Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwałt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwałt. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2015

Pyffello, łapy przy sobie!

Pod koniec XIX wieku na biednym, robotniczym Powiślu urodził się niejaki Wacek Pyfel. Nie zamierzał jednak iść w ślady przodków, którzy byli zapewne piaskarzami, szewcami czy robotnikami w którejś z fabryczek - i tak został Wacławem Pyffello, chiromantą, jasnowidzem i astrologiem.


Wacław ogłaszał się dość powszechnie w prasie warszawskiej, miewał również sesje wyjazdowe w centralnej Polsce - i wszystko toczyłoby się normalnym biegiem, gdyby nie pewien skandal, o czym "Tajny Detektyw" poinformował w cyklu wiadomości o stołecznych przestępstwach dawnych i nowych pt. "Warszawa dziś i przed laty". Ale najpierw trzeba nam się zagłębić w historię wróżb aż od Ezopa (uwielbiam te erudycyjne wstawki w tabloidzie!) oraz przelecieć wzmianki zarówno o poślednich oszustkach, jak i o kilku poważniejszych warszawskich magach: Czesławie Czyńskim, Eugenii Palej i autorze popularnych książek o potędze psyche, Chaimie Szyllerze-Szkolniku (który zresztą reklamował się również w "Tajnym"):



Ale w następnym numerze dokończenie tekstu, gdzie mamy już i kawałek o Pyflu, czy też Pyffelle:


Szukając rozmaitych wiadomości na tego astrologa i jasnowidza, natknąłem się na całkiem sporo materiałów - niestety, fragmentarycznych i rozproszonych. Po pierwsze: przyjmuje się, że Pyffello tak naprawdę nie obmacywał swoich klientek, bowiem wiadomość o tym niecnym procederze została opublikowana w IKaCu pierwszego kwietnia i jest traktowana jak żart primaaprilisowy. Jest to jednak, jak sądzę, założenie błędne, bowiem widać, że "Tajny Detektyw" pisał o tym na początku maja. Niestety, nie natrafiłem na jakiekolwiek wiadomości o procesie - być może sprawę wyciszono z powodu zamieszania w nią "pań z towarzystwa".

Wacław Pyffello słynął ponoć od roku 1905, czyli, zakładam, musiał się urodzić nie później, niż w 1885, ale nie wiem, kiedy umarł. Przed wojną bywał na gościnnych występach w Częstochowie, bo zachowało się kilka wzmianek na ten temat, w tym krótka a zabawna notka prasowa:



Oryginalny plakat z konterfektem Mistrza (1927) kusił modną grafiką i wierszykiem, niezbyt może zgrabnym, ale za to gorliwie zrymowanym: 

Czy znacie postać jego
jak sen tajemniczą,
co odczytuje tajnie każdego,
mglistą i zwodniczą,
przybył on tu z daleka,
z błękitów wysokości,
by człowieka określał
smutek lub radości!
Koło niego się skupiajcie,
śmiertelnicy biedni,
do Wacława Pyffello przybywajcie
dowiedzieć się o los powszedni.




W istocie jednak Pyffello nie przybywał z błękitów wysokości, tylko z Warszawy. W winiecie artykułu w "Tajnym" widać wejście do kamienicy Stołkowskich przy Bednarskiej 17, gdzie przyjmował (podwórze, trzecie piętro, lokal 57 - czyli oficyny musiały być wyższe niż budynek frontowy) - dziś nieistniejącej, lub odbudowanej nie do poznania. W Narodowym Archiwum Cyfrowym znajduje się cała fotografia, z której wycięto fragment do "Tajnego":



Po wojnie stała jeszcze, wypalona, ale całkowicie w stanie do odbudowy; wybrano chyba, niestety, soc-historyzm i prawdziwa historia poszła pod kilof.


Pyffello opublikował również, podobnie jak Szkolnik-Szyller, kilka broszurek i książek: Poznaj siebie i innych: samouczek chirozofii: badanie na dłoni pagórków, linii, figór, znaków, itp. (Lublin 1919), Twarz - zwierciadło duszy poznaj siebie i innych: samouczek fizjonomiki: 200 typów i 359 objaśnień (Warszawa, 1925) i Tajemnice z Księgi Duchów: droga do szczęścia i powodzenia (Warszawa, 1929). I choć nazywano go szarlatanem, w Bibliotece Narodowej zachowała się ulotka z roku 1932 z "wiecznym kalendarzem" (niestety, jedynie do roku dwutysięcznego) oraz wiersz, w którym niejaki St. M. nazywa go mistrzem i profesorem:



W czasie wojny (kiedy mieszkanka tej samej kamienicy, Maria Antonina Boniecka, posługiwała się w AK właśnie pseudonimem "Pyfelo" i udostępniała organizacji swoje mieszkanie  przy Bednarskiej 17) z pewnością prowadził swoją praktykę, bowiem rozlepiano wówczas (w 1941 i 1942) plakaty po polsku i niemiecku tej treści:



Wojnę przeżył, w roku 1950 grasował w Radomiu. Pod koniec lat 50-tych jego działalność opisywał "Sztandar Młodych" (podawał się wówczas za profesora literatury). W 1956 imię Pyffello nadano czarnoksiężnikowi w polskiej wersji broadwayowej operetki "The Wizard of the Nile", na jego cześć nazwano też automat do przepowiadania pogody. A potem, zapewne, wrócił na błękitów wysokości.

