Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Sztylecik Chrobrego

Nie znam tożsamości tego mężczyzny - ale mam podejrzenie graniczące z pewnością, że wiem, z jakiego powodu go aresztowano.


Zdradza to odznaka i data. Odznaka to Mieczyk Chrobrego, który nosili endecy - najpierw owupowcy (Obóz Wielkiej Polski) potem ludzie ze Stronnictwa Narodowego, oenerowcy, Młodzież Wszechpolska i tym podobni nacjonaliści, antysemici i polscy podrabiacze wszelakiego faszolstwa.

A data? Owego 20 VIII 1933 roku prasa podawała, że dzień (naprawdę dwa dni) wcześniej przy ul. Katedralnej w Częstochowie doszło do krwawego zajścia: Dawid Altman, żydowski dziennikarz "Słowa Częstochowskiego", został ugodzony sztyletem przez nieznanego człowieka. Sprawcę udało się ująć, bo przypadkowo ulicą szedł akurat policjant z Piotrkowa - okazało się, że sztyletnik to niejaki Florian Markowski, dwudziestosześcioletni tokarz. Altmana przewieziono do szpitala Panny Marii, gdzie przesłuchał go śledczy, który akurat przypadkowo był w szpitalu - miało to o tyle sens, że ranny był przytomny, ale obawiano się, że z powodu znacznego upływu krwi może nie przeżyć. Tymczasem szybko zaczęły się aresztowania narodowców, których zatrzymano ogółem 28, zapieczętowano też lokal partyjny przy Kilińskiego 13. Kiedy ranny walczył o życie (a walkę tę wygrał, bo okazało się, że ani nerka, ani żaden inny ważny organ nie został uszkodzony), Markowski był przesłuchiwany. I plątał się w zeznaniach. Plątał się w nich zresztą aż do wyroku. 

(tu na dowód, że nie zmyślam, kawałek z "Gońca Częstochowskiego":)

Jedno jest pewne: Altman był na celowniku narodowców po pierwsze jako Żyd, po drugie dlatego, że pisał w "Słowie", dzienniku propaństwowym, sanacyjnym, związanym z BBWR, po trzecie dlatego że podejrzewano go (być może niebezpodstawnie) o autorstwo tekstów wycelowanych w nacjonalistów i kler katolicki (w owym czasie znaczna część materiałów prasowych, również z ostrożności, nie była podpisywana imieniem i nazwiskiem dziennikarza). Jeśli chodzi o antyklerykalizm, to stosunek sanacji i kościoła był wówczas jak PO i kościoła dekadę temu: kościół bardziej kochał PiS (a więc endeków), ale hołdy składały mu obie strony. Natomiast faktycznie "Słowo" pisało dzień w dzień - tu materiały z trzech kolejnych dni sprzed samego zamachu - o owupowskich bojówkach, atakujących żydowskie sklepy. 

Nieprzypadkowo pojawia się tu sprawa ramiarzy. Otóż w Częstochowie była to sprawa szczególnie wrażliwa: handel dewocjonaliami (nie tylko zresztą w tym sanktuarium) prowadzili w znacznej części Żydzi, oni też wytwarzali święte obrazy, różańce i co tam jeszcze, co doprowadzało katolików do białej gorączki - szczególnie intensywnie atakowano tego lata 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia, i w dni kolejne.

Katolicy wówczas dość powszechnie życzyli sobie stworzenia swoistych ustaw norymberskich, które by zakazywały Żydom prowadzenia takiej działalności handlowej. Autorem jednej z popularniejszych broszurek w tej sprawie (pod tytułem kojarzącym się z krzyżem, ale takim z połamanymi ramionami) "Jak uchrześcijanić handel dewocjonaliami?" był niejaki Stefan Wyszyński, ksiądz katolicki lepiej znany jako "Prymas Tysiąclecia", który miał być niedawno beatyfikowany - treść chwacko streszcza dla Państwo "Głos Mazowiecki Handlowy":


Ostatecznie antysemici kościelni i pozakościelni dopięli swego w okresie po śmierci Marszałka, kiedy sanacja coraz bardziej szła ścieżką endecką (i hitlerowską), ustawę taką wprowadzono w roku 1938. 

