Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masoneria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masoneria. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2014

Satanistyczne zbrodnie w międzywojennej Warszawie - vol. I Czesław Czyński

Z dzieciństwa w latach 80-tych pamiętam straszenie satanistami, którzy gromadzą się w ruderach, składają tam rytualne ofiary z kotów i spryskują ściany krwią, wąchają klej i demolują cmentarze, bazgrząc na nagrobkach pentagramy. W tych opowieściach wrzucano do jednego worka z napisem ZUO i chuligańskie wybryki, i młodocianą narkomanię, i sporą dawkę fantazji. Jak się okazuje, było tak i przed wojną, kiedy w prasie publikowano artykuły o satanistycznych mordach w stolicy.



Międzywojnie było, oczywiście, czasem rozkwitu metafizyki innej, niż religijna. Już od połowy XIX wieku, od doświadczeń sióstr Fox, rozkwitał spirytualizm, spirytyzm, mediumizm, równolegle tworzyły się rozmaite - tak to sobie podzielmy roboczo - towarzystwa i zakony. Towarzystwa, na przykład angielskie Towarzystwo Badań Psychicznych czy francuski Międzynarodowy Instytut Metapsychiczny, zajmowały się zgłębianiem i próbami wyjaśnienia fenomenów paranormalnych, jak telepatia, hipnoza, nawiedzanie przez duchy; ich członkami często byli naukowcy z prawdziwego zdarzenia, jak choćby sir Oliver Lodge (wybitny fizyk, wynalazca świecy zapłonowej i badacz elektromagnetyzmu) czy William Barrett (fizyk), którzy narzucali swoim badaniom rygor laboratoryjny i wiele zrobili dla demaskowania oszustów. Zakony natomiast czerpały czasem z tradycji masońskich, czasem dryfowały w kierunku salonów artystycznych lub sekt z guru o silnej osobowości, i lubowały się raczej w natchnionym hokus-pokus i koturnowości.

Te prądy nie ominęły również Warszawy. Mieliśmy swoje mediumiczne sławy, choćby Jana Guzika, prostego grabarza, który posiadł ponoć zdolności telekinetyczne, a jego umiejętność wywoływania zjaw zawiodła go aż do Carskiego Sioła, gdzie przeprowadzono seans dla Mikołaja II i wywołał zjawę Aleksandra III, który miał wyprowadzić syna z kręgu zadziwionych uczestników, a potem uciąć sobie z nim przy oknie dłuższą - i smutną - rozmowę. Franek Kluski (pseudonim dziennikarza Teofila Modrzejewskiego) słynął z kolei z wywoływania widmowych ludzi i zwierząt z ektoplazmy, na jego seansach zaś pojawiały się najważniejsze figury II RP: naukowcy, wojskowi, pisarze, artyści, z marszałkiem Piłsudskim na czele. 

Mieliśmy też swoje delegatury zachodnich zakonów - najważniejszym chyba ich implementatorem był Czesław Czyński (1858-1932), funkcjonujący pod pseudonimem Punar Bhama, hipnotyzer skazany kiedyś w słynnym procesie o wymuszenie ślubu na zahipnotyzowanej baronowej von Zedlitz-Neukirch,. Czyński otrzymał we Francji tytuł Suwerennego Generalnego Delegata Zakonu Martynistów na Polskę i Rosję, po czym zaczął budować struktury zakonne na terenie zaboru rosyjskiego. Po pewnym jednak czasie utracił władzę - martyniści nie akceptowali magii seksualnej , którą pragnął zgłębiać - i założył Zakon Białego Wschodu. Niestety, w krótkim czasie aż sześciu adeptów nauk Czyńskiego popełniło samobójstwo, co zwróciło na guru uwagę warszawskiej policji. Wkrótce zaczęło robić się gorąco i prasowa histeria wokół "satanizmu" stała się powszechna, czego dobitnym przykładem niech będzie sugestywna okładka "Tajnego Detektywa".

Jak podaje Zbigniew Łagosz w artykule Mit polskiego satanizmu. Czesław Czyński - proces, którego nie było, pierwszy impuls do histerii dało aresztowanie Jana Sylwestra Grabariego za próbę kradzieży komunikantów w jednym z kościołów - i choć Grabari był po prostu chorym psychicznie człowiekiem, który trafił na kilka miesięcy do szpitala bonifratrów, to uznano, że w Warszawie działa sekta satanistów, a sprawa ukradzionej hostii łączy się z serią samobójstw.

