Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PŁYTA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PŁYTA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2015

Przyjaciółka lorda Byrona, czyli Regina znaczy "królowa" vol. II

Regina Orbied-Czajczyńska, królowa piękności adorowana przez lorda Byrona, nie ustawała, jak się okazuje, w swoich wysiłkach i miała cały zestaw dodatkowych powodów do sławy - była również księżną Ileaną Czartoryską i czechosłowacką gwiazdą filmową. A życie księżnych i gwiazd wymaga nakładów...





























Czajczyńska jest na swój sposób fascynująca - przede wszystkim swoją nieudolnością. Zawołanie herbowe wzięte od imienia konia wyścigowego, herb - z medalu dla dżokeja, noszonego zresztą na piersi przy wielkich okazjach, lord Byron, "misterne" oszustwo wekslowe, które pozwoliło jej wydębić drogą bieliznę... wszystko to jest tak dalece wodewilowe, że brzmi jakby Czajczyńska miała zaraz powiedzieć wierzącym jej poznańskim kupcom i dziennikarzom: "Jesteście w ukrytej kamerze!". 

Jeśli Czajczyńska nie była niespełna rozumu, jeśli nie była fantastką na tle chorobliwym, to musiała być desperatką: namotać ile wlezie, nażyć się "na poziomie" przez tydzień, dwa, może miesiąc, dopóki sprawa nie przycichnie, a potem zapłacić za to paroma miesiącami za więzienną bramą. Co przeżyła, to jej.



PS: Lewandowska, o której wspomina dziennikarz "Nowego Kurjera" jako o zielsku wyciętym kosą kodeksu karnego, to bohaterka poznańskiej afery szantażowej, panienka z dobrego domu, córka prawicowego działacza społeczno-politycznego.


Za: "Tajny Detektyw" nr 20, rok II, 15 V 1932, "Nowy Kurjer" nr 85 i 104/1932, 13 IV i 7 V 1932

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Przyjaciółka lorda Byrona, czyli Regina znaczy "królowa" vol. I


Tak, tak. To już trzysetny, jubileuszowy wpis na tym blogu. Z tej okazji - artykuł o niezwykłej królowej piękności, która grasowała (na kredyt) w Poznaniu, a także nowy tag: "PŁYTA". Dziś bowiem zaczęło się nagrywanie płyty "Tajny Detektyw" i na blogu można sprawdzić, które historie z tygodnika zostały przerobione na piosenki. Należy do nich opowieść o sprytnej Reginie.

Oszustów w międzywojniu było, jak zawsze, wielu - jedni bardziej zręczni, inni mniej. Regina Czajczyńska jest postacią o tyle interesującą, że nie posiadła wprawdzie kompetencji  kulturowych koniecznych do udawania arystokratki, przez co jej listy czyta się jak kabaretowe skecze, ale potrafiła zaskarbić sobie zaufanie poznańskiego mieszczaństwa i poznańskiej prasy, dzięki czemu nacięła niejednego przedsiębiorcę na grubszą kwotę. Najwyraźniej niektórzy poznaniacy też mieli nietęgie kompetencje kulturowe i rzekoma znajomość z lordem Byronem nie wydała im się osobliwa...




Ech, gdzie te czasy, kiedy hrabin było zbyt dużo, ale tytuł książęcy robił jeszcze niejakie wrażenie (zwłaszcza, jeśli polor dawnego szlachectwa mieszał się z polorem tytułu nowego: królowej piękności!) nawet na znanych z... no, powiedzmy, z nierozrzutności kupcach poznańskich!  Było, minęło. Czajczyńską zaaresztowano. Jakie były jej dalsze losy? O tym w następnym poście.

PS: "Hotel Central" należy do najpiękniejszych budynków secesyjnych Pragi (a gdzie jak gdzie, ale tam konkurencja jest spora) i wówczas, choć moda nakazywałaby raczej zakwaterowarowanie w jakimś modernistycznym cudzie ze szkła i betonu, z pewnością nadal cieszył się renomą miejsca dostojnego. Jak Czajczyńska weszła w posiadanie papieru listowego hotelu - nie wiadomo.







