Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 listopada 2018

Hardy zyskuje historię

Ta fotografia, jak wiele innych, była zupełnie anonimowa. Ot, mężczyzna, którego nazwałem "hardy". Sfotografowany w roku 1928 w Warszawie, w Urzędzie Śledczym na tyłach ratusza, o którym niedawno pisałem. Pod trzydziestkę, z wyglądu raczej niezamożny. To wszystko, co o nim wiedziałem.



Na szczęście dostałem od czytelnika link do zbiorów przedwojennej warszawskiej Policji Państwowej, które udostępnia Archiwum Akt Nowych. I oto otworzył się przede mną bezmiar rozmaitych danych i wiadomości, również o tym człowieku.




Stanisław Ciborowski zbiegł z aresztu pod koniec roku 1928, zdjęcie do albumu wklejono zapewne 3 XII - z adnotacją, że zbiegł z Aresztu Rozpoznawczego Policji Polskiej w Warszawie. Jak się tam znalazł? Nie wiadomo. "Gazeta Śledcza" wszelako ujawnia, że był piegowaty, szarooki i mierzył ledwie 158 centymetrów, a w innym miejscu - że był z gminy Chlebiotki pod Łomżą, a w Warszawie mieszkał przy Twardej 34 (czyli chyba gdzieś, gdzie dziś mieści się parking okolony przez Twardą, Sienną i Złotą).




Dzięki imieniu i nazwisku znalazłem notkę w "Kurierze Bydgoskim" z lipca 1939 roku, a zatem o dekadę późniejszą, która wszystko wreszcie wyjaśnia i dopisuje dramatyczne zakończenie.



Oto historia Stanisława: napad rabunkowy, aresztowanie, ucieczka, pochwycenie, wyrok dziesięciu lat odsiedziany w Białymstoku, wyprowadzka do brata do Choroszczy, romans z bratową, pakt, narodziny dziecka, krwawe chrzciny. 

Za: album policyjny, "Kurier Bydgoski" z 21 lipca 1939.

wtorek, 4 września 2018

Matkobójca z Rudy Śląskiej

W albumie policyjnym figurują na fotografii, przedstawiającej dwa zdjątka, przypięte do wysłużonej tablicy. Wydaje się, że każde z nich to wycinek z większej, pewnie rodzinnego zdjęcia - pierwsze zrobione zostało w ogrodzie, na tle krzewu o drobnych listkach. Drugie - w atelier; pionowe smugi po lewej stronie mogą być sutymi fałdami malowanej kotary.



Obaj są bardzo młodzi, ale wydają się zupełnie inni. Prokop, w marynarce wciśniętej na sweter z golfem, wygląda na naiwnego dzieciaka: lekko uchylone wargi, niepewne spojrzenie. Co innego Korzonek: ze ściągniętymi brwiami, wysuniętą szczęką, zaczesanymi do tyłu blond włosami, jest wyraźnie pewny siebie. Odświętnie ubrany, ma w sobie siłę, jaką daje taka pewność.  Połączyła ich jedna zbrodnia.

12. września 1928 roku "Górnoślązak" donosił o przebiegu i przyczynach matkobójstwa sprzed paru dni (8. września). Anna Prokop nie chciała dać synowi pieniędzy na podróż na saksy:


Nie ukrywał się długo. Już 29. września, a zatem trzy tygodnie po zabójstwie, prasa bydgoska poinformowała swoich czytelników:


Prokopa policja dopadła zatem w Wielkopolsce. Do tego zgarnęła Ernesta Korzonka, który miał namówić przyjaciela do zbrodni. Wiadomo, że osądzono go ponad rok od popełnienia zbrodni, 14 września 1929 roku.



Sąd wziął pod uwagę okoliczności łagodzące: epilepsję, ale i tak wymierzył wysoką na dzisiejsze standardy karę 15 lat więzienia (wówczas za morderstwo groziła kara śmierci). Czy skazano również Korzonka - nie wiem.

Za: Album policyjny, "Górnoślązak" 1928/211, "Dziennik Bydgoski" 1928/225, "Express Wieczorny Ilustrowany" 256/1929

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Witalis o krwawych rękach

W Polsce międzywojennej zamieszkało wielu "białych Rosjan", którzy nie mogli się odnaleźć w Rosji bolszewickiej, albo którym powrót do kraju groziłby śmiercią. Należała do nich rodzina Morozowów, bohaterowie tajemniczej tragedii na ul. Kawęczyńskiej w Warszawie.


W tej całej historii, nad wyraz zresztą dramatycznej, moją uwagę zwróciły dwie rzeczy. Po pierwsze wydaje się, że Witalis zbytnio nie zaznał życia - w wieku lat 35 mieszkał nadal z mamą i bratem, chodził do szkoły, wyższej wprawdzie, ale jednak - jeśli dobrze liczę - starszy o dekadę od reszty studentów. Rzucenie się do stóp urodziwej sąsiadki, atak na matkę, wreszcie zgłoszenie się do sowieckiego poselstwa sprawiają wrażenie, jakby w przeciągu jednego dnia chciał przeżyć wszystkie aspekty życia: w parę godzin miga tu miłość, śmierć i polityka.

Po drugie myślę sobie o białych Rosjanach. Mój pradziadek, Walerian Karnauchow, przyjechał do Polski ok. 1924 roku z miłości do mojej prababci. Oboje mieli po czterdziestce, kiedy w czasie I wojny rozkwitł ich płomienny, podwójnie pozamałżeński romans. Ona uciekła z rewolucyjnej Rosji w ciąży, by urodzić moją babcię w majątku rodziców pod Kielcami (w 1919), on zdołał się przebić dopiero pięć lat po narodzinach córki. Podejrzewali oboje, że po tylu latach carskiego okrucieństwa dziecko z rosyjskim nazwiskiem będzie prześladowane, więc moja babcia nosiła nazwisko pierwszego męża matki, który był oficjalnie jej ojcem. Jak się później okazało, było to zupełnie niepotrzebne - chodziła do szkoły z kilkoma córkami białych Rosjan, których wcale z tego powodu nie krzywdzono. Historia Witalisa to jednak przypadek szczególny - o ile mój dziadek nie miał wcześniej z Polską nic wspólnego, przyjechał tu już po odzyskaniu niepodległości, a z zawodu był adwokatem, o tyle stary Morozow był carskim sędzią śledczym, który działał w Warszawie (kto choćby pobieżnie zna historię walki caratu z Polakami, od razu złapie różnicę). Rozumiem, oczywiście, decyzję wdowy, która uciekła z dziećmi do miasta, które dobrze znała (może nawet do swojego miasta rodzinnego?), ale jednak synowie śledczego chroniący się przed bolszewikami w kraju niedawno okupowanym to ładne świadectwo polskiego stosunku do tych, którzy przegrali wojnę. 

