Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I wojna światowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 czerwca 2013

FCUK vol. I, czyli narkotyki, Borsalino i aktor porno

Powstała w roku 1972 firma odzieżowa French Connection od początku świadomie grała na podobieństwie loga "fcuk" do innego czteroliterowego wyrazu angielskiego, co w owym czasie wzbudzało jeszcze wielkie kontrowersje. Tymczasem bez porównania bardziej kontrowersyjna była pełna nazwa: oznaczała bowiem nie zwykłe przekleństwo, a największy podówczas kanał przerzutowy narkotyków.


Skojarzenie nie mogło być przypadkowe - rok przed powstaniem FCUK film o "French Connection" (u nas jako "Francuski łącznik") został uhonorowany pięcioma oskarami, a i książka, na motywach której powstał (z roku 1969) cieszyła się dużym powodzeniem. Czyli: zarazem sex and drugs (a rock and roll w domyśle).

"French Connection", czyli "Połączenie francuskie" istniało jeszcze od przedwojnia, a cała linia wyglądała następująco: ze "Złotego Półksiężyca" (tereny dzisiejszych Iranu, Pakistanu i Afganistanu) lub "Złotego Trójkąta"  (Indochiny), światowych centrów produkcji opium, przewożono surowiec do tureckiej Anatolii, gdzie rafinowano go wstępnie i w takiej formie transportowano do bardziej technologicznie zaawansowanych potajemnych rafinerii w Marsylii, należących do korsykańskiej mafii. Stamtąd trafiały - i trafiają po dziś dzień - do Stanów i krajów europejskich.

Pierwsze tamtejsze fabryczki policja odkryła właśnie w latach trzydziestych, a lokalnymi macherami byli podówczas Korsykańczyk Paul Carbone i Włoch z Lacjum, Francois Spirito. Poznali się w Egipcie, gdzie stworzyli razem gang specjalizujący się w haraczach i prostytucji, ale prędko przenieśli się do Marsylii, w której Carbone wyrósł na głównego bossa. Posiadali - jak czytamy w angielskiej Wikipedii - burdele (maisons closes), trudnili się wymuszeniami na Riwierze, szmuglowali parmezan między Włochami a Francją; obaj mieli również interesy w Paryżu. Byli pierwszymi, którzy importowali z Indochin opium, przerabiali je na heroinę pod Marsylią, a następnie przesyłali do USA. Ich błyskawiczna kariera z pozycji drobnych graczy na bossów trzęsących całym miastem możliwa była dzięki współpracy z burmistrzem, Simonem Sabianim: dzięki temu wycięli niemal całą konkurencję - poza braćmi Guarini, którym zostawili prostytucję, pod warunkiem, że nie będą się zajmowali innymi branżami - i stworzyli pierwsze w Marsylii wielkie przestępcze imperium, obejmujące "Francuskie połączenie", szmugiel alkoholu, hazard, handel żywym towarem oraz przerzut broni do wojennej Hiszpanii. 

Sabiani, Carbone, Spirito.
Sabiani, również Korsykańczyk, był osobliwą figurą - bohaterem I wojny światowej, który tuż po jej zakończeniu wstąpił do sekcji francuskiej Międzynarodówki, potem był w partii komunistycznej, następnie u socjalistów, a wreszcie we Francuskiej Partii Ludowej, która stopniowo przeszła z pozycji komunistycznych na współpracę z nazistami i faszystami Mussoliniego, rozwiniętą pod niemiecką okupacją w pełną kolaborację. Carbone i Spirito poszli za Sabianim - w latach trzydziestych wysyłali swoich gangsterów żeby tłumić strajki w dokach, potem dzięki współpracy z politykami rządu Vichy mogli sobie pozwolić na bezkarność. Przynajmniej przez jakiś czas. Carbone zginął w 1943 roku, kiedy jego samochód został zmiażdżony wagonem pociągu, wykolejonego przez partyzantów. Sabiani po wojnie został zaocznie skazany na karę śmierci i ukrywał się za granicą. Spirito wreszcie uciekł do Ameryki Południowej, gdzie zajmował się "Francuskim połączeniem", potem trafił do Stanów, gdzie zatrzymano go w Nowym Jorku i skazano na dwa lata, które odsiedział w Atlancie, po czym nastąpiła ekstradycja do Francji. Miano go osądzić za kolaborację, do procesu jednak z jakichś przyczyn nie doszło. Zmarł w 1967 roku jako szacowny prezes tulońskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Gry w Bule. 

