Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/52. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/52. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 stycznia 2014

Szalony psychiatra, czyli samobójstwo wśród woskowych figur vol. II

Doktor Clerambault, wybitny psychiatra, mistrz Jacquesa Lacana, był nie tylko lekarzem, ale i artystą. I to właśnie prowadzi nas do jego tajemniczej obsesji i ciemnych sprawek.


Poza psychiatrią zajmował się szerokim polem dziedzin na pograniczu sztuki i nauki: był malarzem, fotografem i etnografem. Zaczynał od pisania poezji, następnie przez dwa lata studiował w paryskiej Szkole Sztuk Dekoracyjnych, ale że pochodził z rodziny sędziowskiej, został zmuszony do wybrania studiów prawniczych; widać, że mu tam nie szło, bo w końcu, wbrew woli ojca, przeniósł się na medycynę. Jednak zainteresowania artystyczne Clerambaulta nie obumarły, przeciwnie, dojrzewały przez lata. Koncentrowały się wokół północnoafrykańskich tkanin, które kolekcjonował i uwieczniał na zdjęciach; był autorem kilku prac na temat ubioru ludów północnej Afryki, wykładał też w paryskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Prace badawcze w Afryce zaczął w Tunezji w roku 1910; ranny w trakcie I wojny światowej, trafił na rekonwalescencję do Maroka (1917-19), gdzie przedsięwziął szereg badań etnograficznych i wykonał wiele tysięcy zdjęć (od 6 do 40 tys., źródła różnie podają; w Muzeum Człowieka znajduje się ok. 400 odbitek, podarowanych przez autora) postaci, głównie kobiet, w tradycyjnych strojach. Większość fotografii przedstawia kolejne fazy drapowania ubiorów, niekiedy w niemalże filmowy sposób. Clerambault pisał, że świat arabski odchodzi od drapowania, ubiory są coraz częściej szyte, co łączy się ze zmianą warunków życia, zwłaszcza - z industrializacją i urbanizacją, miał więc poczucie dokumentowania ginącej sztuki.

Wiele wskazuje jednak na to, że jego zainteresowania nie były wyłącznie naukowe. Kochamy głaskać dłonią futro; pragniemy, by jedwab przesuwał się po naszym nadgarstku. Futro za sprawą swej formy wymaga pieszczot aktywnych; jedwab z podobną słodyczą pieści skórę, która staje się pasywna; a potem, powiedzieć można, ujawnia nerwowość swoimi rozdarciami i krzykami - pisał. Fascynowały go draperie - tradycyjne sposoby ich układania, które niosły ze sobą specyficzne znaczenia. Próbował zgłębić, czy sekwencja ruchów, wymagających ułożenia szaty, niosła jakiś przekaz, a zatem czy i powstały w jej wyniku układ fałd był "mówiący". Aby opisać erotyczne własności jedwabiu, stworzył dwa neologizmy: hyfefilia (umiłowanie tkanin) i aptofilia (ekscytacja dotykaną materią). Nie wystarczało mu gromadzenie materiałów i szat: eksponował je na specjalnych manekinach, wykonywanych wedle szczególnych wskazówek. Nie chodziło mu chyba jednak o adorowanie zakwefionych piękności, ale o samą draperię, o układ fałd właśnie - używał ich zresztą w wykładach, choć czasem preferował żywe modelki.

Pośród jego rozlicznych prac naukowych znajdziemy i takie, które odnosiły się bezpośrednio do tej namiętności: Klasyfikacja ubiorów drapowanych (1928), O tkaniu dla chorych (1929), Uwagi o tkactwie chińskim (1932) oraz Kobieca namiętność erotyczna w stosunku do tkanin (1908-10). Ta ostatnia praca jest studium czterech przypadków kobiet, które zostały przyłapane na kradzieży materiału w domach towarowych, a które - jak się okazało w toku badania - dzięki tkaninom uzyskiwaly seksualne spełnienie, jakiego nie dał im żaden mężczyzna. Clerambault stwierdza, że jest to podrzędna forma fetyszyzmu, bo fetyszyzm prawdziwy - znaczące słowa - jest wyłącznie męski, aktywny, a nie kobiecy, pasywny. Fetysz dla kobiety to tylko kawałek materii - rzuca z przyganą - a nie osobowość!


