Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mafia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mafia. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2019

Staszliwe skutki (nie)palenia marihuany


Poznajcie Waltera „Czerwonego” Tylczaka, polskiego gangstera z Detroit, bohatera przerażającej – i kompletnie zmyślonej – opowieści o śmiertelnych skutkach palenia zioła.



Od połowy XIX wieku w USA chętnie palono konopie indyjskie, jednak w ramach wielkiej akcji porządkowania rynku medykamentów i walki ze sprzedawcami różnego rodzaju cudownych eliksirów wprowadzano stopniowo nowe zasady, wedle których konopie podpadały pod kategorię "trucizn", czy "leków szkodliwych dla zdrowia" i mogły być sprzedawane tylko na receptę lekarską. Przepisy zaostrzyły się na początku XX wieku, zwłaszcza po wprowadzeniu prohibicji w 1920 roku, kiedy to wielu ludzi zamiast zakazanego alkoholu relaksowało się paleniem trawy. Po zniesieniu prohibicji w 1933 roku szczególnym wrogiem konopi został szef Federalnego Biura d/s Narkotyków, Harry J. Anslinger, który upierał się, że ich palenie prowadzi do morderczych chętek i nieopanowanego popędu seksualnego - był też wojującym rasistą i dowodził, że palenie skłania białe kobiety do seksu z czarnymi mężczyznami. 

Do naszego kraju zjeżdża całymi tonami śmiertelna, straszliwa trucizna, która niszczy i rozdziera nie tylko ciało, ale samo serce i duszę każdego człowieka, który z miejsca staje się niewolnikiem którejś z jej okrutnych, niszczycielskich form. Marihuana to droga na skróty do domu wariatów. Pal przez miesiąc papierosy z marihuaną, a to, co kiedyś było twoim mózgiem, stanie się jeno magazynem upiornych zjaw. Haszysz z najłagodniejszego człowieka, którego śmieszył pomysł, że mógłby go opanować jakiś nałóg, czyni mordercę, który zabija dla samej przyjemności zabijania.

Ostatecznie dopiął swego w roku 1937, kiedy wprowadzono Marihuana Tax Act, zakazujący posiadania i sprzedaży trawy. Zrazu spotkało się to z niewielkim oporem, bo aptekarze i lekarze nie znali terminu "marihuana" i nie wiedzieli, że uderza to w recepty na konopie - a potem było za późno i raport LaGuardii (burmistrza Nowego Jorku, który nie zgadzał się z propagandą Anslinegra) został odrzucony jako "nienaukowy". 



Zmianom przepisów towarzyszyła wielka kampania Anslingera i jego sojuszników, m.in. magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, któremu na rękę były opowieści o demonicznej sile marihuany, bo pomagały w sprzedaży brukowców. Artykuły, ulotki i poradniki, dowodzące straszliwej szkodliwości konopi roiły się od krwawych opowieści i znalazły swoją kulminację w filmach: „Marihuana” z 1936, „Zabójca młodości” z 1937, a przede wszystkim w zrealizowanym w 1936 roku przez grupkę religijnych aktywistów „Tell Your Children” („Powiedzcie swoim dzieciom”). Znany jako jeden z najgorszych filmów w historii kinematografii, został nakręcony w dobrej wierze, a następnie – wykupiony, przemontowany i wzbogacony o ostrzejsze sceny przez Dwaina Espera, specjalisty od exploitation films – trafił do kin dla zgoła innej publiczności jako „Reefer Madness” („Ziołowy obłęd”; występował także jako „Paląca kwestia”, „Narkoman”, „Narkotyczna młodość” i „Obłęd miłosny”). W latach 70. osiągnął status filmu kultowego w latach 70., bo upalone pokolenie dzieci kwiatów znakomicie bawiły się przy tej perle nieudaczności, a także później (znakomity parodystyczny musical pod tym samym tytułem z roku 1998, sfilmowany w 2005). Opowieść rozrasta się na zasadzie od rzemyczka do koniczka: prosta jest droga od wypalenia zioła do wypadku samochodowego, morderstwa, samobójstwa, próby gwałtu, halucynacji i ostatecznego szaleństwa. Esper w swojej wersji „Reefer Madness” położył nacisk na sceny seksu i przemocy – a równocześnie był kryty przed zakusami cenzury, był to bowiem film umoralniający. Jakże często największe plugastwa można znaleźć w umysłach samozwańczych strażników publicznej moralności.