Za: "Tajny Detektyw" nr 23, rok I, 21 VI 1931

piątek, 1 maja 2015

"Tajny Detektyw" - płyta, czyli urodzinowa zapowiedź

Z okazji moich pierwszomajowych urodzin chciałbym dziś sprawić prezent wszystkim miłośnikom "Tajnego Detektywa". Otóż jeszcze w tym roku (jak wszystko dobrze pójdzie) powinna się ukazać płyta, oparta o historie z "Tajnego" - i to wyłącznie o historie kobiet: morderczyń, oszustek, ofiar zbrodniarzy. Stąd też dziś cała seria żeńskich mugshots z policyjnego albumu.














Za: album policyjny.

wtorek, 14 maja 2013

Zabójcza miłość częstochowskiej czarownicy

Czy czarownica, wróżka, wiedźma musi pracować w zawodzie 24 godziny na dobę? Nie, może mieć też etat, na przykład w fabryce. Może też mieć bogate życie uczuciowe, jak Józefa Siemińska, czarownica-tkaczka z Częstochowy, oskarżona o trucicielstwo.


Zakłady "Częstochowianka" zostały założone pod inną nazwą przez warszawskiego przedsiębiorcę (oraz kompozytora i melomana!), Władysława Kronenberga, w roku 1882, po czym prędko sprzedane firmie Hille i Ditrich (która miała już od lat zakłady żyrardowskie), a w roku 1900 z kolei francuskiemu Towarzystwu Przędzalniczemu "Częstochowianka", i to właśnie tam pracowała nieszczęsna Józefa. Po wojnie je upaństwowiono - jako "Ceba" istniały do początku lat 90-tych, dziś działa w nich firma produkująca firany i obrusy o pięknej nazwie "Polontex": stare hale fabryczne wciąż widać od strony torów kolejowych, kiedy wjeżdża się do Częstochowy od południowego wschodu.

To, co mnie zaskakuje w tej historii, to zupełna niefrasobliwość wróżki Józefy (która to zresztą wróżka wygląda na zdjęciu bardziej frapująco niż większość kobiet w "Tajnym...", a z pewnością bardziej niż wszystkie "piękności", banalne girlsy! Toż kobieta z Witkacego, toż Dagny Przybyszewska! Toż Unrugówna tajemnicza!). Z literatury wiemy doskonale o tym, że napój miłosny administrowany niewłaściwej osobie może doprowadzić do koszmarnych wprost komplikacji. Co by się stało, gdyby lubczyk Siemińskiej naprawdę działał? Co by się stało z chorą na żołądek Teodorą Guźlą, gdyby zapałała miłością do Siemińskiej? Co by się stało z jej mężem, policjantem, porzuconym dla 47-letniej szafarki lubczyka? Skandal byłby na całą "Częstochowiankę" i Częstochowę całą, perturbacje miłosne jak w "Dziejach Tristana i Izoldy", czy raczej w nienapisanych "Dziejach Brangien i Izoldy"!

Niestety, lubczyk pomyłkowo wlany do niewłaściwej herbaty nie zadziałał, a Józefa Siemińska i Teodora Guźla nie zostały ikonami polskiego ruchu LGBT Frakcja Robotnicza. Smuteczek.


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

wtorek, 25 września 2012

"Dziwny oczu blask" czyli jak ćpała Warszawa w międzywojniu?

Ileż to razy słyszałem różne starsze osoby, wyrzekające wielkim głosem: "Kiedyś to tej całej narkomanii nie było!" Wyrzekanie tego typu jest zresztą powszechne: kiedyś rzekomo nie było ani prostytucji, ani pedofilii, ani chamstwa, za to wszystko było tańsze, lepsze i z drewna.