*

Na razie jesteśmy jednak w 1933, Altman pisuje do "Słowa" i jako Żyd i dziennikarz jest wrogiem narodowców, ale w czerwcu wydarza się coś jeszcze. Boże Ciało, na Jasnej Górze śpiewa z tej okazji Kiepura (!) a w budynku Panoramy odbywa się wiec polityczny, zorganizowany przez endeków: przemawia poseł Roman Rybacki, ekonomista, profesor UW, szef klubu SN w sejmie (a także zażarty antysemita, który w 1938 nie chciał podpisywać indeksów studentom protestującym przeciwko gettu ławkowemu). Budynek Panoramy przy III Alei 81 (róg z dzisiejszą ul. Pułaskiego) mieścił faktycznie malowaną panoramę - ukrzyżowania Jezusa. Powstał w 1896 roku, kiedy panowała moda na ten typ rozrywki wizualnej, która szybko jednak ustąpiła kinu - wewnątrz faktycznie wyświetlano filmy, odbywały się tam również akademie, odczyty, a nawet przedstawienia cyrkowe i walki bokserskie. Rozebrano go w 1935 roku ze względu na kiepski stan techniczny.


Tu właśnie, na trasie procesji, tuż po jej przejściu, w bezpośrednim sąsiedztwie jednego z ołtarzy, odbywał się wiec, po którym doszło do ruchawki - z bojówką endecką starła się bojówka Legionu Młodych, czyli lewicowa młodzieżówka piłsudczykowska. Jeden legionistów, Tomasz Gładysz, został raniony w plecy i zaczął strzelać. Wedle jednych zeznań - w ziemię, wedle innych - w tłum. Oddał trzy do sześciu strzałów (pozostałe, niecelne, mogły być oddane też przez narodowców), raniąc przynajmniej dwie osoby. "Słowo" skomentowało to w tonie ogromnego oburzenia:



Przemoc jednak, jak się zdaje, miała miejsce po obu stronach i była regularnym starciem. Wiadomo, że na miejscu, pośród legionistów, był brat Altmana, Lejb - ale i Dawid pojawił się tam, ponoć jako dziennikarz. Dość, że dostawał potem pogróżki; został też pobity przez Edmunda Kleszczewskiego, malarza pokojowego (który 20 sierpnia dostał za to - i za "zakłócanie porządku" 15 sierpnia, czyli zapewne zajścia antysemickie przy straganach - wyrok 2 miesięcy aresztu). Dawid Altman miał też usłyszeć, że jest na niego przygotowany zamach.

Markowski, jak już wspominałem, plątał się w zeznaniach: najpierw, tuż po zatrzymaniu, twierdził, że został uderzony w twarz przez swoją ofiarę i otoczony przez "grupę Żydów", więc dźgnął w obronie własnej, ale świadkowie tego nie widzieli ani też nie widzieli zbiegowiska; owszem, ranny Altman faktycznie uderzył go w twarz, kiedy Markowskiego zatrzymano. Prasa bulwarowa ("Siedem groszy") pisała zatem sensacyjnie o procesie, że dotyczył on spoliczkowania Polaka przez Żyda:


(zwracam uwagę na fragment o tym, że "Altman nie wie, co to są lędźwia" - co jest mocno wątpliwe; wielu Żydów słabo władało polszczyzną, bo nie była ich pierwszym językiem, ale dziennikarz polskiej gazety z pewnością nie miał z tym problemu; chodziło raczej o to, żeby nie być uznanym za winnego obrazy sądu poprzez nazwanie "miejsca, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę" - ale mniejsza o to).

Markowski wyznał też śledczym, że w organizacji kazano mu "skończyć" z Altmanem, co oznaczało, że wydano na niego wyrok śmierci. Zaczęło się śledztwo w kierunku wytropienia komórki, zlecającej zabójstwa polityczne - i to było zapewne przyczyną tak szeroko zakrojonych aresztowań. Oraz oczywiście niechęć władz - prorządowe "Słowo" publikowało swoje teksty oczywiście również z powodów osobistej współpracy z ofiarą zamachu, ale też spełniało polityczny obowiązek. Oto próbki retoryki - a zatem powiązanie próby zabójstwa z zamachem na Narutowicza, nazywanie ataku "mordem" (choć Altman przeżył), a nawet oskarżanie endeków o rozpijanie wódką:






"Goniec Częstochowski" informował o sprawie z powściągliwszą retoryką, za to szczegółowo podał nazwiska i zawody aresztowanych.