Za: "Tajny Detektyw" nr 18 i 19, rok II, 1 i 8 V 1932, strona Tarocista.pl i blog Panoptikum 

środa, 7 października 2015

Tragedia białej kobiety, czyli tragedia kolorowego mężczyzny, vol. II

Proces pięciu rzekomych napastników, którzy mieli zgwałcić i pobić panią Massie, był śledzony przez całą społeczność Hawajów. Narastała wrogość między stacjonującą na wyspach marynarką USA a "krajowcami", w mieście huczało od plotek. 

Pojawili się świadkowie, którzy widzieli białego mężczyznę idącego w ślad za Thalią Massie na kilka minut przed dramatycznymi wypadkami. Mówiono, że miała ona romans z jednym z oskarżonych albo z kolegą męża, z którym została złapana in flagranti, i to nikt inny, jak sam porucznik pobił żonę, łamiąc jej szczękę. Wielu policjantów wypowiadało się dla prasy, że akt oskarżenia jest oparty na zmyśleniach. Pani Fortescue, matka ofiary, odpowiedziała na to szeroko zakrojoną kampanią oszczerstw pod adresem pięciu młodzieńców, a właściwie wszystkich rodowitych Hawajczyków. Głównodowodzący marynarki w tym rejonie, admirał Stirling, który wcześniej ogłosił publicznie, że myślał o linczu, ale niestety "trzeba dać działać odpowiednim organom", teraz obawiał się, że wieść o sprawie dotrze do Stanów, co postawi go w niezręcznej sytuacji - opinia publiczna nabierze przekonania, że bieg wypadków wymknął mu się spod kontroli. Razem z panią Fortescue zadbał więc, by prasa na kontynecie nic nie wiedziała o procesie, który pospiesznie rozpoczęto.

Akt oskarżenia był słaby - incydent z panią Pepples wydarzył się czterdzieści minut po północy, sześć mil od miejsca gwałtu; pani Massie została stamtąd zabrana przez samochód pana Clarka (ze śladem pobicia na twarzy, ale z suknią w dobrym stanie) dziesięć do dwudziestu minut później. Zatem w dwadzieścia minut, co było niemożliwe, mężczyźni musieliby przejechać sześć mil, a następnie sześć do siedmiu razy zgwałcić panią porucznikową i umknąć. W dodatku żaden z nich nie pozostawił śladów spermy. Biegły dr Porter, zapytany, czy to możliwe, odpowiedział wymijająco: "Tak lub nie...". 

Sąd ostatecznie nie był w stanie ustalić werdyktu, głosy przysięgłych rozłożyły się 6 do 6 i sprawę zamknięto. I wtedy robi się naprawdę ciekawie: pani Fortescue - a w zasadzie Grace Rooseveltowa - postanawia wziąć sprawę w swoje ręce.



 ...ależ finał wcale taki nie był. "Tajny Detektyw" nie został najwyraźniej o wszystkim poinformowany. Pani Fortescue, a właściwie Roosevelt, dama z towarzystwa, której koneksje sięgały Białego Domu, mogła zostać zaaresztowana i skazana, mogła stanąć przed fotografem od mugshotów, ale z pewnością nie mogła iść do więzienia na dziesięć lat ciężkich robót. 



Z drugiej strony - "krajowcy" byli wzburzeni. W dniu zabójstwa przed posterunkiem policji zaczęły się gromadzić tłumy protestujących Hawajczyków, a pogrzeb Kahahawaiego zgromadził najwięcej żałobników w historii wysp, jeśli nie liczyć pogrzebu ostatniej królowej piętnaście lat wcześniej. 