Tymczasem, oczywiście, międzywojenna Warszawa ćpała. Może nie polska wieś, której musiał wystarczyć samogon (chyba, że ktoś się niechcący objadł sporyszu), nie łódzkie prządki (chyba, że któraś urwała się z hali fabrycznej i próbowała sił jako kabaretowa tancerka), ale zamożne warstwy stolicy - i owszem. Bogata burżuazja, arystokracja, artyści. Witkacy brał Eukodal, Eter, Heminę i Haszysz, / I Meskal z Koko, nie licząc już wódy, / I Peyotl straszny. Ten przykład zna każde polskie dziecko. Ale jak wyglądało życie tych, którzy nie byli sławni ani na tyle zamożni, żeby było ich stać na ciągły dopływ narkotyków? 











Ogromnie żałuję, że możliwości techniczne nie pozwalają mi na zeskanowanie całego pomysłowego kolażu, ze szprycą idącą przez sam środek całości i z dwojaką, przednałogową i ponałogową, Słabowiczową - ale zamieszczam poglądowe zdjęcie.


Cóż nam ono mówi? Że pyzata, banalnie się ubierająca i trzymająca w ramionach banalny wiecheć kwiatów Słabowiczowa, idealistyczna siostra miłosierdzia, dzięki nałogom zaczęła się ubierać z fasonem, wyszczuplała i przybrała bardziej refleksyjny wyraz twarzy - kiepski to pomysł ówczesnych grafików, skoro tekst miał raczej zwalczać niż promować narkomanię, ale mniejsza o to.

To, co mnie naprawdę zafascynowało, to wcale nie sprawy w większości znane nam i z dzisiejszych policyjnych doniesień (że obławy, że przestępczość zorganizowana, że transport idzie zza granicy hurtowo, sprzedawany jest z dużą przebitką, a dilerzy przycinają na tym kolejnego grosza, że istnieją związki między narkotykami a lekami i, co ważniejsze, aptekarzami), ale to, co w międzywojniu wyglądało inaczej (a przynajmniej tak mi się, nieobeznanemu, wydaje). Po pierwsze: sposób sprzedaży z działkami ukrytymi w rozmaitych przedmiotach - owszem, dilerzy z "The Wire" nigdy nie nosili przy sobie fiolek, które przekazywane były klientom przez podrzędnych biegaczy. Ale ustnik papierosa? Ciastko przed matroną? To dopiero finezja! Po drugie narkotyczny ruch loteryjny: wspólna kasa, z której kupuje się jedną działkę i następnie losuje się ją między solidarnymi "akcjonariuszami". Mieszkanie Milczków na Ogrodowej z kolekcją graczy nadaje się w sam raz do jakiejś kryminalnej powieści z dawnych lat. 

Przy okazji warto może wspomnieć o innej jeszcze nietypowej loterii, o której donosił "Tajny Detektyw":