Śledztwo trwało pół roku, proces miał miejsce na przełomie stycznia i lutego 1934 roku. Od początku posłowie endeccy usiłowali wyciągnąć aresztowanych działaczy - w tym niezawodnie pana ze zdjęcia u góry - ale doszło do tego dopiero po sześciu tygodniach (z wyjątkiem Markowskiego, który czekał na proces w areszcie). Ostatecznie sąd nie przyjął jako dowodów rzeczy znalezionych u innych narodowców, nie doprowadzono więc do potwierdzenia, że faktycznie istniała komórka zajmująca się wydawaniem wyroków śmierci. Markowski zresztą z tych zeznań z początku śledztwa się wycofał. Zresztą może rzeczywiście jej nie było - tylko rozmowy, że "tego trzeba obić", a tamtemu "trzeba pokazać", co niemalże zakończyło się morderstwem, popełnionym przez prostego tokarza po czterech klasach. Uznano, że Markowski nie chciał zabić i skazano go raptem na półtora roku oraz wypłacenie Altmanowi 420 zł za zniszczone ubranie i niezdolność do pracy przez dwa miesiące.



Sam Altman nie był chyba tak znowu "niezaangażowany politycznie", jak pisała jego gazeta, bo i on miał kłopoty z prawem - po pierwsze w 1937 został skazany (na 3 miesiące aresztu i 100 zł grzywny) za zniesławienie naczelnika Rybickiego, urzędnika magistratu - i wtedy przyznał się sądowi do 2 wyroków prawomocnych (zatartych amnestią) i 3 apelacji w sprawach za zniesławienie. Co niekoniecznie musi świadczyć na jego niekorzyść - II RP była po prostu wówczas państwem cenzurującym prasę, nieszczególnie dbającym o wolność wypowiedzi i patologicznie chroniącym swoich ludzi przed kontrolą społeczną. Ale przede wszystkim w lutym 1936 roku był jednym z sześciu skazanych za pobicie kpt. rez. Wójcika - na najwyższą karę, 6 miesięcy (ale darowaną amnestią). Co było z nim dalej? W 1941 roku jakiś Dawid Altman (ur. 11 września 1908 w Częstochowie) był osadzony w hitlerowskim Zakładzie Karnym w Częstochowie jako więzień polityczny. Zapewne chodzi o tego samego człowieka i można się spodziewać, czym to się zakończyło. W Auschwitz skończyli również poseł Rybacki, ten, który miał wiec w Panoramie, i jeden z aresztowanych przy okazji zamachu na Altmana, Stefan Niebudek. Obu wykończyli bracia w antysemityzmie, dysponujący wszelako lepszą armią. O losach tokarza Florjana nic nie wiem.
 

Za: "Słowo Polskie" z 18 VI, 17-20 VIII i 22-23 VIII 1933, "Goniec Częstochowski" z 20, 23 VIII 1933 oraz 31 I i 1 II 1934, "Siedem groszy" z 1 II 1934, "Głos Mazowiecki Handlowy" 3/1937.
Fragmenty o Panoramie - za: Tomasz Haładyj, Aleje których już nie ma, "Gazeta Wyborcza" 14 VII 2016.


środa, 2 marca 2016

Tożsamość, czyli zbóje, paryskie trupy i samobójczyni z inicjałem

Wielce sobie cenimy naszą prywatność i ochronę danych osobowych, zatem praktyki "Tajnego Detektywa" mogą wydawać się nam barbarzyńskie - ale to tylko kwestia różnic kulturowych. Teraz, przestępca poszukiwany, zmieniając się w przestępcę schwytanego, w jednej chwili traci twarz (rozpikselowaną lub zakrytą czarnym paskiem) i nazwisko, zastąpione inicjałem (inna sprawa, na ile to pozorne w czasach internetu). Przed wojną tymczasem publikowano swobodnie wizerunki, imiona, nazwiska, a nawet adresy zamieszkania zarówno przestępców, jak i ofiar. 
Nie dziwi to w momencie ścigania, jak w przypadku choćby tych dwóch defraudantów, uciekających przez kraj polskich Clyde'a i Clyde'a:


Ale przecież wizerunki i personalia przestępców drukowano również po ujęciu - przykładem niech będzie notka o schwytaniu trzech braci Leszczuków (o których losach niewiele więcej mogłem się dowiedzieć); warto zauważyć, że są opisywani jako "zbrodniarze", "groźni bandyci", bez żadnej refleksji nad domniemaniem niewinności, choć dopiero przecież czekali na rozprawę:



