Karwowski (Stefan) przeszedł do historii jako bohater słynnego serialu "Czterdziestolatek", inżynier, specjalista od budowy dróg i mostów. Ale okazuje się, że przed wojną na warszawskich wyścigach bywał inny Karwowski (Bronisław), zupełnie prawdziwy, specjalista w zgoła innej dziedzinie.
Karwowski próbował chachmęcić jesienią 1931 roku. Ale "Wisienka" biegała jeszcze w roku 1934, o czym informują "Nowiny Codzienne:
Wisienka była, jak czytamy, "koniem z prowincji" - i rzeczywiście, należała do hrabiego Ignacego Mielżyńskiego, zamożnego ziemianina z Wielkopolski (znanego patrioty, powstańca wielkopolskiego, niestety endeka). Majątek Iwno, wniesiony Ignacemu w wianie przez kuzynkę, Sewerynę Mielżyńską, był drugą co do wielkości stadniną w Wielkopolsce - istnieje ona zresztą po dziś dzień, podobnie jak iwieński pałac:
Nieco mniej szczęścia miał gmach, w którym Ignacy przyszedł na świat, czyli pałac w Chobienicach, ozdobiony na frontonie napisem "Nie sobie, lecz następcom", bowiem obecni właściciele raczej się o budowlę nie troszczą...
A na koniec - tabela gonitw z 15 sierpnia 1934 roku, z nazwami koni, które, jak dzisiaj, budzą niekiedy rozbawienie, zwłaszcza w zestawieniu z nazwiskami właścicieli, jak choćby "Figlarz Kronenberga" czy "Charleston Dydyńskiego":
Za: "Tajny Detektyw" nr 20, rok II, 15 V 1932, "Nowiny Codzienne", rok III nr 226, 15 VIII 1934
Wprawdzie sezon gonitw na Służewcu już zamknięty, ale dziś, w ostatnim dniu 2015 roku, nad szampanem, cavą i prosecco, składam Państwu najlepsze życzenia pomyślności w Nowym Roku 2016 i przedstawiam tekst "Gdy koń idzie pod doppingiem", z którego można się dowiedzieć, czym się różni dopping od dopingu, jakie były smutne dzieje "Złotego Arnolda", króla bukmacherów warszawskich, oraz po co poi się konie szampanem! Do siego roku!
A zatem nie tylko szampan, ale również - w zależności od oczekiwanego efektu - kokaina lub opium! Ej, panie dziejaszku, za sanacji nawet konie żyły luksusowo!
Oszustwa bukmacherskie różnego rodzaju są pewnie równie stare, co w ogóle konne wyścigi. Dla porządku dodajmy kilka faktów: w Warszawie pierwszy odnotowany przez historię wyścig konny wydarzył się w roku 1777, a pierwszy profesjonalny tor stworzono w I poł. XIX wieku wzdłuż ul. Polnej (wyścigi zresztą zawieszono na czas powstania styczniowego). Obok powstało - już w roku 1910 - pierwsze warszawskie lotnisko, Lotnisko Mokotowskie. Jednak z czasem okazało się, że obie instytucje wprawdzie korzystają ze względnie centralnego położenia, jednak potrzebują większych terenów. Lotnisko przeniosło się na Okęcie (1930), a tor wyścigów - na Służewiec właśnie, gdzie wspominane również w "Tajnym Detektywie" Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Polsce wykupiło z dóbr wilanowskich 150 hektarów (1926). Jednak do roku 1938 wyścigi odbywały się jeszcze na Polu Mokotowskim - nowy tor, najnowocześniejszy na świecie, prawdziwą perłę modernistycznej architektury, otwarto w czerwcu 1939 roku, ostatnie gonitwy odbyły się 31 sierpnia... W czasie wojny tor nie ucierpiał zbytnio, bo stacjonowały tam oddziały SS. Wyścigi wznowiono już w roku 1946.
I na pożegnanie: niewidoczny na górnych skanach portret "Złotego Arnolda w pięknym układzie fotomontażowym:
Medea zabiła wprawdzie dwójkę dzieci, nie jedno, w dodatku były to dzieci nie tylko Jazona, ale i jej własne, tym niemniej historia Anny Krysiakowej ma rozmach tragiczny - choć dostosowany do prowincjonalnego Ozorkowa i kryzysowej biedy.
Nieco więcej szczegółów możemy poznać dzięki gazecie łódzkiej. "Express Wieczorny Ilustrowany", czyli popołudniówka pisma "Republika", należał razem z całym koncernem Republiki do potomka wielkiego rodu fabrykanckiego, Maurycego Poznańskiego (oficjalnie do jego żony, Sary), dwóch innych inwestorów (Leszka Kirkiena i Sergiusza Cynamona) oraz do dziennikarzy-założycieli: Czesława Nussbauma-Ołtaszewskiego i Władysława Polaka. Jak widać, znaczna część założycieli, podobnie jak pracowników, była łódzkimi Żydami - pracowali tam również bracia Kałuszyner: Ludwik Starski (filmowiec, scenarzysta i autor słynnych piosenek, ojciec nagrodzonego oskarem scenografa, Allana Starskiego) i Adam Ochocki, który pozostawił barwne wspomnienia o pracy w redakcji (do których powrócę przy okazji sprawy kupca Markusa i szulerstwa wagonowego). Wspominam o tym, ponieważ pochodzenie dziennikarzy i właścicieli miało istotne znaczenie dla historii pisma: redakcja praktycznie przestała istnieć we wrześniu 1939 roku. Część dziennikarzy zginęła w getcie, Starski przechował się w Warszawie, Ochocki trafił do radzieckich łagrów, ale po powrocie pracował w piśmie, które zastartowało 17 stycznia 1945 roku, a które po wielu przekształceniach własnościowych ukazuje się do dziś jako "Express Ilustrowany".
