Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/33. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/33. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Dziesięć okładek

W środku roku 1933 redaktorzy "Tajnego Detektywa", korzystając zapewne z popularności pisma, a może chcąc jeszcze ją zwiększyć, postanowili zainwestować w kolorowe okładki; w niektórych numerach pojawiały się również barwne materiały na wewnętrznej wkładce. Uległo także zmianie logo - z poziomego na okrągłe. Autorem fotomontaży, które zdobiły niekiedy okładkę, był najprawdopodobniej główny grafik pisma, czyli Janusz Maria Brzeski.












Za: "Tajny Detektyw", 1934

niedziela, 18 listopada 2012

Wampir z Teheranu i kowal z Gretna Green

Dziś będzie trochę śmieszno, a trochę straszno (jak to w czterech stronach świata): o seryjnym mordercy, który bronił się apelując do obu części podzielonego perskiego społeczeństwa, oraz o szkockim kowalu, który udzielał ślubu waląc młotem w kowadło. 

Najpierw może błahostka:


Tak naprawdę nie było tu mowy o żadnych "rodowych przywilejach" - w Szkocji obowiązywało inne prawo niż w Anglii, więc młodzi zakochani, którzy chcieli się pobrać bez zgody rodziców, wsiadali w dyliżans i w pierwszej miejscowości po przekroczeniu granicy mogli wziąć legalnie ślub na całkiem innych warunkach. A że wystarczyło dwóch świadków spośród miejscowej ludności, to tak się utarło, że obowiązki udzielania ślubu objął miejscowy kowal (znany pewnie nieźle woźnicom dyliżansów, bo to zawody zaprzyjaźnione jak dziś taksówkarze i mechanicy samochodowi). W wyniku rozmaitych przetasowań prawnych Gretna Green to traciło, to odzyskiwało swoje przywileje, ale do dziś pozostaje jednym z najbardziej popularnych miejsc zawierania ślubu na całym świecie.

A teraz powieje grozą, acz z innej strony świata:



Ali Asghar Borudżerdi urodził się w roku 1893 w Borudżerd w zachodnim Iranie (wówczas Persji), a jako ośmiolatek trafił u boku matki do znanej skądinąd irackiej Karbali, stamtąd zaś, w 1907 roku, pojechał do Bagdadu. To tam zaczął molestować seksualnie, a z czasem i mordować nastoletnich chłopców (głównie włóczęgów i męskie prostytutki) - obrońcy dowodzili później, że powodem takiego zachowania było dorastanie w "moralnie wątpliwym miejscu", czyli prowadzonej przez jego braci kawiarni, oraz fakt, że rodzina zabroniła mu się żenić. Po jakimś czasie (acz niespecjalnie prędko, skoro miał na sumieniu już 25 istnień) pętla śledztwa zaczęła się wokół niego zacieśniać, w ostatnim więc momencie  zbiegł do Teheranu. Tam, prowadząc skromne życie (jako tragarz i sprzedawca warzyw) mordował dalej. W grudniu 1933 w Teheranie znaleziono pierwsze ciała zamordowanych przez niego chłopców (zmasakrowane, pozbawione głów); Asghar został aresztowany, zwolniony i ponownie aresztowany, po czym, po krótkim procesie, uznany winnym  i stracony na placu Sepah. W śledztwie przyznał się do zarzucanych mu czynów i szczegółowo opisał morderstwa.

Proces Asghara Borudżerdi, pierwszego perskiego seryjnego zabójcy, zrobił ogromne wrażenie na współczesnych, był szeroko omawiana w prasie i pracach naukowych. Ciekawe, jak ówczesny spór między tradycjonalistami a modernistami przeglądał się w tej sprawie: podnoszono teorie Lombroso, szermowano hasłami, to o "ciemnocie", to o "bezbożności". Sam Ali Asghar Borudżerdi natomiast bronił się, wychodząc zarazem z pozycji naukowych, proreformatorskich, jak i moralno-religijnych. Dowodził, że według przeprowadzonych przez niego obliczeń, każda męska prostytutka zaraża syfilisem do 300 mężczyzn, zatem podjął się misji oczyszczania miast z występku, nawet jeśli ceną za to miałaby być kara śmierci - w tej sytuacji zostanie męczennikiem narodowym, który złożył życie na ołtarzu czystości społeczeństwa. 