Dowody były oczywiste, począwszy od ciała, którego nie udało się wrzucić do wulkanu, przez prześciaradło, w które zawinięto zwłoki, aż do pistoletów:


I to właśnie drugi proces przykuł uwagę całych Stanów. Morderstwo popełnione za poduszczeniem członiki rodziny Rooseveltów było nie lada gratką. Z kraju sprowadzono najsłynniejszego amerykańskiego obrońcę, Clarence'a Darrowa (który był modelem dla prawnika Billy'ego Flynna z musicalu "Chicago") - na próżno jednak. Pomimo wszystkich jego sztuczek (z odpowiednikiem "pomroczności jasnej" włącznie) czworo oskarżonych uznano winnych porwania i morderstwa. W tym momencie zaczęły się naciski na sędziego; potężne figury z marynarki wojennej wstawiły się za mordercami; osobiście zatelefonował prezydent Hoover i polecił uniknąć więzienia za wszelką cenę; gubernator Judd mógł skorzystać z prawa łaski, ale wiedział, że wypuszczenie sprawców linczu w tak zróżnicowanym etnicznie stanie źle wpłynie na jego notowania. Ostatecznie więc zdecydowano się na inne rozwiązanie.

Sędzia skazał wszystkich czworo na dziesięć lat więzienia i ciężkich robót. Po czym, pół godziny później, ogłosił na konferencji prasowej, że zmniejszył czas wykonywania kary do godziny, odsiedzianej w biurze gubernatora. Grace Fortescue powiedziała: "To najszcześliwszy dzień w moim życiu". A jeden z marynarzy, Deacon Jones (który trzydzieści lat później miał się przyznać, że to on zastrzelił Kahahawaiego), wysłał do domu telegram: "Kochana mamo, niedługo wracam, nastaw wodę na kawę."

Thalia Massie w dwa lata później rozwiodła się z mężem i zmarła w 1963 roku na Florydzie, w wyniku przedawkowania barbituranów. Jej matka, żelazna Grace Fortescue, dożyła prawie setki. Do śmierci w roku 1979 w wieku lat dziewięćdziesięciu sześciu, nigdy nie wyraziła skruchy. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932

wtorek, 6 października 2015

Tragedia białej kobiety, czyli tragedia kolorowego mężczyzny, vol. I

Z tylnej okładki "Tajnego Detektywa" patrzy ufna twarz pani Massie, po oczach biją litery nagłówka: TRAGEDJA BIAŁEJ KOBIETY. Jednak jeśli się przyjrzeć bliżej, niekoniecznie pani Massie była tu główną ofiarą...



Sprawa była dramatyczna - kobieta, w dodatku dama z towarzystwa, brutalnie pobita i zgwałcona przez pięciu mężczyzn. W dodatku ona biała, oni - kolorowi (pochodzenia hawajskiego, japońskiego i chińskiego), co budziło wówczas w Stanach oczywiste skojarzenia ze "zhańbieniem białej przez murzyńską bestię" (gwałt na białej kobiecie, często kompletnie fikcyjny, był jednym z głównych powodów linczów czarnych, a amerykańscy marynarze często nazywali Hawajczyków niggers, 'czarnuchami'). Jakby tego było mało, mąż ofiary był oficerem marynarki, więc w grę wchodziły jeszcze zamiary "kumpli z wojska", którzy postanowili pomścić tę zniewagę. Procesem ekscytował się cały kraj (dziennikarze uznali go za sprawę roku ex-aequo z porwaniem dziecka Lindbergha), palce w relacjach maczał prasowy magnat, William Randolph Hearst, a także najwyższe kręgi polityczne. Czemu?

Zacznijmy może od tego, kim była pani Massie, a white woman of refinement and culture, bo to, wbrew pozorom, okazuje się zasadnicze. Dwudziestoletnia Thalia Massie, żona porucznika marynarki, Thomasa Hedgesa Massie, który stacjonował w słynnej potem bazie w Pearl Harbour, pochodziła z wpływowej nowojorskiej rodziny Fortescue. A w zasadzie: Roosevelt.

Jej dziadek ze strony ojca, Robert Roosevelt, był kongresmenem z Nowego Jorku, bratem Theodore'a Roosevelta seniora i stryjem juniora, prezydenta USA. Przez wiele lat miał kochankę, Minnie O'Shea, irlandzką imigrantkę, której zrobił był trójkę dzieci - poślubił ją po śmierci pierwszej żony, a dzieci adoptował, z tym wszakże zastrzeżeniem, że oficjalnie ich ojcem był wymyślony "Robert Francis Fortescue". Wszyscy troje, przez wzgląd na konwenanse, do końca życia posługiwali się tym nazwiskiem - wśród nich Granville Roland Fortescue, ojciec pani Massie. W młodości, podczas wojny amerykańsko-hiszpańskiej, służył na Kubie jako kawalerzysta wraz ze swoim kuzynem, Theodorem Rooseveltem juniorem, później pracował w jego administracji prezydenckiej i jako korespondent wojenny. 