Takie dzieła potrzebowały oczywiście, jak średniowieczne kazania, egzemplów, czyli poruszających przykładów z życia wziętych. Dostarczał ich Anslinger i podobne w tonie a niekiedy tożsame notatki rozchodziły się w ulotkach i w prasie. Jedną z czołowych spraw było podwójne zabójstwo w stanowym zakładzie penitencjarnym w Marquette, gdzie zawsze pojawia się straszliwy upalony morderca Tylczak. Na przykład w ulotce „Narkotyczny demon” z roku 1940 można było przeczytać: Jakiś czas temu ciszę więzienia stanowego w Marquette w stanie Michigan rozerwały dźwięki rewolwerowej strzelaniny, a w godzinę później dobroduszny więzienny doktor leżał obok lojalnego więźnia, który oddał życie, próbując ocalić swego przyjaciela, doktora. Śledztwo wykazało, że broń i amunicję przeszmuglowano do więzienia w podwójnych dnach pojemników ze śledziami, a także że do więzienia przemycono również MARIHUANĘ, z której Tylczak, morderca doktora i współwięźnia, dobył swojej demonicznej odwagi. 

*

Niestety dla Anslingera dziennikarze zaczęli naciskać go w sprawie podawania źródeł, więc w 1936 roku napisał do dyrekcji więzienia, która w odpowiedzi sprostowała nieścisłości:

Artykuł w gazecie niewątpliwie odnosi się do zabójstwa dr. A. W. Hornbogena, które miało miejsce w naszym szpitalu więziennym pięć lat temu. […] Pistolety nie dotarły tu w podwójnych dnach pojemników ze śledziami, tylko w konserwach drobiowych firmy Hormel. Zostały tam umieszczone w Detroit, przywiezione tutaj i umieszczone pod niewielkim mostkiem w okolicach terenów należących do więzienia. Następnie puszki wwiózł zastraszony więzień, kierowca ciężarówki. Nigdy nie udało nam się dowieść z całą pewnością, że marihuana miała cokolwiek wspólnego z zamieszanymi w ten spisek, wyglądający na próbę ucieczki. Podejrzewaliśmy wprawdzie, że mieli marihuanę, ale nie znaleźliśmy na to żadnych dowodów.

Następnie dyrektor Walter F. Gries szczegółowo opisuje próbę ucieczki:

W owym czasie czterej osadzeni dzięki pomocy z zewnątrz otrzymali broń; nazywali się Germano, Roxbury, Buver i Hohfer. Trzem pierwszym z nich udało się trafić do szpitala więziennego z przepustką chorobową. Kiedy doktor Hornbogen, zastępujący lekarza więziennego przebywającego na wakacjach, badał pacjenta Germano, ten, poproszony o zdjęcie koszuli, wyjął ze spodni ukryty tam pistolet i zastrzelił doktora, a następnie postrzelił więźnia-pielęgniarza nazwiskiem Oligschlager, który próbował interweniować i pomóc lekarzowi. Doktor zmarł natychmiast, więzień-pielęgniarz tego samego dnia wieczorem.

O ile udało nam się ustalić, ludzie ci nie zamierzali zabić lekarza, tylko stał się on przeszkodą w ich planach, a że – jak zakładamy – byli oni pod niejakim wpływem Marihuany, po prostu zastrzelili go i zbiegli schodami do rotundy, zabrali klucze tamtejszemu strażnikowi, wyszli na dziedziniec, a stamtąd na trzecią kondygnację budynku przemysłowego, gdzie trzej pierwsi osadzeni się zastrzelili. Czwarty, Hohfer, odebrał sobie życie w celi, której nie udało mu się opuścić.

Oto krótka historia incydentu, który wydarzył się tu pięć lat temu, w sierpniu.

Nazwisko Tylczak, owszem, pojawia się w tym obrazku – ale był to człowiek, który zorganizował przemyt broni do więzienia. Został potem aresztowany dzięki ciężkiej pracy detektywa Van Loomisa z policji stanu Michigan. Tylczaka następnie osądzono i skazano. Jakiś czas później wrócił do Detroit żeby zeznawać w innej sprawie i uciekł konwojentom z sali sądowej. Jakiś czas później jego ciało znaleziono chyba gdzieś w hrabstwie Wayne albo w okolicy i podejrzewa się, że został zastrzelony przez członków własnego gangu.

Anslinger musiał być niepocieszony.


"Rotunda" w innym więzieniu w stanie Michigan, w Jackson - był to centralny hol całego więzienia, gdzie dochodziły poszczególne korytarze.


*

Jakie zatem były prawdziwe losy Waltera Tylczaka? Wiemy, że przed ukończeniem osiemnastego roku życia zdążył dwa razy zostać postrzelony przez policję; odsiadywał liczne wyroki, dwukrotnie też uciekł z więzienia. Należał do jednego z najważniejszych i zarazem najbardziej brutalnych gangów w ówczesnych Stanach, Purpurowego Gangu z Detroit, założonego przez braci Burnstein i trudniącego się głównie przemytem alkoholu, porwaniami i wymuszeniami. Na początku lat 30. gangsterzy prowadzili tak wystawne życie - i zarazem czuli się tak dalece bezkarni - że zaczęli popełniać głupie błędy, które ułatwiały policji ich ściganie. Do tego zaczęli ze sobą rywalizować, co pociągnęło serię zabójstw.