Sąd nie przyjął tych wyjaśnień (nam, którzy znamy sporo takich morderców, "wykorzeniających zło", też trudno je przyjąć), niewiele też dała apelacja. Widoczną na zdjęciu egzekucję przeprowadzono 26-go czerwca 1934 roku na placu Sepah. Trudno dojść do ładu z nazwami w Persji/Iranie, bo tam co rewolucja, to jakaś zmiana - Sepah oznacza bodajże armię i za szachów taką nazwę nosiło inne miejsce. Dzisiejszy plac Sepah leży gdzieś daleko i jest mało imponujący, a jego nazwa odnosi się chyba do innej armii (bo do Armii Rewolucji); nie znam perskiego, więc szukam po omacku, może ktoś mnie poprawi. Wygląda na to, że ówczesny plac Sepah nazywał się później Tupchane, a obecnie to "plac imama Chomejniego" i faktycznie leży w samym centrum miasta. Kolumnada widoczna za szubienicą należała, jak się zdaje, do budynku komendy głównej perskiej policji:



Trudno też powiedzieć, skąd korespondenci "Tajnego Detektywa" wzięli historię o wysysaniu krwi i niewidzialności, pewnikiem z "Baśni 1001 Nocy", przefiltrowanych przez Eugeniusza Sue i Brama Stokera. Asghar zabijał chłopców tuż po odbyciu z nimi stosunku: bił ich do nieprzytomności, a potem odrzynał głowę. W przynajmniej jednym wypadku ofiara ocknęła się w trakcie operacji i zaczęła - bezskutecznie, rzecz jasne - błagać o życie. O spijaniu krwi serca nic mi nie wiadomo. Historia zresztą kupy się nie trzyma: przestępca miałby wydzierać serca po to, żeby stać się niewidzialnym, i móc ponownie mordować, żeby wydzierać serca, żeby stać się niewidzialnym, żeby... zbrodnicze perpetuum mobile, bez sensu. Ale taka pewnie miała być Persja w oczach statystycznego czytelnika: daleka, mityczna, dzika, krwawa. To, że Asghar usprawiedliwiał się "dbaniem o czystość społeczeństwa" nie było dość atrakcyjne; w Europie tych, co planowali tak dbać o czystość społeczeństwa, było na pęczki. Tylko czekali na swoją kolej.

Za: "Tajny Detektyw" nr 33 i 34, rok 4, 12 i 17 VIII 1934

niedziela, 11 listopada 2012

Gmyzowi i Wróblewskiemu na pociechę

Polały się jak Polska długa i szeroka prawicowe łzy po "zamachu na wolność słowa", czyste, rzęsiste, padły wstrząsające zdania o "Rzezi w Rzepie", wywaleni z gazety redaktorzy-fantaści rozdarli szaty, rzucili się rejtanami i porzucali oskarżeniami, Rzeczpospolita zdementowała, później z dementi się nieco wycofała, potem stanęła okrakiem jak ta żaba, co to się nie rozerwie. Zapachniało jesienią, trotylem i melancholią. Na pociechę zwolnionym dziennikarzom postanowiłem przytoczyć wyimek z "Tajnego Detektywa" o prawdziwych rzeziach w prasie codziennej.





Zatem, Cezary Gmyzie, mogło być gorzej. Zatem, Tomaszu Wróblewski, przesuń dłonią po karku i ciesz się, że wbrew rozmaitym tezom o "drugiej Białorusi" o "totalitarnym kraju, w którym żyjemy", mieszkacie i publikujecie w Polsce, cywilizowanym państwie liberalnej demokracji, gdzie karą za plecenie szkodliwych bzdur na łamach dużego dziennika jest kpina i środowiskowa infamia, a nie kęsim-kęsim. Czy raczej kei-shim, kei-shim.

Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok IV, 12 VIII 1934

sobota, 10 listopada 2012

Skłamany Bat'ko

Rzadko chce mi się specjalnie kupić książkę, żeby należycie skomentować jakiś artykuł w "Tajnym Detektywie", tym razem jednak szarpnąłem się na arcyciekawe dzieło Stanisława Łubieńskiego: "Pirata stepowego",  traktującego o ukraińskim watażce z czasów rewolucji, Nestorze Machno, legendarnym bat'ce, przywódcy anarchistycznej Republiki Hulajpole.

Łubieński pisze ciekawie i smacznie - ale smacznie pisze też autor artykułu w "Tajnym". Tyle tylko, że mają nieco inny stosunek do źródeł. A źródła o atamanie Machno, jak o wszystkich bohaterach ówczesnej sceny wojenno-politycznej, są nierzadko sprzeczne i pisane przez najdziwniejsze indywidua, które przy okazji piekły własne pieczenie (lub pieczenie rozmaitych partii, partyjek i wywiadów). Warto zatem sprostować to i owo w tak fantastycznej relacji:





Zacznijmy od dzieciństwa. Przez całe lata pisano, że Machno urodził się w roku 1889, księgi parafialne jednak mówią, że przyszedł na świat 26 X (wg kalendarza gregoriańskiego) 1888 roku. Skąd taka zmiana? Prawdopodobnie to jego matka Jewdokija Matwijiwna zmieniła datę w metryce, by Nestor poszedł do wojska rok później. Była to wówczas częsta praktyka. Służba wojskowa trwała sześć lat, Imperium nieustannie prowadziło wojny. Ten ukryty przed państwem rok oznaczał, że w gospodarstwie dwanaście miesięcy dłużej pomagać będzie jeszcze jedna para męskich rąk. Niewykluczone jednak, że datę w metryce zmieniono dopiero w 1910 roku, kiedy Nestor miał zostać powieszony za działalność rewolucyjną. O rok młodszy pozostawał niepełnoletni i nie można go było skazać na śmierć. A i sama wspomniana działalność przydarzyła mu się nieco przypadkiem. W miejscowej fabryce Kruegera zorganizowane zostało kółko teatralne - do kółka przyłącza się też Nestor Machno, miłośnik teatru i aktor amator. Młody robotnik ma już za sobą debiut. W Koloseum wystąpił w małej, ale jakby proroczej roli "tego, który dba, by nie zgasło światło" we Wschodzie jutrzenki wolności hulajpolskiego pisarza Jelisieja Karpenki. Tyle, że kółko teatralne było tylko przykrywką dla spotkań anarchistycznej organizacji Związek Biednych Chłopów.

Jeśli chodzi o przebieg działań bojowych machnowców, to odsyłam już do "Pirata stepowego" - ciekawym jednak mi się wydaje cała opowieść o ekscesach samego atamana. I tak: jakkolwiek częste są opowieści o straszliwych antysemickich pogromach, organizowanych przez jego bandy, Łubieński dość przekonująco udowadnia, cytując liczne opracowania, że sądy takie pochodziły z drugiej ręki lub od wrogów politycznych atamana. Tymczasem w jego oddziałach Żydzi nie tylko zajmowali poczesne stanowiska, ale i nie byli w żaden sposób prześladowani. Machno wydawał specjalne "edykty tolerancyjne", zakazujące pogromów, a wielu świadków (w tym świadków pochodzenia żydowskiego) wspominało, że w straszliwym okresie rewolucyjnym to właśnie nie biali ani czerwoni, ale machnowcy najprzyzwoiciej zachowywali się wobec ludności cywilnej, w tym wobec mas żydowskich (co nie wyklucza, dodajmy, pojedynczych aktów przemocy).