Jak widać, w "Expressie" po pierwsze zdążono Krysiakową ochrzcić "łódzką Gorgonową", a po drugie zrobiono przegląd ostatnich wyroków sądów doraźnych w Łodzi i dano do zrozumienia, że ci, co krew przelali, byli wieszani, a prezydent zastosował prawo łaski tylko w stosunku do Mędreckiego (jednego z winnych nieudanego napadu na kasę kolejową na dworcu Kaliskim). Podgrzewano zatem nadzieje publiki na egzekucję, bo publika nadzwyczaj się egzekucjami ekscytowała. Kiedy w lipcu 1932 roku w Rybniku powieszono skazanego wyrokiem sądu doraźnego Józefa G., mordercę siedmioletniej dziewczynki, ludność zaczęła od pomocników więziennych kupować na potęgę "przynoszące szczęście" kawałki wisielczego sznura; dość powiedzieć, że handlowano nimi tanio, złotówka za centymetr, a po wykryciu procederu okazało się, że sprytni więziennicy sprzedali około pięciuset metrów sznura... Jaki zapadł wyrok? O tym dzień później doniosło "Echo", popołudniówka innej gazety należącej do "Republiki", "Kuriera Łódzkiego":
A zatem tym razem sąd doraźny nie sprawił frajdy łodzianom - ani, oczywiście, przedsiębiorczym handlarzom wisielczych sznurów. Ale sądy doraźne działały w całej Polsce i orzekały krwawo.
Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 138 rok X 18 V 1932, "Echo", 19 V 1932
Myślałby kto, że #yolo, akronim nastoletniej dewizy "You only live once!" ('żyje się tylko raz') to jakaś nowość, że osiemdziesiąt lat temu ludzie żyli skromnie i skrzętnie, a nawet jeśli nie - posługiwali się starym, dobrym, nieco zaśniedziałym "Carpe diem". Niekoniecznie. Poznajcie tragiczne dzieje rodziny Krawczyków, krotoszyńskich królów życia.
Cóż dodać do smutnej opowieści o rozrzutnym producencie odbiorników radiowych? Niewiele chyba, bo od czasów bajki LaFontaine'a o mrówce i pasikoniku wiemy jak pasikoniki kończą, nawet jeśli mają żonę i dziecko.
Prócz może tego szczególiku, na który natrafiłem, próbując ustalić adres przedwojennej Fabryki Kawy Słodowej "Extra" w Krotoszynie, żeby sprawdzić, czy budynek ze zdjęcia jeszcze stoi. Budynku nie znalazłem, znalazłem za to sprzedawany kiedyś na Allegro świstek:
A zatem nie tylko pasikonik Krawczyk, ale i mrówka Staniszewski, zapobiegliwy właściciel fabryki i domu, miał finansowe kłopoty i musiał postawić firmę w stan likwidacji. Wielki kryzys bowiem potrafi zagłodzić nie tylko pasikonika, ale i mrówkę.
Lubię w "Tajnym Detektywie" takie historie: bez początku, bo niewiadome są przyczyny, dla których kasjer Wolf zdecydował się na ucieczkę z kasą, i bez końca, bo nie dotarłem do jego dalszych losów. Ot, kawałek ludzkiego życia, skandal w Przemyślu.
Prywatny przemyski bank żydowski, "Stowarzyszenie Bankowe dla Handlu i Przemysłu", założony w roku 1881, został zlikwidowany w rok po defraudacji. Sądzę jednak, że to przypadkowa zbieżność dat, bo przecież suma nie była tak znaczna, by doprowadzić do bankructwa firmę z półwieczną tradycją; jeśli coś się przyczyniło do jej upadku, to wielki kryzys. Mieściła się na ulicy Aleksandra Dworskiego 5, w sesesyjnym budynku, który przetrwał do naszych czasów:
Znacznie ciekawszy jest tu dla mnie kasjer. Feliks Wolf, sumienny, znakomicie zorganizowany, ubóstwiający swojego synka, znika jak kamfora - z sumą znacznie niższą, niż przechodzące co jakiś czas przez jego ręce. Jaki impuls nim powodował? Kłótnia z żoną z zamożniejszej, wpływowej rodziny? Czy - taka myśl - do 20 tysięcy z kasy dodał znacznie więcej tysięcy z jej posagu?
A może, po prostu, któregoś dnia nie wytrzymał - jak Horn? Zdjął zarękawki, opuścił biuro i kantorek, za którym przepędził najpiękniejsze lata młodości za skromne 250 złotych miesięcznie, poczuł wiatr w żaglach, niczego nie zaplanował, brał tylko tę gotówkę, która tego wieczoru pchała mu się w ręce?
Przeznaczenie nie wybiera. Można żyć spokojnie i pracowicie, rozwijać przedsiębiorstwo, wytrwale doskonalić nowe formuły rewelacyjnego środka na nagniotki oraz płynu do zmniejszania pocenia stóp i pach - a tu, proszę, wkracza Nemezis i jedną eksplozją kotła zmiata z powierzchni ziemi zapobiegliwego wynalazcę Jurkiewicza! Ale to nie koniec tej historii, a dopiero początek.
Nie wiem, co stało się dalej z panią Hajncel-Jurkiewiczową i jej siostrą, nie dysponuję wypowiedziami z ewentualnego procesu, mogę zatem tylko gdybać o motywach i losach bohaterek tej historii. "Unicum" mogło być wcześniej firmą dobrze prosperującą dzięki produkcji "Pluskwiolu", środka na nagniotki (pod nazwą "Jurkanun", patent z roku 1909) i soli do nóg, ale Wielki Kryzys robił swoje - może dlatego wdowa Jurkiewiczowa postanowiła podreperować budżet firmy i domu kolportażem podrabianych monet, wchodząc w spółkę z fałszerzem?
