Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Witalis o krwawych rękach

W Polsce międzywojennej zamieszkało wielu "białych Rosjan", którzy nie mogli się odnaleźć w Rosji bolszewickiej, albo którym powrót do kraju groziłby śmiercią. Należała do nich rodzina Morozowów, bohaterowie tajemniczej tragedii na ul. Kawęczyńskiej w Warszawie.


W tej całej historii, nad wyraz zresztą dramatycznej, moją uwagę zwróciły dwie rzeczy. Po pierwsze wydaje się, że Witalis zbytnio nie zaznał życia - w wieku lat 35 mieszkał nadal z mamą i bratem, chodził do szkoły, wyższej wprawdzie, ale jednak - jeśli dobrze liczę - starszy o dekadę od reszty studentów. Rzucenie się do stóp urodziwej sąsiadki, atak na matkę, wreszcie zgłoszenie się do sowieckiego poselstwa sprawiają wrażenie, jakby w przeciągu jednego dnia chciał przeżyć wszystkie aspekty życia: w parę godzin miga tu miłość, śmierć i polityka.

Po drugie myślę sobie o białych Rosjanach. Mój pradziadek, Walerian Karnauchow, przyjechał do Polski ok. 1924 roku z miłości do mojej prababci. Oboje mieli po czterdziestce, kiedy w czasie I wojny rozkwitł ich płomienny, podwójnie pozamałżeński romans. Ona uciekła z rewolucyjnej Rosji w ciąży, by urodzić moją babcię w majątku rodziców pod Kielcami (w 1919), on zdołał się przebić dopiero pięć lat po narodzinach córki. Podejrzewali oboje, że po tylu latach carskiego okrucieństwa dziecko z rosyjskim nazwiskiem będzie prześladowane, więc moja babcia nosiła nazwisko pierwszego męża matki, który był oficjalnie jej ojcem. Jak się później okazało, było to zupełnie niepotrzebne - chodziła do szkoły z kilkoma córkami białych Rosjan, których wcale z tego powodu nie krzywdzono. Historia Witalisa to jednak przypadek szczególny - o ile mój dziadek nie miał wcześniej z Polską nic wspólnego, przyjechał tu już po odzyskaniu niepodległości, a z zawodu był adwokatem, o tyle stary Morozow był carskim sędzią śledczym, który działał w Warszawie (kto choćby pobieżnie zna historię walki caratu z Polakami, od razu złapie różnicę). Rozumiem, oczywiście, decyzję wdowy, która uciekła z dziećmi do miasta, które dobrze znała (może nawet do swojego miasta rodzinnego?), ale jednak synowie śledczego chroniący się przed bolszewikami w kraju niedawno okupowanym to ładne świadectwo polskiego stosunku do tych, którzy przegrali wojnę. 

Biednego robotniczego domku przy Kawęczyńskiej 8 już nie ma, po numerze 4a (ładny dom pomocy sióstr albertynek z początku lat 80.) następuje numer 12, gmach - czy może, sądząc po nietypowym kształcie, kawałek przedwojennego gmachu, w którym mieści się gimnazjum. Pomiędzy nimi rozciąga się dziura ze szczytową ścianą wielkiego bloczyska.

A Witalis Morozow? W toku procesu okazał się faktycznie szalony. I, jak podaje "Goniec Częstochowski", osadzono go w Tworkach, gdzie niegdyś leczył się jego ojciec, śledczy carskiej policji w mieście gubernialnym Warszawie.



Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932 oraz "Goniec Częstochowski", nr 138/1932, 18 czerwca 1932


sobota, 4 lipca 2015

Dziad z Nowogrodzkiej czyli epilog zabójstwa warszawskiej gwiazdy

125 lat temu, 1 lipca 1890 roku, popełniono jedną z najsłynniejszych zbrodni miłosnych w historii Warszawy: w garsonierze, mieszczącej się w kamienicy na Nowogrodzkiej 14 rosyjski oficer Aleksander Barteniew, zastrzelił swoją kochankę, ulubienicę publiczności teatrów warszawskich, Marię Wisnowską.