Głosy krytyki odzywały się już w epoce. Po pierwsze Clerambault, łącząc powagę medycyny i władzy policyjnej, nadużywał swojego stanowiska - kazał np. przetrzymywać dłużej atrakcyjne kobiety jeszcze przed postawieniem diagnozy tylko po to, by mógł zrobić im zdjęcia; podawał też, jak mają być w tym celu uczesane. Wykorzystywał chorych, a zwłaszcza chore, w publicznych wykładach (co było przyjęte), nierzadko traktując je w sposób uwłaczający (co już przyjęte nie było). Póki trafiał na biedne kobiety, o które nikt się nie upominał, był bezpieczny - kiedy jednak w szpitalu policyjnym bez nakazu przetrzymywał młodego aktora, który pokłócił się z właścicielką domu o wysokość czynszu, sprawa zrobiła się poważna. Clerambault zachował wprawdzie stanowisko w szpitalu policyjnym, ale Akademia Sztuk Pięknych odwołała jego wykłady. Tuż po jego śmierci surrealista Robert Desnos napisał artykuł, w którym twierdził, że doktor był bardziej chory, niż jego pacjenci (czego odbicie mamy w artykule w "Tajnym Detektywie", być może zresztą jest to przedruk z francuskiej wersji pisma). W roku 1996 Yvon Marciano nakręcił film "Le Cri de la Soie" ("Krzyk jedwabiu") z Marie Trintignant w roli przyłapanej na kradzieży jedwabiu fetyszystki, niepiśmiennej szwaczki, i Sergio Castellitto w roli dr. Gabriela de Villemera, czyli de Clerambaulta, który prze do romansu z pacjentką, swoistego trójkąta między kobietą, mężczyzną a jedwabiem. W istocie niewiele wiadomo o jego seksualnej orientacji - jeden z pierwszych jego biografów przypisywał mu liczne romanse, by zdezawuować plotki o homoseksualizmie Clerambaulta, ale, prawdę mówiąc, brak wiadomości o jakichkolwiek seksualnych relacjach doktora z jedną czy drugą płcią. Tkaniny, jak się zdaje, zupełnie mu wystarczały.


Wersja podana przez "Tajnego Detektywa" była więc zarazem prawdziwa i nieprawdziwa, sensacyjna i niesensacyjna, zależy, czy przykładamy dawne, czy nowe miary. Wiele sądów lekarza, które wtedy uchodziły za neutralne, dziś budziłoby słuszne oburzenie (np. teza, że czarny jest w naturalny sposób sprzymierzeńcem rasy białej w kontaktach z Arabami, podobnie jak pies towarzyszy człowiekowi w walce z lisem - zawsze stanie po stronie człowieka, a nie lisa, choć do lisa z pozoru jest mu bliżej.). Dziennikarz ponaciągał fakty, połączył rozmaite wątki, niekoniecznie zgodnie z prawdą i rozsądkiem, by uczynić historię o samobójstwie i manekinach atrakcyjną w jarmarczny sposób.

Clerambault był tymczasem postacią fascynującą i, bezsprzecznie, chorobliwą, ale nie w tak prosty sposób wszakże, w jaki podawała to brukowa prasa. Należało by do niego przyłożyć czulsze i bardziej wykwintne instrumenty.


Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934, Gen Doy, "Drapery: Classicism and Barbarism in Visual Culture"

sobota, 11 stycznia 2014

Szalony psychiatra, czyli samobójstwo wśród woskowych figur vol. I

Parę dni temu prasę obiegła wieść, że Kim nie rozstrzelał swojego wuja, ale rzucił go psom na pożarcie -wkrótce okazało się, że to dziennikarska kaczka z hongkońskiego tabloidu. W "Tajnym Detektywie" też trafiają się brednie, wyssane z brudnego dziennikarskiego palca - stosunkowo łatwo je poznać. Problem w tym, że życie czasem przerasta fantazję, jak to było w przypadku sprawy dr. Clerambaulta.



Wszystko tutaj śmierdzi zmyśleniem. Tytuł nawiązuje oczywiście do słynnego filmu ekspresjonistycznego, "Gabinetu dr. Caligari" Roberta Wiene. Demoniczny dr Caligari prowadził podwójne życie, jedno jako szacowny dyrektor szpitala dla psychicznie chorych, drugie - jako jarmarczny hipnotyzer, manipulujący wychudzonym somnambulikiem Cezarem, którego skłaniał do popełniania morderstw. Należy pamiętać, że nie był to wówczas zakurzony antyk - wprawdzie w 1934 roku nieme filmy trąciły nieco myszką, a na ekrany wchodziła komedia "Czy lucyna to dziewczyna?", ale od premiery legendarnego ekspresjonistycznego arcydzieła minęło raptem 14 lat, czyli tyle, ile nas dzieli od premier roku 2000: "Prostej historii" Lyncha, "American Beauty" Mendesa czy "Blair Witch Project" (który może jest temu najbliższy jako "wpisujący się w pamięć horror").



Zatem: nawiązanie do słynnego filmu grozy, lekarz o podwójnym życiu, do tego Paryż, stolica światowego zepsucia i rozpusty, gdzie wszelkie dewiacje są możliwe, wreszcie "komnata obłędu", pełna woskowych manekinów, służących szaleńcowi do przedziwnych, paraseksualnych rytuałów. No i, jakżeby inaczej, śmierć samobójcza, spowodowana strachem przed ślepotą. Tylko to sobie wyobraź, czytelniku, wystaw to sobie w głowie, czytelniczko: kilkaset manekinów, przebranych w kosztowne materie - a każdy z manekinów to słynna kobieta: Wirginia, Beatrycze i Kleopatra, ta Kleopatra, w której objęciach w końcu wypali sobie w głowę. Do tego ilustracje: naiwny fotomontaż z leżącymi na podłodze woskowymi głowami i parą przerażonych ludzi, czy kryjący się za kanapą facet podobny do młodego Salvadora Dali (trudno powiedzieć, kogo mają symbolizować, bo nie pasują do żadnego fragmentu artykułu). Jakby powiedział klasyk, "Jest to wielkie ssanie z palca". Problem w tym, że opowieść jest w sporej części prawdziwa - choć akcenty ma mniej sensacyjne, ale za to ciekawsze.