Publikowano też - jak to dzieje się i dziś - zdjęcia osób zaginionych, z nadzieją, że ktoś je odnajdzie. Dziwić może natomiast, że niekiedy "Tajny" zamieszczał fotografie zwłok (lub, jak na załączonym obrazku, osoby, co do której nie bardzo wiadomo, czy żyje, czy nie - notka nie informuje jednoznacznie o śmierci, ale opisuje kobietę w czasie przeszłym):

Identyfikowanie zwłok przez publiczne okazanie miało, oczywiście, swoją długą tradycję - w XIX wieku w Paryżu wybudowano nawet w kostnicy miejskiej specjalne "akwarium", w którym kolejne zwłoki wykładano na pochyłe marmurowe płyty ("miasto świateł", zważywszy na populację, zawsze miało dostatek topielic, ludzi zasztyletowanych w zaułku, itd.). Mimo, że genitalia pruderyjnie zasłaniano specjalnymi deseczkami lub ręcznikami, rosła popularność oglądania trupów jako wielkomiejskiej formy rozrywki - codziennie do kostnicy pielgrzymowało ok. 40 tys. ludzi, w tym wielu brytyjskich turystów. Ostatecznie w roku 1907 kostnicę zamknięto z powodów "higieny moralnej" - ale również dlatego, że, dzięki rozwojowi technik policyjnych, szanse identyfikacji zmarłego wzrosły. 







Personalia nie były chronione w żaden sposób, przeciwnie, nierzadko żerowano na nich, jak było to w przypadku niejakiego Gagatka, zamieszanego w pomoc kasiarzowi (tytuł: Czy Gagatek był gagatkiem?), albo Mieczysława Kochanka, który zasztyletował niewierną żonę, co prowadziło do serii kalamburów. W tekście Tajemnica Koperty Kr. N. Wog. przeczytać możemy o kasiarzu Stanisławie Cichockim, zwanym „Szpicbródką”. Policja dokonała rewizji w mieszkaniu kochanki jednego ze jego współpracowników, Mariana Brzezińskiego. „Tajny Detektyw” podaje wówczas jej nazwisko i adres: Kazimiera Kozłowska, ul. Pańska 86. Nikt tu nie bawił się w zakrywanie oczu czarnym paskiem, a nazwiska zastępowano inicjałem bardzo rzadko i chyba tylko za sprawą jakichś zakulisowych ustaleń środowiskowych. Tak było w przypadku tragicznego w skutkach romansu dwojga doktorów UJ a także samobójstwa pewnej osiemnastolatki:



Cóż, zaważyło pewnie to, że Maria była córką wdowy po szacownym właścicielu ziemskim. A może i jej młodość? Trudno powiedzieć. Tak czy owak, tygodnik postanowił oszczędzić rodzinie skandalu, choć i tak zamieścił zdjęcie - cóż, w czasach przedfejsbukowych fotografia nastolatki mniej widać zdradzała ogólnopolskiej publiczności, niż pełne nazwisko.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, nr 47, rok III, 19 XI 1933

niedziela, 6 grudnia 2015

Fatalne skutki deszczu dla pożycia czyli mord na fotografie Silberze vol. II

Sprawca mordu na Silberze nie był szczególnie trudny do złapania, sam się zgłosił do prokuratora. Sprawa była dość jasna. Ale czają się w niej dwie niezwykłe zagadki, o których wspomniał jednak nie "Tajny Detektyw", tylko inne czasopisma.



Tyle "Tajny" - tymczasem "Republika" podaje zastanawiającą notkę:


A zatem w tytule sensacyjna wiadomość, że podczas rozprawy zmarł sędzia, natomiast poniżej... jedynie streszczenie sprawy. Pomyłka zecera? Czy może to jeden z tych nagłówków, które miały przyciągnąć czytelnika, a okazywały się humbugiem? Najciekawszy jednak kawałek zostawiam na koniec (niestety, nie odnotowałem zawczasu tytułu gazety, a teraz nie mogę ponownie wygooglować tej notki). Otóż: winny jest nie afekt Cyli Silberowej do Arona Zimmermana, ale... skradziony szafir prezydenta republiki argentyńskiej!