Machno istotnie miał pierwszą żonę, którą pojął jednak nie przed popem, a przed hulajpolską Radą rewolucyjną. I była to nie żydowska branka, a ukraińska chłopka, niejaka Nastia Wasecka, która pisała do Nestora listy, kiedy siedział w więzieniu na Butyrkach. Małżeństwo nie było udane: Nastia, nieskomplikowana wiejska dziewczyna, nie ma zrozumienia dla ideałów, którymi żyje jej mąż. Nie chce mieszkać w komunie i rywalizować o jego względy z towarzyszami anarchistami. Jest w zaawansowanej ciąży, chce mieć dzieci, męża i święty spokój. Ale Nestor nie czeka, śpieszy się do stolicy [gdzie spotka się z Kropotkinem i Leninem]. I nie zobaczy Iwana Nestorowicza Machny. Przy porodzie coś idzie nie tak, dziecko umiera po kilku dniach. Nastia zmarła dopiero w 1981: związała się z innym mężczyzną, urodziła czwórkę dzieci i jako staruszka sprzedawała nasiona słonecznika podróżnym na stacji Hulajpole. 

Z mordów na Żydach znany był natomiast gorliwie antysemicki Hryhoriew (w "Tajnym" pisany z rosyjska: Grygoriew) i była to, jak się zdaje, jedna z przyczyn niechęci pomiędzy dwoma watażkami. Wbrew jednak temu, co pisze korespondent wileński, ostatecznie zawarli oni ze sobą pakt. A grający na dwa fronty (układający się z białym Denikinem) Hryhoriew zginął dopiero po dziesięciu dniach, i to w wyniku uważnie przeprowadzonej (choć może niespecjalnie wyszukanej) prowokacji, która znacznie bardziej pasowałaby do Borgii, niż zwykły strzał znienacka. Hryhoriewa położył trupem zresztą nie sam Machno, a jego adiutant, Czubenko: Ataman traci głowę. Próbuje wyszarpnąć z kabury pistolet, ale Czubenko z bliska wypala mu w twarz. Wszyscy na moment zastygają... lecz ataman nie pada. Stoi ogłuszony z osmaloną skronią i nie bardzo wierząc własnemu szczęściu, z okrzykiem "Oj, Bat'ko, Bat'ko!" rzuca się do ucieczki. Machnie puszczają nerwy. "Bij atamana!", wrzeszczy i sam rzuca się za Hryhoriewem. Żołnierze na podwórku słyszą serię stłumionych strzałów. To Czubenko posyła zdrajcy kilka kul w plecy. Tym razem celnych. Ale w tym samym czasie, korzystając z zamieszania, przyboczny Hryhoriewa wymierza w Bat'kę. Jeden z machnowców w ostatniej chwili blokuje palcem spust. Nestor pakuje w swojego niedoszłego zabójcę cały magazynek.

Zabicie i przejęcie armii Hryhoriewa nie na wiele jednak się zdało. Machno, który z książki Łubieńskiego wyłania się jako postać tragiczna, samouk-idealista ze smykałką do dowodzenia, nazywany bat'ką, czyli ojcem, choć miał posturę i wygląd brzydkiego dziecka, schorowany na gruźlicę, stopniowo dowiaduje się, że wszedł pomiędzy ostrza potężnych szermierzy i anarchistyczna republika nie przetrwa zbyt długo. Ucieka przez Rumunię do Polski, tam faktycznie ma proces (który, jeśli wierzyć "Piratowi stepowemu", od początku był kuriozalny i wyglądał raczej na grę wywiadów niż świadectwo jakiegoś spiskowania), potem przez Toruń dociera do Paryża. Żyje jak to eks-rewolucjoniści: w biedzie, spisując wspomnienia tak drobiazgowe, że nie zdoła ich doprowadzić do końca, bez końca walcząc o dobre imię z całym stadem byłych sojuszników i pomniejszych wrogów. Umiera na gruźlicę, a jego ostatnie słowa brzmią: "Przynieście poduszkę tlenową".

