Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1932/17. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1932/17. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 grudnia 2015

O sądach doraźnych vol. I - Niedoszły zięć i kilka cięć

Pojęcie jeżdżenia "na saksy", które wzięło się w XIX wieku z masowych wypraw emigrantów zarobkowych do zamożnej Saksonii, później rozszerzyło się i na inne kraje. W XX wieku Polacy jeździli więc na saksy nie tylko do Saksonii, która tymczasem przestała być niepodległym państwem, ale i do Stanów czy Francji i Belgii (zwłaszcza do tamtejszych okręgów górniczych, gdzie po dziś dzień żyje spora grupa polonusów). 

Emigranci i reemigranci względnie często stawali się bohaterami "Tajnego Detektywa" - czy to jako ofiary, zarąbane siekierą przez pazernych sąsiadów, dybiących na przywiezione "dulary" (a nawet, jak w opartej na prawdziwej historii "Niespodziance" Rostworowskiego - przez własnych rodziców), czy to jako przestępcy. Trudne doświadczenia emigracyjne, upokorzenia, krzywdy, przebywanie w grupie młodych, sfrustrowanych mężczyzn bez perspektyw było często niszczące dla psychiki; kiedy wracali do Polski, nierzadko leczyli kompleksy szastając swoją "krwawicą", kiedy indziej nabierali obsesyjnego stosunku do zarobionych na Zachodzie pieniędzy i stawali się patologicznymi skąpcami. Oczywiście, wielu z nich wracało po prostu jako wzbogaceni ludzie, budowało sobie domy, zakładało rodziny i żyło w spokoju, ale tacy akurat "Tajnego Detektywa" nie interesowali. W przeciwieństwie do Stanisława Górnego.


O ile "Tajny Detektyw" skupił się raczej na ocenie etycznej - posuwając się aż do odczłowieczenia przestępcy i porównując go do "wściekłego psa", którego należałoby "wyjąć spod prawa", o tyle "Nowy Kurjer" wolał barwnie opisywać brutalność zbrodni:


Dzień później ta sama gazeta nie tylko powtórzyła nazwisko podejrzanego, ale i już wydała konkretny wyrok: wyrok śmierci, wydany w ramach sądu doraźnego.


Sądy doraźne w II RP mogły działać dzięki rozporządzeniu prezydenta z marca 1928 roku, a wprowadzał je Minister Spraw Wewnętrznych, jeśli ciężkie przestępstwa "szerzyły się w sposób szczególnie niebezpieczny dla porządku i bezpieczeństwa publicznego lub jeśli grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo takiego szerzenia się tych przestępstw." Zaczęło się na wschodzie (wybrane powiaty woj. lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego), a od września 1931 sądy doraźne orzekały na terenie całej Rzeczypospolitej. 

Przed takim sądem oskarżony mógł stanąć, jeśli miał więcej niż 17 lat, nie był kobietą brzemienną, od popełnienia przestępstwa nie upłynęło więcej niż 90 dni, a akt oskarżenia wpłynął do sądu nie później niż 21 dni od aresztowania podejrzanego - chodziło więc głównie o szybko rozwiązane sprawy bandyckich napadów. Przewodniczący sądu mógł zażądać obstawy do obrony budynku sądu od policji, a jeśli siły policyjne nie wystarczały - to od wojska. Mógł też siłą sprowadzać świadków na rozprawę. Wyroki nie podlegały zaskarżeniu, a jeśli orzeczono karę śmierci - trzeba ją było wykonać w przeciągu 24 godzin. Obowiązywał również "zawyżony taryfiktor kar": jeżeli oskarżonego skazano jednomyślnie za przestępstwo zagrożone w kodeksie dożywociem, trzeba było orzec karę śmierci, a jeżeli inną karą - to orzec 10 do 15 lat więzienia. Sądy doraźne były zatem środkiem drakońskim, kolejnym słupem milowym na drodze międzywojennego zamordyzmu, który powoli spychał nas w stronę autorytarnego reżimu.

