Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2021

Nieudana robótka pana Chojeckiego czyli strzały w Gdyni

Jest wrzesień roku 1936, slogany sanacyjnej Polski głoszą od dawna, że "Gdynia się rozbudowuje". Rozbudowuje się i bogaci, a zatem są tu złodzieje, doliniarze, włamywacze - miejscowi lub na gościnnych występach. Mogą okraść miejscowych kupców, turystki zwiedzające polski port przy okazji wizyty w modnym Zoppot, inżynierów czy kapitanów. Na przykład komandora Krzyckiego.

Włamywacz jest młody, nazywa się Henryk Chojecki, i ma już pewne doświadczenie. W marcu wyszedł z więzienia i puścił się w wir pracy (w swoim, rzecz jasna, złodziejskim zawodzie). To zapewne on jakiś czas wcześniej okradł po drugiej stronie ulicy mieszkanie inżyniera Ludwika Budki oraz parę innych lokali; w czasie jednego z włamań groził nawet rewolwerem. Teraz takie ostre ruchy nie wydają się konieczne: jest przedpołudnie, komandor Krzycki wyszedł do pracy, służąca jest na zakupach. Chojecki wytrychem włamuje się do środka i rozpoczyna plądrowanie. Spokojna robótka.

Pochodzący z Odessy Polak Ludgard Sylweriusz Krzycki ma lat pięćdziesiąt osiem; swego czasu był oficerem marynarki carskiej, fartownie przeżył bitwę pod Cuszimą (bo kazano mu odpłynąć na jego transportowcu "Władymir" do Szanghaju), dzięki czemu po zawarciu pokoju z Japonią odbierał rosyjskich jeńców; potem do 1917 roku pływał na statkach straży granicznej po Morzu Czarnym, a już rok później pojawia się w Gdyni. Służy w Morskiej Służbie Granicznej, odchodzi do cywila w randze komandora, potem pływa w marynarce handlowej na statku "Kraków" (który dwukrotnie uszkodził manewrując w porcie), wreszcie zatrudnia się w Urzędzie Morskim jako urzędnik. Dlatego też mieszka w blokach pracowniczych, należących do Urzędu - raczej samotnie, bo wprawdzie po przyjeździe do Polski wziął ślub, ale o żonie nic nie wiadomo (mogła umrzeć młodo, kto wie, czy nie przy porodzie?). Z tego związku ma córkę Jadwigę, urodzoną w 1918 roku, która jednak w roku 1936 jest już osiemnastoletnią panną i, kto wie, może mieszka zupełnie gdzie indziej. Natomiast komandor z pewnością ma wspomnianą służącą, która w tej historii odegra swoją - dramatyczną - rolę. Odgrywa ją już teraz, wchodzi na scenę, oto ona.

Maria Kropidłowska ma 21 lat; przez chwilę mocuje się z zamkiem, ale od środka tkwi wytrych; w końcu jej się to udaje i oto widzi przed sobą plądrowane mieszkanie i obcego mężczyznę; zaczyna krzyczeć, zaskoczony Chojecki wyciąga rewolwer i strzela do niej dwukrotnie, po czym, zostawiając łupy, rzuca się do ucieczki, co opisują "Dziennik Białostocki" i "Goniec Częstochowski":



Żeby zrozumieć jego ucieczkę, trzeba sobie to wystawić na przedwojennej mapie. Gmach Urzędu Morskiego z kompleksem domów mieszkalnych mieścił się tam, gdzie i dziś, ale ulice nazywały się inaczej. Urząd Morski widać w górnej części planu, oznaczony numerem 15, przy ul. Centralnej (dziś: Chrzanowskiego); włamywacz wybiegł z budynku i uciekał dalej Mostową (która właściwiej chyba powinna się nazywać Wiaduktową, bo prowadziła wiaduktem ponad torami, prowadzącymi na nabrzeża szwedzkie, szczecińskie i Wendy; dziś zresztą Mostowa nazywa się również Wendy).