Dziadek ze strony matki należał również do najwyższej amerykańskiej "arystokracji" - jeśli można użyć tego określenia, a chyba można, ponieważ jego przodek, Lion Gardiner (1599-1663), był rycerzem, który jako pierwszy założył angielską kolonię w stanie Nowy Jork (na wysepce u wschodniego wybrzeża Long Island) - Gardiners Island. Otrzymał tytuł Lord of the Manor i po dziś dzień wyspa jest w posiadaniu jego potomków jako ostatnie w całych Stanach dobra nadane przez angielską koronę. Jednym z potomków Liona był zamożny bostoński kupiec i plantator bawełny, Gardiner Greene (1753-1852), który zasłynął wspaniałą posiadłością Pemberton Hill - jego trzecia żona, Elizabeth Clarke Copley (1770-1866) była siostrą trzykrotnego lorda kanclerza Anglii oraz wnuczką niejakiego Richarda Clarke, kupca, którego transport herbaty zniszczono w czasie buntu, znanego jako "Herbatka Bostońska". Wnukiem Gardinera Greena i Richarda Clarke był właśnie Gardiner Green Hubbard, dziadek pani Massie.

Jako zamożny prawnik angażował się w wiele spraw - między innymi założył bostońskie wodociągi, gazownię i transport miejski. A także szkołę dla niesłyszących, bowiem jego córka, Mabel, straciła słuch w wieku lat pięciu, za sprawą szkarlatyny. W szkole zatrudnił młodego Szkota, Alexandra Grahama Bella, który uczył między innymi Mabel, a także, w wolnym czasie, wynalazł telefon. I tu losy ich splatają się w jedno. Hubbard zakłada Bell Telephone Company i zostaje jego pierwszym prezesem; parę dni później Alexander Graham poślubia Mabel. Jego kuzyn Charles John, który zostaje zatrudniony w firmie (rozwija telefonię w Europie) poślubia drugą z sióstr Hubbard, Robertę, a po jej śmierci w połogu - trzecią, Grace. Oprócz tego wespół z teściem zakłada National Geographic Society (tak, to, które wydaje znane pismo) i jest jego pierwszym skarbnikiem (a teść prezesem). 

Wywód ten był długi, ale konieczny. Pokazuje bowiem, kim (w sensie społecznym) była nie tylko pani Massie, ale i jej matka, Grace z Hubbard Bellów Fortescue, która w tej historii spełnia rolę niepoślednią. Wróćmy jednak do dramatycznego gwałtu i pobicia wśród hawajskich palm (tak oto prezentuje się kolażowa rozkładówka):







"Tajny Detektyw" relacjonuje proces za pośrednictwem mediów amerykańskich, więc wkradło się tu kilka przekłamań i niedopowiedzeń. Po pierwsze - pani Massie, która uważała się za lepszą niż większość amerykańskich rodzin oficerskich, była dość nielubiana w swoim środowisku - a z klubu wyszła po sprzeczce z jednym z oficerów (któremu dała w twarz). Porucznik zorientował się dopiero po czasie - i choć państwu Massie niezbyt układało się w małżeństwie, był na tyle troskliwy, żeby zadzwonić do domu i sprawdzić, czy żona dotarła tam bez problemu. Odebrała dopiero za którymś razem, w szoku, i powiedziała, że została zgwałcona.

Wezwana policja przyjęła od niej zeznania - ponoć było zbyt ciemno, by mogła cokolwiek powiedzieć o osobach, które ją napadły. Tak się jednak złożyło, że niewiele później na posterunek wpłynęła skarga państwa Peeples (bo tak się nazywali). I znów, opis jest niedokładny. Po północy na skrzyżowaniu w Honolulu prawie doszło do zderzenia dwóch samochodów, jednego prowadzonego przez Japończyka, Horacego Ida, drugiego - przez panią Peeples; w wyniku kłótni kolega Idy, pięściarz Joe Kahahawai, uderzył kobietę, która jednak nie pozostała mu dłużna i wyprowadziła analogiczny cios. Nie wiadomo, czy ktokolwiek z biorących udział w sprzeczce, był trzeźwy.

Thalia Massie nie potrafiła zidentyfikować Horacego pośród innych okazanych jej na posterunku mężczyzn. Jednak kiedy następnego dnia Thalia Massie składała zeznania po raz drugi, dysponowała już rozmaitymi danymi (m.in. podanym przez radio numerem rejestracyjnym samochodu Idy, a także fragmentami zeznań pani Peeples - że jeden z mężczyzn miał złoty ząb, a drugi był ubrany w brązową kurtkę). To wystarczyło. Zaczęła się wielka kampania prasowa, w której pięciu młodych mężczyzn nazywano bandytami, a także pięcioma brązowoskórymi młodymi byczkami, objawiającymi dobrze znane pożądanie mieszańców wobec białych kobiet. 