Natomiast coś mnie kusi, żeby zupełnie inaczej ocenić czyn pasierbic, panien Jurkiewiczówien, które opublikowały w prasie wspomniane w tekście ogłoszenie. Ich macocha nie wygląda mi wcale na najsympatyczniejszą macochę świata; może więc pasierbice postanowiły ni mniej, ni więcej, tylko rozpropagować możliwie jak najszerzej kompromitujące ją oskarżenie? Z jednej strony zachowywały twarz, bo "broniły przybranej matki jak lwice", z drugiej - stawiały krok na drodze do przejęcia firmy zbudowanej przez ojca. Ale to, oczywiście, tylko gdybania.
Klub jazzowy "Rawlins Paradise" na 135 Ulicy był tak sławny, że wiadomości o nim dotarły nawet na szpalty polskiej prasy, która sprzedała czytelnikom smakowite kawałki o skandalicznym zachowaniu czarnego olbrzyma, Barneya Googlesa. Problem w tym, że taki lokal, jak się zdaje, nie istniał. Podobnie jak wspomniany olbrzym.
Dziwnie dziś czytać to, co polskie gazety pisały o innych rasach kilkadziesiąt lat temu - tak dalece odbiega to od dzisiejszego naszego widzenia. I nie chodzi mi wcale o rasizm - tu przykłady są znacznie bardziej oczywiste, wystarczy poczytać prasę katoendecką, gdzie nikt nie owijał w bawełnę. Mam na myśli niespójność, rozpięcie pomiędzy myśleniem krytycznym, równościowym, a stereotypami. Tekst w "Tajnym Detektywie" jest znacznie ciekawszy od przedwojennego szamba rasistowskiego: z jednej strony gwałtownie potępia stosunek białych do czarnych, mówi o linczach, brutalności, nierównościach społecznych, z drugiej - leci konsekwentnie najbardziej oczywistymi rasowymi przesądami:
A teraz przyjrzyjmy się bliżej. Przy 135 Ulicy - a w rzeczywistości przy Siódmej Alei pod numerem 2294 i pół, nieopodal skrzyżowania ze 135 Ulicą - faktycznie istniał klub "Raj", założony w 22 października 1925 roku nie przez żadnego Rawlinsa, ale przez Edwina Smallsa i stąd nazywał się "Smalls' Paradise" (na neonie brakło apostrofu, dlatego zazwyczaj nazwę podaje się z błędnie apostrofem błędnie ustawionym przed ostatnią literą, a nie po niej):
Smalls był potomkiem kapitana Roberta Smallsa, człowieka o nadzwyczajnej wprost biografii, który zasługuje na osobną notkę. Sam był tylko windziarzem, ale z czasem zdobył doświadczenie w prowadzeniu lokali - w roku 1917 założył Sugar Cane Club, o nazwie wyraźnie nawiązującej do rasistowskich fantazmatów, bo chodzi w niej przecież o plantację trzciny cukrowej, gdzie pracowali niewolnicy (choć, co ciekawe, klientela była głównie czarna). W rok później powstaje najsłynniejszy klub Harlemu, Cotton Club, który celuje dokładnie w ten sam stereotyp: oto miejsce, w którym biały może się przyjrzeć szaleństwom potomków czarnych niewolników. W Cotton Clubie, założonym przez boksera wagi ciężkiej, Jacka Johnsona, a przejętym przez pochodzącego z Anglii gangstera Owneya Maddena, murzyńscy wykonawcy i artyści (w tym Duke Ellington, Billie Holiday, czy niedawno zmarła Lena Horne) tworzyli "dziką, afrykańską muzykę", zwaną jungle music, a rewie pokazywały przesycone rasistowskimi symbolami sceny z plantacji i "Czarnego Lądu".
U Smallsa było nieco inaczej. Przede wszystkim, Smalls' Paradise był największym, najsłynniejszym i jedynym pośród znaczących klubów Harlemu lokalem prowadzonym przez czarnego; o ile Cotton Club czy inne podobne miejsca działały trochę na zasadach opisanych w "Tajnym" (biała klientela przyjeżdża jak do zoo oglądać "dzikich z murzyńskiej dzielnicy", natomiast czarni, poza wykonawcami i garstką celebrytów, nie mieli prawa wstępu), o tyle Smalls miał zupełnie inne podejście i w jego "Raju" klientela była wielorasowa; miłośnicy jazzu i transgresji z bogatych, białych dzielnic mieszali się z harlemczykami. Co zamożniejszymi harlemczykami, dodajmy - dość powiedzieć, że średni rachunek na głowę wynosił cztery dolary, a zwykły robotnik zarabiał wówczas sześć do dwunastu dolarów tygodniowo. Wnętrza mieściły do półtora tysiąca gości i musiały przynosić krociowe zyski.
Do atrakcji należała nie tylko muzyka - przez pierwszą dekadę Charlie Johnson's Paradise Orchestra - i rewie (sam parkiet był ponoć niewielki), ale i tańczący, a nawet jeżdżący na rolkach kelnerzy. Jednym z nich był - w roku 1943 - niejaki Malcolm Little, wówczas osiemnastolatek, który po latach zyskał sławę jako Malcolm X, radykalny trybun ludowy, ważna figura w amerykańskim ruchu równouprawnienia czarnych obywateli. Panowała prohibicja, ale goście mogli po kryjomu pić z własnych butelek lub zamawiać alkohol "spod lady" u kelnerów, oczywiście po wyśrubowanych cenach. Pozostałe kluby zamykały się około trzeciej-czwartej w nocy i wtedy klientela spływała do Smalls' Paradise, gdzie rano organizowano słynne "taneczne śniadania".
Klub Smallsa był ponoć inspiracją dla "Czarnej Wenus", fikcyjnego lokalu z kontrowersyjnej powieści "Nigger Heaven" (1926) Carla van Vechtena, pisarza i fotografa, który był jedną z istotniejszych (choć białych) postaci międzywojennego "renesansu harlemskiego"; trudno powiedzieć, czy to prawda, ale faktem jest, że tak odebrali książkę właściciel, pracownicy i bywalcy Smalls' Paradise, w wyniku czego van Vechtena więcej tam nie wpuszczano. Przeniósł się do Cotton Clubu, który z kolei zaczął bojkotować w roku 1936 za rasistowski program - być może próbował w ten sposób odzyskać prawo wstępu do "Raju"? Nie wiem i nie wiem też, czy mu się to udało.