Gaetan Henri Alfred Edouard Leon Marie Gatian de Clerambault (1872-1934) rzeczywiście istniał, co więcej, był wybitnym psychiatrą francuskim, jedynym mistrzem tak słynnego dziś Jacquesa Lacana, i wieloletnim dyrektorem szpitala psychiatrycznego Prefektury Policji.  Prawdą jest również, że z wiekiem tracił wzrok - po nieudanej operacji zaćmy cierpiał na głęboką depresję i faktycznie się zastrzelił (17 listopada 1934, czyli sprawa była świeża), choć raczej nie w objęciach woskowego manekinu. 

To on w 1921 roku jako pierwszy opisał tzw. "Zespół de Clerambaulta" czyli erotomanię (erotomanię w sensie ścisłym, a nie potocznym, gdzie oznacza przesadny pociąg seksualny): zaburzenie polegające na przekonaniu chorego, że obdarzyła go uczuciem jakaś słynna postać. Niezdrowa obsesja przybiera niekiedy formy skrajne, jak stalking, czy nawet zbrodnicze (przykładem niech tu będzie zabójstwo Miss Polski z 1991 roku, Agnieszki Kotlarskiej, którą niezrównoważony wielbiciel zadźgał nożem). Był też autorem złożonego systemu taksonomicznego rozmaitych symptomów psychotycznych, a także - niezależnie od rosyjskiego badacza - opisał zespół automatyzmu psychicznego, zwanego Zespołem Kandinskiego-Clerambaulta. Francuz bazował na obserwacji chorych w paryskim szpitalu policyjnym, Rosjanin - na własnych halucynacjach, które próbował zdiagnozować.

Kandinsky (zbieżność nazwisk ze słynnym malarzem nieprzypadkowa - byli krewnymi) w roku 1877 pod Sewastopolem, w trakcie wojny turecko-rosyjskiej, przeżył omamy i gwałtowne wahania nastroju, które skończyły się próbą samobójczą. Ocalony i zwolniony ze służby wojskowej, opisał objawy: "pseudohalucynacje" (czyli takie halucynacje, które sam chory odbiera jako urojone) i naprzemienne poczucia natłoku myśli i pustki w głowie, połączone z przekonaniem, że jakaś zewnętrzna siła kieruje mózgiem chorego, wykradając z niego myśli lub upychając je tam gwałtownie. Po kilkunastu latach Kandinsky zdiagnozował u siebie nawrót choroby i trafił do Szpitala św. Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu, któremu wcześniej dyrektorował - tam popełnił samobójstwo, zażywając śmiertelną dawkę morfiny. Aż do zgonu notował kolejne symptomy, a jego ostatnie słowa brzmiały: Nie mogę dłużej pisać, bo przestaję widzieć. Światła! Światła!



Zdaje się, że to z tych dwóch źródeł - opisu Zespołu de Clerembaulta i Zespołu Kandinskiego-Clerambaulta - autor artykułu w "Tajnym Detektywie" zaczerpnął przekonanie, że doktor miał omamy oraz że kochał się w słynnych kobietach z dalekiej przeszłości: Kleopatrze, Beatrycze czy Wirginii. To jednak nie koniec zbieżności historii naciągniętej przez żądnego sensacji dziennikarza z historią prawdziwą. Doktor Clerambault miał bowiem rzeczywiście swoją tajemniczą obsesję - ale o tym w następnej notce. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934

sobota, 4 stycznia 2014

Maria Rasputinówna, sekretarz Rasputina i kelner ze Stanisławowa vol. II

Wedle oficjalnej wersji Maria Rasputina-Sołowiewa zaczęła tańczyć na scenie dopiero po śmierci męża, zmuszona do tego skrajną biedą. Jak się okazuje, "Tajny Detektyw" rzuca nieco inne światło na jej biografię. Jak córka mnicha została poskramiaczką lwów?




Wynikałoby z tego, że Maria już w roku 1920 występowała jako tancerka na deskach Teatru Moniuszki w Stanisławowie, co więcej - że była związana (być może również uczuciowo) z dawnym sekretarzem swojego ojca, Aronem Simanowiczem - z zawodu jubilerem, w późniejszych latach autorem szeroko tłumaczonej książki "Rasputin i Żyd, wspomnienia sekretarza Grigorija Rasputina". Jak się okazuje, Simanowicz był nie tylko impresariem, ale i tancerzem, wykonującym kozaczoka na scenie kabaretowej - możemy przyjąć, że był to jeden z naprawdę niewielu w historii Żydów zarabiających na życie tańcami kozackimi... 