Za: "Tajny Detektyw" nr 20, rok II, 15 V 1932

czwartek, 9 kwietnia 2015

Eros i Tanatos w jednym stały domu

G. Grosz, John der Frauenmoerder, 1918
Zbrodnia na tle seksualnym niejedno ma imię. Seks - wiadomo, sprężyna życia, nieraz, naciągnięta, odbije i trafi, że nie ma czego zbierać, trup się ściele gęsto. I proszę, do wyboru, do koloru: Małopolska, Wielkopolska, homo, hetero, gwałt, bójka, a wszędzie tylko ten Eros spleciony z Tanatosem!


Jak widać - może być najspokojniej pod słońcem, zabawa zorganizowana przez samarytanki na zakup apteczki, a tu się Eros pakuje i po sprawie. Noże zatopione w ciałach ofiar, ujmowanie krwawego Lucka, takie sprawy. W tym samym numerze "Tajny" donosi również z Wielkopolski - wiadomo, bliżej Zachodu, Berlina, stolicy rozpusty i zboczeń, więc i zbrodnia mniej przaśna, żadni tam nożownicy w remizie, tylko prawdziwy Lustmord (dodaję jeszcze króciutką wzmiankę z "Nowego Kurjera"):




Pan w kółku, który na zdjęciu wygląda dość przerażająco - w pierwszym odruchu myślałem, że to podobizna zboczeńca i mordercy Dominiaka, z ohydnie wykrzywionymi, pełnymi wargami - w istocie, jak wiemy, mamy do czynienia z wybitnym psychiatrą, który w tekście wypowiada się jako ekspert (a ciemny kształt pod nosem to nie wargi, a tak strzyżony wąs). Dr Oskar Bielawski miał jednak i swoją ciemną stronę: był jednym z czołowych eugeników polskich, który raptem dwa lata później, w roku 1935, założył pismo eugeniczne "Higjena Psychiczna", w którym przedstawił program ustawy eugenicznej, wzorowanej na prawach nazistowskich, z pomysłem "policji medycznej", która by wyłuskiwała ze zdrowego ciała społeczeństwa jednostki "niewłaściwe", a następnie przymusowo je sterylizowała. Na szczęście ustawy nigdy w Polsce nie wprowadzono, a Bielawskiego II wojna światowa, spędzona między innymi w obozie, zniechęciła chyba do całej teorii czystości krwi.

I jeszcze jeden dopisek: "Veto", jakże właściwie dobrano tu reklamę do tekstu! "Veto" było środkiem dezynfekującym, który miał służyć do zapobieganiu zakażeniom wenerycznym. "Nowy pojemnik" opisywany w reklamie przypominał nabój (zresztą armia zachęcała swoich żołnierzy do stosowania tego specyfiku). Nieco więcej o tym leku na blogu Czas Gentlemanów. 

Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933," Nowy Kurjer" 202/1933

wtorek, 6 sierpnia 2013

Dziarska Elza i gwałciciel nieletnich

Kiedy byłem dzieckiem, wysłuchiwałem tysięcznych kazań o tym, że nie wolno iść z żadnym obcym dorosłym, nie wolno zjeść cukierka od nieznanej osoby, należy być nieufnym wobec osób, które chcą się z nami przesadnie zaprzyjaźnić; przed wojną jednak - przynajmniej w niektórych rodzinach - sami rodzice oddawali dzieci w ręce podejrzanych indywiduów.



Historia jest prosta i niewiele można do niej dodać. Uwagę moją - pewnie dlatego, że słabo znam szczegółową historię Śląska w międzywojniu - przykuły jednak słowa "hitlerowski Bytom". Nie zdawałem sobie sprawy, że był to tak ważny dla nazistów bastion poparcia. W plebiscycie 74% ludności opowiedziało się za pozostaniem miasta przy Niemczech; w wyborach 1933 roku na NSDAP głosowała ponad połowa bytomian (52%), po wyborach komunalnych w radzie miejskiej przyznano hitlerowcom procentowo jeszcze więcej mandatów (26 na 47). W trakcie Nocy Kryształowej bojówki ochoczo spaliły piękną synagogę w stylu mauretańskim, wybudowaną siedem dekad wcześniej, w latach 60-tych XIX wieku.

Na tym entuzjazmie Bytom zresztą źle wyszedł - w 1939 roku okupanci ustanowili Rejencję Katowicką i to, co było dotychczas ważnym i doinwestowywanym przez hitlerowców przemysłowym przyczółkiem, stało się pomniejszym miastem regionu, ustępującym Chorzowowi czy Katowicom. Po półtora roku do Katowic przeniesiono stamtąd dużą część aparatu urzędniczego, zawiadującego Prowincją Górnośląską, w wyniku czego Bytom stracił wiele instytucji, a liczba ludności spadła ze 101 do 93 tys. Wreszcie w roku 1945 miasto poważnie ucierpiało w trakcie rosyjskiej ofensywy. Tak to już na pograniczu bywało.