Wiele by można pisać o sprawie Wisnowskiej - Agata Tuszyńska popełniła na ten temat dwie książki historyczne, powstało kilka powieści i przynajmniej dwa filmy (tuż po odzyskaniu niepodległości "Ludzie bez jutra" Aleksandra Hertza z Węgrzynem w roli ułana, a w 2003 rosyjska "Gra w modernizm"). Najsłynniejszym może odbiciem dramatycznego romansu jest "Dieło korneta Jełagina" rosyjskiego noblisty, Iwana Bunina, które prędko ukazało się również po polsku, pod wymownie podkręconym tytułem: "Marja Sosnowska. Sprawa korneta Jełagina".

W roku 1933 od zbrodni mijały 43 lata (a nie 40, jak błędnie podaje "Tajny"), ale pamięć o niej była wciąż żywa (sentymentalni fani aktorki nadal odwiedzali dawną garsonierę, a wówczas - jedynie mieszkanko stróża), zaś dziennikarze mieli dla czytelników smaczny kąsek. Odkryli Barteniewa, "63-letniego starca" pośród warszawskich włóczęgów...



Barteniewa pochowano w zbiorowej mogile dla ubogich, której nie sposób dziś zlokalizować. Wisnowska, starsza od niego o lat siedem, spoczywała wówczas od lat kilkudziesięciu na warszawskich Powązkach, przy samych katakumbach - pod pięknym obeliskiem, który zresztą niedawno odnowiono:


Czas nie obszedł się z kamienicą na Nowogrodzkiej ani dobrze, ani źle: przetrwała wprawdzie wojnę, ale fasadę pozbawiono niemal całego eklektycznego wystroju, z którego pozostało tylko boniowanie na parterze i trwający resztkami sił balkon na pierwszym piętrze. Nie dam zresztą głowy, czy nie tyle ocalało z budynku po wojnie, bo mam wrażenie, że piano nobile nie tylko ma okna przemurowane z łukowatych na prostokątne, ale w ogóle wydaje się w całości niższe. Cóż, nawet jeśli, to aktorka odwiedzała oficerską garsonierę właśnie na parterze... 


Warszawscy eksperci od duchów i nawiedzeń twierdzą, że duch Wisnowskiej pojawia się w kamienicy dość często, zazwyczaj o poranku, i robi mieszkańcom domu drobne psikusy. Z kolei duch Barteniewa ma się pojawiać wieczorami na Powązkach i składać na grobie czerwoną różę. Co podaję tylko jako przykład siły miejskich legend, które trwają przez kolejne pokolenia.

Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok II, 25 XII 1932


piątek, 10 kwietnia 2015

Żydowscy uchodźcy, czyli przez zieloną granicę do radzieckiej szczęśliwości

Dziś, kiedy tak wielu uchodźców, pragnąc ocalić życie, przekracza granice Europy i pada ofiarą bezwzględnych przemytników, warto może przypomnieć, że przed wojną przemytnicy byli równie bezwzględni. A uciekano w czasem nader zaskakujących kierunkach - na przykład do stalinowskiej Rosji.


Okładki, która tak pięknie zestawia na dwóch przekątnych postać żołnierza i ostre rytmy linii elektrycznych, nie powstydziliby się ówcześni rosyjscy artyści, jak choćby Gustav Klucis czy El Lissitzky. To najprawdopodobniej dzieło Brzeskiego, jedna z najciekawszych okładek pisma, wyraźnie nawiązująca do radzieckiego konstruktywizmu - czy to nie fascynujące, że w 1933 roku dział graficzny tabloidu robił takie cuda? Zresztą rozkładówka z bezbrzeżnym śniegiem i twarzami zaginionych, wkomponowanymi w znak zapytania, też jest niczego sobie:


Ale przeczytajmy, co to za dwanaście osób zaginęło na granicy:



Rzuca się w oczy, że to żydowska opowieść. Żydowskie są ofiary, Żydami są macherzy od przemytu, Żydem jest kuzyn jednego z nich, który siedzi za przemyt komunistycznej literatury, Żydem jest wreszcie, jak można sądzić z nazwiska, autor tekstu, Gabriel Fejgel (sądzę, że boheterowie reportażu mogli nie mówić po polsku i "Tajny Detektyw" musiał oddelegować dziennikarza, władającego jidysz); podobnie jak w przypadku gangów, uprowadzających dziewczyny do domów publicznych w Ameryce Południowej, całe przestępstwo wydarzało się w obrębie społeczności żydowskiej. Ale trudno się temu dziwić: w przedwojennym Dołhinowie przed wojną dwie trzecie mieszkańców (1747 osób) było wyznania mojżeszowego (w czasie wojny przez tamtejsze getto przeszło - w większości ginąc - aż pięć tysięcy ludzi).

Skąd pomysł, by uciekać za wschodnią granicę, za te "druty kolczaste"? Kresy w ogóle były biedne, a w dobie Wielkiego Kryzysu jeszcze biedniejsze; jako takim gwarantem utrzymania były państwowe posady - urzędnika, policjanta, listonosza, nauczyciela - ale masy żydowskie pozostawały na ogół poza tą grupą (nieprzypadkowo jedyny Polak w tej historii to przodownik Malinowski z policji). Ci, którzy trudnili się rzemiosłem (i którym wcześniej jakoś się wiodło), jak choćby opisany w tekście krawiec, w okresie kryzysu i powszechnego zubożenia nie mieli komu sprzedawać swoich produktów. Równocześnie jednak w samym artykule widać sygnały, że mogli się spodziewać jak najgorszego: Perewoznik wie to i owo od "reemigrantów", czyli od ludzi, którzy przez granicę najpierw uciekli do Związku Radzieckiego, a potem jednak z jakichś powodów wrócili. Wie też, że "o rzeczy tak trudno w Sowietach". Jego ucieczka to ucieczka desperata, który nie ma się jak utrzymać w rodzinnym miasteczku i rzuca się na głęboką wodę w straszliwsze jeszcze miejsce.

Niestety, nie natrafiłem na razie na żadne wzmianki o zaginionych (czy też zamordowanych) uchodźcach, ani też o tym, czy przemytników postawiono przed sądem i skazano. Natrafiłem tylko w archiwum Yad Vashem na krótką wzmiankę, dotyczącą jednego ze szwarccharakterów tego dramatu: Aba Dimenstein, urodzony w Dokszycach, w czasie wojny trafił do getta w Dołhinowie i tam też został zamordowany w roku 1941, podobnie jak inni dołhińscy Żydzi. Do rejestru ofiar podał go wnuk Wiktor, on też dostarczył poniższą fotografię z jakiejś, można się spodziewać, rodzinnej uroczystości. Bo bezwzględni przemytnicy też mają swoje życie rodzinne, zegar na ścianie, świeczki na stole, dzieci i wnuki.

Wiktor to chłopiec stojący pod zegarem, wskazany najszerszą linią; po prawej i nieco w dół od niego widać kobietę, "mamę Rachelę", i zasłoniętego nieco jej policzkiem i fryzurą mężczyznę, "tatę Abrahama". Zdjęcie mogło zostać opisane w ten sposób przez ojca Wiktora, a syna Racheli i Aby, aczkolwiek nie wiem, czy był nim wspomniany w tekście Szepsel Dimensztajn.




Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933

sobota, 4 stycznia 2014

Maria Rasputinówna, sekretarz Rasputina i kelner ze Stanisławowa vol. II

Wedle oficjalnej wersji Maria Rasputina-Sołowiewa zaczęła tańczyć na scenie dopiero po śmierci męża, zmuszona do tego skrajną biedą. Jak się okazuje, "Tajny Detektyw" rzuca nieco inne światło na jej biografię. Jak córka mnicha została poskramiaczką lwów?




Wynikałoby z tego, że Maria już w roku 1920 występowała jako tancerka na deskach Teatru Moniuszki w Stanisławowie, co więcej - że była związana (być może również uczuciowo) z dawnym sekretarzem swojego ojca, Aronem Simanowiczem - z zawodu jubilerem, w późniejszych latach autorem szeroko tłumaczonej książki "Rasputin i Żyd, wspomnienia sekretarza Grigorija Rasputina". Jak się okazuje, Simanowicz był nie tylko impresariem, ale i tancerzem, wykonującym kozaczoka na scenie kabaretowej - możemy przyjąć, że był to jeden z naprawdę niewielu w historii Żydów zarabiających na życie tańcami kozackimi... 



Romans z Simanowiczem i francuskim oficerem (jest, pamiętajmy, rok 1920, na Polskę idzie bolszewicka nawała, francuscy wojskowi przebywają u nas w większej niż zazwyczaj obfitości), były chyba niedługie. Dla Marii, dobrze wiedzącej, na co stać bolszewików, priorytetem była pewnie ucieczka na zachód. Jej nielojalność wobec niechcianego i niekochanego męża nie powinna zresztą dziwić; Borys Sołowiew był ponoć rzadkiej wody łajdakiem. Korzystając z okazji, w trakcie rewolucji założył tajne Bractwo św. Jana z Tobolska, które miało się zająć zorganizowaniem ucieczki Mikołaja II i jego bliskich z zesłania. Sołowiew przejął klejnoty rodziny carskiej, po czym kosztowności te zdefraudował; pod tym samym pretekstem wyciągał duże sumy pieniędzy od rosyjskich arystokratów, posługując się między innymi młodą dziewczyną, przebraną za - zapewne nieżyjącą już wówczas - carewnę. Takie przynajmniej zachowały się opinie, ale należy też brać poprawkę na to, że w skłóconym światku emigrantów oskarżano się chętnie, a o im poważniejsze występki szło - tym swobodniej. 

Tak czy owak, kiedy zmarł w roku 1926 na gruźlicę, kariera sceniczna Marii chyba już trwała i była jej głównym źródłem utrzymania - wprawdzie wydała trzy tomy memuarów, a potem nawet "Książkę kucharską Rasputina", ale przędła cienko. Szansa na wzbogacenie pojawiła się kiedy swoje pamiętniki opublikował książę Feliks Jusupow - Maria wytoczyła mu proces, żądając 800 tysięcy dolarów odszkodowania, ale francuski sąd sprawę oddalił, nie mogąc wyrokować w kwestii mordu politycznego popełnionego poza granicami kraju (sam Jusupow, co ciekawe, otrzymał z kolei 25 tysięcy funtów odszkodowania od Metro Goldwyn-Mayer za film "Rasputin i cesarzowa" - nie dlatego, że przedstawiono go jako mordercę, to było bowiem zgodne z prawdą, ale za to, że jego filmowa żona miała być rzekomo kochanką Rasputina; to po tym procesie w filmach pojawiła się klauzula: "Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci lub zdarzeń jest przypadkowe"). Rasputina musiała tańczyć - i robiłaby to pewnie jeszcze przez wiele lat, gdyby po jednym z występów nie podszedł do niej cyrkowy impresario, który zaproponował jej rolę poskramiaczki dzikich zwierząt w cyrku. I to nie byle jakim.