Ale wróćmy do relacji "Tajnego". Skąd w tej opowieści w miejsce Edwina Smallsa pojawił się Jim Rawlins? Nie mam pojęcia. Teoretycznie można przyjąć, że odkupił klub, wiadomo bowiem, że "Smalls' Paradise" został sprzedany przez swojego założyciela. Zanim upadł po sześćdziesięciu jeden latach istnienia (był najdłużej działającym lokalem w historii Harlemu), przeszedł przez ręce kilku jeszcze przedsiębiorców. Jednak pierwsza sprzedaż miała miejsce w roku 1954, o czym powiadamiał nowy magazyn dla Afroamerykanów, "Jet". A Percy Harris w 1954 to z pewnością nie Jim Rawlins w 1934.
Jeszcze ciekawszy wydaje się Barney Googles, ów olbrzym z Georgii, masywny kryminalista, który dobierał się do białych pań. Otóż Barney Google, owszem, istniał, a nawet istnieje, bo postaci fikcyjne nie umierają - to jeden z bohaterów popularnego komiksu gazetowego Barney Google and Snuffy Smith, publikowanego najpierw w "Chicago Herald", potem w "Examinerze", a w końcu w dziewięciuset gazetach na całym świecie. Był niewielkim facecikiem z wytrzeszczem oczu, wąsikiem, trzykrotnie mniejszym od swojej monumentalnej żony. Był także, o czym warto wspomnieć, kompletnie biały. Istniał, owszem, w Harlemie klub "Barney Google's" i może stąd redaktorzy wzięli ten pseudonim? Trudno orzec. Dość, że cała opowiastka jest sklecona ze zmyśleń, a podpisany pod tekstem John Green wszystko to pewnie spisał przy kawiarnianym stoliku w Krakowie.
Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), "Jet", 25 lutego 1954, Wikipedia, Encyclopedia of the Harlem Renaissance, keepingupwiththejones-markjones.blogspot.com
Dziś, kiedy Gustave Eiffel znany jest głównie jako autor dość brzydkiej konstrukcji w centrum Paryża, trudno uwierzyć, że sto lat temu z okładem jego nazwisko było sławne z całkiem innych powodów. I że francuski sąd skazał go na grzywnę i więzienie.
Po pierwsze: Eiffel to właściwie Boenickhausen - jego rodzina na początku XVIII wieku przybyła do Paryża z miasteczka Marmagen i przyjęła nazwisko od tamtejszych gór Eifel. Mały Alexander Gustave urodził się w roku 1832 i w merostwie został zarejestrowany jako obywatel Boenickhausen; wprawdzie przez całe życie używał już nowego nazwiska (i drugiego imienia), ale urzędowo zmienił je dopiero w roku 1880.
Po drugie: Gustawek nie przepadał za szkołą, ale jego edukacją zajęli się dwa chemicy: rodzony wuj, pan Mollerat (który opatentował produkcję octu spirytusowego i miał dużą fabrykę pod Dijon; jego siostra, pani Eiffelowa, zajmowała się produkcją i dystrybucją węgla drzewnego) oraz przyjaciel rzeczonego wuja, pan Perret. To oni wpoili młodemu Eiffelowi zamiłowanie do nauk ścisłych, Poszedł do szkoły inżynieryjnej, Ecole Centrale des Arts et Manufactures, gdzie specjalizował się, oczywiście, w chemii - planował bowiem pracę w rodzinnych firmach. Ale rodzina miała inne zdanie w tej sprawie. Więc, właściwie nieco przypadkiem, został konstruktorem i architektem.
Po trzecie: Eiffel pamiętany jest dziś za sprawą wieży, wystawionej na Wystawę Światową w roku 1889 - zabawki bez większego znaczenia użytkowego, do której zresztą wcale nie był przekonany. Tymczasem był on niesłychanie płodnym twórcą architektury użytkowej: autorem kilkunastu mostów i wiaduktów (we Francji, Hiszpanii, Portugalii, Rumunii, Egipcie, Peru, Chile, Wenezueli, Puerto Rico, Wietnamie i licznych miejscowościach Austro-Węgier) oraz wielu dworców, kościołów, teatrów, gazowni rozsianych po kilku kontynentach, w tym stacji Nyugati w Budapeszcie, szkoły Lycee Carnot, poczty w Sajgonie, synagogi w Paryżu, katedry w Peru, latarni morskiej na estońskiej wysepce Ruhnu, obserwatorium astronomicznego w Nicei i, last but not least, konstrukcji Statuy Wolności:
Po czwarte wreszcie: kontrakt na budowę wieży podpisano w styczniu 1887, prace ukończono w marcu 1889. W tym samym czasie, w roku 1887, Gustave Eiffel rozpoczął współpracę ze słynnym twórcą Kanału Sueskiego, Ferdynandem de Lessepsem, który zamierzał zbudować drugi, równie istotny kanał: Panamski. Z powodu ukształtowania terenu zdecydowano, że nie będzie on przekopywany na poziomie morza, a statki będą go pokonywały dzięki systemowi ogromnych śluz, które zaprojektować miał właśnie Eiffel. I o tym będzie ta piosenka.
Eiffel był jedynie najętym konstruktorem i niewiele chyba zawinił (prócz tego, że swoim nazwiskiem w jakimś sensie żyrował finansową piramidę); skazano go jednak na wysoką grzywnę (20 tys. franków) i dwa lata więzienia. Apelacja przyniosła mu wolność i Eiffel do "wieży" ostatecznie nie trafił. Podobnie jak Lesseps, starzec ponad osiemdziesięcioletni, pod pozorem, że "od przestępstwa minęły już ponad trzy lata".