Zresztą polskość przeplata się z niemieckością w całym tekście. Nazwisko Moll jest niemieckie, ale już zmyślony leśniczy Giepert nosi nazwisko spolszczone, zmiękczone, zamiast twardego "Geppert". Redakcja pisze oficjalnie "Elżbieta Mrozkówna", choć rodzina - z pochodzenia, sądząc po nazwisku, polska - wołała ją "Elza". Ciekawe, swoją drogą, po jakiemu rozmawiali Mrozkowie -  po polsku, po niemiecku, w gwarze śląskiej? Tego się nie dowiemy. I jak pisała się Elza w czasie wojny? Elsa Mroseck? Jakie były jej dalsze losy? Jest tylko ten urywek jej życia: jeden dzień, w którym szła przez las z ponurym gwałcicielem o twarzy jak z portretu pamięciowego.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934 oraz blog Tomasza Saneckiego (http://mojhistorycznyblog.blog.pl/2013/02/14/dzieje-bytomia-w-latach-1933-%E2%80%93-1945/)

wtorek, 27 listopada 2012

Zubożali rumuńscy bogacze i zdeprawowana czternastolatka

W dziale "Ostatnie wiadomości" jak zwykle ciekawostki i pikantne szczególiki z życia Europy - tym razem w tonacji minorowej. Milionerzy ubożeją, ślepnące dziewczę wyłudza operację, a uwiedziona czternastolatka okazuje się wytrawną rozpustnicą.







Historie o dwóch dziewczynach są w sumie dość banalne. Jedna jest przedstawiona jako niewinna i uciśniona, "budząca w każdym litość", druga - jako godna pogardy puszczalska, choć dziś 14-latka z burzliwą przeszłością budzi raczej litość, a jeśli szuka się winy, to nie w niej, a tych, co do takiego stanu rzeczy dopuścili.

Ciekawszy jest kawałek o Jacquesie Menachemie Eliasie (1844-1923), o którym można się całkiem sporo dowiedzieć z rumuńskiej Wikipedii. Był on zamożnym przemysłowcem (cukrownikiem) i filantropem; na jego majątek składały się cukrownie i inne fabryki, banki, tysiące akrów ziemi, rozliczne budynki w Wiedniu, Berlinie, Rzymie i Paryżu, dwa hotele w Bukareszcie (Continental i Patria), kopalnie rtęci w Dalmacji i miliony w akcjach zagranicznych przedsiębiorstw. Mimo to wiódł bardzo skromne życie. 



Wprawdzie pochodził z rodziny sefardyjskich Żydów, a Żydzi do I wojny światowej nie mogli być obywatelami Rumunii (!), to jednak, jako doradca króla Karola I, mógł się cieszyć monarszą protekcją i w roku 1880 uzyskał obywatelstwo za specjalną zgodą parlamentu. Otrzymał też mnóstwo państwowych odznaczeń. W testamencie zostawił pieniądze Akademii Rumuńskiej (w roku 1993 został pośmiertnie jej członkiem), która miała przeznaczać je na szereg rozmaitych celów: budowę i utrzymanie istniejącego do dziś szpitala, budowę i utrzymanie szkół i stołówek szkolnych, nagrody i stypendia dla ubogich dzieci, finansowanie wydziału medycyny na Uniwersytecie Bukaresztańskim, legaty dla synagog i szkół rytu sefardyjskiego w Wiedniu i Bukareszcie. Na jego pogrzebie był obecny cały rząd rumuński.

W "Tajnym Detektywie" czytamy, że miał licznych krewnych, co nie do końca jest prawdą; był bezdzietnym kawalerem i miał w Wiedniu dwóch braci (to syn jednego z nich figuruje zapewne w artykule jako "siostrzeniec"). Niedługo po śmierci Eliasa przyszedł Wielki Kryzys, który doprowadził Eliasów wiedeńskich do zubożenia, a jeszcze później - Anschluss Austrii oraz dyktatura Antonescu w Rumunii. W styczniu 1941 roku w pogromie bukaresztańskim (kiedy to z ręki Żelaznej Gwardii zginęło 130 Żydów, w tym wielu z nich zamęczonych na śmierć w ciągnących się przez parę dni sesjach tortur) spalono również Synagogę Sefardyjską, rozbudowaną dzięki legatowi Eliasa:




Synowie jednego z bratanków (który pracował jako bankier w Bukareszcie, zatem nie chodzi chyba o tego, który wytoczył sprawę) przeżyli pogrom, ukończyli studia medyczne i mieszkali po wojnie w komunistycznej Rumunii. Pierwszy, w 1950 roku, wyrwał się stamtąd Jonas, w roku 1963 drugi, Marius (Elias). Jonas zmienił nazwisko na Elian i ponoć w roku 1960 brał udział w słynnym porwaniu przez Mosad Adolfa Eichmanna.