Pościg zdołał zgubić - jak donosiła prasa - w okolicy Starego Dębu. Stary Dąb to nie nazwa ulicy czy hotelu (choć stała obok karczma tej nazwy) - faktycznie był stary i był dębem. Wielkie drzewo rosło w samym środku jezdni, stanowiąc jeden z nielicznych reliktów Gdyni sprzed jej gwałtownej rozbudowy. Miał pod nim swego czasu siadać Napoleon, Jan III Sobieski a nawet Henryk IV Lancaster w drodze na krucjatę (choć to wszystko raczej bujda).



Co stało się dalej z bohaterami tego przestępstwa? Służąca, którą kule trafiły koło serca i w policzek, miała być "śmiertelnie ranna", a zamach - "morderczy". Jednak jeden z wycinków donosi, że jej życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Kiedy miesiąc późnej "Goniec Częstochowski" informował, że w Warszawie schwytano włamywacza Chojeckiego, nic nie wspomina, żeby był on ścigany za morderstwo, a jedynie że postrzelił służącą - należy się więc spodziewać, że Maria Kropidłowska napad przeżyła.


Ludgard Krzycki w czasie wojny zamieszkał w Warszawie, po wojnie wrócił do Gdyni do pracy w Urzędzie Morskim, w 1950 roku przeszedł na emeryturę, przeprowadził się pod Nowy Sącz do córki kuzyna i tam zmarł siedem lat później, niespełna osiemdziesięcioletni, do śmierci czekając na powrót córki, Jadwigi. 

Jadwiga Tadrowska, kurierka AK ps. "Wiśka", była w czasie wojny kurierką w Budapeszcie; po wkroczeniu Niemców na Węgry wróciła do Warszawy, ale budapesztańskie gestapo zawiadomiło siatkę w Polsce - została zaaresztowana i zginęła w Alei Szucha. 

Inżyniera Ludwika Budkę, którego wcześniej okradł Chojecki, hitlerowcy rozstrzelali w ramach czystki polskiej inteligencji na Pomorzu w Piaśnicy w listopadzie 1939 roku.

Stary dąb miał zostać celowo wycięty przez hitlerowców - ale, jak mówi znawca miejscowej historii, to najpewniej nie do końca prawda: Według innych relacji, drzewo, któremu ograniczony dostęp do wody, spaliny i ruch uliczny zwyczajnie nie służyły, spróchniało. Wydaje się to o tyle wiarygodne, że na wszystkich znanych zdjęciach drzewo jest bezlistne. Ponoć przewróciło się, kiedy zahaczył o nie jadący w stronę portu czołg. Fragmenty drzewa miały być skrzętnie zebrane przez okolicznych mieszkańców, powstały z nich potem meble i ramy do obrazów, które stały się cennymi rodzinnymi pamiątkami.

Co do samego zaś Chojeckiego - to skoro go schwytano, to zapewne i skazano. Ale do wyroku się nie dogrzebałem. O jego losach milczy Tacyt.


Za: album policyjny, "Dziennik Białostocki" z 9 IX 1936, "Goniec Częstochowski" z 12 IX i 16 X 1936, Zbigniew Penkalski Życie codzienne naszych antenatów 1794-1945, Mikołaj Wierzbicki, Dom i karczma z ulicy Portowej, ZbigWie - teksty Moja ciotka "WIŚKA" kurier Armii Krajowej oraz Ojciec mojej ciotki Ludgard Krzycki oraz last but not least, Marek Adamkowicz, Okradał gdyńskiego komandora, postrzelił służącą





wtorek, 31 lipca 2012

Ostatnie wiadomości, czyli spirytysta Wiewiór i inni

W IV roku działania "Tajnego Detektywa" w piśmie istniał dział drobnych newsów pt. "Ostatnie wiadomości", z którego czytelnik mógł dowiedzieć się o sprawach najróżniejszego kalibru, począwszy od drobnych ciekawostek, po rozmaite zbrodnie. Tym razem oko moje przyciągnęła nie błaha dość historia katastrofy, spowodowanej przez durnawe dzieci, ale dramatyczna opowieść o nieszczęsnym spirytyście Wiewiórze.