I jeszcze drobiazgi varsavianistyczne. Ujął mnie opis miasta - zwłaszcza te miliony stłoczone w symetrycznych kamiennych pudłach - co powiedziałby autor widząc Warszawę faktycznie zapudłowaną w peerelowskie bloki i niewiele od nich lepsze współczesne "apartamentowce"? Ale mniejsza o to, przyjrzyjmy się paru adresom wymienionym w tekście. W roku 1923 Władysław August Kościelski, przedsiębiorca i filantrop ze słynnej rodziny wielkopolskiej, kupił dwie kamienice przy Nowym Świecie 23 i 25. Pierwszą zburzył do gruntu i na jej miejscu zbudował nową, okazalszą, która na piętrze mieściła jego wydawnictwo (Instytut Wydawniczy "Biblioteka Polska"), a na parterze - luksusową księgarnię, w drugiej nadbudował piętro i umieścił tam kolejne biura. Niestety, ciężko przeżył nadejście Wielkiego Kryzysu i w 1933 roku rzucił się z okna poznańskiego hotelu Bazar. Obie kamienice jeszcze przed Kryzysem, bo w 1928 roku, sprzedał córce właściciela "La Stampy" i żonie polskiego dyplomaty, Lucianie Frassati-Gawrońskiej. To ona otworzyła w pięknych salach (którym nadano wystrój turecki) kawiarnię "Italia" (później "Swann" - zabawny zbieg okoliczności, bo Swanna właśnie w poprzednim wpisie przywołałem) a na zapleczu obu kamienic poleciła wybudować pasaż handlowy "Italia" z kinem i dancingiem - modernistyczny, surowy, z wielobocznymi kopułami świetlików. Obie kamienice, zburzone w czasie Powstania, zostały odbudowane w zmienionej formie, pasaż ostał się, ale dziś jest w raczej opłakanym stanie. Stoi natomiast kamienica z apteką Michelisa na Mokotowskiej - tyle, że pozbawiona niemal całkowicie detalu architektonicznego i nadbudowana o trzy bieda-socrealistyczne piętra. Na temat budynku Leszno 142 nie znalazłem żadnych wiadomości.


Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2 (24 I 1932), nr 35, rok 4 (26 VIII 1934)


wtorek, 13 marca 2012

Wenus, Wulkan i Jan Joniec, katolik

Któż mógł przypuszczać, że mit o pięknej Wenus (w tej roli Sabina Tenzerówna, lat 18), jej niekochanym mężu (no, narzeczonym - tu obsadzony niejaki Wulkan z Krakowa) oraz dzielnym kochanku, Marsie (Jan Joniec, katolik, z wynajętym samochodem) zostanie wystawiony po wielu stuleciach w prowincjonalnej Limanowej?

W dzisiejszej, shomogenizowanej etnicznie, religijnie i językowo Polsce, historie, takie jak ta, muszą budzić zdziwienie. A jednak - przed wojną Polaków w Polsce było niewiele ponad 2/3 (wg. spisu z 1931, gdzie za kryterium identyfikacji przyjęto stosowany język - 68,9%; dla porównania w ostatnim spisie, którego wyniki znamy, czyli tym z 2002, było to ponad 96%), a kocioł narodowościowo-religijny II RP był z jednej strony źródłem wspaniałych kulturowych inspiracji, z drugiej - konfliktów, pogromów i sporów politycznych, przybierających niekiedy formy odrażające z dzisiejszego punktu widzenia (zwłaszcza z perspektywy, kiedy widzimy je jako część szerszego procesu w ówczesnej Europie).

Religijna i nacjonalistyczna zaciekłość nie omijała żadnej chyba grupy w Polsce - fanatycy byli po każdej stronie, choć, z oczywistych względów ilościowych, zapiekłych polakoendekokatolików było pewnie więcej, niż takich Tenzerów z tej opowieści; w każdej setce ludzi odsetek plemiennych świrów jest pewnie podobny. 



Rok temu przytaczałem podobną opowieść z Jordanowa, gdzie nieszczęśliwy romans skończył się, jak w "Romeo i Julii", podwójnym samobójstwem:

Co było dalej z Jońcem i Tenzerówną - nie wiem. Jeśli miała lat 18, to w 1939 była dwudziestopięciolatką. Pierwszych Żydów z Limanowej (dwanaście osób) Niemcy rozstrzelali 12. września, już w dwa dni po zajęciu miasta. Zwłoki znaleziono w kamieniołomie. Sklepy - w tym i sklep Tenzera, jeśli dożył wojny - zamknięto, a towar skonfiskowano. Getto założono w czerwcu 1942 roku - część z 1,5-2 tys. osób zamordowano na miejscu, część deportowano do Nowego Sącza, gdzie gettowym komendantem był - dziwnie się składają nazwiska z funkcjami - Heinrich Haman, tak, Haman, dokładnie jak biblijny łajdak, który chciał wygubić Żydów. Z Nowego Sącza Haman posłał ich dalej do obozów zagłady. Czy była wśród nich Tenzerówna? Czy nazywała się już Sabiną Wulkanową i mieszkała w Krakowie, i to tam trafiła do getta? A może pozostała wierna młodzieńczemu zakochaniu i była Sabiną Jońcową, katoliczką? Czy mimo wszystko się uchowała, jako żydówka Wulkanowa, jako katoliczka Jońcowa? Nie wiem.