Romans z Simanowiczem i francuskim oficerem (jest, pamiętajmy, rok 1920, na Polskę idzie bolszewicka nawała, francuscy wojskowi przebywają u nas w większej niż zazwyczaj obfitości), były chyba niedługie. Dla Marii, dobrze wiedzącej, na co stać bolszewików, priorytetem była pewnie ucieczka na zachód. Jej nielojalność wobec niechcianego i niekochanego męża nie powinna zresztą dziwić; Borys Sołowiew był ponoć rzadkiej wody łajdakiem. Korzystając z okazji, w trakcie rewolucji założył tajne Bractwo św. Jana z Tobolska, które miało się zająć zorganizowaniem ucieczki Mikołaja II i jego bliskich z zesłania. Sołowiew przejął klejnoty rodziny carskiej, po czym kosztowności te zdefraudował; pod tym samym pretekstem wyciągał duże sumy pieniędzy od rosyjskich arystokratów, posługując się między innymi młodą dziewczyną, przebraną za - zapewne nieżyjącą już wówczas - carewnę. Takie przynajmniej zachowały się opinie, ale należy też brać poprawkę na to, że w skłóconym światku emigrantów oskarżano się chętnie, a o im poważniejsze występki szło - tym swobodniej. 

Tak czy owak, kiedy zmarł w roku 1926 na gruźlicę, kariera sceniczna Marii chyba już trwała i była jej głównym źródłem utrzymania - wprawdzie wydała trzy tomy memuarów, a potem nawet "Książkę kucharską Rasputina", ale przędła cienko. Szansa na wzbogacenie pojawiła się kiedy swoje pamiętniki opublikował książę Feliks Jusupow - Maria wytoczyła mu proces, żądając 800 tysięcy dolarów odszkodowania, ale francuski sąd sprawę oddalił, nie mogąc wyrokować w kwestii mordu politycznego popełnionego poza granicami kraju (sam Jusupow, co ciekawe, otrzymał z kolei 25 tysięcy funtów odszkodowania od Metro Goldwyn-Mayer za film "Rasputin i cesarzowa" - nie dlatego, że przedstawiono go jako mordercę, to było bowiem zgodne z prawdą, ale za to, że jego filmowa żona miała być rzekomo kochanką Rasputina; to po tym procesie w filmach pojawiła się klauzula: "Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci lub zdarzeń jest przypadkowe"). Rasputina musiała tańczyć - i robiłaby to pewnie jeszcze przez wiele lat, gdyby po jednym z występów nie podszedł do niej cyrkowy impresario, który zaproponował jej rolę poskramiaczki dzikich zwierząt w cyrku. I to nie byle jakim.


Ringling Bros, Barnum and Bailey Circus to przedsiębiorstwo o długiej tradycji, cyrkowe konsorcjum. P. T. Barnum, być może najsłynniejszy amerykański spec od rozrywki, zaczął swoją karierę w Nowym Jorku, do którego przyjechał się w roku 1834. Zaczął karierę od pokazywania Joice Heth, niemal całkowicie sparaliżowanej czarnej staruszki, która udawała 161-letnią niańkę Jerzego Waszyngtona (opowiadała gapiom o pierwszych chwilach Ojca Narodu i odśpiewywała hymn); już wkrótce został dyrektorem Wielkiego Teatru Naukowo-Muzycznego Barnuma, która to szumna nazwa skrywała prostackie pokazy osobliwości i podróbek: kobiet z brodą, karłów, zroślaków, rzekomej zmumifikowanej syreny (zmontowanej z ogona ryby i małpiej główki), i tak dalej. Do tego wkrótce dołączył Muzeum Amerykańskie Barnuma (założone jako Muzeum Amerykańskie Scuddera w 1810 roku) - kolekcję osobliwości, takich jak wypchane ptaki i zwierzęta, dwugłowe cielę, gilotyna wraz z bezgłową woskową figurą, obiekty entograficzne, pamiątki narodowe, w tym "pierwsza flaga amerykańska, która powiewała nad Nowym Jorkiem po ogłoszeniu niepodległości", itp. Do zbiorów Scuddera Barnum dodał cyrk pcheł, uczoną fokę, psa tkającego na krosnach, kufer wykonany z drzewa, pod którym siadywali apostołowie, dioramy, widoki miast świata, loty balonowe, kapelusz generała Granta, a nawet konkursy piękności dla najmłodszych. W roku 1871, już jako doświadczony patriarcha rozrywkowy, założył wraz z Williamem Coupem objazdowy cyrk pod nazwą Wielkie Podróżne Muzeum, Menażeria i Hipodrom Rzymski P. T. Barnuma, Najwspanialszy Show Świata, a dziesięć lat później połączył przedsięwzięcie z cyrkiem Baileya, założonym przez Hachaliaha Baileya, człowieka, który sprowadził do Stanów pierwszego cyrkowego słonia. Równolegle wzrastał w siłę cyrk pięciu braci Ringling, którzy po śmierci Barnuma i Baileya wykupili ich przedsiębiorstwo, działające pod różnymi nazwami po dziś dzień - w swoim czasie cyrk cieszył się taką estymą, że prezydent Roosevelt osobiście wydał mu pozwolenie na korzystanie z torów kolejowych w czasie wojny, kiedy transport, poza wojskowym, ograniczano do minimum. 