Ringling Bros, Barnum and Bailey Circus to przedsiębiorstwo o długiej tradycji, cyrkowe konsorcjum. P. T. Barnum, być może najsłynniejszy amerykański spec od rozrywki, zaczął swoją karierę w Nowym Jorku, do którego przyjechał się w roku 1834. Zaczął karierę od pokazywania Joice Heth, niemal całkowicie sparaliżowanej czarnej staruszki, która udawała 161-letnią niańkę Jerzego Waszyngtona (opowiadała gapiom o pierwszych chwilach Ojca Narodu i odśpiewywała hymn); już wkrótce został dyrektorem Wielkiego Teatru Naukowo-Muzycznego Barnuma, która to szumna nazwa skrywała prostackie pokazy osobliwości i podróbek: kobiet z brodą, karłów, zroślaków, rzekomej zmumifikowanej syreny (zmontowanej z ogona ryby i małpiej główki), i tak dalej. Do tego wkrótce dołączył Muzeum Amerykańskie Barnuma (założone jako Muzeum Amerykańskie Scuddera w 1810 roku) - kolekcję osobliwości, takich jak wypchane ptaki i zwierzęta, dwugłowe cielę, gilotyna wraz z bezgłową woskową figurą, obiekty entograficzne, pamiątki narodowe, w tym "pierwsza flaga amerykańska, która powiewała nad Nowym Jorkiem po ogłoszeniu niepodległości", itp. Do zbiorów Scuddera Barnum dodał cyrk pcheł, uczoną fokę, psa tkającego na krosnach, kufer wykonany z drzewa, pod którym siadywali apostołowie, dioramy, widoki miast świata, loty balonowe, kapelusz generała Granta, a nawet konkursy piękności dla najmłodszych. W roku 1871, już jako doświadczony patriarcha rozrywkowy, założył wraz z Williamem Coupem objazdowy cyrk pod nazwą Wielkie Podróżne Muzeum, Menażeria i Hipodrom Rzymski P. T. Barnuma, Najwspanialszy Show Świata, a dziesięć lat później połączył przedsięwzięcie z cyrkiem Baileya, założonym przez Hachaliaha Baileya, człowieka, który sprowadził do Stanów pierwszego cyrkowego słonia. Równolegle wzrastał w siłę cyrk pięciu braci Ringling, którzy po śmierci Barnuma i Baileya wykupili ich przedsiębiorstwo, działające pod różnymi nazwami po dziś dzień - w swoim czasie cyrk cieszył się taką estymą, że prezydent Roosevelt osobiście wydał mu pozwolenie na korzystanie z torów kolejowych w czasie wojny, kiedy transport, poza wojskowym, ograniczano do minimum. 




Córka Rasputina - która skorzystała z oferty i w roku 1937 otrzymała amerykańskie obywatelstwo - idealnie wpisywała się w schemat działania firmy: miała przykuwające nazwisko i niezwykłą historię. Nie tę prawdziwą; o nią akurat nikt nie dbał. Tę zmyśloną: córka Rasputina bowiem potrafiła, podobnie jak ojciec, hipnotyzować zwierzęta. Wystarczyło jedno mesmeryzujące spojrzenie jej oczu, by lew łagodniał jak baranek.

Maria (z kijkiem) z kolegami z pracy
Nie do końca, niestety. Zjechała z cyrkiem kawał Ameryki i Europy, ale uległa poważnemu wypadkowi w Peru (nie, nie w tym Peru; w Peru w stanie Indiana), gdzie potwornie pokiereszował ją nieumiejętnie, jak się zdaje, poskromiony niedźwiedź:


Spędziwszy pewien czas w szpitalu, córka Rasputina dojechała jeszcze z cyrkiem na Florydę, gdzie wzięła ślub z Gregorym Bernadskym i zatrudniła się w stoczni jako nitowaczka, czyli amerykański odpowiednik stalinowskiej "traktorzystki" (Rózia Nitowaczka wspierała przemysł kiedy "chłopcy poszli na wojnę", co opiewa poniższy filmik i propagandowa piosenka)


Na emeryturę przeszła w roku 1955, spędzała czas ucząc rosyjskiego. Miała dwa pieski, które w akcie zemsty na mordercy ojca nazwała Jusu i Pow. Zmarła w roku 1977 - w rok później Boney M sięgnęło szczytów list przebojów z piosenką, która godziła historię ojca Marii z jej cyrkowym życiem.




