Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1932/21. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1932/21. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 marca 2016

Tożsamość, czyli zbóje, paryskie trupy i samobójczyni z inicjałem

Wielce sobie cenimy naszą prywatność i ochronę danych osobowych, zatem praktyki "Tajnego Detektywa" mogą wydawać się nam barbarzyńskie - ale to tylko kwestia różnic kulturowych. Teraz, przestępca poszukiwany, zmieniając się w przestępcę schwytanego, w jednej chwili traci twarz (rozpikselowaną lub zakrytą czarnym paskiem) i nazwisko, zastąpione inicjałem (inna sprawa, na ile to pozorne w czasach internetu). Przed wojną tymczasem publikowano swobodnie wizerunki, imiona, nazwiska, a nawet adresy zamieszkania zarówno przestępców, jak i ofiar. 
Nie dziwi to w momencie ścigania, jak w przypadku choćby tych dwóch defraudantów, uciekających przez kraj polskich Clyde'a i Clyde'a:


Ale przecież wizerunki i personalia przestępców drukowano również po ujęciu - przykładem niech będzie notka o schwytaniu trzech braci Leszczuków (o których losach niewiele więcej mogłem się dowiedzieć); warto zauważyć, że są opisywani jako "zbrodniarze", "groźni bandyci", bez żadnej refleksji nad domniemaniem niewinności, choć dopiero przecież czekali na rozprawę:



Publikowano też - jak to dzieje się i dziś - zdjęcia osób zaginionych, z nadzieją, że ktoś je odnajdzie. Dziwić może natomiast, że niekiedy "Tajny" zamieszczał fotografie zwłok (lub, jak na załączonym obrazku, osoby, co do której nie bardzo wiadomo, czy żyje, czy nie - notka nie informuje jednoznacznie o śmierci, ale opisuje kobietę w czasie przeszłym):

Identyfikowanie zwłok przez publiczne okazanie miało, oczywiście, swoją długą tradycję - w XIX wieku w Paryżu wybudowano nawet w kostnicy miejskiej specjalne "akwarium", w którym kolejne zwłoki wykładano na pochyłe marmurowe płyty ("miasto świateł", zważywszy na populację, zawsze miało dostatek topielic, ludzi zasztyletowanych w zaułku, itd.). Mimo, że genitalia pruderyjnie zasłaniano specjalnymi deseczkami lub ręcznikami, rosła popularność oglądania trupów jako wielkomiejskiej formy rozrywki - codziennie do kostnicy pielgrzymowało ok. 40 tys. ludzi, w tym wielu brytyjskich turystów. Ostatecznie w roku 1907 kostnicę zamknięto z powodów "higieny moralnej" - ale również dlatego, że, dzięki rozwojowi technik policyjnych, szanse identyfikacji zmarłego wzrosły. 







Personalia nie były chronione w żaden sposób, przeciwnie, nierzadko żerowano na nich, jak było to w przypadku niejakiego Gagatka, zamieszanego w pomoc kasiarzowi (tytuł: Czy Gagatek był gagatkiem?), albo Mieczysława Kochanka, który zasztyletował niewierną żonę, co prowadziło do serii kalamburów. W tekście Tajemnica Koperty Kr. N. Wog. przeczytać możemy o kasiarzu Stanisławie Cichockim, zwanym „Szpicbródką”. Policja dokonała rewizji w mieszkaniu kochanki jednego ze jego współpracowników, Mariana Brzezińskiego. „Tajny Detektyw” podaje wówczas jej nazwisko i adres: Kazimiera Kozłowska, ul. Pańska 86. Nikt tu nie bawił się w zakrywanie oczu czarnym paskiem, a nazwiska zastępowano inicjałem bardzo rzadko i chyba tylko za sprawą jakichś zakulisowych ustaleń środowiskowych. Tak było w przypadku tragicznego w skutkach romansu dwojga doktorów UJ a także samobójstwa pewnej osiemnastolatki:



Cóż, zaważyło pewnie to, że Maria była córką wdowy po szacownym właścicielu ziemskim. A może i jej młodość? Trudno powiedzieć. Tak czy owak, tygodnik postanowił oszczędzić rodzinie skandalu, choć i tak zamieścił zdjęcie - cóż, w czasach przedfejsbukowych fotografia nastolatki mniej widać zdradzała ogólnopolskiej publiczności, niż pełne nazwisko.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, nr 47, rok III, 19 XI 1933

wtorek, 29 grudnia 2015

O sądach doraźnych vol. II - Medea z Ozorkowa!