Budowa w latach 1881-89 kosztowała życie dwudziestu dwóch tysięcy ludzi, w dziewięciu dziesiątych czarnych robotników z Karaibów. Przepadły oszczędności około ośmiuset tysięcy Francuzów, w tym piętnastu tysięcy samotnych kobiet, na ogólną sumę miliarda ośmiuset tysięcy franków w złocie. Dziewięć emisji akcji przyniosło miliard dwieście tysięcy franków, a na kanał spożytkowano dziewięćset sześćdziesiąt tysięcy; reszta poszła na łapówki dla polityków. O korupcję oskarżono pięciuset dziesięciu parlametarzystów - udowodniono stu czterem spośród tej liczby, a także wielu urzędnikom najwyższego stopnia, w tym ministrom rządu. Doradca finansowy spółki, baron Reinach, popełnił samobójstwo - zajmował się dystrybowaniem łapówek wespół z Corneliusem Herzem, finansistą, politykiem i przedsiębiorcą. Obaj byli niemieckimi Żydami - obok nieco późniejszej afery Dreyfusa (który z kolei był kompletnie niewinny) afera panamska, przedstawiana jako spisek żydowskich spekulantów, stała się jednym z kamieni węgielnych XIX-wiecznego francuskiego antysemityzmu.
Sam Eiffel stracił wiele - zwłaszcza renomę. Usunął nawet nazwisko z nazwy własnej firmy (produkującej wielkie metalowe konstrukcje). Jako że przez lata tworzył dzieła, które miały być odporne na wiatr (jak rusztowanie Statuy Wolności), zainteresował się meteorologią i aerodynamiką i w roku 1909 stworzył pierwszy tunel aerodynamiczny w Paryżu, który potem służył pionierom awiacji, z braćmi Wright na czele. Zmarł w roku 1923, niecałe dwa tygodnie po swoich dziewięćdziesiątych urodzinach, słuchając Andante z V Symfonii Beethovena.
Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), Wikipedia
Słynny obywatel Kane z filmu Wellesa był wzorowany na dwóch postaciach: magnacie prasowym Williamie Randolphie Hearście oraz multimilionerze Samuelu Insullu. Pierwszy przetrwał Wielki Kryzys, choć musiał wyprzedać znaczną część swojej kolekcji sztuki; drugi, który jeszcze parę lat wcześniej widniał na okładce Time'a, "stracił tak wiele, że mógł sobie pozwolić na bycie bankrutem" i był ścigany przez amerykańskie władze na drugim końcu świata.
Samuel Insull, urodzony w Londynie w roku 1859, w wieku 22 lat zapuścił bokobrody, które miały mu dodać powagi, po czym wyjechał do Stanów by zostać sekretarzem swojego idola: Thomasa Alvy Edisona. Zyskawszy jego zaufanie, został jednym ze współtwórców Edison General Electric i został wiceszefem tej firmy, po czym przeniósł się do Chicago Edison Company, jednej z elektrowni zaopatrujących w prąd Chicago. Dzięki wprowadzeniu tańszych opłat za prąd w godzinach niższego poboru mocy, firma gwałtownie się rozwinęła - a Insull wprowadził kolejne innowacje, m.in. doprowadzanie prądu i sprzedaż urządzeń poniżej kosztów firmy (bo zwróci się to w eksploatacji). Równolegle inwestował w koleje, fabryki neonów i szyldów elektrycznych, wydobycie gazu i w radio. Radykalna ekspansja wymagała radykalnego finansowania, Insull zatem wypuścił tanie akcje i obligacje, które przyniosły duże pieniądze - ale dramatycznie straciły na wartości w momencie krachu na giełdzie. Bogacza, którego długi o 16 mln dolarów przewyższały jego stan posiadania, oskarżono o celowe narażenie akcjonariuszy na straty.
Insulla faktycznie sprowadzono do Nowego Jorku i wytoczono mu trzy kolejne procesy: o wyłudzenie drogą pocztową, o złamanie przepisów związanych z bankructwem oraz o przekroczenie regulacji anty-trustowych. Wszystkie sprawy wygrał i ostatecznie został uniewinniony.
Nie na wiele jednak mu się to zdało: kryzys pochłonął ogromny majątek i dawny milioner, skompromitowany, wyprowadził się do Francji ze swoją żoną, dawną śpiewaczką rewiową. Kiedyś zarabiał rocznie po kilkanaście milionów, teraz musiał się zadowolić dywidendami z dawnych firm, wynoszącymi 21 tys. dolarów (wciąż była to fortuna, ale, zważywszy przyzwyczajenia państwa Insull, takie pieniądze wydawały im się chyba jałmużną). 16 lipca 1938 byli w Paryżu, gdzie przyjechali z okazji święta wyzwolenia Bastylii. Samuel Insull chorował na serce, żona poprosiła więc, żeby nie upierał się przy jeżdżeniu metrem - ale uważał, że teraz jest już "biednym człowiekiem" i nie może korzystać z taksówek czy dorożek. Wybrał się na miasto samotnie i zmarł na atak serca zszedłszy po schodach, prowadzących na stację Plac Zgody, przed samą bramką biletową. Ciało zidentyfikowano dzięki rachunkowi z pralni. W momencie śmierci w kieszeniach miał 30 franków, a cały jego majątek wynosił około 1000 dolarów minus 14 mln dolarów długu.
Gdyby żył dziś, po kryzysie 2008 roku dostałby tylko podwyżkę od rady nadzorczej swojej firmy.
Kat kojarzy się na ogół z ponurą postacią w czerwonym kapturze, z toporem w ręku i z nogą opartą na pokrwawionym pniu. Tymczasem w międzywojniu był to na ogół pan w średnim wieku, ubrany w surdut lub garnitur: ot, urzędnik w Ministerstwie Sprawiedliwości. I, jak wielu urzędników, co jakiś czas narzekał na zarobki.