Córka Rasputina - która skorzystała z oferty i w roku 1937 otrzymała amerykańskie obywatelstwo - idealnie wpisywała się w schemat działania firmy: miała przykuwające nazwisko i niezwykłą historię. Nie tę prawdziwą; o nią akurat nikt nie dbał. Tę zmyśloną: córka Rasputina bowiem potrafiła, podobnie jak ojciec, hipnotyzować zwierzęta. Wystarczyło jedno mesmeryzujące spojrzenie jej oczu, by lew łagodniał jak baranek.

Maria (z kijkiem) z kolegami z pracy
Nie do końca, niestety. Zjechała z cyrkiem kawał Ameryki i Europy, ale uległa poważnemu wypadkowi w Peru (nie, nie w tym Peru; w Peru w stanie Indiana), gdzie potwornie pokiereszował ją nieumiejętnie, jak się zdaje, poskromiony niedźwiedź:


Spędziwszy pewien czas w szpitalu, córka Rasputina dojechała jeszcze z cyrkiem na Florydę, gdzie wzięła ślub z Gregorym Bernadskym i zatrudniła się w stoczni jako nitowaczka, czyli amerykański odpowiednik stalinowskiej "traktorzystki" (Rózia Nitowaczka wspierała przemysł kiedy "chłopcy poszli na wojnę", co opiewa poniższy filmik i propagandowa piosenka)


Na emeryturę przeszła w roku 1955, spędzała czas ucząc rosyjskiego. Miała dwa pieski, które w akcie zemsty na mordercy ojca nazwała Jusu i Pow. Zmarła w roku 1977 - w rok później Boney M sięgnęło szczytów list przebojów z piosenką, która godziła historię ojca Marii z jej cyrkowym życiem.




Co z Simanowiczem? Czy odzyskał miliony? Czy policja odnalazła kelnera Waltucha? Pojęcia nie mam. Zresztą, nie mam przecież pewności, czy opowieść o występach w Stanisławowie jest prawdziwa - w końcu została podpisana "Oboleński", nazwiskiem rosyjskiej rodziny książęcej, co samo w sobie może być żartem. A jeśli nawet jakiś Simanowicz i jakaś Rasputina występowali w Stanisławowie w roku 1920, to czy mamy gwarancję, że to ten Simanowicz i ta Rasputina, a nie jacyś samozwańcy? I czy w ogóle mieliby gdzie występować? Teatr Moniuszki bardzo ponoć ucierpiał w trakcie I wojny światowej i trzeba go było odbudować - modernistyczny gmach widoczny na zdjęciu otwarto w 1929 roku, raptem 5 lat przed ukazaniem się tego numeru "Tajnego Detektywa". Czy była jakaś zapasowa scena? A może Teatr ucierpiał dopiero w czasie wojny polsko-bolszewickiej? Same pytania.

Dodać tylko mogę, że budynek stoi w Iwano-Frankiwsku do dzisiaj, acz pozbawiony napisu i efektownej liry na fasadzie (drugą lirę wkomponowano za to w drzwi wejściowe) oraz pomalowany na kolor żółtka; dziś mieści Okręgową Filharmonię.



Zaś sztukę"Towariszcz" Jacquesa Devala, którą wystawiano tam w 1934 roku, trzy lata później przerobiono w Hollywood na film z Claudette Colbert i Charlesem Boyerem, a w 1963 na broadwayowski musicall z Vivien Leigh i Jean-Pierrem Aumontem; para głównych bohaterów, książę Uratiew i jego żona, wielka księżna Tatiana Pietrowna, przyjeżdżają do Paryża z ogromnym skarbem: klejnotami powierzonymi im przez Romanowów. Nie chcąc uszczknąć niczego z poleconych ich opiece kosztowności, zatrudniają się jako służący i z czasem radzą sobie w nowych rolach całkiem dobrze, ale zostają zdemaskowani - ku największemu zdumieniu swoich chlebodawców - przez radzieckiego komisarza Gorodczenkę, który rozpoznaje w nich rosyjskich książąt. Dowcip polega na tym, że - w przeciwieństwie do męża Marii Rasputiny, Borisa Sołowiewa - bohaterowie fikcyjni powierzonych im klejnotów nie zdefraudowali.




Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934 i strona allrus.me

piątek, 3 stycznia 2014

Maria Rasputinówna, sekretarz Rasputina i kelner ze Stanisławowa vol. I

Na początku wieku przed Marią Rasputiną świat stał otworem. Jej ojciec, zyskawszy wpływy przy carze, postanowił sprowadzić rodzinę do Petersburga, a córkę przygotować do roli damy dworu. Niebawem jednak "dziki mnich" zginął z ręki rosyjskich arystokratów, dwór carski przestał istnieć, a Rasputinówny, jak się okazało, nie było jak przygotować do jej prawdziwej biografii.

Maria Rasputin jako poskramiaczka lwów na plakacie cyrkowym

Matriona Grigoriewna przyszła na świat w roku 1899 we wsi Pokrowskoje pod Tobolskiem jako jedno z pięciorga dzieci Rasputina i jego żony, Praskowii. 