Oczywiście motorem całej opowieści jest tyleż sam dramat, co kontrast nazwisk. Młody Świątkowski nawet swoim mianem świadczy o przyzwoitości i powszechnym szacunku, którym otaczano jego rodzinę. Wiewiór natomiast nie nosi nawet nazwiska - od biedy mogłaby to być jego ksywka. Ma 35 lat, a czyta byle durnoty i mąci w głowie biednemu a pracowitemu chłopakowi z dobrej rodziny. Idą razem na spacer i postanawiają spacer nieco przedłużyć - zamiast za najbliższą górkę wybierają się na tamten świat. Ale rewolwer, który radośnie sprzątnął z tego świata Wiewióra, zaczyna mieć wątpliwości przy Świątkowskim. I się zacina. Świątkowski wyciąga pieniądze z kieszeni zabitego, ucieka, zostaje złapany. Sąd go skazuje - ale nader łagodnie. Owe 16 franków grzywny - mogę się założyć, że to mniej, niż to, co wyciągnął Świątkowski z kieszeni kolegi - brzmi tu jak obelga.

A na deser jeszcze szczególik: jeśli zamierzacie Państwo trudnić się grabieżą, pamiętajcie, że może was zgubić naprawdę wszystko, z guzikiem włącznie!





Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok 4, 12 VIII 1934

wtorek, 15 maja 2012

Pies jako kość (niezgody)

W odwiecznym sporze o wyższości kotów nad psami (bądź odwrotnie), stałem zawsze po stronie kotów. Ale rozumiem, że niektórzy mają więcej sympatii dla tego drugiego (namolnego, natrętnego, śliniącego się i pozbawionego kociej godności) gatunku czworonogów - ba, w walce o nie czasami nie zawahają się pójść do sądu. Tak było osiemdziesiąt lat temu w Gdyni:


Nie wiem, jak ostatecznie zakończył się spór pomiędzy naczelnikiem Horbaczewskim a budowniczym Laskowskim, jaka była decyzja sędziego Pikora i ile natrudził się mecenas Turek. Jedno jest natomiast pewne: wilczur chciał być sługą dwóch panów z Goldoniego, łasił się to do naczelnika, to do budowniczego, a mało brakowało, że połasiłby się również do sędziego i mecenasa. A może i, kto wie, nawet do woźnego.

Co innego kot. Kot patrzyłby na to wszystko z niesmakiem i zajmowałby się swoimi sprawami. Kot bowiem nie ma pana. Kot jest panem.


Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

wtorek, 1 listopada 2011

Co dwie głowy, to nie jedna, czyli kameralnie okazji Święta Zmarłych

Odwiedziwszy groby dalekich krewnych i powinowatych, postanowiłem poszperać w skanach w poszukiwaniu jakiegoś adekwatnego wpisu - nie miałem, niestety, niczego ani o rabusiach grobów, ani o zbrodni na cmentarzu (aaaaale to już było, jak śpiewała Maryla Rodowicz: http://tajnydetektyw.blogspot.com/2010/09/krakowskie-centusie-morduja-blisko.html). Zdecydowałem się zatem na wzmiankę o dość osobliwym życiu po życiu, czyli wędrówkach zwłok:


A swoją drogą: stracić głowę własną, ale zachować wytatuowaną głowę dziewczęcia? To się nazywa ułańska fantazja (albo, jeśli spojrzeć z innej strony, wyrachowanie i zdolność przewidywania).


Za: "Tajny Detektyw" nr 39, rok I (11 X 1931)