O słynnym Elliotcie z Sing Sing pisałem przed dwoma laty - była to bowiem postać nietuzinkowa: człowiek, który całe życie marzył o posadzie kata i w końcu ją otrzymał (można się zatem nieco dziwić, że narzekał na niskie zarobki). Tak czy owak, w ciągu 13 lat pracy przeprowadził egzekucje 387 skazańców, średnio trzydzieści rocznie, więc 1932 i 1933 były to faktycznie lata chude. Jednak należy pamiętać, że mówimy o USA w czasach Wielkiego Kryzysu, gdzie setki tysięcy ludzi żyły w straszliwej nędzy i mogły tylko pomarzyć o pracy. 2,5 tysiąca dolarów to wówczas roczny zarobek dentysty, burmistrza miasteczka, komendanta policji, czyli całkiem przyzwoite życie - średnia krajowa wynosiła niemal dwa razy mniej. A nie można powiedzieć, żeby Elliott się przepracowywał w swoim zawodzie.
A jak to było w Polsce, skoro dziennikarz "Tajnego" powołuje się na przykład rodzimy? Ha, podobnie, to jest: roszczeniowo. Braun katem był raptem od dwóch lat i niewiele wiadomo o jego zarobkach, ale poprzednikiem Brauna był upamiętniony w "Balu na Gnojnej" kat Stefan Maciejowski (czasem Maciejewski, a właśc. Alfred Kalt lub Kaltbaum), który dostawał 100 zł od egzekucji i przez pięć lat działalności przeprowadzał ich średnio dwadzieścia rocznie. Niestety, szybko popadł w alkoholizm, co poważnie drenowało jego finanse, zaczął więc dopominać się podwyżki i przy każdej okazji usiłował wyrwać z Ministerstwa jakieś pieniądze - choćby za poturbowanie przez skazańca, którego wieszał w Krakowie. Jak to pisze Mateusz Rodak w artykule "Zawód, którego już nie ma":
Innym problemem, którym często publicznie miał zwyczaj się dzielić, były, jego zdaniem, zbyt niskie zarobki. Prosząc w Ministerstwie o podwyżkę uruchamiał zazwyczaj lawinę spekulacji na temat swojego rychłego odejścia ze stanowiska. Wielu bowiem było chętnych na jego miejsce. O podwyżkę miał walczyć Maciejewski wszelkimi sposobami. W październiku 1927 r. w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości zjawiła się zalana łzami jego żona. Szlochając skarżyła się, że mąż za mało zarabia, co doprowadzić go miało na skraj wytrzymałości psychicznej i podjęcia, nieudanej na szczęście, próby samobójczej przez powieszenie! Wróciwszy rano do domu - mieszkali wówczas na ul. Waliców (później przenieśli się na Olszową) - zastać miała męża zakładającego sobie stryczek na szyję. W tej sytuacji p. Maciejewska, ze łzami w oczach, poprosiła o podwyżkę, której mąż jednak nie dostał. W Ministerstwie uznano, że zachowanie żony kata było mistyfikacją.
Maciejowski został ostatecznie zwolniony z posady i cztery lata później przypomniał o sobie publice, kiedy to usiłował powiesić się w warszawskim Parku Sieleckim. Próbę samobójczą zauważyli spacerujący w okolicy przechodnie, którzy kata z gałęzi odcięli, a przy okazji spostrzegli z niejakim zaskoczeniem, że pętla była niewłaściwie zadzierzgnięta. "Następnym razem zrobię to na sobie lepiej" - powiedział zawstydzony, zapewne, Maciejowski. Po czym zniknął z kart historii. Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934
U Dostojewskiego nazwiska bohaterów są często mówiące. Raskolnikow pochodzi od razkołu, czyli rozłamu, schizmy; Stawrogin - od greckiego "stauros", krzyż; Karamazow - z tureckiego "kara", czyli "czarny" i "maz", od zmazy, śladu, piętna; Smierdiakow - wiadomo, podobnie jak Myszkin (zwłaszcza w zestawieniu z imieniem Lew). Ale dzieje się tak czasem nie tylko w literaturze - poznajcie bohaterów, o których losach zdało się decydować nazwisko.
Niestety, dziennikarz nie zapomniał o seksistowskim stereotypie ("kobieta jako sprężyna zbrodni"), natomiast zapomniał podać panieńskiego nazwiska Rozalii - a wielka szkoda, bo może uzyskalibyśmy kolejny składnik tej niezwykłej układanki. A tak tylko mamy Szczurzyka, który podle zamordował - chciało by się rzec "zagryzł" - Pieniężnego, znakomicie prosperującego jako lichwiarz dzięki pieniądzom ze sprzedaży sklepu (pamiętacie, drodzy czytelnicy, kto tak strasznie, niezbornie mordował osobę trudniącą się lichwą i w jakiej było to książce?). Swoją drogą, sklep był w Lutogniewie, a to też niezła nazwa (pochodząca od słowiańskiego imienia założyciela - "luty" to "srogi", a gniew rozumie się sam przez się...); szkoda, że zbrodnię popełniono nie tam, ale na szosie pomiędzy Kobiernem (etymologicznie pochodzącym zapewne od nieciekawych łopianów), Nowym Folwarkiem, Brzozą a Bożacinem. Ech, już nawet złowróżbny Czarny Sad byłby lepszy niż to miejsce bez nazwy, w szczerym polu.
Co było dalej z nieszczęsnymi bohaterami? Informuje o tym - a także o szczegółach zbrodni, które wyszły na jaw w śledztwie - "Słowo Pomorskie" ze stycznia 1935 roku:
Szczuraszka zapewne powieszono prędko - egzekucje przeprowadzano wówczas tuż po zakończeniu drogi sądowej. W okresie międzywojennym było sporo amnestii (aż dziesięć), ale żadna nie wypadła na początku 1935 roku, nie sądzę też, żeby obejmowała skazanego na śmierć mordercę; skoro więc nie ocaliła go o apelacja, to zapewne i prezydent nie skorzystał z prawa łaski, bo z opisu zbrodni nie wynikają żadne okoliczności łagodzące, nic też nie wskazuje, żeby Szczuraszek był legionistą czy bohaterem wojny 1920 roku, a to były najmocniejsze przesłanki do skorzystania z prawa łaski.