Prasa zaczęła zatem tropić: na pierwszy ogień poszedł Czyński, u którego dokonano rewizji i konfiskaty sprzętów liturgicznych. Ponieważ brakowało tego, w czym dziennikarze bulwarówek się lubują, czyli zeznań, pojawiło się kilka soczystych opisów z ust "anonimowych świadków". Autorami mogli być, owszem, świadkowie. Mogli być nimi również dziennikarze, bo brzmi to raczej jak kiepska proza sensacyjna (cytuję za Łagoszem obszerny fragment artykułu Orgia sekty diabelskiej z Wiadomości Codziennych z 1930 roku):


Do ceremonii kazał mi B. W. przygotowywać się przez tydzień. Miałem brać odpowiednie kąpiele i zażywać pastylki. Tłumaczył to tym, że narkotyki palone podczas obrzędu źle odbiłyby się na moim zdrowiu. Potem zrozumiałem,że te praktyki miały za cel wprowadzenie mnie w stan pewnej ekstazy i osłabienia woli. Wyznaczonego dnia spotkałem się z W. przed północą i udaliśmy się razem na ulicę Puławską. Później „msze” odbywały się na Elektoralnej. Zostałem naprzód wprowadzony do małego pokoiku. Tam musiałem zdjąć wierzchnie ubranie, natomiast włożono na mnie czarny płaszcz, a na twarz czarną maskę. Zostałem wprowadzony do sąsiedniego pokoju. Znajdowało się tam grono osób – trzy kobiety – i czterech mężczyzn, wszyscy w płaszczach i maskach. Pokój był prawie pusty, stały tylko w nim dwa otomany, a podłogę zaścielał gruby dywan. Na ścianach wisiały trójkąty ze szpicami odwrócone do góry, a na jednej ze ścian wielki wizerunek Bafometa, czyli ohydnego kozła siedzącego na ziemskim globie. Przed tym wizerunkiem stały dwa trójnogi z miedzianymi miseczkami – w nich narkotyczne kadzidła. Po paru minutach ukazał się W. ubrany w czarny ornat z wyhaftowanym na nim na czerwono wizerunkiem kozła, a na głowie miał również czerwoną czapeczkę. W ślad za W. podążały trzy całkiem nagie kobiety – tylko twarze ich kryły oczywiście maski. Legły one na dywanie, tworząc trójkąt przed wizerunkiem Bafometa. W. wszedł w ich środek, rozejrzał się po zgromadzonych, którzy przyklękli i zapalili kadzidła,począł odmawiać modlitwy. Modlitwy te były tak bluźniercze i tak profanowały religię katolicką, że uważam za niemożliwe je przytaczać. Nagle urwał. Wyszedł z żywego trójkąta i obchodząc zebranych jął rozdawać pastylki. I ja dostałem jedną, ale przezornie udałem, że ją połykam, w rzeczy samej ukrywszy ją w rękawie. W. znów powrócił na swe miejsce. Teraz pochylił się głęboko przed ohydnym wizerunkiem kozła – po chwili głośno skandował nie modlitwy, ale zaklęcia,które odnaleźć można w czwartym tomie »Magii Agrippy« – a służące do wywoływania czarta. Trwało to dłuższy czas. W. chwilami krzyczał, przyzywał Szatana, błagał go,aby się ukazał, groził… Z czoła spływały mu wielkie krople potu. Zebrani cichym szeptem wtórowali tym wysiłkom. I nagle… o dziwo…Najwyraźniej spostrzegłem na ścianie przed W. jakiś ciemny, formujący się kontur. Kontur ten początkowo niewyraźny – wreszcie zarysował się jako postać mglista człowieka o gorejących oczach i wykrzywionych złością ustach. Nie była to znać tylko moja obserwacja, bo głośny jęk ni to przerażenia, ni to radości, pobiegł po obecnych. Trwało to może sekundę – i zjawisko znikło. Odprawiający czartowski obrzęd czerwony, spocony zwrócił się do nas twarzą, powiódł obłędnym wzrokiem i nieludzkim jakimś głosem wycharczał: W jego imię błogosławię was! Składajcie ofiarę! Dotychczasową ciszę przerwały piski, krzyki i histeryczne wołania kobiet. Pastylki, które rozdawano,okazały swą moc. Trzy nagie kobiety, tworzące trójkąt zerwały się i pobiegły do mistrza. Rozpoczęła się ohydna, powszechna orgia.