Nie trzeba dodawać, że Argentyna nie jest tu przypadkowa: był to od XIX wieku główny punkt docelowy handlu żywym towarem z terenów Polski, więc sutener Gotterort z żoną przebywali tam nieprzypadkowo, można też spodziewać się, że pani Gotterortowa otrzymała cenny platynowy pierścień, że tak powiem, za wykonaną usługę...


Za: "Tajny Detektyw" nr 50, rok 4, 9 XI 1934, "Ilustrowana Republika", 24 marca 1935

sobota, 5 grudnia 2015

Fatalne skutki deszczu dla pożycia czyli mord na fotografie Silberze vol. I

Stanisławów, dziś Iwanofrankiwsk, słynął w międzywojniu ze swojego półświatka - "Tajny Detektyw" w 1934 roku opublikował całą serię reportaży na ten temat. A parę miesięcy później doniósł o zamordowaniu ulicznego fotografa, Dawida Silbera.



Silber spogląda na nas bystrym wzrokiem z tylnej okładki pisma. Jak się zdaje, był całkiem porządnym facetem: młodsza żona zdradzała go ze znanym rzezimieszkiem Zimmermanem, ale solidny Silber zajmował się ciężką pracą na ulicach Stanisławowa, pstrykając ludziom fotki - zarabiając na utrzymanie żony, dzieci i samego siebie, nie miał czasu na zazdrość. Do czasu jednak. Kto zawinił? Deszcz. 



A zatem deszcz jako sprężyna zbrodni. Listopadowy, posępny deszcz w krainie, o której francuska encyklopedia pisała (cytuję za Miłoszem): "Polska to kraj błotnisty, w którym żyją Żydzi". 

Na razie mamy tylko garść faktów i zeznania Cyli. Dlaczego Silber zginął? Czy rzeczywiście chodziło tylko o miłosny trójkąt? Czy może Zimmerman miał inne powody do popełnienia zbrodni? O tym w następnym odcinku posępnej, błotnistej historii z listopadowego Stanisławowa.

Za: "Tajny Detektyw" nr 49, rok IV, 2 XII 1934

środa, 14 października 2015

Kasjer z Przemyśla, czyli impuls Wolfa

Lubię w "Tajnym Detektywie" takie historie: bez początku, bo niewiadome są przyczyny, dla których kasjer Wolf zdecydował się na ucieczkę z kasą, i bez końca, bo nie dotarłem do jego dalszych losów. Ot, kawałek ludzkiego życia, skandal w Przemyślu.




Prywatny przemyski bank żydowski, "Stowarzyszenie Bankowe dla Handlu i Przemysłu", założony w roku 1881, został zlikwidowany w rok po defraudacji. Sądzę jednak, że to przypadkowa zbieżność dat, bo przecież suma nie była tak znaczna, by doprowadzić do bankructwa firmę z półwieczną tradycją; jeśli coś się przyczyniło do jej upadku, to wielki kryzys. Mieściła się na ulicy Aleksandra Dworskiego 5, w sesesyjnym budynku, który przetrwał do naszych czasów:


Znacznie ciekawszy jest tu dla mnie kasjer. Feliks Wolf, sumienny, znakomicie zorganizowany, ubóstwiający swojego synka, znika jak kamfora - z sumą znacznie niższą, niż przechodzące co jakiś czas przez jego ręce. Jaki impuls nim powodował? Kłótnia z żoną z zamożniejszej, wpływowej rodziny? Czy - taka myśl - do 20 tysięcy z kasy dodał znacznie więcej tysięcy z jej posagu? 

A może, po prostu, któregoś dnia nie wytrzymał - jak Horn? Zdjął zarękawki, opuścił biuro i kantorek, za którym przepędził najpiękniejsze lata młodości za skromne 250 złotych miesięcznie, poczuł wiatr w żaglach, niczego nie zaplanował, brał tylko tę gotówkę, która tego wieczoru pchała mu się w ręce?




Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932


czwartek, 16 kwietnia 2015

Epileptyk z nożem, czyli Noc świętego Bartłomieja w Skolu

W szaleństwie, jak wiemy, może być metoda - ludzie obłąkani nierzadko planują swoje czyny, wymykające się zdrowemu rozsądkowi, z zadziwiającą precyzją i konsekwencją. Jednak młody urzędnik Karol Tyczyński wszystko poplątał.