Rok 1932, z którego pochodzi ta notka, był szczególnie owocny, jeśli chodzi o ich pracę - sądziły aż 244 osoby, 127 z nich otrzymało kary śmierci (ułaskawiono 40, stracono 78), 77 - więzienia, jedną uniewinniono, a 39 spraw skierowano na drogę postępowania zwykłego. Czy jednak stanął przed takim sądem Stanisław Górny, morderca Koziców? Nie wiem, być może faktycznie udało mu się zbiec za granicę. Był młody, obrotny, zbrodnię zaplanował, więc mógł zabrać ze sobą przynajmniej część wypracowanego na emigracji kapitału, władał pewnie językiem obcym. Kto wie, czy nie przekradł się do Francji i nie rozpuścił w wielkim żywiole bezrobotnych, rozlewającym się po całej Europie w dobie wielkiego kryzysu?

EDIT: A jednak nie, morderca sam sobie wymierzył karę: w czerwcu jego zwłoki odnaleziono, a "Głos Krajny" podaje przy tej okazji interesujące szczegóły. Przyczyną zerwania zaręczyn było nie to, że Górny miał trudny charakter, ale fakt, że we Francji miał już żonę i dziecko...



Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932, "Nowy Kurjer" 12 i 13 V 1932, "Głos Krajny" 11 czerwca 1932


niedziela, 27 grudnia 2015

Ziemkiewicz, czyli żywot bibliokleptomana

W roku 1870 hrabia Władysław Plater wynajął zrujnowany szwajcarski zamek w Rapperswilu, wyremontował go i przeznaczył na emigracyjne muzeum poloników. Biblioteka Rapperswilska  obok Biblioteki Polskiej w Paryżu stanowiła najbogatszy bodaj zbiór druków i rękopisów doby Wielkiej Emigracji. Te niezwykle cenne zbiory (ok. 3 tys. dzieł sztuki, 2 tys. pamiątek historycznych, 20 tys. sztychów, 9 tys. medali i monet, 92 tys. książek, 27 tys. manuskryptów, 10 tys. fotografii, itp., a do tego serce Kościuszki w urnie) w roku 1927, zgodnie z testamentem Platera, otrzymała Biblioteka Narodowa i Muzeum Narodowe. Przyjechały do Warszawy specjalnym pociągiem pod nadzorem dyrektora Państwowych Zbiorów Sztuki (później kustosza Zamku Królewskiego), Kazimierza Brokla - w większości uległy zagładzie w 1944 roku, spalone przez Niemców z najcenniejszymi naszymi zbiorami bibliotecznymi (tutaj więcej o zagładzie warszawskich bibliotek).

Zanim jednak do tego doszło, grasował w zbiorach rapperswilskich niejaki Ziemkiewicz, bibliofil, zapalony białorutenista i postać arcyciekawa. I tak grasował, aż sobie wygrasował proces.






Historia opisana przez "Tajnego Detektywa" jest przedziwna, ale najwyraźniej prawdziwa - prócz chyba tej sugestii, że Ziemkiewicz przepuszczał pieniądze z rękopisów na seks z prostytutkami w warszawskich zaułkach.

O ile Romuald Ziemkiewicz podawał fałszywe wykształcenie i nie mógł się poszczycić dyplomem inżyniera, o tyle, jak się okazuje, miał całkiem spory dorobek naukowy jako białorutenista, specjalista od zabytków piśmiennictwa białoruskiego, i dziś jest uważany za jednego z badaczy, którzy położyli podwaliny pod tę naukę. Poza wszystkim jednak był bibliofilem-maniakiem, który nie cofał się przed kradzieżą; wynoszenie cennych druków i manuskryptów przewija się przez całą jego biografię, aż po tragiczny koniec - zgromadził dzięki temu cenną bibliotekę i od czasu do czasu publikował w periodykach rozmaite ciekawostki pod wspólnym tytułem "Z archiwum Ziemkiewicza." A oprócz tego był wtyką II Odziału Sztabu Generalnego i rozpracowywał wileńskie środowisko Białorusinów: usiłował na nie wpływać, niszczył niektórych działaczy, innych, ze względu na ich polskie sympatie, promował. Sam podawał się często za Białorusina z Kresów, ale był synem znanego warszawskiego drukarza.