Biednego robotniczego domku przy Kawęczyńskiej 8 już nie ma, po numerze 4a (ładny dom pomocy sióstr albertynek z początku lat 80.) następuje numer 12, gmach - czy może, sądząc po nietypowym kształcie, kawałek przedwojennego gmachu, w którym mieści się gimnazjum. Pomiędzy nimi rozciąga się dziura ze szczytową ścianą wielkiego bloczyska.

A Witalis Morozow? W toku procesu okazał się faktycznie szalony. I, jak podaje "Goniec Częstochowski", osadzono go w Tworkach, gdzie niegdyś leczył się jego ojciec, śledczy carskiej policji w mieście gubernialnym Warszawie.



Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932 oraz "Goniec Częstochowski", nr 138/1932, 18 czerwca 1932


poniedziałek, 19 października 2015

YOLO w Krotoszynie, Anno Domini 1932

Myślałby kto, że #yolo, akronim nastoletniej dewizy "You only live once!" ('żyje się tylko raz') to jakaś nowość, że osiemdziesiąt lat temu ludzie żyli skromnie i skrzętnie, a nawet jeśli nie - posługiwali się starym, dobrym, nieco zaśniedziałym "Carpe diem". Niekoniecznie. Poznajcie tragiczne dzieje rodziny Krawczyków, krotoszyńskich królów życia.




Cóż dodać do smutnej opowieści o rozrzutnym producencie odbiorników radiowych? Niewiele chyba, bo od czasów bajki LaFontaine'a o mrówce i pasikoniku wiemy jak pasikoniki kończą, nawet jeśli mają żonę i dziecko. 

Prócz może tego szczególiku, na który natrafiłem, próbując ustalić adres przedwojennej Fabryki Kawy Słodowej "Extra" w Krotoszynie, żeby sprawdzić, czy budynek ze zdjęcia jeszcze stoi. Budynku nie znalazłem, znalazłem za to sprzedawany kiedyś na Allegro świstek:


A zatem nie tylko pasikonik Krawczyk, ale i mrówka Staniszewski, zapobiegliwy właściciel fabryki i domu, miał finansowe kłopoty i musiał postawić firmę w stan likwidacji. Wielki kryzys bowiem potrafi zagłodzić nie tylko pasikonika, ale i mrówkę.


Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932

środa, 7 października 2015

Tragedia białej kobiety, czyli tragedia kolorowego mężczyzny, vol. II

Proces pięciu rzekomych napastników, którzy mieli zgwałcić i pobić panią Massie, był śledzony przez całą społeczność Hawajów. Narastała wrogość między stacjonującą na wyspach marynarką USA a "krajowcami", w mieście huczało od plotek. 

Pojawili się świadkowie, którzy widzieli białego mężczyznę idącego w ślad za Thalią Massie na kilka minut przed dramatycznymi wypadkami. Mówiono, że miała ona romans z jednym z oskarżonych albo z kolegą męża, z którym została złapana in flagranti, i to nikt inny, jak sam porucznik pobił żonę, łamiąc jej szczękę. Wielu policjantów wypowiadało się dla prasy, że akt oskarżenia jest oparty na zmyśleniach. Pani Fortescue, matka ofiary, odpowiedziała na to szeroko zakrojoną kampanią oszczerstw pod adresem pięciu młodzieńców, a właściwie wszystkich rodowitych Hawajczyków. Głównodowodzący marynarki w tym rejonie, admirał Stirling, który wcześniej ogłosił publicznie, że myślał o linczu, ale niestety "trzeba dać działać odpowiednim organom", teraz obawiał się, że wieść o sprawie dotrze do Stanów, co postawi go w niezręcznej sytuacji - opinia publiczna nabierze przekonania, że bieg wypadków wymknął mu się spod kontroli. Razem z panią Fortescue zadbał więc, by prasa na kontynecie nic nie wiedziała o procesie, który pospiesznie rozpoczęto.

Akt oskarżenia był słaby - incydent z panią Pepples wydarzył się czterdzieści minut po północy, sześć mil od miejsca gwałtu; pani Massie została stamtąd zabrana przez samochód pana Clarka (ze śladem pobicia na twarzy, ale z suknią w dobrym stanie) dziesięć do dwudziestu minut później. Zatem w dwadzieścia minut, co było niemożliwe, mężczyźni musieliby przejechać sześć mil, a następnie sześć do siedmiu razy zgwałcić panią porucznikową i umknąć. W dodatku żaden z nich nie pozostawił śladów spermy. Biegły dr Porter, zapytany, czy to możliwe, odpowiedział wymijająco: "Tak lub nie...". 

Sąd ostatecznie nie był w stanie ustalić werdyktu, głosy przysięgłych rozłożyły się 6 do 6 i sprawę zamknięto. I wtedy robi się naprawdę ciekawie: pani Fortescue - a w zasadzie Grace Rooseveltowa - postanawia wziąć sprawę w swoje ręce.



 ...ależ finał wcale taki nie był. "Tajny Detektyw" nie został najwyraźniej o wszystkim poinformowany. Pani Fortescue, a właściwie Roosevelt, dama z towarzystwa, której koneksje sięgały Białego Domu, mogła zostać zaaresztowana i skazana, mogła stanąć przed fotografem od mugshotów, ale z pewnością nie mogła iść do więzienia na dziesięć lat ciężkich robót. 