Dwóch jej braci zmarło w dzieciństwie, a w roku 1913, roku wielkiego Jubileuszu Romanowów, ojciec zabrał żonę i trójkę dzieci, Dimitra, Matrionę i najmłodszą Warwarę, do Petersburga. Matrionie zmienił "chłopskie" imię na godniejsze, Maria, posłał ją na lekcje tańca do Teatrów Cesarskich i postanowił zrobić z niej damę dworu carskiego, choć sprawiała wrażenie nieco nieokrzesanej i "czuć ją było potem". Póki jednak słynny hipnotyzer cieszył się wpływami, nadskakiwano i jego dzieciom. 

Maria (w marynarskim ubranku) z ojcem i nieznaną admiratorką Rasputina

Wszystko się zmieniło na przełomie roku 1916 i 1917, kiedy to książę Jusupow z pomocnikami zgładził Rasputina w swoim pałacu nad rzeką Mojką, po czym ciało utopił w zamarzniętej Newie. Zwłoki odnaleziono w poniedziałek, 19 grudnia obowiązującego w Rosji kalendarza juliańskiego, czyli w pierwszy dzień nowego roku wedle kalendarza gregoriańskiego. Cała kongregacja współpracowników i pijawek, która obsiadła dwór za sprawą Rasputina, musiała teraz zewrzeć szyki - Marii nakazano "dynastyczne małżeństwo" z Borysem Sołowiewem, skarbnikiem Synodu Cerkwi Prawosławnej, mistykiem i hipnotyzerem, który po śmierci mistrza zaczął organizować seanse spirytystyczne - to właśnie w ich trakcie duch Rasputina miał nakłaniać Marię do poślubienia Sołowiewa. Niestety, jak się okazało później, było to małżeństwo nieudane (narzeczony w ogóle się nie podobał, on z kolei mówił, że jest mnóstwo kobiet, które pociągają go bardziej niż żona). Ale to z nim ruszyła na tułaczkę, kiedy bolszewicy obalili porządek w Rosji.


Borys Sołowiew

Międzywojenna Europa pełna była rosyjskich eks-elit; jednym "bezetom" ("byłym ziemianom") udało się wywieźć z kraju majątek - lub już wcześniej mieli pałac w Paryżu, willę na Lazurowym Wybrzeżu i pliki akcji zachodnich towarzystw giełdowych - inni biedowali. Vladimir Nabokov, syn posła i wnuk ministra sprawiedliwości, w chwilach nędzy sprzedawał srebrne pokrywki od kryształowych pojemniczków kosmetycznych z podróżnego nesesera. Feliks Jusupow, morderca Rasputina, założył z żoną Iriną dom mody Irfe; pułkownik Mironow, dowódca w wojnie rosyjsko-japońskiej i carski dyplomata w Londynie, po upadku imperium utrzymywał rodzinę z szoferowania (jego syn zmienił nazwisko na Mirren, jego wnuczka zaś to słynna Helen Mirren, fenomenalna "Królowa" z filmu Frearsa). Byli też arystokraci, którzy trudnili się występami tanecznymi, służbą czy pokątnym handlem. Inni emigranci, którzy nie mogli się pochwalić tytułem czy znakomitymi koneksjami, często je sobie wymyślali: byle portier udawał czasem carskiego generała, a prostytutka - rzekomą księżniczkę.



Maria i Borys, tułając się po europejskich stolicach (Paryż, Berlin, Praga) próbowali utrzymywać się z prowadzenia restauracji, ale zbankrutowali; Sołowiow niebawem (w roku 1926) zmarł na gruźlicę, a Maria musiała znaleźć jakieś utrzymanie dla siebie i dwóch córeczek, nazwanych na pamiątkę zamordowanych carewien, Marii i Tatiany. Najpierw została najpierw tancerką kabaretową, a potem zatrudniła się w cyrku jako poskramiaczka dzikich zwierząt.Taka jest chronologia oficjalna. Jednak notka w "Tajnym Detektywie" wskazywałaby na inną sekwencję zdarzeń. Ale o tym - w drugim odcinku.

Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934

sobota, 28 grudnia 2013

Szuler, hrabia, dziedziczka i targ na Sewerynowie.

Jak ja wspominam dawne dzieje przestępców nad numerami "Tajnego Detektywa", tak redaktorzy pisma wspominali dawnych cwaniaków, zbrodniarzy i łotrów. Choćby Romana Zgórskiego, obrotnego chłopaka, ślicznego jak marzenie, który najpierw w gimnazjum szerzył rozpustę wśród kolegów, potem omotał arystokratę-utracjusza, a wreszcie został łowcą posagów.




Anegdotka jak anegdotka - przekręt zabawny nawet (jeśli nie liczyć rozczarowania biednej a bogatej córki łódzkiego fabrykanta), bo trafił najmocniej w spekulantów, a przestępca jest jak żywcem wyjęty z powieści. Ale przypominam go nie tylko dlatego: otóż dotknął czułego miejsca w moim sercu, bo przywołał moje warszawskie okolice: Tamkę, Kopernika, Sewerynów. 