Dodać może należy, że Carbone i Spirito zostali pośmiertnie sportretowani przez Belmonda i Delona (bardzo to dla nich pochlebne) w klasycznym francuskim filmie "Borsalino"; nazywają się tam Francois Capella i Roch Siffredi  - a zbieżność z pseudonimem znanego aktora porno jest nieprzypadkowa.

Zapowiadany na okładce "Tajnego Detektywa" reportaż o marsylskich dilerach - już w następnym odcinku.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

niedziela, 28 kwietnia 2013

Zbrodnia we Lwowie vol I., czyli palce w słoiku z cukierkami

Park, w parku śnieg, pod śniegiem piach. W piachu kawałki porąbanego i osmalonego ciała - w sumie zaledwie 14 kg. Kolejne dni przynoszą jeszcze 21 kg ciała ofiary (w sumie 44 kawałki), rozsypanego w różnych częściach Lwowa. To niedużo, skoro badania wykazują, że zarąbana kobieta była "dobrze odżywiona". Lwów szumi od plotek. Takiej sensacji "Tajny Detektyw" oczywiście przegapić nie mógł. 




Skąd ten "Lwowski Kuerten" w tytule? Ha, wielka wojna przyniosła Niemcom okres ogromnej nędzy, frustracji, niepewności i nierówności, co miało się skończyć obłędem hitleryzmu. Nic dziwnego, że w straumatyzowanym społeczeństwie pojawiło się kilku seryjnych morderców: Haarmann, Grossmann i Kuerten. Wspomniany w tekście Fritz Haarmann (działający wcale nie w Hamburgu, a w Hanowerze, zwany nawet "wampirem z Hanoweru") został zgilotynowany za zgwałcenie i uśmiercenie 24 chłopców w wieku od 10 do 22 lat, choć przyjmuje się, że lista jego ofiar była w rzeczywistości dłuższa. Berlińczyk Grossmann mordował młode kobiety, które następnie ćwiartował (trudno podać liczbę ofiar, choć lista mogła zawierać nawet pół setki nazwisk), kości wyrzucał do rzeki, a mięso sprzedawał na wojennym czarnym rynku; powiesił się w celi przed egzekucją. Kuerten, najbardziej z nich trzech znany, pierwszych morderstw miał się dopuścić jako dziewięciolatek; atakował - co rzadkie - bez szczególnego wzorca, w zależności od tego, na kogo akurat natrafił: kobiety, mężczyzn i dzieci. I choć liczba ofiar była najmniejsza (9 morderstw i 7 usiłowań morderstwa), to właśnie Kuerten zrobił największą medialną karierę. "Tajny Detektyw" nie tylko o nim pisał (że przypomnę tekst z początków tego blogu) ale i co jakiś czas nazywał kolejnego rodzimego mordercę "polskim Kuertenem" (podobnie jak dzisiejsza prasa, która szuka "polskich Fritzlów"). Tak było i w przypadku lwowskiej zbrodni, choć nie było mowy o seryjnym mordercy, a "polskiego Kuertena" należałoby chyba nazwać "polskim bieda-Kuertenem".





Polska po wielkiej wojnie, dodajmy, była nie mniej wykrwawiona i zniszczona niż Niemcy (zwłaszcza, że doszła nam jeszcze jedna ekstra wojna, obrona w roku 1920); wprawdzie ogólna radość z odzyskania niepodległości i wielkie nadzieje działały tu dokładnie odwrotnie, niż niemieckie przygnębienie po traktacie wersalskim, ale zniszczeni weterani zaludniali tereny po obu stronach granicy. Otto Dix i George Grosz, którzy zresztą sami cierpieli na zespół stresu bojowego po przejściu przez okopy, w czasach Republiki Weimarskiej genialnie portretowali swoich byłych towarzyszy broni: jako kaleki-cyborgi bez nóg, rąk, o kulach, ze sztucznymi szczękami, gnijących w suterenach, biedujących na ulicach, wiodących życie zastępcze, niepełne, skarlałe:

Otto Dix: "Grający w skata"
Otto Dix: lewe skrzydło tryptyku "Metropolis"
George Grosz "Bohater"

George Grosz "Ocaleniec"