Z drugiej strony - "krajowcy" byli wzburzeni. W dniu zabójstwa przed posterunkiem policji zaczęły się gromadzić tłumy protestujących Hawajczyków, a pogrzeb Kahahawaiego zgromadził najwięcej żałobników w historii wysp, jeśli nie liczyć pogrzebu ostatniej królowej piętnaście lat wcześniej. 


Dowody były oczywiste, począwszy od ciała, którego nie udało się wrzucić do wulkanu, przez prześciaradło, w które zawinięto zwłoki, aż do pistoletów:


I to właśnie drugi proces przykuł uwagę całych Stanów. Morderstwo popełnione za poduszczeniem członiki rodziny Rooseveltów było nie lada gratką. Z kraju sprowadzono najsłynniejszego amerykańskiego obrońcę, Clarence'a Darrowa (który był modelem dla prawnika Billy'ego Flynna z musicalu "Chicago") - na próżno jednak. Pomimo wszystkich jego sztuczek (z odpowiednikiem "pomroczności jasnej" włącznie) czworo oskarżonych uznano winnych porwania i morderstwa. W tym momencie zaczęły się naciski na sędziego; potężne figury z marynarki wojennej wstawiły się za mordercami; osobiście zatelefonował prezydent Hoover i polecił uniknąć więzienia za wszelką cenę; gubernator Judd mógł skorzystać z prawa łaski, ale wiedział, że wypuszczenie sprawców linczu w tak zróżnicowanym etnicznie stanie źle wpłynie na jego notowania. Ostatecznie więc zdecydowano się na inne rozwiązanie.

Sędzia skazał wszystkich czworo na dziesięć lat więzienia i ciężkich robót. Po czym, pół godziny później, ogłosił na konferencji prasowej, że zmniejszył czas wykonywania kary do godziny, odsiedzianej w biurze gubernatora. Grace Fortescue powiedziała: "To najszcześliwszy dzień w moim życiu". A jeden z marynarzy, Deacon Jones (który trzydzieści lat później miał się przyznać, że to on zastrzelił Kahahawaiego), wysłał do domu telegram: "Kochana mamo, niedługo wracam, nastaw wodę na kawę."

Thalia Massie w dwa lata później rozwiodła się z mężem i zmarła w 1963 roku na Florydzie, w wyniku przedawkowania barbituranów. Jej matka, żelazna Grace Fortescue, dożyła prawie setki. Do śmierci w roku 1979 w wieku lat dziewięćdziesięciu sześciu, nigdy nie wyraziła skruchy. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932

wtorek, 6 października 2015

Tragedia białej kobiety, czyli tragedia kolorowego mężczyzny, vol. I

Z tylnej okładki "Tajnego Detektywa" patrzy ufna twarz pani Massie, po oczach biją litery nagłówka: TRAGEDJA BIAŁEJ KOBIETY. Jednak jeśli się przyjrzeć bliżej, niekoniecznie pani Massie była tu główną ofiarą...



Sprawa była dramatyczna - kobieta, w dodatku dama z towarzystwa, brutalnie pobita i zgwałcona przez pięciu mężczyzn. W dodatku ona biała, oni - kolorowi (pochodzenia hawajskiego, japońskiego i chińskiego), co budziło wówczas w Stanach oczywiste skojarzenia ze "zhańbieniem białej przez murzyńską bestię" (gwałt na białej kobiecie, często kompletnie fikcyjny, był jednym z głównych powodów linczów czarnych, a amerykańscy marynarze często nazywali Hawajczyków niggers, 'czarnuchami'). Jakby tego było mało, mąż ofiary był oficerem marynarki, więc w grę wchodziły jeszcze zamiary "kumpli z wojska", którzy postanowili pomścić tę zniewagę. Procesem ekscytował się cały kraj (dziennikarze uznali go za sprawę roku ex-aequo z porwaniem dziecka Lindbergha), palce w relacjach maczał prasowy magnat, William Randolph Hearst, a także najwyższe kręgi polityczne. Czemu?

Zacznijmy może od tego, kim była pani Massie, a white woman of refinement and culture, bo to, wbrew pozorom, okazuje się zasadnicze. Dwudziestoletnia Thalia Massie, żona porucznika marynarki, Thomasa Hedgesa Massie, który stacjonował w słynnej potem bazie w Pearl Harbour, pochodziła z wpływowej nowojorskiej rodziny Fortescue. A w zasadzie: Roosevelt.

Jej dziadek ze strony ojca, Robert Roosevelt, był kongresmenem z Nowego Jorku, bratem Theodore'a Roosevelta seniora i stryjem juniora, prezydenta USA. Przez wiele lat miał kochankę, Minnie O'Shea, irlandzką imigrantkę, której zrobił był trójkę dzieci - poślubił ją po śmierci pierwszej żony, a dzieci adoptował, z tym wszakże zastrzeżeniem, że oficjalnie ich ojcem był wymyślony "Robert Francis Fortescue". Wszyscy troje, przez wzgląd na konwenanse, do końca życia posługiwali się tym nazwiskiem - wśród nich Granville Roland Fortescue, ojciec pani Massie. W młodości, podczas wojny amerykańsko-hiszpańskiej, służył na Kubie jako kawalerzysta wraz ze swoim kuzynem, Theodorem Rooseveltem juniorem, później pracował w jego administracji prezydenckiej i jako korespondent wojenny. 

Dziadek ze strony matki należał również do najwyższej amerykańskiej "arystokracji" - jeśli można użyć tego określenia, a chyba można, ponieważ jego przodek, Lion Gardiner (1599-1663), był rycerzem, który jako pierwszy założył angielską kolonię w stanie Nowy Jork (na wysepce u wschodniego wybrzeża Long Island) - Gardiners Island. Otrzymał tytuł Lord of the Manor i po dziś dzień wyspa jest w posiadaniu jego potomków jako ostatnie w całych Stanach dobra nadane przez angielską koronę. Jednym z potomków Liona był zamożny bostoński kupiec i plantator bawełny, Gardiner Greene (1753-1852), który zasłynął wspaniałą posiadłością Pemberton Hill - jego trzecia żona, Elizabeth Clarke Copley (1770-1866) była siostrą trzykrotnego lorda kanclerza Anglii oraz wnuczką niejakiego Richarda Clarke, kupca, którego transport herbaty zniszczono w czasie buntu, znanego jako "Herbatka Bostońska". Wnukiem Gardinera Greena i Richarda Clarke był właśnie Gardiner Green Hubbard, dziadek pani Massie.