W warszawskim gimnazjum realnym - pisze Dorota Michaluk w artykule "Jestem przyjacielem Białorusinów..." - zetknął się z wybitną postacią księgarskiego świata — Zygmuntem Wolskim, nauczycielem języka polskiego i znanym kolekcjonerem książek z różnych dziedzin, cennych opraw, exlibrisów, druków regionalnych. Uczeń związał się na tyle blisko z Z. Wolskim, że ten pozwalał mu porządkować swoją bibliotekę. W ten sposób pewnie zrodziło się wielkie zamiłowanie do kolekcjonowania książek, które wkrótce stało się esencją jego życia. [...] Za swojego mistrza uważał Michała Federowskiego, językoznawcę i bibliofila, wielkiego znawcę białoruskiego folkloru, Zainteresowania kolekcjonowaniem, a pewnie i rodzinne powiązania, doprowadziły Ziemkiewicza do znanego warszawskiego Antykwariatu Polskiego Hieronima Wildera przy ulicy Berga 8, gdzie pracował w latach 1906- 1907. Salon ten prowadził sprzedaż cennych, wyczerpanych druków, rękopisów, autografów, map i sztychów, głównie poloników. 

Niestety, jedno było stałe: wszystkich trzech swoich mistrzów okradał. Cytowany przez Michaluk warszawski bibliofil Jan Michalski tak go wspominał: Ziemkiewicz wkradł się w łaski Wolskiego i porządkując jego zbiory okradł swego nauczyciela. Powtórzyła się podobna historia z Fedorowskim (sic!). Pomagając temu w nazywaniu i sprzedawaniu książek, na których się znał, oraz przy opracowaniu notatek białoruskich, Ziemkiewicz poduczył się tego języka, został Białorusinem (przedtem z racji studiów w Kijowie uważał siebie za Ukraińca i zbierał książki w tym języku), a przy sposobności powiększył swoje zbiory kosztem mistrza. Powyciągał Fedorowskiemu cenne druki białoruskie, a nawet powyrywał z książek całe stronice. (...) Ziemkiewicz dostał się na pracownika do antykwarni Wildera i tu gospodarował po swojemu. Wpadł jakoś u Bisiera, któremu też coś zabrał. Podczas rewizji znaleziono w jego mieszkaniu książki Wildera. Groziło mu więzienie, lecz z Z. Wolskim wpłynęliśmy, aby pozwolono mu się poprawić. Nie przeczuwaliśmy, że mamy do czynienia z typowym okazem moral insanity. Ziemkiewicz miał bezwzględnie pasję do książek, gromadził je per fas et nefas i znał się na starych drukach. Dziwiło mię, że zgoła nie interesował się nigdy technicznymi książkami. Po sprawie warszawskiej wyjechał do Wilna, jako rzekomy Białorusin pisywał do gazet, wkradł się w łaski działaczy białoruskich i uzyskawszy wstęp do ich muzeum i biblioteki znów wzbogacił swoje zbiory. Musiał znów się stamtąd ulatniać, przybył do Warszawy, ożenił się i na jakiś czas zniknął z horyzontu warszawskiego. To właśnie w roku 1932 okazało się, że Ziemkiewicz kradł przez całe życie, od czasów, kiedy terminował u poważniejszych bibliofilów. "Polonia" podaje, z których konkretnie zbiorów pochodziły wyszabrowane przezeń cymelia, odkryte w czasie rewizji:





Rzeczywiście, przez całe lata pracował głównie jako działacz białoruski i, zarazem, polski agent (oficjalnie piastował stanowisko w NIKu - naczelnika wydziału, więc dość poczesne). Tymczasem jego prywatne zbiory, liczące 30 tys. woluminów, stale rosły w kamienicy na Chmielnej 68 - dziś nieistniejącej, a wówczas wyglądającej tak:


Było to wedle niektórych znawców najbogatsze archiwum białoruskie, niestety - zdobywane częściowo nielegalnymi sposobami. W roku 1932 wybuchła afera z rękopisem Norwida, rok później - z kartkami wyrwanymi ze sztambucha Maryli Wereszczakówny. Ziemkiewicz był skompromitowany, ale usiłowano z niego zrobić wariata, jak podawał "Nowy Kurjer": 


Ziemkiewicza skazano - do takich nieprecyzyjnych danych dotarłem - na kilkumiesięczne więzienie, nie zmniejszyło to jednak jego kłótliwości, bowiem w 1937 roku tak sobie poczynał, o czym pisały "Nowiny Codzienne":