Nawet ostatni akapit tekstu w "Tajnym" zawiera błąd. Machno zostawił żonę i córkę, Olenę. Obie wróciły do Rosji, obie przeszły przez łagry, obie umarły w zapomnieniu.

[wszystkie kursywy za St. Łubieński, "Pirat stepowy", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2012]

Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok IV, 12 VIII 1934

środa, 10 października 2012

Prawo (i lewo) przed wiekami (feat. Fr. Kafka)

"Tajny detektyw" od czasu do czasu robił mniej więcej to, co ja: wyciągał jakąś pokrytą kurzem staroć i w dziale "Prawo przed wiekami" pokazywał czytelnikom, jak to drzewiej dziwnie bywało. Dziś proponuję smakowite drobiazgi o piętnowaniu żelazem, pojedynkach oraz wczesnych formach eutanazji (nie kijem, to pałką).




Z oczywistych względów zawodowych najbardziej zainteresowała mnie kwestia wypisywania wyroku rozpalonym żelazem. Dwanaście wersów w dwusylabowych jambach, nawet licząc krótki wers (trzystopowiec, powiedzmy) to całe mnóstwo tekstu. Pomijam już trudności związane z wykonaniem matrycy drukarskiej na potrzeby jednej kaźni (cesarz mógł sobie, oczywiście, pozwolić na taki wydatek) - ale czy na dworze był jakiś specjalny nadworny składacz rymowanych wyroków? 

Z miejsca przychodzi oczywiście na myśl "Kolonia karna" Franza Kafki, gdzie specjalna maszyna zabija skazańca, wypisując na jego plecach sentencję wyroku całym systemem mechanicznych rylców, wykonujących w żywym ciele zabójcze arcydzieło kaligrafii. Opowiadanie, najbardziej może makabryczne w całej twórczości pisarza, okazało się niezwykle zapładniające dla artystów. I należy się może cieszyć, że nie było znane w czasach cesarza Teofila (IX w.).

by Bud Perry

by Glassghost

by Martin Senn

Za: "Tajny Detektyw" nr 33 i 35 rok 4, 12 i 26 VIII 1934  

piątek, 28 września 2012

Jak żonobójca Kahanek świat od Żydów i masonów wyzwalał

"Tajny Detektyw" bawi i kształci. Zamieszcza na przykład wyniki naukowych badań, które świadczą o tym, że mężczyzna, który założy "nienormalną" rodzinę, poślubiając starszą od siebie kobietę, najpewniej zostanie mordercą na tle osobistych ambicji. I, rzeczywiście: kupiec lwowski Kahanek poślubił wdowę starszą od siebie o lat 16, co niechybnie przywiodło go do obłędu na tle religijnym i, ostatecznie, zbrodni.



Kahankowie byli małżeństwem zamożnym: jak widać ze zdjęcia, wynajmowali duże, trzypokojowe mieszkanie na Sykstuskiej - nieopodal Wałów Hetmańskich, czyli dzisiejszego Prospektu Swobody - w przepięknej, luksusowej kamienicy zbudowanej w 1909 r. wg projektu Władysława Podhoreckiego (zachowanej zresztą do dziś, łącznie z tymi obłędnymi podziałami okien, typowymi dla Belle Epoque). Poznali się czternaście lat wcześniej, kiedy on był nieźle prosperującym kupcem w branży papierowej, ona - zamożną wdową po farmaceucie; pobrali się pomimo różnicy lat, która w owych czasach była uznawana za gorszącą (co innego w drugą stronę - mężczyzna poślubiający kobietę 16 lat młodszą był zdecydowanie "normalny"). Cóż wydarzyło się dalej?