Rzeczywiście, w 1932 „Ironwood Daily Globe” donosiło o skazaniu go za zorganizowanie szmuglu pistoletów. Oskarżonymi o przemyt i przyczynienie się do śmierci dr. Hornbogena byli Stanley Podolski, odsiadujący karę 20 do 40 lat w Marquette za napad na bank; Walter Tylczak, obecnie przebywający w więzieniu w Jackson, oraz Stanley I. Sczitko, alias Sam Sceatko, blacharz z Detroit, również osadzony w więzieniu Marquette. Ostatecznie Waltera „Czerwonego” Tylczaka, który już siedział w Jackson za rozbój, skazano za morderstwo drugiego stopnia na dodatkowe 20 do 40 lat odsiadki, a Stanleya Podolskiego i Sczitkę uniewinniono (Stanley, jak sądzę, musiał być słusznej postury, miał bowiem ksywkę „Big Stack”, co należałoby tłumaczyć jako „Stosisko” albo „Hałda”).

Tylczak poszedł siedzieć, ale - jak już wiemy z listu dyrektora więzienia Marquette - uciekł z sądu. A tak naprawdę z aresztu miejskiego, dokąd przeniesiono go z więzienia, żeby zeznawał w sprawie niejakiego Williama Sudomiera, oskarżonego o zabójstwo (w marcu 1931 roku) zamożnego przedstawiciela handlowego Josepha Burke'a. Obaj przestępcy znali się od dziecka, w roku 1925 (kiedy mieli po osiemnaście lat) trafili razem do zakładu poprawczego za rozbój na właścicielu spożywczaka; po pół roku, w styczniu 1926, uciekli stamtąd, ale obaj wpadli – Tylczak pod koniec lutego, kiedy pechowo spróbował obrabować tajniaka, a Sudomier w marcu, kiedy policję powiadomiła czternastolatka, którą namawiał do romantycznej ucieczki we dwoje. 

Wkrótce jednak przyjaciele zostali wrogami; za ucieczkę z poprawczaka trafili do Marquette, a kiedy opuścili więzienie, napadli wspólnie na poborcę podatkowego; Tylczak został postrzelony, Sudomier go porzucił i salwował się ucieczką. Znów obaj znaleźli się w Marquette, ale tym razem w rywalizujących ze sobą grupach. Kiedy ucieczka z więzienia się nie udała, Tylczak i inni więźniowie uważali, że wsypał ich właśnie Sudomier. Teraz, w akcie zemsty, Tylczak oskarżył go przed śledczymi o zabójstwo Burke'a: mieli razem podjechać pod dom ofiary, Walter czekał w samochodzie, a William ruszył do środka z rewolwerem, a wróciwszy oświadczył, że Burke wrócił za wcześnie do domu i "musiał go zastrzelić". Obrońca Sudomiera na sali sądowej zapytał nawet Tylczaka, czy to prawda, że próbuje doprowadzić do powrotu oskarżonego do Marquette w nadziei, że współwięźniowie pomszczą jego krzywdę i ukarzą kapusia. Złożywszy zeznania, Tylczak – jak wiemy – zbiegł 8 lipca 1933 roku.

Za jego głowę wyznaczono nagrodę 500 dolarów wedle starej reguły „żywy lub umarły”, a listy gończe posłano również do Polski, sądząc, że może próbować ukryć się w rodzinnych stronach. Stąd wklejka w albumie polskiej policji i anonse w gazetach:



Poszukiwania były jednak niepotrzebne, bo raptem tydzień po tej notce w łódzkim "Echu" sprawa niejako sama się rozwiązała.

*

26 listopada 1933 roku znaleziono ostrzelany samochód, nowiutkiego chryslera, a wewnątrz dwa ciała. Byli to nierozłączni Abe Axler i Eddie Fletcher, nazywani "bliźniakami syjamskimi", którzy byli najważniejszymi zabójcami w szeregach Purpurowego Gangu. Zostali zlikwidowani zapewne przez własnych ludzi, czy to za podprowadzanie pieniędzy gangu, czy to na zlecenie włoskiej mafii, z którą rywalizowali w handlu narkotykami w Detroit. W chwili śmierci trzymali się za ręce i tak też ich znaleziono. 

Bliźniacy syjamscy

W tej samej okolicy, ledwie dwa dni później, 28 listopada 1933 roku o 7:20 rano pewien farmer znalazł leżące na poboczu ciało. – jak podawały „Ludington Daily News” – Zmarły został zabity strzałem w głowę i zapewne wyrzucony z samochodu do rowu. W kieszeniach znaleziono pociski kal. 38 mm oraz pęk kluczy, które według policji mogły być wytrychami do zamków. Jak się zdaje, z ubrania usunięto wszelkie znaki szczególne i ciało zidentyfikowano dopiero parę godzin później dzięki odciskom palców. Z tego samego artykułu dowiadujemy się również, że Policja hrabstwa Macombe, która zidentyfikowała Tylczaka po jego odciskach palców, uważa że był on jednym z ludzi biorących udział w zabójstwie dr. Juliusa C. Harrisa, dentysty z Detroit, który zginął w kasynie sobotni wieczór, czyli trzy dni wcześniej.