Nie wiem też, co stało się z Rozalią - mam przed oczami dekret o amnestii z 1939 roku i jeśli chodzi o poważne zbrodnie, to uwalniano odsiadujących wyrok poniżej roku, skazanym na rok do pięciu darowano połowę kary, na pięć do dziesięciu - jedną trzecią. Dożywocia nie skracano. Siedziała zatem pewnie przynajmniej do wybuchu wojny, a może i dłużej; internet milczy na jej temat, choć niewykluczone, że w więzieniu wróciła do panieńskiego nazwiska. Którego to, jak wiemy, korespondent "Tajnego Detektywa" nie podał.
PS: Obok nie tak może ciekawa onomastycznie, ale poruszająca opowieść o Reginie Greiffowej - dla porządku dodam, że nieszczęsna matka została przez sąd potraktowana z wyrozumiałością, o czym doniosła "Gazeta Lwowska":
Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, "Słowo Pomorskie" 10 I 1935, "Gazeta Lwowska" z 26 I 1935.
Wedle oficjalnej wersji Maria Rasputina-Sołowiewa zaczęła tańczyć na scenie dopiero po śmierci męża, zmuszona do tego skrajną biedą. Jak się okazuje, "Tajny Detektyw" rzuca nieco inne światło na jej biografię. Jak córka mnicha została poskramiaczką lwów?
Wynikałoby z tego, że Maria już w roku 1920 występowała jako tancerka na deskach Teatru Moniuszki w Stanisławowie, co więcej - że była związana (być może również uczuciowo) z dawnym sekretarzem swojego ojca, Aronem Simanowiczem - z zawodu jubilerem, w późniejszych latach autorem szeroko tłumaczonej książki "Rasputin i Żyd, wspomnienia sekretarza Grigorija Rasputina". Jak się okazuje, Simanowicz był nie tylko impresariem, ale i tancerzem, wykonującym kozaczoka na scenie kabaretowej - możemy przyjąć, że był to jeden z naprawdę niewielu w historii Żydów zarabiających na życie tańcami kozackimi...
Romans z Simanowiczem i francuskim oficerem (jest, pamiętajmy, rok 1920, na Polskę idzie bolszewicka nawała, francuscy wojskowi przebywają u nas w większej niż zazwyczaj obfitości), były chyba niedługie. Dla Marii, dobrze wiedzącej, na co stać bolszewików, priorytetem była pewnie ucieczka na zachód. Jej nielojalność wobec niechcianego i niekochanego męża nie powinna zresztą dziwić; Borys Sołowiew był ponoć rzadkiej wody łajdakiem. Korzystając z okazji, w trakcie rewolucji założył tajne Bractwo św. Jana z Tobolska, które miało się zająć zorganizowaniem ucieczki Mikołaja II i jego bliskich z zesłania. Sołowiew przejął klejnoty rodziny carskiej, po czym kosztowności te zdefraudował; pod tym samym pretekstem wyciągał duże sumy pieniędzy od rosyjskich arystokratów, posługując się między innymi młodą dziewczyną, przebraną za - zapewne nieżyjącą już wówczas - carewnę. Takie przynajmniej zachowały się opinie, ale należy też brać poprawkę na to, że w skłóconym światku emigrantów oskarżano się chętnie, a o im poważniejsze występki szło - tym swobodniej.
Tak czy owak, kiedy zmarł w roku 1926 na gruźlicę, kariera sceniczna Marii chyba już trwała i była jej głównym źródłem utrzymania - wprawdzie wydała trzy tomy memuarów, a potem nawet "Książkę kucharską Rasputina", ale przędła cienko. Szansa na wzbogacenie pojawiła się kiedy swoje pamiętniki opublikował książę Feliks Jusupow - Maria wytoczyła mu proces, żądając 800 tysięcy dolarów odszkodowania, ale francuski sąd sprawę oddalił, nie mogąc wyrokować w kwestii mordu politycznego popełnionego poza granicami kraju (sam Jusupow, co ciekawe, otrzymał z kolei 25 tysięcy funtów odszkodowania od Metro Goldwyn-Mayer za film "Rasputin i cesarzowa" - nie dlatego, że przedstawiono go jako mordercę, to było bowiem zgodne z prawdą, ale za to, że jego filmowa żona miała być rzekomo kochanką Rasputina; to po tym procesie w filmach pojawiła się klauzula: "Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci lub zdarzeń jest przypadkowe"). Rasputina musiała tańczyć - i robiłaby to pewnie jeszcze przez wiele lat, gdyby po jednym z występów nie podszedł do niej cyrkowy impresario, który zaproponował jej rolę poskramiaczki dzikich zwierząt w cyrku. I to nie byle jakim.