Medea zabiła wprawdzie dwójkę dzieci, nie jedno, w dodatku były to dzieci nie tylko Jazona, ale i jej własne, tym niemniej historia Anny Krysiakowej ma rozmach tragiczny - choć dostosowany do prowincjonalnego Ozorkowa i kryzysowej biedy.


Nieco więcej szczegółów możemy poznać dzięki gazecie łódzkiej. "Express Wieczorny Ilustrowany", czyli popołudniówka pisma "Republika", należał razem z całym koncernem Republiki do potomka wielkiego rodu fabrykanckiego, Maurycego Poznańskiego (oficjalnie do jego żony, Sary), dwóch innych inwestorów (Leszka Kirkiena i Sergiusza Cynamona) oraz do dziennikarzy-założycieli: Czesława Nussbauma-Ołtaszewskiego i Władysława Polaka. Jak widać, znaczna część założycieli, podobnie jak pracowników, była łódzkimi Żydami - pracowali tam również bracia Kałuszyner: Ludwik Starski (filmowiec, scenarzysta i autor słynnych piosenek, ojciec nagrodzonego oskarem scenografa, Allana Starskiego) i Adam Ochocki, który pozostawił barwne wspomnienia o pracy w redakcji (do których powrócę przy okazji sprawy kupca Markusa i szulerstwa wagonowego). Wspominam o tym, ponieważ pochodzenie dziennikarzy i właścicieli miało istotne znaczenie dla historii pisma: redakcja praktycznie przestała istnieć we wrześniu 1939 roku. Część dziennikarzy zginęła w getcie, Starski przechował się w Warszawie, Ochocki trafił do radzieckich łagrów, ale po powrocie pracował w piśmie, które zastartowało 17 stycznia 1945 roku, a które po wielu przekształceniach własnościowych ukazuje się do dziś jako "Express Ilustrowany". 


 

Jak widać, w "Expressie" po pierwsze zdążono Krysiakową ochrzcić "łódzką Gorgonową", a po drugie zrobiono przegląd ostatnich wyroków sądów doraźnych w Łodzi i dano do zrozumienia, że ci, co krew przelali, byli wieszani, a prezydent zastosował prawo łaski tylko w stosunku do Mędreckiego (jednego z winnych nieudanego napadu na kasę kolejową na dworcu Kaliskim). Podgrzewano zatem nadzieje publiki na egzekucję, bo publika nadzwyczaj się egzekucjami ekscytowała. Kiedy w lipcu 1932 roku w Rybniku powieszono skazanego wyrokiem sądu doraźnego Józefa G., mordercę siedmioletniej dziewczynki, ludność zaczęła od pomocników więziennych kupować na potęgę "przynoszące szczęście" kawałki wisielczego sznura; dość powiedzieć, że handlowano nimi tanio, złotówka za centymetr, a po wykryciu procederu okazało się, że sprytni więziennicy sprzedali około pięciuset metrów sznura... Jaki zapadł wyrok? O tym dzień później doniosło "Echo", popołudniówka innej gazety należącej do "Republiki", "Kuriera Łódzkiego": 



A zatem tym razem sąd doraźny nie sprawił frajdy łodzianom - ani, oczywiście, przedsiębiorczym handlarzom wisielczych sznurów. Ale sądy doraźne działały w całej Polsce i orzekały krwawo.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 138 rok X 18 V 1932, "Echo", 19 V 1932

sobota, 5 grudnia 2015

Biedakuzynka Marleny Dietrich, czyli wyrok na tancerkę Teodozję

 "Tajny Detektyw" pisał niekiedy o szpiegach, ale z zasady - w przeciwieństwie do innych gazet epoki - nie podawał, dla kogo pracowali, czasem tylko informował, że "na rzecz państwa ościennego" albo "obcego, wrogiego mocarstwa". W sprawach o szpiegostwo zapadały nierzadko wyroki śmierci - tak było i w tym przypadku.