Jedną z metod opieki nad weteranami były właśnie państwowe koncesje na prowadzenie kiosków, przynoszące może nie kokosy, ale możliwość w miarę godnego utrzymania (dodajmy, że conocne sprowadzanie "koryntjanki" przez Cybulskiego nie oznaczało wówczas, że był bogaty; płatny seks w międzywojniu, o czym pisałem już wcześniej, był bardzo tani). Tak oto ci, którzy przelewali krew za Polskę, dożywali swoich dni na skromnych posadkach, szanowani przez współobywateli. Wprawdzie nie każdy z weteranów, jak widać, był postacią nieskazitelną, ale we Lwowie, raptem 14 lat po heroicznej obronie miasta, bohaterstwo pamiętano - zwłaszcza, że jeśli Cybulski był inwalidą już w armii austriackiej, to męstwem w walce z bolszewikami wykazał się jako kaleka. Tymczasem przez niefrasobliwość Kołodzieja sprawa się wydała - i trzeba było jakoś przełknąć gorzką pigułkę, bohatera-mordercę. O procesie, śledzonym przez cały Lwów, a może i całą Polskę - w następnym wpisie.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

sobota, 10 listopada 2012

Skłamany Bat'ko

Rzadko chce mi się specjalnie kupić książkę, żeby należycie skomentować jakiś artykuł w "Tajnym Detektywie", tym razem jednak szarpnąłem się na arcyciekawe dzieło Stanisława Łubieńskiego: "Pirata stepowego",  traktującego o ukraińskim watażce z czasów rewolucji, Nestorze Machno, legendarnym bat'ce, przywódcy anarchistycznej Republiki Hulajpole.

Łubieński pisze ciekawie i smacznie - ale smacznie pisze też autor artykułu w "Tajnym". Tyle tylko, że mają nieco inny stosunek do źródeł. A źródła o atamanie Machno, jak o wszystkich bohaterach ówczesnej sceny wojenno-politycznej, są nierzadko sprzeczne i pisane przez najdziwniejsze indywidua, które przy okazji piekły własne pieczenie (lub pieczenie rozmaitych partii, partyjek i wywiadów). Warto zatem sprostować to i owo w tak fantastycznej relacji:





Zacznijmy od dzieciństwa. Przez całe lata pisano, że Machno urodził się w roku 1889, księgi parafialne jednak mówią, że przyszedł na świat 26 X (wg kalendarza gregoriańskiego) 1888 roku. Skąd taka zmiana? Prawdopodobnie to jego matka Jewdokija Matwijiwna zmieniła datę w metryce, by Nestor poszedł do wojska rok później. Była to wówczas częsta praktyka. Służba wojskowa trwała sześć lat, Imperium nieustannie prowadziło wojny. Ten ukryty przed państwem rok oznaczał, że w gospodarstwie dwanaście miesięcy dłużej pomagać będzie jeszcze jedna para męskich rąk. Niewykluczone jednak, że datę w metryce zmieniono dopiero w 1910 roku, kiedy Nestor miał zostać powieszony za działalność rewolucyjną. O rok młodszy pozostawał niepełnoletni i nie można go było skazać na śmierć. A i sama wspomniana działalność przydarzyła mu się nieco przypadkiem. W miejscowej fabryce Kruegera zorganizowane zostało kółko teatralne - do kółka przyłącza się też Nestor Machno, miłośnik teatru i aktor amator. Młody robotnik ma już za sobą debiut. W Koloseum wystąpił w małej, ale jakby proroczej roli "tego, który dba, by nie zgasło światło" we Wschodzie jutrzenki wolności hulajpolskiego pisarza Jelisieja Karpenki. Tyle, że kółko teatralne było tylko przykrywką dla spotkań anarchistycznej organizacji Związek Biednych Chłopów.

Jeśli chodzi o przebieg działań bojowych machnowców, to odsyłam już do "Pirata stepowego" - ciekawym jednak mi się wydaje cała opowieść o ekscesach samego atamana. I tak: jakkolwiek częste są opowieści o straszliwych antysemickich pogromach, organizowanych przez jego bandy, Łubieński dość przekonująco udowadnia, cytując liczne opracowania, że sądy takie pochodziły z drugiej ręki lub od wrogów politycznych atamana. Tymczasem w jego oddziałach Żydzi nie tylko zajmowali poczesne stanowiska, ale i nie byli w żaden sposób prześladowani. Machno wydawał specjalne "edykty tolerancyjne", zakazujące pogromów, a wielu świadków (w tym świadków pochodzenia żydowskiego) wspominało, że w straszliwym okresie rewolucyjnym to właśnie nie biali ani czerwoni, ale machnowcy najprzyzwoiciej zachowywali się wobec ludności cywilnej, w tym wobec mas żydowskich (co nie wyklucza, dodajmy, pojedynczych aktów przemocy).