Można rzeczywiście założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że Kahanek był chory psychicznie. Czy jest sens zagłębiać się w jego rojenia? Chyba tak. Wiadomo bowiem, że o ile każdy chory choruje na swój własny sposób, o tyle widmowe źródła zagrożenia są często wspólne. Kiedyś na chorego czyhały diabły i wiedźmy, później - ufoludki i promieniowanie z kosmosu, teraz pewnie islamiści z bombą i GMO. Modą epoki w czasach Kahanka byli straszliwi Żydzi i masoni. Zresztą, jak widać, jego mania prześladowcza nie koncentrowała się tylko na tych zagrożeniach, które ówczesna endecka propaganda mełła bez ustanku tak, jak dziś miele się smoleńskie zamachy - strach nieszczęsnego kupca obejmował również jego żonę, ową "narkotyczną czarodziejkę", której pierwszy mąż, farmaceuta, miał przekazać magiczne sekrety.

Czy Kahankowa (o której skądinąd wiadomo, że nie była Żydówką, ale Rumunką, a i do loży masońskiej nie należała) była ofiarą antysemickich i antymasońskich kampanii? Śmiem wątpić. Gdyby propaganda i "mądrość ulicy" wskazywały inne zagrożenie, chory mąż zabiłby ją z innego powodu. Ale w jego rojeniach odbijają się lęki tamtych czasów: mason z katolickiej propagandy łączy się z Żydem z carskich "Protokołów Mędrców Syjonu", przefiltrowanych przez endeckie pisemka, a nowoczesny strach przed narkotykami - z zabobonną wiarą w czarodziejskie możliwości farmaceutów. W tej ostatniej kwestii nie bez znaczenia był  pewnie kontekst seksualny: starsza żona po prostu musiała mieć coś na sumieniu, skoro "omotała" młodego mężczyznę. "Tajny Detektyw" publikując wynurzenia o kryminogennych właściwościach takich "niedobranych" stadeł niewiele bowiem błądził. Źródłem problemu była jednak nie "nienaturalność" takiego małżeństwa (małżeństwo należy do świata kultury, nie natury, i w jakimś sensie zawsze jest "nienaturalne"), ale społeczny ostracyzm, który mógł generować spore stresy.



Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2, 24 I 1932 i nr 33, rok 4, 12 VIII 1934

piątek, 21 września 2012

Drobne ogłoszenia, drobne ogłoszenia... vol. II

I znów garść tego, co zazwyczaj w strukturze gazety upychane jest po marginesach, ignorowane, a po latach wydaje się nie mniej zajmujące, niż krwawe morderstwo: ogłoszenia, odpowiedzi redakcji, reklamy.

Najbardziej rozczula mnie - niestrudzonego poszukiwacza archiwalnych numerów "Tajnego" - to zapewnienie, że brakujące numery można sobie uzupełnić po 30 gr od sztuki. Ach!











 




Za: "Tajny Detektyw" nr 41 rok I, 25 X 1931, nr 4 i 10 rok II, 24 I i 6 III 1932, nr 47, rok III, 19 XI 1933, nr 33, 34, 36, rok IV, 12 VIII, 19 VIII i 2 IX 1934

niedziela, 16 września 2012

Śmierć komiwojażerowej - cz. I

W życiu każdej redakcji pisma policyjnego nadchodzą okresy posuchy, kiedy naprawdę nie ma o czym pisać. Czy to w wyniku koniunkcji planet, czy za sprawą plam na słońcu, czy też zwykłego zbiegu okoliczności, nikomu jak na złość akurat nie chce się nikogo zamordować, albo przynajmniej odkryć zwłok. Cisza. Flauta. I wtedy, nagle, pojawia się jakiś dzielny człowiek, powiedzmy - Franciszek Lange, poznaniak - który swą żonę ćwiartuje, wywozi (niemal całą) w walizkach za miasto i tam próbuje spalić jej szczątki. Dla "Tajnego" to prawdziwe szczęście, które opromienia aż cztery kolejne numery pisma.




