Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morderca seryjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morderca seryjny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2013

Zbrodnia we Lwowie vol I., czyli palce w słoiku z cukierkami

Park, w parku śnieg, pod śniegiem piach. W piachu kawałki porąbanego i osmalonego ciała - w sumie zaledwie 14 kg. Kolejne dni przynoszą jeszcze 21 kg ciała ofiary (w sumie 44 kawałki), rozsypanego w różnych częściach Lwowa. To niedużo, skoro badania wykazują, że zarąbana kobieta była "dobrze odżywiona". Lwów szumi od plotek. Takiej sensacji "Tajny Detektyw" oczywiście przegapić nie mógł. 




Skąd ten "Lwowski Kuerten" w tytule? Ha, wielka wojna przyniosła Niemcom okres ogromnej nędzy, frustracji, niepewności i nierówności, co miało się skończyć obłędem hitleryzmu. Nic dziwnego, że w straumatyzowanym społeczeństwie pojawiło się kilku seryjnych morderców: Haarmann, Grossmann i Kuerten. Wspomniany w tekście Fritz Haarmann (działający wcale nie w Hamburgu, a w Hanowerze, zwany nawet "wampirem z Hanoweru") został zgilotynowany za zgwałcenie i uśmiercenie 24 chłopców w wieku od 10 do 22 lat, choć przyjmuje się, że lista jego ofiar była w rzeczywistości dłuższa. Berlińczyk Grossmann mordował młode kobiety, które następnie ćwiartował (trudno podać liczbę ofiar, choć lista mogła zawierać nawet pół setki nazwisk), kości wyrzucał do rzeki, a mięso sprzedawał na wojennym czarnym rynku; powiesił się w celi przed egzekucją. Kuerten, najbardziej z nich trzech znany, pierwszych morderstw miał się dopuścić jako dziewięciolatek; atakował - co rzadkie - bez szczególnego wzorca, w zależności od tego, na kogo akurat natrafił: kobiety, mężczyzn i dzieci. I choć liczba ofiar była najmniejsza (9 morderstw i 7 usiłowań morderstwa), to właśnie Kuerten zrobił największą medialną karierę. "Tajny Detektyw" nie tylko o nim pisał (że przypomnę tekst z początków tego blogu) ale i co jakiś czas nazywał kolejnego rodzimego mordercę "polskim Kuertenem" (podobnie jak dzisiejsza prasa, która szuka "polskich Fritzlów"). Tak było i w przypadku lwowskiej zbrodni, choć nie było mowy o seryjnym mordercy, a "polskiego Kuertena" należałoby chyba nazwać "polskim bieda-Kuertenem".





Polska po wielkiej wojnie, dodajmy, była nie mniej wykrwawiona i zniszczona niż Niemcy (zwłaszcza, że doszła nam jeszcze jedna ekstra wojna, obrona w roku 1920); wprawdzie ogólna radość z odzyskania niepodległości i wielkie nadzieje działały tu dokładnie odwrotnie, niż niemieckie przygnębienie po traktacie wersalskim, ale zniszczeni weterani zaludniali tereny po obu stronach granicy. Otto Dix i George Grosz, którzy zresztą sami cierpieli na zespół stresu bojowego po przejściu przez okopy, w czasach Republiki Weimarskiej genialnie portretowali swoich byłych towarzyszy broni: jako kaleki-cyborgi bez nóg, rąk, o kulach, ze sztucznymi szczękami, gnijących w suterenach, biedujących na ulicach, wiodących życie zastępcze, niepełne, skarlałe:

Otto Dix: "Grający w skata"
Otto Dix: lewe skrzydło tryptyku "Metropolis"
George Grosz "Bohater"

George Grosz "Ocaleniec"

Jedną z metod opieki nad weteranami były właśnie państwowe koncesje na prowadzenie kiosków, przynoszące może nie kokosy, ale możliwość w miarę godnego utrzymania (dodajmy, że conocne sprowadzanie "koryntjanki" przez Cybulskiego nie oznaczało wówczas, że był bogaty; płatny seks w międzywojniu, o czym pisałem już wcześniej, był bardzo tani). Tak oto ci, którzy przelewali krew za Polskę, dożywali swoich dni na skromnych posadkach, szanowani przez współobywateli. Wprawdzie nie każdy z weteranów, jak widać, był postacią nieskazitelną, ale we Lwowie, raptem 14 lat po heroicznej obronie miasta, bohaterstwo pamiętano - zwłaszcza, że jeśli Cybulski był inwalidą już w armii austriackiej, to męstwem w walce z bolszewikami wykazał się jako kaleka. Tymczasem przez niefrasobliwość Kołodzieja sprawa się wydała - i trzeba było jakoś przełknąć gorzką pigułkę, bohatera-mordercę. O procesie, śledzonym przez cały Lwów, a może i całą Polskę - w następnym wpisie.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

niedziela, 18 listopada 2012

Wampir z Teheranu i kowal z Gretna Green

Dziś będzie trochę śmieszno, a trochę straszno (jak to w czterech stronach świata): o seryjnym mordercy, który bronił się apelując do obu części podzielonego perskiego społeczeństwa, oraz o szkockim kowalu, który udzielał ślubu waląc młotem w kowadło. 