Niedługo później Sudomier, którego proces o zabójstwo Burke'a nadal trwał, ale oskarżony wpłacił kaucję w wysokości 10 tys. dolarów i odpowiadał z wolnej stopy - zgłosił się na policję i powiedział, że jest spłukany, więc chętnie pomoże w sprawie rozwikłania zagadki zabójstwa Tylczaka. Ale nic nie wskazuje, żeby ją rozwikłano. 

Możliwości są różne: zemsta samego Sudomiera, który chciał unieszkodliwić zbiegłego świadka; pozbycie się przez kolegów niewygodnego, intensywnie poszukiwanego przez policję przestępcy; porachunki o pieniądze zrabowane dentyście w kasynie pomiędzy jego zabójcami; wreszcie: ogólny zmierzch Purpurowego Gangu i dobijanie jego resztek przez Włochów. Tak czy owak, Tylczak przeżył życie krótkie i awanturnicze - w chwili śmierci liczył zaledwie dwadzieścia sześć lat i nie miał pojęcia, że za parę lat stanie się jednym z przykładów szkodliwości marihuany.

Za: "Echo" 20 XI 1933, „Ludington Daily News”, 28 XI 1933; „Ironwood Daily Globe” 9 VI, 14 VII, 23 VIII, 13 XII 1932, reefermadnessmuseum.org, album policyjny

niedziela, 10 stycznia 2016

Jak kradziono samochody w międzywojniu?

Dość efektowny, dynamiczny kolaż z kierownicą i szczerzącymi się maskami automobilów stanowił ilustrację do artykułu o złodziejskich metodach z lat 30. XX wieku. Liczba samochodów w Europie rosła - i na sile przybierały też zwiazane nimi przestępstwa, począwszy od przestępstw drogowych, przez ubezpieczeniowe, a na pospolitych - i niepospolitych - kradzieżach kończąc.


Nic dziwnego, że sensacyjny materiał reklamowany w głównym dzienniku koncernu IKC, czyli Ilustrowanym Kurierze Codziennym, taką oto zapowiedzią:



W roku 1927 w USA było ponad 22 mln samochodów, w Wielkiej Brytanii prawie milion, niewiele mniej we Francji (901 tys.) i Kanadzie (820 tys.); potem kolejna przepaść w rubrykach: w Australii 361 tys., w Niemczech 318 tys. Polska, z 16,5 tys. samochodów, zajmowała 36 pozycję w statystykach. Dziesięć lat później, w 1937 roku, w Polsce aut było już 42 tys., a rok później, w 1938 - 51 tys. Samochód nie stawał się może, jak w USA, dobrem dostępnym klasie średniej, z pewnością jednak się popularyzował, choć nierównomiernie - w Warszawie jeden automobil przypadał na 139 mieszkańców, w województwie Tarnopolskim - na 5322...

Nic dziwnego, że wraz z rosnącą liczbą samochodów i malejącą koni, coraz mniej było koniokradów, a coraz więcej złodziei samochodów. Nic też dziwnego, że obok zwyczajnych łapserdaków, rzucających się na byle taksówkę (jak w przypadku nastoletnich Brudnego i Kaweckiego), działały wyspecjalizowane grupy przestępcze, które zajmowały się tylko łupami najdroższymi. I stosowały pomysłowe sposoby - zarówno w Stanach, jak i w Europie.

Kradzież musiała być - pomimo stosowanych alarmów - stosunkowo nietrudna, skoro w roku 1930, jak podaje "Tajny Detektyw", skradziono w Niemczech 350 tys. aut, a zaledwie rok wcześniej wszystkich samochodów było tam 433 tys., czyli statystycznie w roku kradziono niemal każdy pojazd, równocześnie jednak miażdżącą większość łupów odzyskiwano; były to chyba raczej wybryki chuligańskie - kradzież, by przejechać się kawałek, która kończyła się kraksą lub wyczerpaniem benzyny w baku...






Cóż, jak widać, historie o polskich złodziejach niemieckich samochodów to dopiero pieśń przyszłości. W latach 30. Niemcy zorganizowali własne przedsiębiorstwo kradzieży automobilowych i prowadzili je z imponującą wprost solidnością...

Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931, IKC z 4 IV 1931.

wtorek, 25 czerwca 2013

FCUK vol. II, czyli biedna Lili Duval, Pitigrilli i strzał zza okna

Jak wyglądało rozwiązywanie konfliktów w narkotykowym handlu w Marsylii lat 30-tych, gdzie władali Carbone i Spirito pod opiekuńczymi skrzydłami burmistrza? Z grubsza mniej więcej tak, jak obecnie: kartel narkotykowy się nie cacka. O czym redakcja "Tajnego" donosi nie szczędząc szczegółów.