Na zdjęciu z Narodowego Archiwum Cyfrowego tancerka Teodozja Majewska idzie na rozprawę, poprzedzając Andrzeja Śliwniaka, patrzącego w obiektyw, oraz Izraela Berkowskiego, który - jako człowiek starej daty - wstydliwie zasłania twarz kołnierzem płaszcza. Nie znalazłem bliższych wiadomości na temat dwóch panów, natomiast o pani, która trafiła na tylną okładkę "Tajnego Detektywa" - i owszem.


Teodozja, jako atrakcyjna (przynajmiej dla ówczesnych czytelników) kobieta, wyraźnie góruje nad dwoma panami. Cóż, w jakimś sensie wygrała, bo ich stracono (choć notka w środku prostuje, że tylko jeden z nich został powieszony, drugiego na jego prośbę rozstrzelano), a ona dostała dożywocie - bo to takie biedne dziewczę, prosto z dansingu w "Adrii", omotane, w dodatku głupawe:


Tymczasem Majewska wcale nie była taką naiwniaczką. A najgłupszy był rotmistrz Borakowski. 

Borakowski, bohaterski ułan, dwukrotnie ranny w wojnie 1920 roku, trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, a przy tym rozrywkowy facet, pracował w wywiadzie, gdzie rozpracowywał szpiegów radzieckich. Jan Bąkowski, były peowiak, poznał go na dansingu i zaczął płacić jego rachunki, potem podsunął mu Majewską. We trójkę wybrali się do Sopotu, gdzie przepuścili większą sumę - kiedy zabrakło pieniędzy, Bąkowski zaproponował wycieczkę do Gdańska, gdzie rezydował szpieg Ładowski (szpiegostwo w Wolnym Mieście nie było ścigane), rzekomo finansista. A oprócz tego, o czym rotmistrz nie wiedział, kochanek Teodozji. 

Ładowski pożyczył rotmistrzowi pieniądze, a przy okazji objawił mu się jako członek Stowarzyszenia Walki z Bolszewizmem i poprosił go o podanie różnych wiadomości - ten, po pewnym wahaniu, udzielił "wyłącznie ogólnych informacji". Nieco później w Warszawie Bąkowski go przycisnął - zażądał uregulowania długów za pijatyki, po czym zaproponował, że wystarczy akces do siatki szpiegowskiej. Dzięki temu prosto z biurka rotmistrza przefotografowane dokumenty polskiego wywiadu trafiały do Bąkowskiego i dalej do Moskwy.

Prośbę rotmistrza o rozstrzelanie zamiast powieszenia należy, jak sądzę, rozumieć w kategoriach etosu oficerskiego, choć trudno mówić o etosie u kogoś, kto sprzedał kraj za pieniądze na rozbijanie się po dansingach (nawet jeśli sprawdzał się jako oficer na froncie). 

A co stało się później z Teodozją? Siedziała, więc zapewne niewiele. Jednak dwa lata później w notce o Gorgonowej "Goniec Częstochowski" informuje również o damie z "Adrii":



Tak oto tancerka, wzorująca się na Marlenie Dietrich (która w filmie "Zniesławiona" (1931) zagrała prostytutkę, zakochującą się w sowieckim szpiegu - w odróżnieniu od Majewskiej rozstrzelaną), trafiła do działu wyrobu koców. Dalszych jej losów nie znam.


Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, "Goniec Częstochowski", nr 61 rok XXX, 14 marca 1935, A. Gass, "Zarażeni czerwonką" ("Focus", 7 marca 2009)

poniedziałek, 23 listopada 2015

Prawo serji nad młodemi córami Terpsychory

Jeszcze w numerze 19. z 1932 "Tajny Detektyw" podsumowywał proces Drożyńskiego, a już w 21. donosił o kolejnej podobnej zbrodni z zazdrości - zastrzeleniu tancerki Przydworskiej z łódzkiego kabaretu "Louvre". Przydworska pośmiertnie trafiła na okładkę, nietypowo, bo w trumnie




Szacowny "Louvre" działał od wielu lat w kamienicy "Pod Gutenbergiem" przy Piotrkowskiej 86 - niedawno z rozmachem odremontowanej, aczkolwiek widać doskonale, że wspaniałe kute ogrodzenie w przyziemiu nie zostało zrekonstruowane w oryginalnej formie, a szkoda. Ponad salą restauracyjną, na piętrze, mieściła się sala główna z siedmioma "gabinetami", wyposażonymi w osobne telefony - i podejrzewam, że to tam działał kabaret i występowała Drożyńska.