Jako zamożny prawnik angażował się w wiele spraw - między innymi założył bostońskie wodociągi, gazownię i transport miejski. A także szkołę dla niesłyszących, bowiem jego córka, Mabel, straciła słuch w wieku lat pięciu, za sprawą szkarlatyny. W szkole zatrudnił młodego Szkota, Alexandra Grahama Bella, który uczył między innymi Mabel, a także, w wolnym czasie, wynalazł telefon. I tu losy ich splatają się w jedno. Hubbard zakłada Bell Telephone Company i zostaje jego pierwszym prezesem; parę dni później Alexander Graham poślubia Mabel. Jego kuzyn Charles John, który zostaje zatrudniony w firmie (rozwija telefonię w Europie) poślubia drugą z sióstr Hubbard, Robertę, a po jej śmierci w połogu - trzecią, Grace. Oprócz tego wespół z teściem zakłada National Geographic Society (tak, to, które wydaje znane pismo) i jest jego pierwszym skarbnikiem (a teść prezesem). 

Wywód ten był długi, ale konieczny. Pokazuje bowiem, kim (w sensie społecznym) była nie tylko pani Massie, ale i jej matka, Grace z Hubbard Bellów Fortescue, która w tej historii spełnia rolę niepoślednią. Wróćmy jednak do dramatycznego gwałtu i pobicia wśród hawajskich palm (tak oto prezentuje się kolażowa rozkładówka):







"Tajny Detektyw" relacjonuje proces za pośrednictwem mediów amerykańskich, więc wkradło się tu kilka przekłamań i niedopowiedzeń. Po pierwsze - pani Massie, która uważała się za lepszą niż większość amerykańskich rodzin oficerskich, była dość nielubiana w swoim środowisku - a z klubu wyszła po sprzeczce z jednym z oficerów (któremu dała w twarz). Porucznik zorientował się dopiero po czasie - i choć państwu Massie niezbyt układało się w małżeństwie, był na tyle troskliwy, żeby zadzwonić do domu i sprawdzić, czy żona dotarła tam bez problemu. Odebrała dopiero za którymś razem, w szoku, i powiedziała, że została zgwałcona.

Wezwana policja przyjęła od niej zeznania - ponoć było zbyt ciemno, by mogła cokolwiek powiedzieć o osobach, które ją napadły. Tak się jednak złożyło, że niewiele później na posterunek wpłynęła skarga państwa Peeples (bo tak się nazywali). I znów, opis jest niedokładny. Po północy na skrzyżowaniu w Honolulu prawie doszło do zderzenia dwóch samochodów, jednego prowadzonego przez Japończyka, Horacego Ida, drugiego - przez panią Peeples; w wyniku kłótni kolega Idy, pięściarz Joe Kahahawai, uderzył kobietę, która jednak nie pozostała mu dłużna i wyprowadziła analogiczny cios. Nie wiadomo, czy ktokolwiek z biorących udział w sprzeczce, był trzeźwy.

Thalia Massie nie potrafiła zidentyfikować Horacego pośród innych okazanych jej na posterunku mężczyzn. Jednak kiedy następnego dnia Thalia Massie składała zeznania po raz drugi, dysponowała już rozmaitymi danymi (m.in. podanym przez radio numerem rejestracyjnym samochodu Idy, a także fragmentami zeznań pani Peeples - że jeden z mężczyzn miał złoty ząb, a drugi był ubrany w brązową kurtkę). To wystarczyło. Zaczęła się wielka kampania prasowa, w której pięciu młodych mężczyzn nazywano bandytami, a także pięcioma brązowoskórymi młodymi byczkami, objawiającymi dobrze znane pożądanie mieszańców wobec białych kobiet. 




Za: "Tajny Detektyw" nr 20, rok II, 15 V 1932

niedziela, 21 czerwca 2015

Też mieliśmy swoje masakry, czyli Lucjan kłóci się o miedzę

Kiedy Ameryka przeżywa kolejną masakrę, popełnioną przez szaleńca z pistoletem w ręku - tym razem w kościele Charleston - warto przypomnieć, że i u nas w czasach, kiedy dostęp do broni palnej był powszechny dochodziło do podobnych strzelanin. Poznajcie Państwo Lucjana Sierputowskiego ze wsi Grzymały.

Twardogłowi amerykańscy miłośnicy broni palnej (a także nasi rodzimi maniacy) nie tracą rezonu. Z większą jeszcze niż zazwyczaj zapalczywością wygłaszają dyrdymały, że "zabija człowiek, a nie pistolet", a "jedyną ochroną przed wariatem z bronią jest cały tłum zdrowych psychicznie z bronią" (choć w USA na każdy śmiertelny strzał w obronie własnej przypadają 34 niewinne ofiary) itepe, itede. Konserwatywny bloger Erick Erickson zabłysnął tezą, że masakra dokonana przez białego w czarnej parafii nie miała z pewnością podłoża rasistowskiego, prawdziwym zaś winnym jest Bruce Jenner, słynny lekkoatleta i złoty medalista olimpijski, który w wieku lat 65 zmienił płeć, od czego Amerykanom pomieszało się w głowach i odczuli przemożną chęć strzelania do współobywateli. Natomiast niedalekiej od Północnej Karoliny Alabamie republikanie zaproponowali nowelizację prawa, która pozwalałaby nosić pistolety dzieciom oraz zdejmowałaby z handlarzy bronią obowiązek przechowywania danych transakcji (jak np. numerów seryjnych czy nazwiska kupującego), co z pewnością znakomicie wpłynie na poczucie bezkarności bandziorów. Itepe, itede.