Oczywiście, sporo tu pomyłek i przekłamań. Przede wszystkim "Francuskie połączenie" przebiegało ze Wschodu na Zachód, służyło więc przemytowi heroiny, nie kokainy. Koka hodowana była od niepamiętnych czasów w krajach Ameryki Południowej, natomiast ze Wschodu wywodzą się opium i jego pochodne; nieprzypadkowo w Chinach toczono wojny opiumowe, a nie kokainowe, a jeszcze w 1821 roku, kiedy de Quincey pisał "Wyznania angielskiego palacza opium", wspominał właśnie o Turkach.

Ale mam podejrzenia znacznie głębsze... Cała ta historia ze skradzioną łódką, z Lili Duval, dziewczęciem wykorzystywanym sromotnie, które postanawia zeznawać, z agentami policji przypadkowo trafiającymi na sekretną palarnię opium i podsłuchującymi dokładnie przestępców, wreszcie ze strzałem zza okna (marsylska policja przesłuchująca ważnego świadka przy otwartym oknie?) jest zbyt grubymi nićmi szyta. Na narkomanii zarabiali bowiem - i zarabiają po dziś dzień - nie tylko gangsterzy, ale i dziennikarze i pisarze.

Wspomniany tu Pitigrilli słynął ze skandalicznych książek, ale największy sukces i pieniądze przyniosła mu "Kokaina"; "Tajny Detektyw" chętnie wrzucił na okładkę narkomana, wiedząc, że sprzedaż skoczy; ba, nawet teraz, kiedy zdążyliśmy się oswoić z kwestią uzależnień, najbardziej popularnymi wpisami na moim blogu były ten o ćpaniu w międzywojennej Warszawie i ten o ćpaniu na Śląsku. Historyjka opowiedziana w "Tajnym" jest, jak mi mój węch pisarski podpowiada, od początku do końca zmyślona, opatrzona zdjęciami wybranymi na chybił-trafił z redakcyjnych zasobów, i sprzedana łatwowiernym czytelnikom. Ci z Państwa - jeśli tacy w ogóle byli -którzy wzruszyli się historią Lili, mogą teraz odetchnąć. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

niedziela, 23 czerwca 2013

FCUK vol. I, czyli narkotyki, Borsalino i aktor porno

Powstała w roku 1972 firma odzieżowa French Connection od początku świadomie grała na podobieństwie loga "fcuk" do innego czteroliterowego wyrazu angielskiego, co w owym czasie wzbudzało jeszcze wielkie kontrowersje. Tymczasem bez porównania bardziej kontrowersyjna była pełna nazwa: oznaczała bowiem nie zwykłe przekleństwo, a największy podówczas kanał przerzutowy narkotyków.


Skojarzenie nie mogło być przypadkowe - rok przed powstaniem FCUK film o "French Connection" (u nas jako "Francuski łącznik") został uhonorowany pięcioma oskarami, a i książka, na motywach której powstał (z roku 1969) cieszyła się dużym powodzeniem. Czyli: zarazem sex and drugs (a rock and roll w domyśle).

"French Connection", czyli "Połączenie francuskie" istniało jeszcze od przedwojnia, a cała linia wyglądała następująco: ze "Złotego Półksiężyca" (tereny dzisiejszych Iranu, Pakistanu i Afganistanu) lub "Złotego Trójkąta"  (Indochiny), światowych centrów produkcji opium, przewożono surowiec do tureckiej Anatolii, gdzie rafinowano go wstępnie i w takiej formie transportowano do bardziej technologicznie zaawansowanych potajemnych rafinerii w Marsylii, należących do korsykańskiej mafii. Stamtąd trafiały - i trafiają po dziś dzień - do Stanów i krajów europejskich.

Pierwsze tamtejsze fabryczki policja odkryła właśnie w latach trzydziestych, a lokalnymi macherami byli podówczas Korsykańczyk Paul Carbone i Włoch z Lacjum, Francois Spirito. Poznali się w Egipcie, gdzie stworzyli razem gang specjalizujący się w haraczach i prostytucji, ale prędko przenieśli się do Marsylii, w której Carbone wyrósł na głównego bossa. Posiadali - jak czytamy w angielskiej Wikipedii - burdele (maisons closes), trudnili się wymuszeniami na Riwierze, szmuglowali parmezan między Włochami a Francją; obaj mieli również interesy w Paryżu. Byli pierwszymi, którzy importowali z Indochin opium, przerabiali je na heroinę pod Marsylią, a następnie przesyłali do USA. Ich błyskawiczna kariera z pozycji drobnych graczy na bossów trzęsących całym miastem możliwa była dzięki współpracy z burmistrzem, Simonem Sabianim: dzięki temu wycięli niemal całą konkurencję - poza braćmi Guarini, którym zostawili prostytucję, pod warunkiem, że nie będą się zajmowali innymi branżami - i stworzyli pierwsze w Marsylii wielkie przestępcze imperium, obejmujące "Francuskie połączenie", szmugiel alkoholu, hazard, handel żywym towarem oraz przerzut broni do wojennej Hiszpanii. 