Za: "Tajny Detektyw" nr 10, rok 2 (6 III 1932)

środa, 9 listopada 2011

Piekło dziewicy czyli podziemie aborcyjne w II RP

W tej rubryce "Kto i co?" mniej mnie zainteresowała sprawa piekarza Fiałowa, którego poszukuje zrozpaczona rodzina, oraz nieznanego samobójcy w brązowych półbucikach, któremu w polu pod Szamotułami ukradziono post mortem rewolwer: tym razem przemówiła do mnie wzmianka o "Piekle dziewicy".

Tak, wiadomo, było od niepamiętnych czasów. Babka na końcu wsi, jakaś brudna miednica, zardzewiały drut. Zioła warzone z trzykrotnym splunięciem za ramię. Powiat Horyńgrodzki pod Równem. Rada od kochanka - i historia jak z dobrej prozy, z tą poduszką, z sinym trupem spływającym rzeką. Jest w tym cierpienie, prostota i surowość, którą mógłby nakręcić Paradżanow (ten z "Cieni zapomnianych przodków"), opisać Babel. I tylko redaktor "Tajnego Detektywa" opatruje to kretyńskim, zważywszy kontekst, tytułem "Piekło dziewicy", nie wiadomo skąd wziętym, z jakiejś sentymentalności XIX-wiecznej, z pluszu kanapowego. Żeby było strawne dla Dulskich świata tego, namiętnych - dam głowę - czytelniczek tego periodyku.




Za: "Tajny Detektyw" nr 39, rok I (11 X 1931)

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Straszny los Mindli Filozof albo zgubna ciekawość

Różne były w Polsce partie po przewrocie majowym, była i NPR-Prawica, partia robotnicza, ale i narodowa, którą w Łodzi współrządził niejaki Kuchciak, wiceprezes. Skądinąd - jeśli wierzyć naszemu korespondentowi - admirator pana z wąsikiem zza naszej zachodniej granicy. I współrządziłby sobie pewnie dłużej, gdyby nie wieść, która gruchnęła jak bomba.

W całej jednak tej historii najbardziej poruszająca jest postać Mindli Filozof, przypadkowej ofiary, która, kierując się potrzebą właściwą filozofom, postanowiła należycie zbadać sprawę, która dosłownie z nieba jej spadła.




Tymczasem z "Nowin codziennych"  (1933, Rok 2 nr 142) dowiadujemy się, że "Przechodząca przypadkowo Mindla Filozof podniosła blaszane pudełko, schowała je pod chustkę i zrobiła zaledwie kilka kroków, gdy bomba wybuchła i rozerwała ją na kawałki." Nie dowiemy się zatem nigdy, czy Mindla odwinęła papier, czy też schowała zawiniątko pod chustkę, by zbadać je dopiero później. Obie wersje zgodne są tylko co do tego, że została rozerwana na drobne części.

Ostatecznie sąd skazał Kuchciaka na 15 lat, Rzetelskiego na 12, a szofera Szmigielskiego czy też Śmigulskiego na lat 10. Nie wiadomo, kiedy (i czy w ogóle) wyszli na wolność, raptem sześć lat później wybuchła wojna, która zapewne zabrałaby również Mindlę Filozof, nawet gdyby nie sięgnęła po spadający z nieba pakunek pod łódzkim urzędem na Ogrodowej.


Za: "Tajny Detektyw" nr 1, rok III (1 I 1933)