U nas, na szczęście, dostęp do pistoletów jest ograniczony (i ginie od nich rocznie 42,5 raza mniej osób na 100 tys. niż w USA), ale bywało inaczej. W II RP o broń palną było nietrudno, mnóstwo jej zostało jeszcze z pierwszej wojny: jakieś pochowane po chatach obrzyny, broń kłusownicza, a także kupowana najzupełniej legalnie myśliwska czy obronna. Im więcej było jej w społeczeństwie, tym niebezpieczniej się robiło, a, co za tym idzie, tym więcej jej kupowano ze strachu, a, co za tym idzie, tym więcej było jej w społeczeństwie, tym niebezpieczniej się robiło... itepe, itede. 

Nie wiem, skąd swój morderczy pistolet wziął Lucjan Sierputowski. Lucjan nie pojawił się w "Tajnym Detektywie" (kiedy dokonywał masakry, pismo już nie istniało). Znam go tylko z fotografii w albumie policyjnym, gdzie występuje w mundurze (choć nie wiem, jakiej formacji):


Mając tylko imię i nazwisko, postanowiłem pogooglować i natrafiłem na historię, którą przyniósł mi - a zatem i Państwu - "Goniec Częstochowski":



Na zdjęciu wydawał się zupełnie zwyczajnym chłopakiem, podejrzewałem, że to może ofiara zbrodni czy zaginiony, ostatecznie jakiś drobny przestępca, a tymczasem... Nie, nie chodzi mi tylko o to, że w ataku furii zaczął strzelać do rodziny i sąsiadów. Takie kryzysy się zdarzają. To, co mnie zaskoczyło, to z jednej strony afekt, z drugiej - wyrachowanie, które kazało u pedałować 46 kilometrów, dystans ponadmaratoński, żeby, skoro już rzucił się w otchłań zbrodni, przy okazji pociągnąć za sobą teściów. Potem trzy tygodnie desperackiego ukrywania się po lasach i wreszcie zgłoszenie się do wziętego adwokata i dobrowolne oddanie w ręce policji: każda z tych rzeczy sprawia wrażenie nieprzystających do pozostałych. Ale któż wniknie w duszę "konstytucjonalnego psychopaty"?


Za: album policyjny, "Goniec Częstochowski" 1938/219 z 28 IX 1938




czwartek, 16 kwietnia 2015

Epileptyk z nożem, czyli Noc świętego Bartłomieja w Skolu

W szaleństwie, jak wiemy, może być metoda - ludzie obłąkani nierzadko planują swoje czyny, wymykające się zdrowemu rozsądkowi, z zadziwiającą precyzją i konsekwencją. Jednak młody urzędnik Karol Tyczyński wszystko poplątał.


Historia rodziny Franciszka Tyczyńskiego brzmi jak historia Hioba: pracuje jako listonosz w dobrej, dbającej o pracowników firmie, ma dużą i udaną rodzinę, po czym wszystko w życiu stopniowo mu się rozlatuje. Najpierw jeden syn umiera, a drugi popada w obłęd, którego, pomimo wydawania znacznych sum na lekarzy, nie daje się uleczyć; potem córka, przejęta losem brata, zapada na jakąś śmiertelną chorobę duszy, wreszcie Karol, którego obłęd postępuje, rzuca się na bliskich z nożem. Ale nawet i on ponosi klęskę: rodzice ostatecznie atak przeżywają, a planowana powtórka Nocy św. Bartłomieja wypada w październiku zamiast, jak być powinno, w sierpniu. Wszystko źle. 


Dwoje Tyczyńskich, którzy zabronili się wieźć do szpitala i "dochodzą do siebie w domu" wygląda, jakby leżeli w pościeli w jakimś przedśmiertnym stuporze. Ale może to tylko niema niezgoda na tak niesprawiedliwy los?

*

Warto może jeszcze wspomnieć o Skolu, miejscowości dziś niemal całkiem zapomnianej. Skole leży w Bieszczadach - dziś na Ukrainie, mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów od polskiej granicy. W międzywojniu słynęło jako majątek braci Groedel, właścicieli wielkich tartaków i rozległych dóbr, w których odbywały się ponoć najlepsze polowania w całej Polsce.

Hermann Groedel
Żona Hermanna, Melania z Weinerów
Trzej bracia Groedelowie, Hermann, Albert i Bernard, pochodzili z żydowskiej rodziny, mieszkającej w Hesji; wyemigrowali stamtąd do Transylwanii i założyli przedsiębiorstwo Transylvanian Forest Industry, szybko zarabiając ogromne pieniądze i dosługując się tytułu "królów węgierskiego drewna" (oraz austriackich baronów). Jeden z nich, Hermann, postanowił przenieść siedzibę firmy do Skola, gdzie kupił rozległe lasy (36 tys. hektarów); w niedalekiej Wetlinie miał jeszcze kolejne 5 tys., w Wełdzirzu był współwłaścicielem 33 tys. hektarów. Dalsze ziemie należące do firmy leżały w Czechosłowacji, Polsce. Rumunii i na Węgrzech. Groedelowie mieli też własne linie morskie z czterema parowcami, rozwożącymi drewno po całym świecie. I forsy jak lodu.


Zamek, leżący w ogromnych lasach, stał się mekką myśliwych nie tylko krajowych, ale i z całej Europy; polowało tu wielu przedstawicieli arystokratycznych rodów - słynna gościnność Groedla sprawiała widocznie, że nie strojono fumów i nie wypominano mu ani nuworyszostwa, ani żydowskiego pochodzenia. (więcej o polowaniach w Skolu TUTAJ). Sam gmach zachował się jakoś po dziś dzień, choć nieco podupadły i bez rozkradzionego i zniszczonego wyposażenia, zdażył bowiem służyć jako siedziba NKWD i gestapo oraz szkoła z internatem i sierociniec. Dwie boczne wieże zostały zniszczone prawdopodobnie w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy w tym rejonie toczyły się ostre walki; w międzywojniu ryzality pozostawiono tylko na parterze, zwieńczone na pierwszym piętrze tarasami, natomiast wysoki hełm umieszczono nad głównym wejściem. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933 i artykuł St. Niciei "Skole - mekka myśliwych"

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Tajemnica środka na nagniotki firmy "Unicum"

Przeznaczenie nie wybiera. Można żyć spokojnie i pracowicie, rozwijać przedsiębiorstwo, wytrwale doskonalić nowe formuły rewelacyjnego środka na nagniotki oraz płynu do zmniejszania pocenia stóp i pach - a tu, proszę, wkracza Nemezis i jedną eksplozją kotła zmiata z powierzchni ziemi zapobiegliwego wynalazcę Jurkiewicza! Ale to nie koniec tej historii, a dopiero początek.