Co z Simanowiczem? Czy odzyskał miliony? Czy policja odnalazła kelnera Waltucha? Pojęcia nie mam. Zresztą, nie mam przecież pewności, czy opowieść o występach w Stanisławowie jest prawdziwa - w końcu została podpisana "Oboleński", nazwiskiem rosyjskiej rodziny książęcej, co samo w sobie może być żartem. A jeśli nawet jakiś Simanowicz i jakaś Rasputina występowali w Stanisławowie w roku 1920, to czy mamy gwarancję, że to ten Simanowicz i ta Rasputina, a nie jacyś samozwańcy? I czy w ogóle mieliby gdzie występować? Teatr Moniuszki bardzo ponoć ucierpiał w trakcie I wojny światowej i trzeba go było odbudować - modernistyczny gmach widoczny na zdjęciu otwarto w 1929 roku, raptem 5 lat przed ukazaniem się tego numeru "Tajnego Detektywa". Czy była jakaś zapasowa scena? A może Teatr ucierpiał dopiero w czasie wojny polsko-bolszewickiej? Same pytania.

Dodać tylko mogę, że budynek stoi w Iwano-Frankiwsku do dzisiaj, acz pozbawiony napisu i efektownej liry na fasadzie (drugą lirę wkomponowano za to w drzwi wejściowe) oraz pomalowany na kolor żółtka; dziś mieści Okręgową Filharmonię.



Zaś sztukę"Towariszcz" Jacquesa Devala, którą wystawiano tam w 1934 roku, trzy lata później przerobiono w Hollywood na film z Claudette Colbert i Charlesem Boyerem, a w 1963 na broadwayowski musicall z Vivien Leigh i Jean-Pierrem Aumontem; para głównych bohaterów, książę Uratiew i jego żona, wielka księżna Tatiana Pietrowna, przyjeżdżają do Paryża z ogromnym skarbem: klejnotami powierzonymi im przez Romanowów. Nie chcąc uszczknąć niczego z poleconych ich opiece kosztowności, zatrudniają się jako służący i z czasem radzą sobie w nowych rolach całkiem dobrze, ale zostają zdemaskowani - ku największemu zdumieniu swoich chlebodawców - przez radzieckiego komisarza Gorodczenkę, który rozpoznaje w nich rosyjskich książąt. Dowcip polega na tym, że - w przeciwieństwie do męża Marii Rasputiny, Borisa Sołowiewa - bohaterowie fikcyjni powierzonych im klejnotów nie zdefraudowali.




Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934 i strona allrus.me

piątek, 3 stycznia 2014

Maria Rasputinówna, sekretarz Rasputina i kelner ze Stanisławowa vol. I

Na początku wieku przed Marią Rasputiną świat stał otworem. Jej ojciec, zyskawszy wpływy przy carze, postanowił sprowadzić rodzinę do Petersburga, a córkę przygotować do roli damy dworu. Niebawem jednak "dziki mnich" zginął z ręki rosyjskich arystokratów, dwór carski przestał istnieć, a Rasputinówny, jak się okazało, nie było jak przygotować do jej prawdziwej biografii.

Maria Rasputin jako poskramiaczka lwów na plakacie cyrkowym

Matriona Grigoriewna przyszła na świat w roku 1899 we wsi Pokrowskoje pod Tobolskiem jako jedno z pięciorga dzieci Rasputina i jego żony, Praskowii. 