Zabójstwo żony dla pieniędzy może wydawać się stosunkowo banalne - ot, komiwojażer próbował sobie jakoś ułożyć życie i osiągnąć majątkową stabilizację, rozkochując w sobie i mordując służącą, pracującą w zamożnych domach. Ćwiartowanie zwłok i palenie nimi w piecu też nie było aż taką rzadkością. Owszem, cała sytuacja jest na swój sposób malownicza - niezidentyfikowane szczątki ludzkie w bagażu podręcznym, pożar, mała stacyjka... ale starczyłoby na jeden krwawy reportaż i tyle. Im jednak śledczy głębiej wchodzili w sprawę, tym ciekawszych rzeczy dowiadywali się o panu Lange. O tym przeczytają Państwo w następnych odcinkach - już niebawem.


Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok 4, 12 VIII 1934 

środa, 29 sierpnia 2012

W kabarecie w Ołomuńcu, czyli zwierzę jako narzędzie zbrodni

Kiedy mówimy: "broń biologiczna", myślimy o wirusach, o wągliku i innych bakteriach. Niesławna japońska jednostka 731, zajmująca się m.in. wiwisekcjonowaniem ludzi, opracowała gliniane bomby, wypełnione pchłami-nosicielkami dżumy, które zrzucano potem na chińskie miasta. Ale co, gdyby użyć do zabójstwa znacznie większych zwierząt? W 1934 roku "Tajny" wspomniał o dwóch takich przypadkach: morderstwie na bogatym czeskim rzemieślniku i na szefie GPU w Tyflisie.



Zaplanować mord i zamordować - zdarza się. Natrzeć nozdrza niedźwiedzia perfumą - bywa. Ale wygadać się po pijaku w kabarecie w Ołomuńcu? Do tego zdolni są wyłącznie Czesi!




Niestety, nie  natrafiłem nigdzie na wzmiankę o generale GPU (dla mniej zorientowanych: GPU było następcą CzeKi i poprzednikiem NKWD) noszącego nazwisko Sirof - był, owszem, enkawudzista, generał Sierow (współodpowiedzialny za mord w Katyniu), ale w dobrym zdrowiu, omijając żmije, dożył 1990 roku. Wzmianka o pokrewieństwie Sirofa ze Stalinem też wydaje się naciągana - chyba tylko na takiej zasadzie, że skoro Stalin pochodził z Gruzji (konkretnie: z Gori, niedalekiego od stołecznego Tyflisu, czyli Tbilisi), to pewnie obsadził stanowisko szefa GPU swoim krewniakiem. Ale - kto wie, może ktoś z Czytelników rozwikła tę zagadkę? Może zarówno generał, jak i sprawa są komuś znane?

Na razie zostaje nam gabinet, "nieszczęsny" generał i organizacja chłopów-żmijopodrzutców (albo wężopodrzutców, redaktor nie mógł się zdecydować). Szok i zaskoczenie. Wstrząs i sensacja. Ian Fleming by się nie powstydził.

Za: "Tajny Detektyw" nr 33, 35 rok 4, 12 VIII i 2 IX 1934


wtorek, 28 sierpnia 2012

Jeszcze dwa słowa o Johnie Dillingerze

Na marginesie tekstu o kobietach Dillingera jeszcze dwa małe newsy z sąsiednich numerów:


Otóż: i tak, i nie. James "Cabaret" Probasco to nie chirurg, a były bokser i paser w wielkiej kradzieży diamentów w 1924 roku - wpadł, bo żona dowiedziała się, że w przestępstwie brała również udział kochanka Probasco; dzięki wysiłkom prawnika, który później skontaktował z nim Dillingera, Probasco został uniewinniony. Kiedy dowiedział się, że "Wróg Publiczny nr 1" chce zmienić twarz (w sensie literalnym), obiecał znaleźć odpowiedniego chirurga za, bagatela, 5 tysięcy dolarów. I znalazł - Williama Loesera, który w 1914 wpadł z paragrafu za rozprowadzanie kokainy i heroiny, po warunkowym zwolnieniu z więzienia zwiał do Meksyku i tam opracował metodę usuwania linii papilarnych z pomocą kwasu. Pomagał mu doktor Harold Cassidy (imponujące przestępcze nazwisko, ale nie przestępcza kariera), a operację przeprowadzono w mieszkaniu Probasco w Chicago przy Crawford Avenue. Po nieudanym początku (Dillinger zdecydował się na znieczulenie ogólne - otrzymał zbyt dużą dawkę, nieomalże udusił się własnym językiem, po czym kazał zastosować znieczulenie miejscowe, zatem większość operacji przebiegała w sposób nader bolesny) przez parę godzin - jak czytamy na blogu The Chicago Crime Scenes - obaj lekarze wycięli mu sporą myszkę z czoła, dołeczek z policzka, zmienili kształt twarzy, wygładzając dołek w brodzie i usuwając głębokie zmarszczki w policzkach z pomocą implantów kangurzych ścięgien. Posługując się metodą Loesera wypalili mu również kwasem linie papilarne. Zadowolony początkowo z operacji Dillinger po tygodniu podesłał chirurgom jeszcze swojego współpracownika, Homera van Metera (a nie "Babyface" Nelsona. który widnieje na zdjęciu w ("Tajnym"), w końcu jednak (po zejściu opuchlizny, jak mniemam) okazało się, że Dillinger jest całkiem podobny do dawnego siebie. Nie miało to jednak większego znaczenia - zginął, wydany przez rumuńską burdelmamę. Zapewne również ona zdradziła szczegóły operacji: Probasco został zaaresztowany i, w trakcie długotrwałych przesłuchań, wyskoczył - lub został wyskoczony - przez okno. Za pomoc Dillingerowi nie dostałby zbyt wielkiego wyroku i wiele wskazuje na to, że wyrzucili go przez okno wściekli agenci Hoovera. Wszystko to jednak są tylko hipotezy.


Rodzina Dillingera - od 1936 roku wspólnie z jego kochanką, Evelyn Frechette, która wtedy właśnie wyszła z więzienia - rzeczywiście objeżdżała Stany z nieco karnawałowym show "Zbrodnia nie popłaciła" ("Crime Did Not Pay"). Tytuł był, co ciekawy, mottem Hoovera, który przecież tropił, wytropił i zabił Dillingera. Co więcej, hasło owo pojawiło się już w sierpniu 1934 roku, kiedy Frechette, osadzona w więzieniu, opublikowała w "The Chicago Herald-Examinerze" (gazecie Hearsta) tak właśnie zatytułowany wieloczęściowy artykuł-wyznanie, w którym opowiadała o swoim dzieciństwie, o uczuciu do Dillingera, strzelaninie i wszystkim, co mogło zainteresować masową publiczność. Tę samą, która latała na rodzinny show Dillingerów. 

Są jednak i tacy - jak Jay Robert Nash - którzy wierzą, że Dillinger wcale nie został zastrzelony w kinie Biograph, tylko, w spisku z policjantem Zarkowichem (kochankiem rumuńskiej burdelmany), sfingował własną śmierć, podstawiając podobnego do siebie człowieka, dziurawiąc mu kulami twarz i w dodatku sprzedając historyjkę o rzekomej operacji plastycznej. W takim razie show rodzinny byłby częścią szerszej akcji, zamydlającej oczy opinii publicznej i kręgowi Hoovera (podobnie jak samobójstwo/zabójstwo Probasco). Ojciec Dillingera, który nie miał ponoć pieniędzy na umycie zwłok, pojawił się na cmentarzu z kilkunastoma robotnikami, ciężarówkami i betoniarką: trumnę otoczono - rzekomo dla ochrony przed poszukiwaczami osobliwych pamiątek - ogromną konstrukcją ze zbrojonego betonu, tak, że wydobycie zwłok wiązałoby się z koniecznością wysadzenia całej tej mastaby w powietrze. Czy było tak w istocie? Trudno powiedzieć, choć nie tylko do miłośników teorii spiskowej przemówi wizja Dillingera, osobiście pomagającego w budowaniu betonowego schronu i bawiącego się z tej okazji znakomicie. Se non è vero è ben trovato, jak mawiali starożytni Chińczycy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 33, 35 rok 4, 12 i 26 VIII 1934