Nie wiem, co stało się dalej z panią Hajncel-Jurkiewiczową i jej siostrą, nie dysponuję wypowiedziami z ewentualnego procesu, mogę zatem tylko gdybać o motywach i losach bohaterek tej historii. "Unicum" mogło być wcześniej firmą dobrze prosperującą dzięki produkcji "Pluskwiolu", środka na nagniotki (pod nazwą "Jurkanun", patent z roku 1909) i soli do nóg, ale Wielki Kryzys robił swoje - może dlatego wdowa Jurkiewiczowa postanowiła podreperować budżet firmy i domu kolportażem podrabianych monet, wchodząc w spółkę z fałszerzem?

Natomiast coś mnie kusi, żeby zupełnie inaczej ocenić czyn pasierbic, panien Jurkiewiczówien, które opublikowały w prasie wspomniane w tekście ogłoszenie. Ich macocha nie wygląda mi wcale na najsympatyczniejszą macochę świata; może więc pasierbice postanowiły ni mniej, ni więcej, tylko rozpropagować możliwie jak najszerzej kompromitujące ją oskarżenie? Z jednej strony zachowywały twarz, bo "broniły przybranej matki jak lwice", z drugiej - stawiały krok na drodze do przejęcia firmy zbudowanej przez ojca. Ale to, oczywiście, tylko gdybania.


Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933

niedziela, 15 lutego 2015

Aniela i diabeł, czyli kazirodztwo i morderstwo na Wileńszczyźnie

Przy okazji notki o Frymecie wspomniałem, że rzeczywistość domowego wychowania, sielskiego dzieciństwa i kochającej rodziny w przedwojennej Polsce wyglądała bardzo różnie. Na dowód wstrząsająca historia z tego samego numeru - wieloletnia gehenna Anieli Piotrowskiej z litewskich Rudziszek, której ojciec zgotował piekło na ziemi. 







Znów w jakiejś małej miejscowości wydarza się w międzywojniu dramat o rozmiarach tragedii antycznej albo szekspirowskiej: ojciec despota, który niszczy wszystkich i wszystko wokół, każdego - córkę, zięcia, syna - w inny sposób. Ścena, w której siedemnastoletni chłopak mdleje przy kopaniu i wpada do świeżego grobu dla ofiary mordu, a tatuś czeka, aż się ocknie i zapędza go z powrotem do roboty, sprawia, że ciarki chodzą po plecach. Również Wojciunowicz, poczciwy, dobry chłopak, w dodatku wędrowny krawiec wiejski, jest jak żywcem wzięty z teatru.

I rzeczywiście - jest i teatralna publiczność. Na salę sądową przychodzą te wszystkie eleganckie panie, miejskie damesy(ciekawe to, swoją drogą, że to głównie kobiety), i czekają na pikantne szczegóły z życia chłopów-analfabetów, reemigrantów z Pennsylwanii, po czym mają za złe sądowi, że popsuł im widowisko. I słuchowisko. A przecież jest to zbrodnia "jakiej nie notowały chyba kroniki kryminalne na całym terenie Rzeczypospolitej". Smakowity kąsek. Choć, dodam, o ile samo spiętrzenie podłości jest może wyjątkowe, o tyle moja intuicja mówi mi, że kazirodztwo było wówczas częstsze jeszcze niż dzisiaj, ale łatwiejsze do ukrycia sąsiedzką zmową milczenia.

Na koniec - zdjęcie. Nie, nie trup w dole, ale ostatnia, jak się można spodziewać, rodzinna fotografia Piotrowskich. Ojciec ze związanymi dłońmi, jak tresowany niedźwiedź na postronku; jego żona, syn, który dopiero co kopał grób dla szwagra. Grupka gapiów i sąsiadów. I dziewczynka, ubrana cała na biało.  


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rodzina nie cieszy, nie cieszy gdy jest




Po raz kolejny "Tajny Detektyw" dostarcza historii, która mogłaby stać się kanwą powieści. Kogo obstawiamy? Singer? Stryjkowski? Mazowieckie miasteczko, miejscowi bogacze, niekochany syn, zagadkowe podpalenia młynów, sprzysiężenie rodziny przeciwko rzekomemu "darmozjadowi" i "utracjuszowi"... Ot, wymarzony wątek do "Dworu" albo "Dziedzictwa"...





Fiszel Perelmuter nieprzypadkowo figuruje na pełnopostaciowym zdjęciu, bo faktycznie tylko on jest w tym tekście - i w tej historii - pełną postacią: skomplikowaną, niejednoznaczną, skrzywdzoną i krzywdzącą, a mimo to, w głębi duszy przyzwoitą. Pięć tysięcy dolarów w owych czasach to jakieś sześćdziesiąt tysięcy dzisiaj - jak twierdzi pewien internetowy kalkulator. Inny z kolei podaje duży rozstrzał: między 44 tys. a 940 tys. dzisiaj, przy czym najwyższe szacunki to faktyczna siła nabywcza tej kwoty. I wydaje się, że na warunki małego Nasielska w stosunkowo ubogim kraju, jakim była wówczas Polska, pozostawiony przez zdolnego syna kapitał był sporą fortuną. Nie da się wykluczyć, że widoczna zamożność rodziców, ich "twarze pełne, dobrze odżywione, odzież przyzwoita" wzięła się właśnie z kapitałów zachachmęconych Fiszlowi. Tym bardziej poruszający jest jego poryw uczciwości, kiedy - osiągnąwszy prawie sukces - postanawia wycofać zeznania. 