Dwóch jej braci zmarło w dzieciństwie, a w roku 1913, roku wielkiego Jubileuszu Romanowów, ojciec zabrał żonę i trójkę dzieci, Dimitra, Matrionę i najmłodszą Warwarę, do Petersburga. Matrionie zmienił "chłopskie" imię na godniejsze, Maria, posłał ją na lekcje tańca do Teatrów Cesarskich i postanowił zrobić z niej damę dworu carskiego, choć sprawiała wrażenie nieco nieokrzesanej i "czuć ją było potem". Póki jednak słynny hipnotyzer cieszył się wpływami, nadskakiwano i jego dzieciom. 

Maria (w marynarskim ubranku) z ojcem i nieznaną admiratorką Rasputina

Wszystko się zmieniło na przełomie roku 1916 i 1917, kiedy to książę Jusupow z pomocnikami zgładził Rasputina w swoim pałacu nad rzeką Mojką, po czym ciało utopił w zamarzniętej Newie. Zwłoki odnaleziono w poniedziałek, 19 grudnia obowiązującego w Rosji kalendarza juliańskiego, czyli w pierwszy dzień nowego roku wedle kalendarza gregoriańskiego. Cała kongregacja współpracowników i pijawek, która obsiadła dwór za sprawą Rasputina, musiała teraz zewrzeć szyki - Marii nakazano "dynastyczne małżeństwo" z Borysem Sołowiewem, skarbnikiem Synodu Cerkwi Prawosławnej, mistykiem i hipnotyzerem, który po śmierci mistrza zaczął organizować seanse spirytystyczne - to właśnie w ich trakcie duch Rasputina miał nakłaniać Marię do poślubienia Sołowiewa. Niestety, jak się okazało później, było to małżeństwo nieudane (narzeczony w ogóle się nie podobał, on z kolei mówił, że jest mnóstwo kobiet, które pociągają go bardziej niż żona). Ale to z nim ruszyła na tułaczkę, kiedy bolszewicy obalili porządek w Rosji.


Borys Sołowiew

Międzywojenna Europa pełna była rosyjskich eks-elit; jednym "bezetom" ("byłym ziemianom") udało się wywieźć z kraju majątek - lub już wcześniej mieli pałac w Paryżu, willę na Lazurowym Wybrzeżu i pliki akcji zachodnich towarzystw giełdowych - inni biedowali. Vladimir Nabokov, syn posła i wnuk ministra sprawiedliwości, w chwilach nędzy sprzedawał srebrne pokrywki od kryształowych pojemniczków kosmetycznych z podróżnego nesesera. Feliks Jusupow, morderca Rasputina, założył z żoną Iriną dom mody Irfe; pułkownik Mironow, dowódca w wojnie rosyjsko-japońskiej i carski dyplomata w Londynie, po upadku imperium utrzymywał rodzinę z szoferowania (jego syn zmienił nazwisko na Mirren, jego wnuczka zaś to słynna Helen Mirren, fenomenalna "Królowa" z filmu Frearsa). Byli też arystokraci, którzy trudnili się występami tanecznymi, służbą czy pokątnym handlem. Inni emigranci, którzy nie mogli się pochwalić tytułem czy znakomitymi koneksjami, często je sobie wymyślali: byle portier udawał czasem carskiego generała, a prostytutka - rzekomą księżniczkę.



Maria i Borys, tułając się po europejskich stolicach (Paryż, Berlin, Praga) próbowali utrzymywać się z prowadzenia restauracji, ale zbankrutowali; Sołowiow niebawem (w roku 1926) zmarł na gruźlicę, a Maria musiała znaleźć jakieś utrzymanie dla siebie i dwóch córeczek, nazwanych na pamiątkę zamordowanych carewien, Marii i Tatiany. Najpierw została najpierw tancerką kabaretową, a potem zatrudniła się w cyrku jako poskramiaczka dzikich zwierząt.Taka jest chronologia oficjalna. Jednak notka w "Tajnym Detektywie" wskazywałaby na inną sekwencję zdarzeń. Ale o tym - w drugim odcinku.

Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934