Sabiani, Carbone, Spirito.
Sabiani, również Korsykańczyk, był osobliwą figurą - bohaterem I wojny światowej, który tuż po jej zakończeniu wstąpił do sekcji francuskiej Międzynarodówki, potem był w partii komunistycznej, następnie u socjalistów, a wreszcie we Francuskiej Partii Ludowej, która stopniowo przeszła z pozycji komunistycznych na współpracę z nazistami i faszystami Mussoliniego, rozwiniętą pod niemiecką okupacją w pełną kolaborację. Carbone i Spirito poszli za Sabianim - w latach trzydziestych wysyłali swoich gangsterów żeby tłumić strajki w dokach, potem dzięki współpracy z politykami rządu Vichy mogli sobie pozwolić na bezkarność. Przynajmniej przez jakiś czas. Carbone zginął w 1943 roku, kiedy jego samochód został zmiażdżony wagonem pociągu, wykolejonego przez partyzantów. Sabiani po wojnie został zaocznie skazany na karę śmierci i ukrywał się za granicą. Spirito wreszcie uciekł do Ameryki Południowej, gdzie zajmował się "Francuskim połączeniem", potem trafił do Stanów, gdzie zatrzymano go w Nowym Jorku i skazano na dwa lata, które odsiedział w Atlancie, po czym nastąpiła ekstradycja do Francji. Miano go osądzić za kolaborację, do procesu jednak z jakichś przyczyn nie doszło. Zmarł w 1967 roku jako szacowny prezes tulońskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Gry w Bule. 

Dodać może należy, że Carbone i Spirito zostali pośmiertnie sportretowani przez Belmonda i Delona (bardzo to dla nich pochlebne) w klasycznym francuskim filmie "Borsalino"; nazywają się tam Francois Capella i Roch Siffredi  - a zbieżność z pseudonimem znanego aktora porno jest nieprzypadkowa.

Zapowiadany na okładce "Tajnego Detektywa" reportaż o marsylskich dilerach - już w następnym odcinku.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

czwartek, 10 stycznia 2013

Ten czwarty Strauss, czyli mafijny hazard w Detroit

Różne różności pojawiały się w "Tajnym Detektywie", ale po raz pierwszy chyba spotkałem się z tekstem, który tak by afirmował życie. Korespondent pojechał do Detroit, taksówkami się powoził, w kości pograł, lunch darmowy opędzlował, a na koniec jeszcze zdążył na kabaretowe występy, po czym wszystko opisał i zainkasował honorarium. Ech, życie!


Pojawiający się w tekście burmistrz Bowles był rzeczywiście dość nieciekawą postacią i politykiem słynącym z nieskuteczności; większość życia upłynęła mu na wysuwaniu swej kandydatury na różne stanowiska, na których wyborcy z reguły go nie chcieli. Kandydował na burmistrza Detroit przy wsparciu Ku-Klux-Klanu w roku 1925, a także rok później; wreszcie wygrał w roku 1930, ogłosiwszy program bezwzględnej walki ze zbrodnią oraz mieniąc się gorliwym zwolennikiem prohibicji, co zjednało mu księży, pastorów i ich wiernych. Kiedy jednak szef policji pod naciskiem prasy przeprowadził kilka udanych akcji przeciwko miejscowej mafii (właśnie hazardowej!), Bowles go odwołał. Miał to sam przypłacić stanowiskiem: powszechne oburzenie doprowadziło do odwołania go po zaledwie sześciu miesiącach (a nie dwóch latach, jak twierdzi korespondent "Tajnego") sprawowania władzy. Po miesiącu starał się o reelekcję, ale jak na złość, w noc tuż po ogłoszeniu wyniku referendum, mafia zastrzeliła w kawiarni jednego z głównych autorów odwołania Bowlesa: Jerry'ego Buckleya, nieprzejednanego radiowego dziennikarza śledczego. Wprawdzie ludzie Bowlesa zrobili wszystko, żeby przedstawić samego Buckleya jako mafiosa, ich wysiłki poszły na marne: w pogrzebie Buckleya uczestniczyło 10 tys. ludzi, a Bowles kolejne wybory przegrał z kretesem. Kandydował jeszcze parę razy: do parlamentu stanowego, do Izby Reprezentatów i ponownie na stanowisko burmistrza. Bezskutecznie.