Jak widać, proces niczego go nie nauczył. Data jego śmierci jest niepewna - różne źródła podają od 1940 do 1944 roku - został stracony przez Niemców w Auschwitz lub w Warszawie, najprawdopodobniej za kradzież cymeliów ze Stadtbibliothek Warschau, która gromadziła najcenniejsze stołeczne zbiory biblioteczne. A jego własna kolekcja? W całości przepadła. W roku 1944 wielki polski literaturoznawca, Juliusz Krzyżanowski, został poproszony o wycenę zbiorów przez rodzinę Ziemkiewicza:

W r. 1944 mój uczeń, Władysław Drapella, zapytał mnie, czy nie podjął- bym się oceny biblioteki, którą ktoś chciałby sprzedać. Odruchowo powiedziałem „Nie”, ale dowiedziawszy się, o co chodzi, propozycję przyjąłem. Okazało się mianowicie, iż na sprzedaż szły zbiory osławionego, niemal legendarnego bibliomana warszawskiego, Romualda Zie[m]kiewicza. Osobnik ten, znany z rozmaitych malwerscyj książkowych, został aresztowany przez gestapo, i siostra, zawiadomiona urzędowo o jego śmierci, postanowiła pozbyć się jego zbiorów. Dwa pokoiki na Chmielnej, gdy się w nich znalazłem wypełnione były po sufit przeróżnymi szpargałami. Drugie tyle, jak mi powiedziano, zgniło w wilgotnej piwnicy. Czego tam nie było! Stare rozkłady jazdy z pierwszych lat w. XIX, cenniki nasion, kalendarze, resztki nakładów, góry broszur z lat 1918-1921, resztki tek redakcyjnych najrozmaitszych czasopism białoruskich, bezcenne wydawnictwa folklorystyczne białoruskie, w naszych bibliotekach nie spotykane, garść starodruków, wśród których pierwsze miejsce zajmował piękny egzemplarz „Zwierciadła” Rejowego. Po miesiącu pracy w mieszkaniu, od paru lat nie opalanym, rozsegregowałem cały ten materiał i wyceniłem, tytułem honorarium zabierając wspomniane rzeczy o folklorze białoruskim, spalone rychło później w moim mieszkaniu na Starym Mieście. Resztę nabyło trzech bezrobotnych księgarzy i sprzedawało ku radości bibliofilów u Gebethnera i Wolffa na Zgodzie. Z całości wyłączyłem około 500 broszur z lat 1918-1921, które nabywcy zobowiązali się przekazać darmo Bibliotece Narodowej, wiedziałem bowiem, że publikacji tych o charakterze druków ulotnych w zbiorach jej nie było. Kolekcja ta uległa podobno zniszczeniu czasu wojny na Rakowieckiej. Wśród rzeczy, które wchodziły w skład mego honorarium, były również materiały rękopiśmienne z autografami pisarzy białoruskich, Janka Kupały i in., oraz części zbiorów M. Federowskiego. Wszystko to zresztą, zdeponowane w Bibliotece Ordynacji Zamoyskich i wywiezione do Piotrkowa, nie wróciło do mnie, zagubione czy zniszczone w toku ewakuacji

Paradoksalnie to, co się po Ziemkiewiczu zachowało to - prócz dzieł naukowych - jego donosy w wojskowych archiwach. Rękopisy, które, zapewne, najmniej poważał.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932, "Nowy Kurjer", 12 IV 1932, "Nowiny Codzienne", nr 195 z 1933, "Polonia", 9 IV 1932, Dorota Michaluk(Toruń)„Jestem przyjacielem Białorusinów...” — raporty wywiadowcze Romualda Ziemkiewicza do II OddziałuSztabu Generalnego WP z lat 1922-1923

poniedziałek, 16 listopada 2015

Krew w "Ananasie" czyli dziewczyna pracująca, vol. II

Drożyński zastrzelił Igę Korczyńską w sierpniu 1931 roku - proces rozpoczął się w kwietniu roku następnego i "Tajny Detektyw" postanowił poprzedzić go materiałem przypominającym tragedię sprzed trzech kwartałów. Na tylną okładkę trafiła efektowna fotografia tancerki, a na rozkładówkę - obszerny materiał o strzałach w teatrzyku "Ananas".