Co dalej działo się z tą rodziną? Czy doszli do porozumienia, czy Fiszel odzyskał kapitały? Czy, wreszcie, odnaleziono faktycznych podpalaczy młynów? Trudno cokolwiek znaleźć na ten temat. Nazwisko Perelmuter - czyli "macica perłowa" - musiało być chyba dość popularne w okolicy, bo znalazłem sporo noszących je osób, ale żadne imiona nie pasują do postaci z tekstu. Wyjątkiem są dwie córki Fiszla: na liście ofiar Holokaustu archiwum Yad Vashem figurują Roza i Rizla Perelmuter z Nasielska, które zginęły w roku 1941, jedna jako ośmiolatka, druga - jako dziesięciolatka. Imię matki jednej z nich to Chaja, drugiej - Fejga lub Sara. W formularzach napisano też, kto dostarczył wiadomości - w jednym przypadku to siostrzenica, w drugim - krewny, być może daleki, któremu coś się pomyliło. Zważywszy bowiem na niepewność co do imienia matki jednej z nich, oraz bliskość imion Roza i Rizla, a także podanego wieku, może ostatecznie chodzić o tę samą osobę. Ale i tego nie mam jak sprawdzić: zostaje tylko rodzina Perelmuterów w latach trzydziestych: pazerni, nieczuli rodzice, ich zrozpaczony, doprowadzony do bankructwa syn i historia godna Singera.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

sobota, 4 stycznia 2014

Maria Rasputinówna, sekretarz Rasputina i kelner ze Stanisławowa vol. II

Wedle oficjalnej wersji Maria Rasputina-Sołowiewa zaczęła tańczyć na scenie dopiero po śmierci męża, zmuszona do tego skrajną biedą. Jak się okazuje, "Tajny Detektyw" rzuca nieco inne światło na jej biografię. Jak córka mnicha została poskramiaczką lwów?




Wynikałoby z tego, że Maria już w roku 1920 występowała jako tancerka na deskach Teatru Moniuszki w Stanisławowie, co więcej - że była związana (być może również uczuciowo) z dawnym sekretarzem swojego ojca, Aronem Simanowiczem - z zawodu jubilerem, w późniejszych latach autorem szeroko tłumaczonej książki "Rasputin i Żyd, wspomnienia sekretarza Grigorija Rasputina". Jak się okazuje, Simanowicz był nie tylko impresariem, ale i tancerzem, wykonującym kozaczoka na scenie kabaretowej - możemy przyjąć, że był to jeden z naprawdę niewielu w historii Żydów zarabiających na życie tańcami kozackimi... 



Romans z Simanowiczem i francuskim oficerem (jest, pamiętajmy, rok 1920, na Polskę idzie bolszewicka nawała, francuscy wojskowi przebywają u nas w większej niż zazwyczaj obfitości), były chyba niedługie. Dla Marii, dobrze wiedzącej, na co stać bolszewików, priorytetem była pewnie ucieczka na zachód. Jej nielojalność wobec niechcianego i niekochanego męża nie powinna zresztą dziwić; Borys Sołowiew był ponoć rzadkiej wody łajdakiem. Korzystając z okazji, w trakcie rewolucji założył tajne Bractwo św. Jana z Tobolska, które miało się zająć zorganizowaniem ucieczki Mikołaja II i jego bliskich z zesłania. Sołowiew przejął klejnoty rodziny carskiej, po czym kosztowności te zdefraudował; pod tym samym pretekstem wyciągał duże sumy pieniędzy od rosyjskich arystokratów, posługując się między innymi młodą dziewczyną, przebraną za - zapewne nieżyjącą już wówczas - carewnę. Takie przynajmniej zachowały się opinie, ale należy też brać poprawkę na to, że w skłóconym światku emigrantów oskarżano się chętnie, a o im poważniejsze występki szło - tym swobodniej. 

Tak czy owak, kiedy zmarł w roku 1926 na gruźlicę, kariera sceniczna Marii chyba już trwała i była jej głównym źródłem utrzymania - wprawdzie wydała trzy tomy memuarów, a potem nawet "Książkę kucharską Rasputina", ale przędła cienko. Szansa na wzbogacenie pojawiła się kiedy swoje pamiętniki opublikował książę Feliks Jusupow - Maria wytoczyła mu proces, żądając 800 tysięcy dolarów odszkodowania, ale francuski sąd sprawę oddalił, nie mogąc wyrokować w kwestii mordu politycznego popełnionego poza granicami kraju (sam Jusupow, co ciekawe, otrzymał z kolei 25 tysięcy funtów odszkodowania od Metro Goldwyn-Mayer za film "Rasputin i cesarzowa" - nie dlatego, że przedstawiono go jako mordercę, to było bowiem zgodne z prawdą, ale za to, że jego filmowa żona miała być rzekomo kochanką Rasputina; to po tym procesie w filmach pojawiła się klauzula: "Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci lub zdarzeń jest przypadkowe"). Rasputina musiała tańczyć - i robiłaby to pewnie jeszcze przez wiele lat, gdyby po jednym z występów nie podszedł do niej cyrkowy impresario, który zaproponował jej rolę poskramiaczki dzikich zwierząt w cyrku. I to nie byle jakim.