Najpierw może błahostka:


Tak naprawdę nie było tu mowy o żadnych "rodowych przywilejach" - w Szkocji obowiązywało inne prawo niż w Anglii, więc młodzi zakochani, którzy chcieli się pobrać bez zgody rodziców, wsiadali w dyliżans i w pierwszej miejscowości po przekroczeniu granicy mogli wziąć legalnie ślub na całkiem innych warunkach. A że wystarczyło dwóch świadków spośród miejscowej ludności, to tak się utarło, że obowiązki udzielania ślubu objął miejscowy kowal (znany pewnie nieźle woźnicom dyliżansów, bo to zawody zaprzyjaźnione jak dziś taksówkarze i mechanicy samochodowi). W wyniku rozmaitych przetasowań prawnych Gretna Green to traciło, to odzyskiwało swoje przywileje, ale do dziś pozostaje jednym z najbardziej popularnych miejsc zawierania ślubu na całym świecie.

A teraz powieje grozą, acz z innej strony świata:



Ali Asghar Borudżerdi urodził się w roku 1893 w Borudżerd w zachodnim Iranie (wówczas Persji), a jako ośmiolatek trafił u boku matki do znanej skądinąd irackiej Karbali, stamtąd zaś, w 1907 roku, pojechał do Bagdadu. To tam zaczął molestować seksualnie, a z czasem i mordować nastoletnich chłopców (głównie włóczęgów i męskie prostytutki) - obrońcy dowodzili później, że powodem takiego zachowania było dorastanie w "moralnie wątpliwym miejscu", czyli prowadzonej przez jego braci kawiarni, oraz fakt, że rodzina zabroniła mu się żenić. Po jakimś czasie (acz niespecjalnie prędko, skoro miał na sumieniu już 25 istnień) pętla śledztwa zaczęła się wokół niego zacieśniać, w ostatnim więc momencie  zbiegł do Teheranu. Tam, prowadząc skromne życie (jako tragarz i sprzedawca warzyw) mordował dalej. W grudniu 1933 w Teheranie znaleziono pierwsze ciała zamordowanych przez niego chłopców (zmasakrowane, pozbawione głów); Asghar został aresztowany, zwolniony i ponownie aresztowany, po czym, po krótkim procesie, uznany winnym  i stracony na placu Sepah. W śledztwie przyznał się do zarzucanych mu czynów i szczegółowo opisał morderstwa.

Proces Asghara Borudżerdi, pierwszego perskiego seryjnego zabójcy, zrobił ogromne wrażenie na współczesnych, był szeroko omawiana w prasie i pracach naukowych. Ciekawe, jak ówczesny spór między tradycjonalistami a modernistami przeglądał się w tej sprawie: podnoszono teorie Lombroso, szermowano hasłami, to o "ciemnocie", to o "bezbożności". Sam Ali Asghar Borudżerdi natomiast bronił się, wychodząc zarazem z pozycji naukowych, proreformatorskich, jak i moralno-religijnych. Dowodził, że według przeprowadzonych przez niego obliczeń, każda męska prostytutka zaraża syfilisem do 300 mężczyzn, zatem podjął się misji oczyszczania miast z występku, nawet jeśli ceną za to miałaby być kara śmierci - w tej sytuacji zostanie męczennikiem narodowym, który złożył życie na ołtarzu czystości społeczeństwa. 

Sąd nie przyjął tych wyjaśnień (nam, którzy znamy sporo takich morderców, "wykorzeniających zło", też trudno je przyjąć), niewiele też dała apelacja. Widoczną na zdjęciu egzekucję przeprowadzono 26-go czerwca 1934 roku na placu Sepah. Trudno dojść do ładu z nazwami w Persji/Iranie, bo tam co rewolucja, to jakaś zmiana - Sepah oznacza bodajże armię i za szachów taką nazwę nosiło inne miejsce. Dzisiejszy plac Sepah leży gdzieś daleko i jest mało imponujący, a jego nazwa odnosi się chyba do innej armii (bo do Armii Rewolucji); nie znam perskiego, więc szukam po omacku, może ktoś mnie poprawi. Wygląda na to, że ówczesny plac Sepah nazywał się później Tupchane, a obecnie to "plac imama Chomejniego" i faktycznie leży w samym centrum miasta. Kolumnada widoczna za szubienicą należała, jak się zdaje, do budynku komendy głównej perskiej policji:



Trudno też powiedzieć, skąd korespondenci "Tajnego Detektywa" wzięli historię o wysysaniu krwi i niewidzialności, pewnikiem z "Baśni 1001 Nocy", przefiltrowanych przez Eugeniusza Sue i Brama Stokera. Asghar zabijał chłopców tuż po odbyciu z nimi stosunku: bił ich do nieprzytomności, a potem odrzynał głowę. W przynajmniej jednym wypadku ofiara ocknęła się w trakcie operacji i zaczęła - bezskutecznie, rzecz jasne - błagać o życie. O spijaniu krwi serca nic mi nie wiadomo. Historia zresztą kupy się nie trzyma: przestępca miałby wydzierać serca po to, żeby stać się niewidzialnym, i móc ponownie mordować, żeby wydzierać serca, żeby stać się niewidzialnym, żeby... zbrodnicze perpetuum mobile, bez sensu. Ale taka pewnie miała być Persja w oczach statystycznego czytelnika: daleka, mityczna, dzika, krwawa. To, że Asghar usprawiedliwiał się "dbaniem o czystość społeczeństwa" nie było dość atrakcyjne; w Europie tych, co planowali tak dbać o czystość społeczeństwa, było na pęczki. Tylko czekali na swoją kolej.

Za: "Tajny Detektyw" nr 33 i 34, rok 4, 12 i 17 VIII 1934