Kiedyś wszystko tu nazywało się inaczej. Dzisiejsza ulica Kopernika to dawniej Aleksandria - bo była głównym traktem założonej w roku 1670 jurydyki, która wzięła takie właśnie imię od swojego założyciela, księcia Aleksandra Zasławskiego. W owym czasie wzdłuż skarpy ciągnęły się kolejne dwory i pałace magnatów: przy Tamce był to po jednej stronie Zamek Ostrogskich (tak naprawdę - niewielki budynek, szczątkowy wobec wielkiego założenia, planowanego przez Tylmana z Gameren; ostatecznie na solidnym bastionie, zbudowanym jeszcze przez Ostrogskiego pod jego rezydencję, stanęła nie boczna oficyna, mieszcząca kuchnie, ale cały pałacyk), po drugiej - dwie wypalone ruiny: pałac Chomętowskiego, który spłonął na początku XVIII wieku, oraz Lubomirskich i Gozdzkich, strawiony przez pożar w roku 1777; został on odbudowany przez dwóch kolejnych mężów Karoliny Gozdzkiej: Jana Sanguszkę, a po prędkim rozwodzie - przez Karola de Nassau (to od jego nazwiska ulica, biegnąca niżej nazywa się "Dynasy").



Nie na wiele się to zresztą zdało, bo już w roku 1788 pałac spłonął ponownie - ocalało tylko jedno skrzydło, w którym gnieździła się biedota. Tak było do roku 1845, kiedy na scenę wkracza hrabia Seweryn Uruski. Uruski, człowiek zamożny i przedsiębiorczy, zawołany heraldyk (twórca jednego z najsłynniejszych polskich herbarzy), marszałek szlachty guberni warszawskiej i ochmistrz dworu carskiego, wzniósł dwa nieodległe budynki: obszerny pałac, który stanął na miejscu dawnego pałacu Poniatowskich (po lewej stronie od bramy głównej Uniwersytetu Warszawskiego) oraz coś w rodzaju dzisiejszej "galerii handlowej", z początku nazywane "Gościnnym dworem", z czasem - Targiem "Sewerynów". 



Franciszek Maria Lanci zaprojektował budowlę w kształcie litery U: jedno długie skrzydło to właśnie pozostałość dawnego pałacu Gozdzkich-de Nassau, do tego poprzeczny łącznik i skrzydło trzecie, ostatecznie niewybudowane. Obok mieścił się jeszcze widoczny na planie, a należący do kompleksu okrągły placyk z jatkami. Przedsięwzięcie Uruskiego okazało się jednak finansową klapą - zniszczyła je popularność pobliskiego, a dogodniej położonego targu "Na Ordynackiem". Znikły sklepy co elegantsze, zostali głównie szewcy i handlarze starzyzną. W tej sytuacji trzeba było coś zrobić z obszernymi pomieszczeniami na pierwszym i drugim piętrze - to tam, jak twierdzi Jerzy S. Majewski, mieściła się zapewne wspomniana w tekście szulernia, należąca do Zgórskiego. Ale nie tylko. 

W latach 1900-1913 Emilian Konopczyński prowadził tam gimnazjum męskie. Prządł raczej cienko, ale kiedy w roku 1905, na fali rewolucji, jako pierwszy w Warszawie, nie czekając na carskie zezwolenie, wprowadził lekcje w języku polskim, krok ten doceniło wiele zamożnych rodzin, które oddały tam swoich synów. Powiew wolności sprawił, że Aleksandrię przemianowano na ul. Kopernika, a Konopczyńskiemu, który nagle mógł sobie pozwolić na budowę własnej szkoły, pozwolono na wzniesienie najnowocześniejszej podówczas placówki w Warszawie. W 1913 roku na sąsiedniej ulicy Sewerynówki (Sewerynówka lub Sewerynówek, różnie podają źródła), biegnącej po Skarpie Wiślanej od bazaru na południe, otwarto wielki gmach w formie górującego nad skarpą zamczyska z wieżą (mieszczącą obserwatorium astronomiczne) i wieżyczkami, stromymi dachami, balkonami, i tak dalej; obok klas był tam również mały internat i cała kamienica z osobną klatką, przeznaczona na mieszkania nauczycielskie (część z nich - z bezpośrednim wejściem na szkolne korytarze). Uczyła się tam cała plejada późniejszych sław, między innymi Jan Białostocki, Miron Białoszewski, Jan Lechoń, Jan Nowak Jeziorański, Jan Kobuszewski, Edward Dziewoński.




Sam dyrektor szkoły, zmarły w 1911 roku, otwarcia szkoły nie dożył - ale ćwierć wieku później kolejny z jego uczniów, Stefan Starzyński, przemianował ulicę Sewerynówki na ul. Konopczyńskiego. W owym czasie szkoła traciła jednak swoją poczesną pozycję - nie w edukacji, ale w pejzażu skarpy. Otóż targ, wzniesiony przez Uruskiego, powoli znikał, a nieużytki zaczęto zabudowywać. Wlatach 20-tych wyburzono kompleks jatek, na którego miejscu stanął wieżowiec (początkowo miał to być hotel "Helvetia", w końcu gmach zajął Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych; po wojnie, odbudowany ze znacznymi zmianami i, przede wszystkim, bez wieży, służył związkom zawodowym). 