Ringling Bros, Barnum and Bailey Circus to przedsiębiorstwo o długiej tradycji, cyrkowe konsorcjum. P. T. Barnum, być może najsłynniejszy amerykański spec od rozrywki, zaczął swoją karierę w Nowym Jorku, do którego przyjechał się w roku 1834. Zaczął karierę od pokazywania Joice Heth, niemal całkowicie sparaliżowanej czarnej staruszki, która udawała 161-letnią niańkę Jerzego Waszyngtona (opowiadała gapiom o pierwszych chwilach Ojca Narodu i odśpiewywała hymn); już wkrótce został dyrektorem Wielkiego Teatru Naukowo-Muzycznego Barnuma, która to szumna nazwa skrywała prostackie pokazy osobliwości i podróbek: kobiet z brodą, karłów, zroślaków, rzekomej zmumifikowanej syreny (zmontowanej z ogona ryby i małpiej główki), i tak dalej. Do tego wkrótce dołączył Muzeum Amerykańskie Barnuma (założone jako Muzeum Amerykańskie Scuddera w 1810 roku) - kolekcję osobliwości, takich jak wypchane ptaki i zwierzęta, dwugłowe cielę, gilotyna wraz z bezgłową woskową figurą, obiekty entograficzne, pamiątki narodowe, w tym "pierwsza flaga amerykańska, która powiewała nad Nowym Jorkiem po ogłoszeniu niepodległości", itp. Do zbiorów Scuddera Barnum dodał cyrk pcheł, uczoną fokę, psa tkającego na krosnach, kufer wykonany z drzewa, pod którym siadywali apostołowie, dioramy, widoki miast świata, loty balonowe, kapelusz generała Granta, a nawet konkursy piękności dla najmłodszych. W roku 1871, już jako doświadczony patriarcha rozrywkowy, założył wraz z Williamem Coupem objazdowy cyrk pod nazwą Wielkie Podróżne Muzeum, Menażeria i Hipodrom Rzymski P. T. Barnuma, Najwspanialszy Show Świata, a dziesięć lat później połączył przedsięwzięcie z cyrkiem Baileya, założonym przez Hachaliaha Baileya, człowieka, który sprowadził do Stanów pierwszego cyrkowego słonia. Równolegle wzrastał w siłę cyrk pięciu braci Ringling, którzy po śmierci Barnuma i Baileya wykupili ich przedsiębiorstwo, działające pod różnymi nazwami po dziś dzień - w swoim czasie cyrk cieszył się taką estymą, że prezydent Roosevelt osobiście wydał mu pozwolenie na korzystanie z torów kolejowych w czasie wojny, kiedy transport, poza wojskowym, ograniczano do minimum. 




Córka Rasputina - która skorzystała z oferty i w roku 1937 otrzymała amerykańskie obywatelstwo - idealnie wpisywała się w schemat działania firmy: miała przykuwające nazwisko i niezwykłą historię. Nie tę prawdziwą; o nią akurat nikt nie dbał. Tę zmyśloną: córka Rasputina bowiem potrafiła, podobnie jak ojciec, hipnotyzować zwierzęta. Wystarczyło jedno mesmeryzujące spojrzenie jej oczu, by lew łagodniał jak baranek.

Maria (z kijkiem) z kolegami z pracy
Nie do końca, niestety. Zjechała z cyrkiem kawał Ameryki i Europy, ale uległa poważnemu wypadkowi w Peru (nie, nie w tym Peru; w Peru w stanie Indiana), gdzie potwornie pokiereszował ją nieumiejętnie, jak się zdaje, poskromiony niedźwiedź:


Spędziwszy pewien czas w szpitalu, córka Rasputina dojechała jeszcze z cyrkiem na Florydę, gdzie wzięła ślub z Gregorym Bernadskym i zatrudniła się w stoczni jako nitowaczka, czyli amerykański odpowiednik stalinowskiej "traktorzystki" (Rózia Nitowaczka wspierała przemysł kiedy "chłopcy poszli na wojnę", co opiewa poniższy filmik i propagandowa piosenka)


Na emeryturę przeszła w roku 1955, spędzała czas ucząc rosyjskiego. Miała dwa pieski, które w akcie zemsty na mordercy ojca nazwała Jusu i Pow. Zmarła w roku 1977 - w rok później Boney M sięgnęło szczytów list przebojów z piosenką, która godziła historię ojca Marii z jej cyrkowym życiem.




Co z Simanowiczem? Czy odzyskał miliony? Czy policja odnalazła kelnera Waltucha? Pojęcia nie mam. Zresztą, nie mam przecież pewności, czy opowieść o występach w Stanisławowie jest prawdziwa - w końcu została podpisana "Oboleński", nazwiskiem rosyjskiej rodziny książęcej, co samo w sobie może być żartem. A jeśli nawet jakiś Simanowicz i jakaś Rasputina występowali w Stanisławowie w roku 1920, to czy mamy gwarancję, że to ten Simanowicz i ta Rasputina, a nie jacyś samozwańcy? I czy w ogóle mieliby gdzie występować? Teatr Moniuszki bardzo ponoć ucierpiał w trakcie I wojny światowej i trzeba go było odbudować - modernistyczny gmach widoczny na zdjęciu otwarto w 1929 roku, raptem 5 lat przed ukazaniem się tego numeru "Tajnego Detektywa". Czy była jakaś zapasowa scena? A może Teatr ucierpiał dopiero w czasie wojny polsko-bolszewickiej? Same pytania.

Dodać tylko mogę, że budynek stoi w Iwano-Frankiwsku do dzisiaj, acz pozbawiony napisu i efektownej liry na fasadzie (drugą lirę wkomponowano za to w drzwi wejściowe) oraz pomalowany na kolor żółtka; dziś mieści Okręgową Filharmonię.



Zaś sztukę"Towariszcz" Jacquesa Devala, którą wystawiano tam w 1934 roku, trzy lata później przerobiono w Hollywood na film z Claudette Colbert i Charlesem Boyerem, a w 1963 na broadwayowski musicall z Vivien Leigh i Jean-Pierrem Aumontem; para głównych bohaterów, książę Uratiew i jego żona, wielka księżna Tatiana Pietrowna, przyjeżdżają do Paryża z ogromnym skarbem: klejnotami powierzonymi im przez Romanowów. Nie chcąc uszczknąć niczego z poleconych ich opiece kosztowności, zatrudniają się jako służący i z czasem radzą sobie w nowych rolach całkiem dobrze, ale zostają zdemaskowani - ku największemu zdumieniu swoich chlebodawców - przez radzieckiego komisarza Gorodczenkę, który rozpoznaje w nich rosyjskich książąt. Dowcip polega na tym, że - w przeciwieństwie do męża Marii Rasputiny, Borisa Sołowiewa - bohaterowie fikcyjni powierzonych im klejnotów nie zdefraudowali.




Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934 i strona allrus.me