Jest jeszcze właściciel speluny, Strauss - jednak, jak dodaje korespondent, nie słynny kompozytor. Tylko nie który? Nie Johann Strauss ojciec, nie Johann Strauss syn, czy nie Richard Strauss? Dwaj pierwsi nie żyli wprawdzie, ale to raczej ich kojarzyłaby publika "Tajnego Detektywa". Czy kojarzyłaby Richarda? Trudno powiedzieć. Zawsze można jednak dodać, że kiedy orkiestra w "Wielkim Gatsbym" wykonuje jazzową wersję utworu "Historia świata" Vladimira Tostoffa, to Fitzgerald pił tu właśnie do Richarda Straussa i "Also sprach Zarathusta". Wszystko zatem możliwe. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

sobota, 29 grudnia 2012

Konie mechaniczne czyli jak kraść samochody

Kiedy w roku 1934 polski dziennikarz (o rozkosznym pseudonimie "pan Teon") miał napisać o złodziejach samochodów, musiał się odwołać do elementu wyobraźni wspólnej: wiejskich koniokradów, którzy przemalowywali konie (!) i sprzedawali je na targu.



Osiemdziesiąt lat temu to, co dziś znamy dobrze - nie tylko rejestrację, ale i wybijane na częściach numery seryjne - należało jeszcze do przyszłości.  Sposoby zabezpieczania przed kradzieżą były osobliwe, nie bardziej jednak niż złodziejskie tricki i tłumaczenia. Czemu? Samochód był chyba po części dobrem anonimowym. Nie tak doskonale anonimowym jak moneta, ale jednak. Zmieniano nie tylko kolor i koła ale - rzecz interesująca - markę ("znak fabryczny" umieszczony na chłodnicy); wprawdzie produkcję pierwszego seryjnie wytwarzanego auta, czyli Forda T, rozpoczęto trzydzieści lat wcześniej, większość marek była najwyraźniej słabo rozpoznawalna. Złoty wiek motoryzacji dopiero się rozpoczynał.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

piątek, 11 maja 2012

Siostra Ala Capone i Matka Boska Częstochowska



Kiedy dokładnie pół wieku temu powstawał pierwszy - i jak dotychczas jedyny - polski przekład "Wielkiego Gatsby'ego" (wyd. oryg. 1925), tłumaczka Ariadna Demkowska zostawiała termin "bootlegger" w jego oryginalnym brzmieniu, bo dla tamtego pokolenia było to słowo, które się w polszczyźnie przyjęło -dałbym głowę, że głównie za sprawą artykułów w prasowych kronikach kryminalnych czy w "Tajnym Detektywie". Nie pamiętam jak było w "Deja vu" Machulskiego (który korzystał przecież dekadę wcześniej z archiwalnych numerów "Tajnego" przy budowaniu postaci z "Vabanku"), ale mam wrażenie, że "bootlegger" w polszczyźnie odszedł do lamusa wraz z epoką wielkich gangsterów. Dziś trzeba go już chyba tłumaczyć na "przemytnika alkoholu".



Tymczasem mamy jednak lata trzydzieste, styczeń 1931 - "Tajny Detektyw" startuje pierwszym, darmowym numerem i musi oczywiście napisać o amerykańskich gangsterach. Dwa lata temu nastąpiła krwawa rozprawa między gangami ("Masakra w dniu Św. Walentego") i wydaje się, że Capone, zlikwidowawszy najpoważniejszych rywali, jest wszechmocny. Właśnie udało mu się ciężko ranić Jacka Diamonda (z ksywą "Nogi", pochodzącą albo od umiejętności tanecznych albo od szybkości, z jaką zwiewał przed obławami policyjnymi):


 

Jack Diamond przeżył zamach Capone'a (nawiasem mówiąc: był bliskim przyjacielem i współpracownikiem  Arnolda Rothsteina, który pojawia się w "Wielkim Gatsbym" jako Meyer Wolfsheim), ale miał zginąć jeszcze w tym samym roku. 18 grudnia 1931, ok. 5:30 rano, kiedy wychodził z hotelu w Albany, dostał trzy kulki w tył głowy. Nie wiadomo, kto je wystrzelił - czy rywale z innych gangów, czy może policjanci. Wszak od pewnego czasu nie przebierali w środkach: po masakrze św. Walentego do pracy wziął się słynny Eliot Ness, który ostatecznie doprowadził do upadku Capone'a i skazania go za oszustwa podatkowe. "Car" chicagowskiej mafii wwięzieniach spędził łącznie koło siedmiu lat, co, w połączeniu z postępującym syfilisem, całkowicie go złamało - w 1946 roku na skutek zmian w mózgu miał, jak twierdził jego lekarz, poziom umysłowy dwunastolatka; rok później nie żył.



Mafalda Capone była o 13 lat młodsza od słynnego brata - jedyna jego siostra, rozpuszczona i skłonna do zbytku, była prawdziwą mafijną księżniczką (nawiasem mówiąc, nosiła imię właśnie po ówczesnej włoskiej królewnie). Jej satynowa suknia miała 7,5-metrowy tren, a ślubny bukiet składał się z czterystu kwiatów (nie zazdroszczę łapiącym go pannom!), a ceremonia - to nie moje zmyślenie - naprawdę odbyła się w polskiej dzielnicy Cicero, w kościele Matki Boskiej Częstochowskiej. Tyle, że mężem był John Maritote, brat wieloletniego współpracownika Capone'a, Franka "Diamonda" Maritote'a, a nie Jacka Diamonda. Komuś pomyliła się mafijna ksywka z prawdziwym nazwiskiem (a właściwie: nieprawdziwym, bo Jack "Legs" Diamond nazywał się tak naprawdę Jack Nolan).