W roku 1935 z kolei zburzono sam targ, wytyczając na jego miejscu ulicę Bartoszewicza  i stawiając w roku 1937 pierzeję tzw. "luksów", siedmiopiętrowych, kamienic w stylu funkcjonalistycznym, należących do najmodniejszych wówczas budynków mieszkaniowych w mieście, a zaprojektowanych przez świetnych architektów (Korngold, Żórawski, Jotkiewicz). Kompleks sięgał od nowo wytyczonej na skarpie ulicy Bartoszewicza (częściowo - planowanej wówczas długiej widokowej alei Na Skarpie), do Konopczyńskiego, a nawet, długim jęzorem, aż do Kopernika. Po drugiej stronie ul. Bartoszewicza w latach 1937-38 stanął również siedmiopiętrowy "wieżowiec" projektu Ludwika Paradistala, dostosowany skalą i nowoczesnością do projektowanej alei Na Skarpie. 

Wojna obeszła się z tą okolicą nawet dość łagodnie; w luksach do końca mieszkali Niemcy i folksdojcze (m.in. aktorka-kolaborantka Ina Benita, ale to temat na inną opowieść); część budynków na Bartoszewicza i Konopczyńskiego została uszkodzona, ale cały zespół przetrwał praktycznie w całości. Zakład Ubezpieczeń, podobnie jak szkoła Konopczyńskiego, zostały odbudowane w znacznie zubożonej formie, która zatarła nieco ich dawną urodę, ale w porównaniu choćby z zabudową pobliskiej Tamki straty były niewielkie, a kolejne budynki powoli odzyskują dawny blask. Niedawny remont skrzyżowania zaowocował dwoma maleńkimi rondami; jest propozycja, by nazwać je imionami Bolka i Lolka - i to też jest jakiś kawałek historii tego miejsca, podobnie jak zapomniane dziś nazwy: Aleksandria, targ Sewerynów, Sewerynówek (czy Sewerynówki, nadal nie wiem). 

Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934, portal www.warszawa1939.pl


niedziela, 22 grudnia 2013

Propaganda pod choinkę

Tak się przyjęło, że na Boże Narodzenie każde czasopismo - zwłaszcza tygodnik - przygotowuje specjalny numer świąteczny. Nawet, jeśli - jak "Tajny Detektyw" zazwyczaj pisze o morderstwach, egzekucjach, rozpuście i krwawych porachunkach w przestępczym światku. Jak wyglądał świąteczny numer w roku 1934?



Oczywiście, obok policjanta: choinka i dziecko. W reklamie zawsze istniały dwie podstawowe metody - na "szczucie cycem" i na "szczucie bachorem". Seks i rodzina, to działa na ssaki w przekazie reklamowym. A co w środku? Życzenia. Dla polskich policjantów. No, dobrze, jest to jakoś tam zrozumiałe, ostatecznie "Tajny" korzystał z policyjnych materiałów operacyjnych, był wprzęgnięty w sanacyjną machinę medialną, gdzie stawał "po właściwej stronie", o czym już wielokrotnie wspominałem (kpiny z "wąsatych ownieńskich matron", potępianie ukraińskich nacjonalistów, ale i relacjonowana ostatnio sprawa Piekuckiego, z wrogiego władzom obozu endeckiego). Tym razem jednak, mam wrażenie - i to w sprawie niekoniecznie tak zapalnej jak wyżej wymienione - redaktor (a może i cała redakcja?) idzie najdalej chyba w propagandową opowieść.



Zawsze się zastanawiałem, skąd w Polsce powojennej od razu znalazła się cała grupa dziarskich propagandzistów - część, rzecz jasna, to hunwejbini, młoda gwardia, wychowana na przekazie oficjalnym w ZSRR, gdzie trafili w czasie wojny. Łatwi do zmanipulowania, ideowi. Część to starzy towarzysze: przedwojenni komuniści, jedni ideowi, drudzy cyniczni. Ale są jeszcze i tacy, którzy po prostu, sądzę, mieli dryg to pewnego typu pisania - jak autor poniższej notki; w "Tajnym Detektywie" Anno Domini 1934 był jeszcze nieco przedwczesny, przekaz kłuł w oczy chyba nawet na tle sanacyjnego cukierkowego przekazu; ale już za -naście lat wpisywałby się idealnie w klimat literacki. Ciekawe, czy autor przeżył wojnę - i czy mógł rozwinąć skrzydła? W końcu jego kolega z redakcji, Karol Ferster, czyli rysownik Charlie po wojnie odnalazł się jako autor rysunków o Auguście Bęc-Walskim... Po takich kwiatkach stylu jak: sięgamy myślą ku waszym domom, policjanci państwowi polscy czy tkwią nieruchome posterunki [...] występując służbowo w każdym wypadku pogwałcenia prawa możemy się spodziewać, że powojenna prasa przyjęłaby go z otwartymi ramionami.


Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934