Jakoś ujęło mnie to, że "konstruktywizm", modne słówko epoki, przeniknął również do tańca, i to w lokalach może znanych, ale niekoniecznie stojących na wysokim poziomie artystycznym. To jednak margines sprawy - ciekawszym wydaje się opis stosunków panujących za kulisami, rozmowa z Diagilewem opowiedziana przez naocznego świadka, czy kwestia cenzury - to, że zdejmowano całe przedstawienie, bo ktoś z aktorów ucharakteryzował się na piastującego wysokie stanowiska brata Piłsudskiego.

Autorem wspomnienia był "znany warszawski krytyk teatralny Henryk Liński"; był też, jak się zdaje, koneserem urody damskiej, sądząc z nieco lowelasowskiego opisu cielesnych wdzięków Jadzi Wielgusówny.  W Narodowym Archiwum Cyfrowym natrafiłem na zdjęcie Lińskiego, dziennikarza IKaCa, a gdzie indziej - na informację, że Henryk Liński naprawdę zmienił nazwisko z Lichtensztajn i że był, pod pseudonimem Haliński, autorem rozmaitych przebojów. Henryk Liński (Lichtenberg, Lichtenstein) figuruje również, jako zaginiony w 1939, na internetowej Białoruskiej Liście Katyńskiej. Czy to jedna i ta sama osoba, czy zupełnie różne - pojęcia nie mam, Liński mi się całkowicie wymyka. Ale antysemickie „Prosto z mostu” w notce „Jaracz do Lińskiego” kpi: P. Henryk Liński (Lichtensztajn) jest jak wiadomo niezwykle wszechstronny. Będąc autorem ociekających krwią, straszliwych powieścideł brukowych w „Ostatnich Wiadomościach” – równocześnie specjalizuje się w sprawozdaniach z przyjęć dyplomatycznych. Jest także recenzentem z baletu i specem teatralnym. No, a przy tym wszystkim - stałym współpracownikiem naczelnego organu rządowego, "Gazety Polskiej". Nawet jeśli na internetową listę katyńską wpisano go nieco awansem, jako zaginionego, to możemy przyjąć, że recenzent teatralny, autor wspomnień i notujący pan ze zdjęcia są tożsami:


Pozostaje jednak kwestia zasadnicza: czy można Lińskiemu wierzyć? Że znał Korczyńską, że z nią niejednokrotnie rozmawiał, itd. - zapewne tak, choć niekoniecznie, że obdarzała go swoimi najpromienniejszymi uśmiechami. Natomiast rozmowę z Diagilewem nadto chyba udramatyzował - węszę tu szerokie naddatki wyobraźni. Wiemy bowiem skądinąd, że zastrzelona Korczyńska padła na deski bez słowa, więc niczego o mamusi nie zdołała wyszeptać.

Pod koniec kwietnia 1932 roku, blisko dziewięć miesięcy od strzałów w "Ananasie", rozpoczynał się proces Drożyńskiego. "Kurier Warszawski" wyjaśniał, czym ta sprawa różni się od innych: Sprawa o zabójstwo tancerki posiada znamiona, które powodują, że staje się ona sensacją dla szerokich rzesz publiczności. Ofiara jest artystką. Zbrodnia miała miejsce za kulisami. To ludzi pociąga i sprawia, że publiczność zdaje się niejednokrotnie zapominać, gdzie jest, myśląc, że ma przed oczyma fragment z kryminalnego romansu kinematograficznego. W pewnym nawet momencie procesu przewodniczący musiał upominać publiczność, która zachowywała się nie tak, jak w sądzie zachowywać się należy". O tym jednak w następnym odcinku.



PS: I jeszcze tajnodetektywowy apdejt. 21go listopada wielka premiera płyty "Tajny" i książki "Nowy Tajny Detektyw" w Narodowym Instytucie Audiowizualnym na Wałbrzyskiej 5 w Warszawie. Oprócz tego udało mi się kupić pełen rocznik 1933, dzięki czemu mam teraz już 196 numerów z ogólnej liczby około 210-215. Przygotujcie się na kolejne arcyciekawe historie! :)

Za: "Tajny Detektyw" nr 17 i 18, rok II, 24 IV i 1 V 1932 oraz "Kurier Warszawski" nr 117/1932


piątek, 23 października 2015

Zazdrość fryzjera, czyli Sosnowiec we krwi

Jeśli sądzicie, że nożyczki to jedyna śmiertelna broń w ręku fryzjera, to mylicie się srodze. Oto Longin Posyłek, zabijaka z Zagłębia, i dramatyczna historia jego miłości do nadobnej manikiurzystki Bolesławy.