Historia rodziny Franciszka Tyczyńskiego brzmi jak historia Hioba: pracuje jako listonosz w dobrej, dbającej o pracowników firmie, ma dużą i udaną rodzinę, po czym wszystko w życiu stopniowo mu się rozlatuje. Najpierw jeden syn umiera, a drugi popada w obłęd, którego, pomimo wydawania znacznych sum na lekarzy, nie daje się uleczyć; potem córka, przejęta losem brata, zapada na jakąś śmiertelną chorobę duszy, wreszcie Karol, którego obłęd postępuje, rzuca się na bliskich z nożem. Ale nawet i on ponosi klęskę: rodzice ostatecznie atak przeżywają, a planowana powtórka Nocy św. Bartłomieja wypada w październiku zamiast, jak być powinno, w sierpniu. Wszystko źle. 


Dwoje Tyczyńskich, którzy zabronili się wieźć do szpitala i "dochodzą do siebie w domu" wygląda, jakby leżeli w pościeli w jakimś przedśmiertnym stuporze. Ale może to tylko niema niezgoda na tak niesprawiedliwy los?

*

Warto może jeszcze wspomnieć o Skolu, miejscowości dziś niemal całkiem zapomnianej. Skole leży w Bieszczadach - dziś na Ukrainie, mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów od polskiej granicy. W międzywojniu słynęło jako majątek braci Groedel, właścicieli wielkich tartaków i rozległych dóbr, w których odbywały się ponoć najlepsze polowania w całej Polsce.

Hermann Groedel
Żona Hermanna, Melania z Weinerów
Trzej bracia Groedelowie, Hermann, Albert i Bernard, pochodzili z żydowskiej rodziny, mieszkającej w Hesji; wyemigrowali stamtąd do Transylwanii i założyli przedsiębiorstwo Transylvanian Forest Industry, szybko zarabiając ogromne pieniądze i dosługując się tytułu "królów węgierskiego drewna" (oraz austriackich baronów). Jeden z nich, Hermann, postanowił przenieść siedzibę firmy do Skola, gdzie kupił rozległe lasy (36 tys. hektarów); w niedalekiej Wetlinie miał jeszcze kolejne 5 tys., w Wełdzirzu był współwłaścicielem 33 tys. hektarów. Dalsze ziemie należące do firmy leżały w Czechosłowacji, Polsce. Rumunii i na Węgrzech. Groedelowie mieli też własne linie morskie z czterema parowcami, rozwożącymi drewno po całym świecie. I forsy jak lodu.


Zamek, leżący w ogromnych lasach, stał się mekką myśliwych nie tylko krajowych, ale i z całej Europy; polowało tu wielu przedstawicieli arystokratycznych rodów - słynna gościnność Groedla sprawiała widocznie, że nie strojono fumów i nie wypominano mu ani nuworyszostwa, ani żydowskiego pochodzenia. (więcej o polowaniach w Skolu TUTAJ). Sam gmach zachował się jakoś po dziś dzień, choć nieco podupadły i bez rozkradzionego i zniszczonego wyposażenia, zdażył bowiem służyć jako siedziba NKWD i gestapo oraz szkoła z internatem i sierociniec. Dwie boczne wieże zostały zniszczone prawdopodobnie w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy w tym rejonie toczyły się ostre walki; w międzywojniu ryzality pozostawiono tylko na parterze, zwieńczone na pierwszym piętrze tarasami, natomiast wysoki hełm umieszczono nad głównym wejściem. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933 i artykuł St. Niciei "Skole - mekka myśliwych"

piątek, 10 kwietnia 2015

Żydowscy uchodźcy, czyli przez zieloną granicę do radzieckiej szczęśliwości

Dziś, kiedy tak wielu uchodźców, pragnąc ocalić życie, przekracza granice Europy i pada ofiarą bezwzględnych przemytników, warto może przypomnieć, że przed wojną przemytnicy byli równie bezwzględni. A uciekano w czasem nader zaskakujących kierunkach - na przykład do stalinowskiej Rosji.