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

środa, 3 października 2012

Jak nie spluwą, to spluwaczką

Za czasów "Tajnego Detektywa" mordowano czym popadło. Siekierą, nożem, sztyletem, rewolwerem, obrzynem, trucizną taką czy inną, sznurem (...usypianie ekstraproszkiem, uduszanie przez pończoszkę...), i tak dalej, i tak dalej. Gdyby jednak niejaka Rancewówna faktycznie zabiła swojego ojca fajansową spluwaczką, byłoby to chyba najosobliwsze narzędzie zbrodni w całej międzywojennej kryminalistyce polskiej.

Można tu przypomnieć postać mało pamiętanego dziś Konstansa II, skądinąd dość niesympatycznej postaci: bizantyjskiego cesarza-bratobójcy, który, pilnując państwowych interesów, przeniósł się z dworem na Sycylię. Kiedy w 663 roku, jako pierwszy od dwóch stuleci władca Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego, odwiedził Rzym (przy okazji obdarł z antycznych brązów Panteon i inne wspaniałe budowle), poniektórzy dworzanie zaczęli się obawiać, że cała stolica zostanie przeniesiona z Konstantynopola gdzieś na zachód, prawdopodobnie do Syrakuz. Byłby to ruch rozsądny z punktu widzenia strategii, ale nie z punktu widzenia glamour - łatwo sobie wyobrazić humory urzędniczej warszawki, zmuszonej do przeprowadzki do Łomży. Zawiązano spisek. 15 września 668 roku pokojowiec zamordował cesarza w łaźni. Narzędziem zbrodni była marmurowa mydelniczka.

Można oczywiście dywagować, czy poręczniejszą i groźniejszą bronią jest marmurowa mydelniczka, czy spluwaczka fajansowa, tak czy owak - narzędziem tego typu zapewne można człowieka uśmiercić. O ile wiemy, jakie były przyczyny zabicia Konstansa, o tyle sprawa Snaścina jest nieco mniej oczywista. Cóż, nie był on cesarzem, a jedynie dozorcą wileńskiego mostu.







Jak widać, dochodzenie policyjne odebrało sprawie cały smaczek. Rancewówna zabiła nie kojarzącą się gombrowiczowską spluwaczką, ale zwykłą siekierą. Cóż, gdybyśmy mieli pozostać przy skojarzeniach literackich, przesuwa to ją z pozycji Raskolnikowa na pozycję Smierdiakowa.

Zastanawiający jest aspekt seksualny całej sprawy: romans starszej z młodszym (nader kryminogenny wedle "Tajnego", jak pamiętamy z innych spraw) i rzekoma próba gwałtu pijanego ojca na córce. Wyjaśnienie biegłych, że Snaścin z pewnością nie usiłował zgwałcić córki, bo "mało interesował się kobietami" dziś wydaje się groteskowe. Mnóstwo ojców wykorzystujących seksualnie dzieci nie interesuje się ich matkami ani innymi dorosłymi kobietami. Ponadto: o ile dziś, w czasach obsesji na tle pedofilii, wydaje się wielce prawdopodobnym, że młoda morderczyni będzie się broniła, oskarżając ojca o próbę gwałtu, o tyle nie wiem, czy 80 lat temu była to aż tak oczywista ścieżka? Trudno mi wyrokować. Być może Rancewówna nie była wcale taką zakłamaną bestią, jaką przedstawił w swoim tekście "Tajny Detektyw"?

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934  

czwartek, 6 września 2012

Czy wampir padł ofiarą niewinności?

Dziś, kiedy wpisze się w Google nazwisko Ensztajn, wyskakuje Albert Einstein. Nazwisko to samo (acz inaczej zapisane), ale biografia zgoła inna. W roku 1934 Einstein wykładał w Princeton i zastanawiał się, czy ubiegać się o amerykańskie obywatelstwo, natomiast Tadeusz Ensztajn trafił na łamy (a nawet - jak w przypadku "Tajnego Detektywa" - okładki) polskiej prasy jako "Wampir z Łowicza", który miał dopuścić się licznych gwałtów i morderstw na młodych kobietach i dziewczynkach (jego przezwisko to nawiązanie do celebryty zbrodni międzywojennej, Kuertena, nazywanego "Wampirem z Duesseldorfu", o którym dawno temu wspominałem tutaj).