Na fali popularności tego tematu zaczęto obwiniać o satanizm i zbrodnie wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób interesowali się okultyzmem (w tym tych, którzy Czyńskiego zwalczali), a także pozostałych "innych" - na przykład kościół Mariawitów oskarżono o odprawianie z martynistami czarnych mszy za ołtarzem mariawickiej świątyni w Płocku. W środowisku miłośników metafizyki dokonano szeregu rewizji, konfiskując przedmioty kultu, antykościelne druki, a nawet zdjęcia pornograficzne. Śledztwo jednak nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, Czyńskiemu ani jego współwyznawcom nie przedstawiono żadnych zarzutów, a sam mistrz niebawem zmarł. W ostatnich latach zresztą nie mógł budzić trwogi: był skromnym panem po 70-tce, cierpiącym na chorobę oczu, żyjącym w niedostatku (przeniósł się do mniejszego mieszkania i utrzymywał się z wróżenia i leczenia sugestią, za co pobierał po pięć złotych - sumę niespecjalnie imponującą). Prasa zaczęła więc pisać o tajemniczym doktorze Bruze. Ale o tym dopiero napiszę. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934, Z. Łagosz "Mit polskiego satanizmu...", Hermaion nr 1/2012 

piątek, 28 września 2012

Jak żonobójca Kahanek świat od Żydów i masonów wyzwalał

"Tajny Detektyw" bawi i kształci. Zamieszcza na przykład wyniki naukowych badań, które świadczą o tym, że mężczyzna, który założy "nienormalną" rodzinę, poślubiając starszą od siebie kobietę, najpewniej zostanie mordercą na tle osobistych ambicji. I, rzeczywiście: kupiec lwowski Kahanek poślubił wdowę starszą od siebie o lat 16, co niechybnie przywiodło go do obłędu na tle religijnym i, ostatecznie, zbrodni.



Kahankowie byli małżeństwem zamożnym: jak widać ze zdjęcia, wynajmowali duże, trzypokojowe mieszkanie na Sykstuskiej - nieopodal Wałów Hetmańskich, czyli dzisiejszego Prospektu Swobody - w przepięknej, luksusowej kamienicy zbudowanej w 1909 r. wg projektu Władysława Podhoreckiego (zachowanej zresztą do dziś, łącznie z tymi obłędnymi podziałami okien, typowymi dla Belle Epoque). Poznali się czternaście lat wcześniej, kiedy on był nieźle prosperującym kupcem w branży papierowej, ona - zamożną wdową po farmaceucie; pobrali się pomimo różnicy lat, która w owych czasach była uznawana za gorszącą (co innego w drugą stronę - mężczyzna poślubiający kobietę 16 lat młodszą był zdecydowanie "normalny"). Cóż wydarzyło się dalej?




Można rzeczywiście założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że Kahanek był chory psychicznie. Czy jest sens zagłębiać się w jego rojenia? Chyba tak. Wiadomo bowiem, że o ile każdy chory choruje na swój własny sposób, o tyle widmowe źródła zagrożenia są często wspólne. Kiedyś na chorego czyhały diabły i wiedźmy, później - ufoludki i promieniowanie z kosmosu, teraz pewnie islamiści z bombą i GMO. Modą epoki w czasach Kahanka byli straszliwi Żydzi i masoni. Zresztą, jak widać, jego mania prześladowcza nie koncentrowała się tylko na tych zagrożeniach, które ówczesna endecka propaganda mełła bez ustanku tak, jak dziś miele się smoleńskie zamachy - strach nieszczęsnego kupca obejmował również jego żonę, ową "narkotyczną czarodziejkę", której pierwszy mąż, farmaceuta, miał przekazać magiczne sekrety.

Czy Kahankowa (o której skądinąd wiadomo, że nie była Żydówką, ale Rumunką, a i do loży masońskiej nie należała) była ofiarą antysemickich i antymasońskich kampanii? Śmiem wątpić. Gdyby propaganda i "mądrość ulicy" wskazywały inne zagrożenie, chory mąż zabiłby ją z innego powodu. Ale w jego rojeniach odbijają się lęki tamtych czasów: mason z katolickiej propagandy łączy się z Żydem z carskich "Protokołów Mędrców Syjonu", przefiltrowanych przez endeckie pisemka, a nowoczesny strach przed narkotykami - z zabobonną wiarą w czarodziejskie możliwości farmaceutów. W tej ostatniej kwestii nie bez znaczenia był  pewnie kontekst seksualny: starsza żona po prostu musiała mieć coś na sumieniu, skoro "omotała" młodego mężczyznę. "Tajny Detektyw" publikując wynurzenia o kryminogennych właściwościach takich "niedobranych" stadeł niewiele bowiem błądził. Źródłem problemu była jednak nie "nienaturalność" takiego małżeństwa (małżeństwo należy do świata kultury, nie natury, i w jakimś sensie zawsze jest "nienaturalne"), ale społeczny ostracyzm, który mógł generować spore stresy.



Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2, 24 I 1932 i nr 33, rok 4, 12 VIII 1934