Machno istotnie miał pierwszą żonę, którą pojął jednak nie przed popem, a przed hulajpolską Radą rewolucyjną. I była to nie żydowska branka, a ukraińska chłopka, niejaka Nastia Wasecka, która pisała do Nestora listy, kiedy siedział w więzieniu na Butyrkach. Małżeństwo nie było udane: Nastia, nieskomplikowana wiejska dziewczyna, nie ma zrozumienia dla ideałów, którymi żyje jej mąż. Nie chce mieszkać w komunie i rywalizować o jego względy z towarzyszami anarchistami. Jest w zaawansowanej ciąży, chce mieć dzieci, męża i święty spokój. Ale Nestor nie czeka, śpieszy się do stolicy [gdzie spotka się z Kropotkinem i Leninem]. I nie zobaczy Iwana Nestorowicza Machny. Przy porodzie coś idzie nie tak, dziecko umiera po kilku dniach. Nastia zmarła dopiero w 1981: związała się z innym mężczyzną, urodziła czwórkę dzieci i jako staruszka sprzedawała nasiona słonecznika podróżnym na stacji Hulajpole. 

Z mordów na Żydach znany był natomiast gorliwie antysemicki Hryhoriew (w "Tajnym" pisany z rosyjska: Grygoriew) i była to, jak się zdaje, jedna z przyczyn niechęci pomiędzy dwoma watażkami. Wbrew jednak temu, co pisze korespondent wileński, ostatecznie zawarli oni ze sobą pakt. A grający na dwa fronty (układający się z białym Denikinem) Hryhoriew zginął dopiero po dziesięciu dniach, i to w wyniku uważnie przeprowadzonej (choć może niespecjalnie wyszukanej) prowokacji, która znacznie bardziej pasowałaby do Borgii, niż zwykły strzał znienacka. Hryhoriewa położył trupem zresztą nie sam Machno, a jego adiutant, Czubenko: Ataman traci głowę. Próbuje wyszarpnąć z kabury pistolet, ale Czubenko z bliska wypala mu w twarz. Wszyscy na moment zastygają... lecz ataman nie pada. Stoi ogłuszony z osmaloną skronią i nie bardzo wierząc własnemu szczęściu, z okrzykiem "Oj, Bat'ko, Bat'ko!" rzuca się do ucieczki. Machnie puszczają nerwy. "Bij atamana!", wrzeszczy i sam rzuca się za Hryhoriewem. Żołnierze na podwórku słyszą serię stłumionych strzałów. To Czubenko posyła zdrajcy kilka kul w plecy. Tym razem celnych. Ale w tym samym czasie, korzystając z zamieszania, przyboczny Hryhoriewa wymierza w Bat'kę. Jeden z machnowców w ostatniej chwili blokuje palcem spust. Nestor pakuje w swojego niedoszłego zabójcę cały magazynek.

Zabicie i przejęcie armii Hryhoriewa nie na wiele jednak się zdało. Machno, który z książki Łubieńskiego wyłania się jako postać tragiczna, samouk-idealista ze smykałką do dowodzenia, nazywany bat'ką, czyli ojcem, choć miał posturę i wygląd brzydkiego dziecka, schorowany na gruźlicę, stopniowo dowiaduje się, że wszedł pomiędzy ostrza potężnych szermierzy i anarchistyczna republika nie przetrwa zbyt długo. Ucieka przez Rumunię do Polski, tam faktycznie ma proces (który, jeśli wierzyć "Piratowi stepowemu", od początku był kuriozalny i wyglądał raczej na grę wywiadów niż świadectwo jakiegoś spiskowania), potem przez Toruń dociera do Paryża. Żyje jak to eks-rewolucjoniści: w biedzie, spisując wspomnienia tak drobiazgowe, że nie zdoła ich doprowadzić do końca, bez końca walcząc o dobre imię z całym stadem byłych sojuszników i pomniejszych wrogów. Umiera na gruźlicę, a jego ostatnie słowa brzmią: "Przynieście poduszkę tlenową".

Nawet ostatni akapit tekstu w "Tajnym" zawiera błąd. Machno zostawił żonę i córkę, Olenę. Obie wróciły do Rosji, obie przeszły przez łagry, obie umarły w zapomnieniu.

[wszystkie kursywy za St. Łubieński, "Pirat stepowy", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2012]

Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok IV, 12 VIII 1934