Ringling Bros, Barnum and Bailey Circus to przedsiębiorstwo o długiej tradycji, cyrkowe konsorcjum. P. T. Barnum, być może najsłynniejszy amerykański spec od rozrywki, zaczął swoją karierę w Nowym Jorku, do którego przyjechał się w roku 1834. Zaczął karierę od pokazywania Joice Heth, niemal całkowicie sparaliżowanej czarnej staruszki, która udawała 161-letnią niańkę Jerzego Waszyngtona (opowiadała gapiom o pierwszych chwilach Ojca Narodu i odśpiewywała hymn); już wkrótce został dyrektorem Wielkiego Teatru Naukowo-Muzycznego Barnuma, która to szumna nazwa skrywała prostackie pokazy osobliwości i podróbek: kobiet z brodą, karłów, zroślaków, rzekomej zmumifikowanej syreny (zmontowanej z ogona ryby i małpiej główki), i tak dalej. Do tego wkrótce dołączył Muzeum Amerykańskie Barnuma (założone jako Muzeum Amerykańskie Scuddera w 1810 roku) - kolekcję osobliwości, takich jak wypchane ptaki i zwierzęta, dwugłowe cielę, gilotyna wraz z bezgłową woskową figurą, obiekty entograficzne, pamiątki narodowe, w tym "pierwsza flaga amerykańska, która powiewała nad Nowym Jorkiem po ogłoszeniu niepodległości", itp. Do zbiorów Scuddera Barnum dodał cyrk pcheł, uczoną fokę, psa tkającego na krosnach, kufer wykonany z drzewa, pod którym siadywali apostołowie, dioramy, widoki miast świata, loty balonowe, kapelusz generała Granta, a nawet konkursy piękności dla najmłodszych. W roku 1871, już jako doświadczony patriarcha rozrywkowy, założył wraz z Williamem Coupem objazdowy cyrk pod nazwą Wielkie Podróżne Muzeum, Menażeria i Hipodrom Rzymski P. T. Barnuma, Najwspanialszy Show Świata, a dziesięć lat później połączył przedsięwzięcie z cyrkiem Baileya, założonym przez Hachaliaha Baileya, człowieka, który sprowadził do Stanów pierwszego cyrkowego słonia. Równolegle wzrastał w siłę cyrk pięciu braci Ringling, którzy po śmierci Barnuma i Baileya wykupili ich przedsiębiorstwo, działające pod różnymi nazwami po dziś dzień - w swoim czasie cyrk cieszył się taką estymą, że prezydent Roosevelt osobiście wydał mu pozwolenie na korzystanie z torów kolejowych w czasie wojny, kiedy transport, poza wojskowym, ograniczano do minimum.
Córka Rasputina - która skorzystała z oferty i w roku 1937 otrzymała amerykańskie obywatelstwo - idealnie wpisywała się w schemat działania firmy: miała przykuwające nazwisko i niezwykłą historię. Nie tę prawdziwą; o nią akurat nikt nie dbał. Tę zmyśloną: córka Rasputina bowiem potrafiła, podobnie jak ojciec, hipnotyzować zwierzęta. Wystarczyło jedno mesmeryzujące spojrzenie jej oczu, by lew łagodniał jak baranek.
Maria (z kijkiem) z kolegami z pracy
Nie do końca, niestety. Zjechała z cyrkiem kawał Ameryki i Europy, ale uległa poważnemu wypadkowi w Peru (nie, nie w tym Peru; w Peru w stanie Indiana), gdzie potwornie pokiereszował ją nieumiejętnie, jak się zdaje, poskromiony niedźwiedź:
Spędziwszy pewien czas w szpitalu, córka Rasputina dojechała jeszcze z cyrkiem na Florydę, gdzie wzięła ślub z Gregorym Bernadskym i zatrudniła się w stoczni jako nitowaczka, czyli amerykański odpowiednik stalinowskiej "traktorzystki" (Rózia Nitowaczka wspierała przemysł kiedy "chłopcy poszli na wojnę", co opiewa poniższy filmik i propagandowa piosenka)
Na emeryturę przeszła w roku 1955, spędzała czas ucząc rosyjskiego. Miała dwa pieski, które w akcie zemsty na mordercy ojca nazwała Jusu i Pow. Zmarła w roku 1977 - w rok później Boney M sięgnęło szczytów list przebojów z piosenką, która godziła historię ojca Marii z jej cyrkowym życiem.
Co z Simanowiczem? Czy odzyskał miliony? Czy policja odnalazła kelnera Waltucha? Pojęcia nie mam. Zresztą, nie mam przecież pewności, czy opowieść o występach w Stanisławowie jest prawdziwa - w końcu została podpisana "Oboleński", nazwiskiem rosyjskiej rodziny książęcej, co samo w sobie może być żartem. A jeśli nawet jakiś Simanowicz i jakaś Rasputina występowali w Stanisławowie w roku 1920, to czy mamy gwarancję, że to ten Simanowicz i ta Rasputina, a nie jacyś samozwańcy? I czy w ogóle mieliby gdzie występować? Teatr Moniuszki bardzo ponoć ucierpiał w trakcie I wojny światowej i trzeba go było odbudować - modernistyczny gmach widoczny na zdjęciu otwarto w 1929 roku, raptem 5 lat przed ukazaniem się tego numeru "Tajnego Detektywa". Czy była jakaś zapasowa scena? A może Teatr ucierpiał dopiero w czasie wojny polsko-bolszewickiej? Same pytania.
Dodać tylko mogę, że budynek stoi w Iwano-Frankiwsku do dzisiaj, acz pozbawiony napisu i efektownej liry na fasadzie (drugą lirę wkomponowano za to w drzwi wejściowe) oraz pomalowany na kolor żółtka; dziś mieści Okręgową Filharmonię.
Zaś sztukę"Towariszcz" Jacquesa Devala, którą wystawiano tam w 1934 roku, trzy lata później przerobiono w Hollywood na film z Claudette Colbert i Charlesem Boyerem, a w 1963 na broadwayowski musicall z Vivien Leigh i Jean-Pierrem Aumontem; para głównych bohaterów, książę Uratiew i jego żona, wielka księżna Tatiana Pietrowna, przyjeżdżają do Paryża z ogromnym skarbem: klejnotami powierzonymi im przez Romanowów. Nie chcąc uszczknąć niczego z poleconych ich opiece kosztowności, zatrudniają się jako służący i z czasem radzą sobie w nowych rolach całkiem dobrze, ale zostają zdemaskowani - ku największemu zdumieniu swoich chlebodawców - przez radzieckiego komisarza Gorodczenkę, który rozpoznaje w nich rosyjskich książąt. Dowcip polega na tym, że - w przeciwieństwie do męża Marii Rasputiny, Borisa Sołowiewa - bohaterowie fikcyjni powierzonych im klejnotów nie zdefraudowali.
Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934 i strona allrus.me