Na zdjęciu wygląda Ensztajn nader niepozornie - i rzeczywiście, prasa miała wyraźnie problem z tym, że groźny potwór, wampir terroryzujący kawał Polski, nie tylko nie sprawia wrażenia groźnego monstrum, ale wręcz zdaje się "niemal dzieckiem" i w dodatku jest sierotą. Zadawano pytanie "w jaki sposób zdołał skutecznie atakować nieraz silne i DOBRZE ROZWINIĘTE DZIEWCZĘTA".

Wedle oficjalnej wersji matka Ensztajna "została zniewolona" przez pijanego rosyjskiego żołnierza (a nawet, wedle innych źródeł, żołnierzy) "na początku wojny". W społeczeństwie pamiętającym tamtą armię oraz jej następczynię, czyli armię bolszewicką z 1920 roku, musiało to być przyjmowane ze współczuciem i zrozumieniem; jednakże z metryki (oskarżony miał w 1934 roku 21 lat), a także wzmianek w innych gazetach, wynika, że gwałt ów wydarzył się w roku 1913, więc albo Ensztajnowa-matka została zgwałcona w czasach pokoju, albo ów gwałt został post factum przez nią zmyślony by ukryć "panieńskie dziecko" - lub zmyślony przez samego Ensztajna, tak, jak wielu włóczęgów zwykło zmyślać serceszczypatielne historie na swój temat (jakby całe życie spędzone na tułaczce nie było wystarczająco serceszczypatielne). Zresztą poczęcie było, jak się zdaje, osobliwą linią obrony: Ensztajn gwałcąc i zabijając dziewczynki, miał mścić się za krzywdę zgwałconej matki (za "Głosem Porannym" z 22 VII. 1934 - proszę łaskawie zignorować "Złośliwego" i arcyksięcia Habsburga, który zresztą ożenił się dopiero w 1951 roku, i to nie w Sztokholmie, a w Nancy, i nie ze Szwedką, a z niemiecką księżniczką Saxe-Meiningen):









Trudno dziś powiedzieć, czy Ensztajn rzeczywiście - piękna to fraza! - "padł ofiarą niewinności" i wmówiono mu przestępstwa, czy dokonywał ich z zimną krwią, czy też był chory psychicznie. A już z pewnością takich diagnoz nie powinien stawiać bloger na podstawie artykułów brukowej prasy. Jednak fascynująca jest sama postać Ensztajna - dziecko gwałtu, prawdziwego lub zmyślonego dla ukrycia nieślubnej miłości, chłopak z sierocińca, utrzymujący się z kradzieży i sprzedaży śpiewników kościelnych (pomysł dla Dyckiego!), który do sądu przychodzi w więziennym drelichu, bo swoich (nadających się do okazania w sali) ubrań nie ma. A mimo to broni się z zadziwiającą inteligencją, wprawiając świadków w zakłopotanie.

Równie fascynujące są owe dwie dziewczynki, które Ensztajn... no właśnie. Według jednej relacji  "zabrał na włóczęgę", gdzie o niego rywalizowały, według relacji innej - usiłował zgwałcić, a one tak się tym zawstydziły, że "nie wróciły do domu i poszły na służbę" (za "Expressem Ilustrowanym" z 23 lipca 1934 - proszę zignorować Marszałka, gen. Balbo i "Serce w udręce"):



O ile na zdjęciu w "Tajnym" Rozenówna wygląda jak dziecko, o tyle Pietrzakówna sprawia wrażenie kobiety nie tylko dorosłej, ale wręcz starej. Jak układały się niezdrowe relacje w tym dziwnym trójkącie? Czy Ensztajn był drobnym, nieudolnym gwałcicielem (który nawet kołek od brony zgubił), czy ofiarą zazdrosnych o siebie dziewczynek? Trudno powiedzieć. Co ciekawe, został skazany za morderstwo na Lisiewskiej, choć znalezione w jej dłoni włosy, wyrwane z głowy napastnika, nie pasowały do Ensztajna, a także za nieudolne napastowanie Okruchówny, której ostatecznie nic nie zrobił, oraz próbę gwałtu i pobicie Perzynówny, która - z racji poważnego urazu głowy - wydaje się niepewnym świadkiem. Jakie były jego dalsze losy? Czy wyszedł z więzienia w czasie wojny, po wojnie? Nie wiadomo. Zważywszy, że urodził się w roku 1913, teoretycznie mógłby jeszcze gdzieś żyć - zjawa z zupełnie innych czasów.


PS: Wiem, że sprawa poważna i dramatyczna, ale ujrzawszy na sąsiedniej stronie "Expressu" tę reklamę nie mogłem się powstrzymać; może to rzuca pewne światło na niejasny wiek Pietrzakówny:




Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934