Dwa lata po ślubie, w styczniu 1933, Mafalda spacerowała z mężem i szwagrem, niosąc na ręku maleńką, dziewięciomiesięczną córeczkę Dolores (lub, jak podają inne źródła, Della Rosa), kiedy ktoś otworzył do nich ogień z przejeżdżającego samochodu; strzały odbiły się od chodnika, nikomu nic się nie stało. Wszystkie niedoszłe ofiary zaprzeczały, by doszło do jakiegokolwiek zamachu. Była to zresztą typowa dla mafii taktyka. Sama Mafalda przez całe lata broniła "dobrego imienia rodziny Capone". Prowadziła też znaną piekarnię i kawiarnię "Moon Dream". Zmarła w 1988 roku. John przeżył ją o prawie dekadę, zmarł w roku 1997, w pół wieku po swoim słynnym bossie i, zarazem, szwagrze.


Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Radny Tasiemka czyli: bywało gorzej

Narzeka się dość powszechnie na obecnych polityków: że łotry, łajdaki, przestępcy, dranie - częściowo, rzec trzeba, słusznie, choć uogólnienie to, jak każde uogólnienie, bardzo jest krzywdzące. Tymczasem warto przypomnieć, że bywało z tym znacznie gorzej. 80 lat temu na czele warszawskiej mafii i rekietierów stał "Tata Tasiemka", radny miasta stołecznego z ładną kartą niepodległościową.


Zażywny jegomość na zdjęciu to właśnie ów "Tasiemka", radny Łukasz Siemiątkowski. Pseudonim bossa pochodził z czasów, kiedy, pracując w branży pasmanteryjnej, działał w PPSie - m.in. przygotowywał uwolnienie więźniów z Pawiaka, współpracował z Organizacją Bojową PPSu, dwa razy się przesiedział (za pierwszym razem wyszedł z braku dowodów, za drugim czekała go kara śmierci wyznaczona na 14 listopada 1918; 11 listopada został, oczywiście, zwolniony z cytadeli). Po wojnie dalej działał w PPSie, już w warunkach pokojowych, i dostał się do rady miasta; ba, kandydował nawet, bezskutecznie, do senatu.

Tymczasem na początku 1932 roku w Warszawie gruchnęła wieść, że to właśnie on stał za wieloletnią akcją wymuszania na największym bazarze miejskim, tzw. Kercelaku na Woli (nazwa pochodziła od niegdysiejszego właściciela tamtejszych placów, Józefa Kercelego). Oczywiście, sam sobie rąk raczej nie kalał, miał od tego ludzi, zwłaszcza swojego pomagiera, Leona Pantaleona Karpińskiego. Tekst w "Tajnym" niechaj zaświadczy, że była to grupa, która nie przebierała w środkach (a swoją drogą, proszę się przyjrzeć rozmaitości bandy: Judka Sztajnwort był zapewne Żydem, Janiak i Plackowski to pewnie Polacy, nazwisko Osmański sugeruje przodków tatarskich, Leon Pantaleon to imiona wskazujące na mocne zrusyfikowanie i, prawdopodobnie, religię prawosławną... oto i przedwojenna Warszawa...).



Ale są ludzie niezatapialni. Wprawdzie "Tasiemka" wpadł, mleko się wylało i w polityce nie było dla niego miejsca, ale na dno nie poszedł. W procesie, w którym powszechnie mataczono i zastraszano świadków, Siemiątkowskiego skazano na 3 lata, a jego podwładnego na 6 lat (pozostali otrzymali wyroki w granicach od roku do pięciu); po apelacji zmniejszono karę "Tasiemce" do lat dwóch, ale i tak został przedwcześnie zwolniony dzięki ułaskawieniu decyzją prezydenta Mościckiego. Swój człowiek, równy gość. Może rabował, może gwałcił, może mordował - ale pewnie nie osobiście. A taki dzielny bojowiec pepeesowski! I tak to się potoczyło korytarzami prezydenckich kancelarii, dokładnie tak, jak toczyło się nieraz po 1989 roku...

By nie pozostawiać jednostronnego obrazu tej ciekawej postaci, dodać należy, że od wybuchu wojny Tasiemka zaangażował się ponownie w działalność podziemną - zupełnie jakby zawsze musiał działać w konspiracji, a że za wolnej Polski nie miał przeciw komu, to zajął się przestępczością. W 1942 roku zaaresztowano go razem z synem i zamknięto na Pawiaku, stamtąd zaś trafił na Majdanek, gdzie zmarł na tyfus. Czy samemu cierpiąc miał wyrzuty sumienia, że był kiedyś źródłem cierpień dla wielu? Historia milczy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 11, rok 2 (13 III 1932)