Zastanowił mnie bardzo ten sprawozdawczy ton autora, cała scenka "naszego korespondenta", który miał niebywałe szczęście, że znalazł się w samym sercu wydarzeń. Wydawało mi się to nieco podejrzane - sądziłem że raczej pozbierał trochę plotek i je udramatyzował. I rzeczywiście, "Express Wieczorny Ilustrowany" podaje zgoła inną wersję: Posyłek zastrzelił Kapuścińskiego przy zakładzie, natomiast z Bolesławą spotkał się osobno przy stadionie Victorii, dopiero tam ją zabił i popełnił samobójstwo:



Wersja korespondenta jest zatem nieprzypadkowo nieprecyzyjna - w przeciwieństwie do zwyczaju "Tajnego Detektywa" nie podaje adresu zakładu ani domu, przed którym zginął Kapuściński, tylko ogólnie pisze o dzielnicy Pogoń. Nic dziwnego, skoro dziennikarza w ogóle nie było przy morderstwie. Ale niejedyna to zastanawiająca nieścisłość w tych relacjach - okazuje się bowiem, że bardzo różne podawano motywy, które powodowały fryzjerem Posyłkiem. Widać tu splot wydarzeń, z jednej strony rzutujące na związek zabójstwo ojca, z drugiej zazdrość. Posyłek-senior faktycznie został zaszlachtowany w Częstochowie, motywy były najpewniej rabunkowe. Morderstwo zostało opisane przez "Gońca Częstochowskiego", zwracam uwagę na ujmujące informacje o nietypowych miejscach zadołowania pieniędzy przez ofiarę (poniżej budyneczek, w którym zamordowano Jana Posyłka, w jego dzisiejszym kształcie na Google Maps): 




Śmierć ojca i wiszące nad Longinem podejrzenie - zwłaszcza, jeśli zagnieździło się również w ślicznej główce manikiurzystki Bolesławy - mogło być poważnym czynnikiem, który popchnął chłopaka do straszliwych czynów. Jeśli wieszczące zbrodnię listy napisał 24. marca, to było to tuż po zgonie ojca, skoro "Goniec" 26. marca podaje szczegóły zupełnie świeżej sprawy. 

Znacznie ciekawszy wydaje mi się jednak trójkąt - nie tyle pomiędzy Kapuścińskim, Bolesławą a Longinem, ile pomiędzy miłością, pracą i pieniędzmi. Kapuściński to w czasach kryzysu człowiek, któremu się powodzi: ma własną firmę, zakład przy Orlej 14 (i to spory, skoro zatrudnia jeszcze manikiurzystkę), jest mistrzem fryzjerskim, nauczycielem zawodu, dobrze znanym w Sosnowcu - może nie członkiem elity miejskiej, ale członkiem elit rzemieślniczych z pewnością. A to daje mu zupełnie inne możliwości, niż Longinowi, zatrudnionemu na posadzie pomocnika. Sprawa zwolnienia jest niejasna - właściwie każdy materiał prasowy opisuje ją nieco inaczej. Wydaje się jednak, że Bolesława i Longin zostali wyrzuceni w tym samym czasie i że ich zakochanie było tu istotnym czynnikiem - jeśli pisać o zazdrości, to nie tylko o zazdrości Longina, ale i o zazdrości Kapuścińskiego, żonatego 44-latka, który nie pozostał obojętny na wdzięki swojej przystojnej pracowniczki, jak eufemistycznie stwierdza "Tajny Detektyw". Ostatecznie jednak nawet to sformułowanie okazało się chyba za mało eufemistyczne jak na sosnowieckie warunki. W końcu Longin był nikim, a zmarły - szanowanym obywatelem miasta. Po tygodniu zatem podkręcono nieco wersję: już nie zaplanowane morderstwo, już nie listy z 24. marca, ale ujrzenie fotografii. Podejrzenia był nieuzasadnione i opierały się na zupełnie fałszywych podstawach - konkluduje pismo. Ten fryzjer to wariat był jakiś, gorąca głowa:


Jak było naprawdę? Czy Posyłek faktycznie został zwolniony tylko dlatego, że źle wypełniał obowiązki, a Bolesława - bo zakończyła praktyki? Czy Kapuściński zginął, bo podarował Bolesławie niewinną fotografię, i to na jej wyraźną prośbę? A może było odwrotnie, może Kapuściński traktował swój zakład - jak np. ofiara księżnej Zyty Woronieckiej, przedsiębiorca Boy, albo jak kierownik składów wódki Kuryło - jak rezerwuar młodych kobiet, które szef może traktować jak darmowe pracownice seksualne, po czym skandalik przykryto? Tego, zapewne, nie dowiemy się nigdy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17 i 18, rok II, 24 IV i 1 V 1932, "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 105, rok X, 15 IV 1932, "Goniec Częstochowski" nr 68, rok XXVII, 26 III 1932 

środa, 14 października 2015

Kasjer z Przemyśla, czyli impuls Wolfa

Lubię w "Tajnym Detektywie" takie historie: bez początku, bo niewiadome są przyczyny, dla których kasjer Wolf zdecydował się na ucieczkę z kasą, i bez końca, bo nie dotarłem do jego dalszych losów. Ot, kawałek ludzkiego życia, skandal w Przemyślu.




Prywatny przemyski bank żydowski, "Stowarzyszenie Bankowe dla Handlu i Przemysłu", założony w roku 1881, został zlikwidowany w rok po defraudacji. Sądzę jednak, że to przypadkowa zbieżność dat, bo przecież suma nie była tak znaczna, by doprowadzić do bankructwa firmę z półwieczną tradycją; jeśli coś się przyczyniło do jej upadku, to wielki kryzys. Mieściła się na ulicy Aleksandra Dworskiego 5, w sesesyjnym budynku, który przetrwał do naszych czasów:


Znacznie ciekawszy jest tu dla mnie kasjer. Feliks Wolf, sumienny, znakomicie zorganizowany, ubóstwiający swojego synka, znika jak kamfora - z sumą znacznie niższą, niż przechodzące co jakiś czas przez jego ręce. Jaki impuls nim powodował? Kłótnia z żoną z zamożniejszej, wpływowej rodziny? Czy - taka myśl - do 20 tysięcy z kasy dodał znacznie więcej tysięcy z jej posagu? 

A może, po prostu, któregoś dnia nie wytrzymał - jak Horn? Zdjął zarękawki, opuścił biuro i kantorek, za którym przepędził najpiękniejsze lata młodości za skromne 250 złotych miesięcznie, poczuł wiatr w żaglach, niczego nie zaplanował, brał tylko tę gotówkę, która tego wieczoru pchała mu się w ręce?




Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932


wtorek, 13 października 2015

Zbój i jego pies

Maniawa, pod Bohorodczanami, pod Stanisławowem, koniec świata. A na końcu świata zbój - taki oto, w czapce, z jakimś biednym węzełkiem pod pachą, zatrzymany i gotowy do drogi. Zaraz posterunkowy odprowadzi go do aresztu, potem do sądu, wreszcie do więzienia lub na szubienicę.



Dziewiętnastolatek zabił piętnastolatka, parobek - parobka. O co się pokłócili? O jakąś dziewczynę z Maniawy albo Kryczki? O pieniądze, które jeden przegrał do drugiego albo zwinął mu zza pazuchy? A może to jakaś rodzinna wendetta? Nic nie wiadomo, nie ma żadnych wzmianek o morderstwie Andrzeja na Dmytrze. Jest tylko to zdjęcie: zbój, jeszcze nierozbrojony, z jakąś strzelbą przewieszoną przez ramię, z którą chodził pewnie do lasu na kaczki, w tle nieco krzywy płot - i pies. Pies, który wytropił parobka Bitkowskiego, teraz zupełnie spokojny. Wyżeł, z jakim Bitkowski mógłby sam chodzić do lasu, żeby te dwie kaczki ustrzelić, który, jak wszystkie wyżły, ma z urodzenia zmartwiony wyraz i wygląda, jakby się martwił wszystkim naraz: Dmytrem, Andrzejem, morderstwem, płotem, biedą, Maniawą.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932