Okładki, która tak pięknie zestawia na dwóch przekątnych postać żołnierza i ostre rytmy linii elektrycznych, nie powstydziliby się ówcześni rosyjscy artyści, jak choćby Gustav Klucis czy El Lissitzky. To najprawdopodobniej dzieło Brzeskiego, jedna z najciekawszych okładek pisma, wyraźnie nawiązująca do radzieckiego konstruktywizmu - czy to nie fascynujące, że w 1933 roku dział graficzny tabloidu robił takie cuda? Zresztą rozkładówka z bezbrzeżnym śniegiem i twarzami zaginionych, wkomponowanymi w znak zapytania, też jest niczego sobie:


Ale przeczytajmy, co to za dwanaście osób zaginęło na granicy:



Rzuca się w oczy, że to żydowska opowieść. Żydowskie są ofiary, Żydami są macherzy od przemytu, Żydem jest kuzyn jednego z nich, który siedzi za przemyt komunistycznej literatury, Żydem jest wreszcie, jak można sądzić z nazwiska, autor tekstu, Gabriel Fejgel (sądzę, że boheterowie reportażu mogli nie mówić po polsku i "Tajny Detektyw" musiał oddelegować dziennikarza, władającego jidysz); podobnie jak w przypadku gangów, uprowadzających dziewczyny do domów publicznych w Ameryce Południowej, całe przestępstwo wydarzało się w obrębie społeczności żydowskiej. Ale trudno się temu dziwić: w przedwojennym Dołhinowie przed wojną dwie trzecie mieszkańców (1747 osób) było wyznania mojżeszowego (w czasie wojny przez tamtejsze getto przeszło - w większości ginąc - aż pięć tysięcy ludzi).

Skąd pomysł, by uciekać za wschodnią granicę, za te "druty kolczaste"? Kresy w ogóle były biedne, a w dobie Wielkiego Kryzysu jeszcze biedniejsze; jako takim gwarantem utrzymania były państwowe posady - urzędnika, policjanta, listonosza, nauczyciela - ale masy żydowskie pozostawały na ogół poza tą grupą (nieprzypadkowo jedyny Polak w tej historii to przodownik Malinowski z policji). Ci, którzy trudnili się rzemiosłem (i którym wcześniej jakoś się wiodło), jak choćby opisany w tekście krawiec, w okresie kryzysu i powszechnego zubożenia nie mieli komu sprzedawać swoich produktów. Równocześnie jednak w samym artykule widać sygnały, że mogli się spodziewać jak najgorszego: Perewoznik wie to i owo od "reemigrantów", czyli od ludzi, którzy przez granicę najpierw uciekli do Związku Radzieckiego, a potem jednak z jakichś powodów wrócili. Wie też, że "o rzeczy tak trudno w Sowietach". Jego ucieczka to ucieczka desperata, który nie ma się jak utrzymać w rodzinnym miasteczku i rzuca się na głęboką wodę w straszliwsze jeszcze miejsce.

Niestety, nie natrafiłem na razie na żadne wzmianki o zaginionych (czy też zamordowanych) uchodźcach, ani też o tym, czy przemytników postawiono przed sądem i skazano. Natrafiłem tylko w archiwum Yad Vashem na krótką wzmiankę, dotyczącą jednego ze szwarccharakterów tego dramatu: Aba Dimenstein, urodzony w Dokszycach, w czasie wojny trafił do getta w Dołhinowie i tam też został zamordowany w roku 1941, podobnie jak inni dołhińscy Żydzi. Do rejestru ofiar podał go wnuk Wiktor, on też dostarczył poniższą fotografię z jakiejś, można się spodziewać, rodzinnej uroczystości. Bo bezwzględni przemytnicy też mają swoje życie rodzinne, zegar na ścianie, świeczki na stole, dzieci i wnuki.

Wiktor to chłopiec stojący pod zegarem, wskazany najszerszą linią; po prawej i nieco w dół od niego widać kobietę, "mamę Rachelę", i zasłoniętego nieco jej policzkiem i fryzurą mężczyznę, "tatę Abrahama". Zdjęcie mogło zostać opisane w ten sposób przez ojca Wiktora, a syna Racheli i Aby, aczkolwiek nie wiem, czy był nim wspomniany w tekście Szepsel Dimensztajn.




Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933

sobota, 14 lutego 2015

Frymeta, kaliska dzidzia-kieszonkowiec.

"Tajny Detektyw" pisał przeważnie o twardych zbójach, facetach o szorstkich twarzach i łapach jak bochny, którzy potrafili rozpłatać komuś głowę siekierą albo strzelić z parabellum bez zmrużenia oka. Rzadziej bohaterami tekstu były kobiety albo subtelni młodzieńcy, czy słabi starcy. Najrzadziej jednak - dzieci. Historia dwunastoletniej Frymety, małej recydywistki, należy do najosobliwszych.


