnych z więźniami. Kiedy oczyszczony z zarzutów Osborne wrócił do Sing Sing, wyprawiono tam z tej okazji ogromną fetę, a więźniowie wystawili ku czci uniewinnionego dyrektora specjalne przedstawienie.

W 1931 roku imieniem Osborne'a nazwano kilka założonych przez niego i połączonych w jedno organizacji. Osborne Association istnieje do dziś i zajmuje się resocjalizacją, a konkretnie - przywracaniem byłych więźniów do normalnego życia w społeczeństwie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934

wtorek, 13 marca 2012

Dr Jan "Mabuse" Gagatek przedstawia

"Tajny" rozczula mnie nierzadko swoimi kulturowymi nawiązaniami - a to "Zbójcami" Schillera, a to, jak tym razem, "Doktorem Mabuse" w reżyserii Fritza Langa (choć to, powiedzmy szczerze, był wówczas stosunkowo świeży, bo dziesięcioletni, film sensacyjny - cóż, że arcydzieło kinematografii - czyli dzieliło go od czytelników artykułu tyle, co nas od "Fridy", "Godzin" czy "Chicago").




Osią artykułu, zresztą niespecjalnie ciekawego, jest postać dr. Gagatka i niewybredne - począwszy od tytułu - żarty z jego nazwiska, podobne nieco do żartów z nieszczęsnego pana Kochanka, zamieszanego w dramatyczny trójkąt małżeński. Nasze zdziwienie budzić jednak może fakt, że dworujący sobie z Gagatka autor wcale nie zwrócił uwagi na samego włamywacza - wszak Wlizło to w tej profesji brzmi raczej jak zawodowy pseudonim niż faktyczne nazwisko.

Wklejam tę notkę z jednego jeszcze - poza pyszną końcówką o dr. Mabuse - powodu. "Tajny" nie mógłby oczywiście publikować dziś tak swobodnie zdjęć podejrzanych, oskarżonych a nawet skazanych. Wolno było więcej - i przyjmuję to. Ale opublikowanie zdjęcia Gagatka jako szkraba robi - przynajmniej na mnie, wychowanym w poszanowaniu prawa do prywatności - piorunujące wrażenie.

Za: "Tajny Detektyw" nr 10, rok 2 (6 III 1932)

wtorek, 10 sierpnia 2010

Aplin, czyli Panasony

I aktorstwo, nawet komediowe, ma - jak każda dziedzina sztuki, swoich van Meegerenów. Obsada procesu doborowa. Chaplin jako Chaplin, Karlos Amador jako Aplin, jako statyści w pierwszych rzędach: Pickford, Fairbank, Swanson. W roli efektów specjalych: palona taśma filmowa.

Dodać tylko należy, ze zwykłej blogerskiej przyzwoitości, że wymieniony we wstępie Alceo Dossena tak naprawdę nie był fałszerzem, a znakomitym imitatorem, który wykonywał rzeźby w stylu dawnych mistrzów. Jednak nieuczciwy marszand, niejaki Fasoli, wfasolał je kolekcjonerom i muzeom, inkasując kokosy, a Dossenie płacąc nędzne grosze. Rzeźbiarz dowiedział się o całej sprawie i wytoczył proces nieuczciwemu marszandowi, przy okazji demaskując wiele "cennych oryginałów" jako doskonale wykonane stylizacje.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok I (23 VIII 1931)

sobota, 17 lipca 2010

Wszechpolacy płaczący i grzeszne anioły czyli Europride

Tajny Detektyw jest jak Biblia: znajdzie się w nim coś na każdą okazję. Zanim więc pójdę na paradę wklejam zatem newsy sprzed niemal 80 lat, które tak oto wymownie złożyły się na jednej stroniczce:


Nawiasem mówiąc, po 79 latach z kawałkiem młodzież wszechpolska jest znów antyrządowa - a bywała już młodzieżą koalicyjną. Demony zaś nadal są uparte.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok I (15 III 1931)