Niesłychana była siła ówczesnego retuszu - na jednej stronie widzimy trzy różne fotografie Frymetki - i tylko jedna z nich, duża, w tondzie, jest czytelna; w pozostałych śmiały retuszer tak sobie pofolgował, że dziewczynka w żaden sposób nie jest podobna do samej siebie. Ale mniejsza o to.

Usiłuję sobie zebrać to, co wiemy o rezolutnej dwunastolatce. "Frymeta" jest imieniem znaczącym; pochodzi z jidysz, a co za tym idzie z niemieckiego od "fromm", czyli "pobożny". Biedni i poczciwi, ciężko zaharowani Hollünderowie nazwali swoją córeczkę "pobożną", ale z czasem przekonali się, że była to gruba pomyłka... Jednak co kierowało dziewczynką, czemu "zeszła na złą drogę"? 

Była niewątpliwie zręczna i inteligentna; być może przedwcześnie dojrzała. Jednak co sprawia, że dziecko w tym wieku - i wychowane w tamtej kulturze, dalece mniej zseksualizowanej niż nasza - wydaje pieniądze z przestępstw na jedwabną bieliznę i sztuczne perły? Fascynacja fotosami filmowymi w witrynach kinowych? Nie sądzę, kino wtedy pokazywało naprawdę niewiele, wzorce szły przecież z Hollywood, gdzie obowiązywał rygorystyczny kodeks Haysa. 21-letni Murawski, który zamordował swojego kochanka, Kuberta, wyciągał od rodziców pieniądze i trwonił je na wódkę i cukierki. Frymeta, młodsza od niego prawie o dekadę, kupowała sobie rzeczy "jak dla kokoty". Nie mogę przestać myśleć, że było tu coś na rzeczy. 

Dziś zająłby się nią psycholog dziecięcy i dokopałby się może do jakichś traum. Kto wie, czy rodzice byli aż tacy poczciwi? Czy nie przyplątał się jakiś podejrzany wujek, dziadek, kuzyn? Jakie tajemnice otaczały to dzieciństwo? Takich historii było wówczas sporo (więcej może niż dziś), ale wychodziły na jaw bardzo rzadko (choć i o nich pisał czasem "Tajny Detektyw", nawet w tym samym numerze). Nie chce mi się wierzyć, żeby to bystre dziecko o wielkich, smutnych oczach kradło ot tak, dla przyjemności, bez żadnej przyczyny, a nie po to, żeby zwrócić uwagę na głębszy problem. Ale cóż, osiemdziesiąt lat temu odpowiedź była prosta: już za rok ukończy lat trzynaście, trafi do poprawczaka i tam "zrobią z niej człowieka". Ech.



Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933




niedziela, 11 stycznia 2015

I jeszcze dwaj komuniści

Wspaniała Czytelniczka, Miss Grim, pozwoliła rozwikłać zagadkę drugiego zdjęcia z łódzkiego procesu. A ja przy okazji znalazłem w albumie trzeciego aresztowanego, więc mały dopisek.


Na zdjęciu widzimy 26-letniego Szmula Krengiela lub Kręgla - był sądzony wraz z 20-letnim Eleazarem Grünbergiem i obywatelem, którego nazwiska wcześniej nie mogłem odczytać - był to 24-letni Daniel Machel Warszawski:


Wszyscy oni byli sądzeni 24 IX 1929 roku za działalność komunistyczną z dwoma jeszcze kolegami: 24-letnim Izraelem Frydbergiem i 28-letnim Janem Gutnerem. Sprawa - z uwagi na to, że oskarżonym jest syn ważnego posła - robi się tak sławna, że odciąga publiczność nawet od procesu słynnej zbójeckiej bandy "Władców nocy":



Ostatecznie Frydberg dostał wyrok pięciu lat ciężkiego więzienia, Gutner - czterech, Warszawski i Kręgiel po dwa, a Grünbaum półtora (więzienia zwykłego), przy czym sąd przychylił się do wniosku obrony i ze względu na młody wiek oraz niekaralność środek zapobiegawczy (przez zgłoszeniem się do więzienia) zamieniono mu z aresztu na trzy tysiące złotych kaucji - sumę dużą, ale z pewnością nie zbyt dużą na możliwości Grünbauma seniora.

O ich dalszych losach nic nie wiem - nitka doprowadziła mnie tylko do Grünbauma.


Za: album, "Republika" nr 263, 25 IX 1929