Mniej szczęścia miała kamienica przy Sienkiewicza, gdzie doszło do zabójstwa i próby samobójczej - ocalała wprawdzie, ale pozbawiona pięknych balkonów i ze zdewastowanym zupełnie parterem, który straszy obrzydliwymi szyldami i bylejakością:


Pomimo narzucających się podobieństw do tragedii Igi Korczyńskiej, pomimo "prawa serji", pomimo zabójstwa z zazdrości, łódzka historia nie stała się aż tak popularna. Być może zadziałało znużenie publiczności, być może wzięto Kowalskiego za imitatora, kopypaściarza z rewolwerem, trudno orzec.

Widać zresztą spore różnice między tymi dwiema sprawami - Kowalski nie wyciągał od Przydworskiej pieniędzy, tylko miotał się w poczuciu, że "a nuż jakoś to będzie"; Drożyński żył z wyzyskiwania kobiety, Kowalski ciężko pracował jako majster (i ze wstydu podawał się za inżyniera); Drożyński ranił się niegroźnie, Kowalski trafił do szpitala w stanie "prawie beznadziejnym", i tak dalej. 

Okazało się, że stan jednak beznadziejny nie był, zabójcę bowiem odratowano i postawiono przed sądem. Został skazany na trzy lata więzienia za zbrodnię w afekcie, o czym doniosły "Nowiny Codzienne":



Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, "Nowiny Codzienne" nr 223, rok I, 30 XI 1932

środa, 7 października 2015

Tragedia białej kobiety, czyli tragedia kolorowego mężczyzny, vol. II

Proces pięciu rzekomych napastników, którzy mieli zgwałcić i pobić panią Massie, był śledzony przez całą społeczność Hawajów. Narastała wrogość między stacjonującą na wyspach marynarką USA a "krajowcami", w mieście huczało od plotek. 

Pojawili się świadkowie, którzy widzieli białego mężczyznę idącego w ślad za Thalią Massie na kilka minut przed dramatycznymi wypadkami. Mówiono, że miała ona romans z jednym z oskarżonych albo z kolegą męża, z którym została złapana in flagranti, i to nikt inny, jak sam porucznik pobił żonę, łamiąc jej szczękę. Wielu policjantów wypowiadało się dla prasy, że akt oskarżenia jest oparty na zmyśleniach. Pani Fortescue, matka ofiary, odpowiedziała na to szeroko zakrojoną kampanią oszczerstw pod adresem pięciu młodzieńców, a właściwie wszystkich rodowitych Hawajczyków. Głównodowodzący marynarki w tym rejonie, admirał Stirling, który wcześniej ogłosił publicznie, że myślał o linczu, ale niestety "trzeba dać działać odpowiednim organom", teraz obawiał się, że wieść o sprawie dotrze do Stanów, co postawi go w niezręcznej sytuacji - opinia publiczna nabierze przekonania, że bieg wypadków wymknął mu się spod kontroli. Razem z panią Fortescue zadbał więc, by prasa na kontynecie nic nie wiedziała o procesie, który pospiesznie rozpoczęto.

Akt oskarżenia był słaby - incydent z panią Pepples wydarzył się czterdzieści minut po północy, sześć mil od miejsca gwałtu; pani Massie została stamtąd zabrana przez samochód pana Clarka (ze śladem pobicia na twarzy, ale z suknią w dobrym stanie) dziesięć do dwudziestu minut później. Zatem w dwadzieścia minut, co było niemożliwe, mężczyźni musieliby przejechać sześć mil, a następnie sześć do siedmiu razy zgwałcić panią porucznikową i umknąć. W dodatku żaden z nich nie pozostawił śladów spermy. Biegły dr Porter, zapytany, czy to możliwe, odpowiedział wymijająco: "Tak lub nie...". 

Sąd ostatecznie nie był w stanie ustalić werdyktu, głosy przysięgłych rozłożyły się 6 do 6 i sprawę zamknięto. I wtedy robi się naprawdę ciekawie: pani Fortescue - a w zasadzie Grace Rooseveltowa - postanawia wziąć sprawę w swoje ręce.



 ...ależ finał wcale taki nie był. "Tajny Detektyw" nie został najwyraźniej o wszystkim poinformowany. Pani Fortescue, a właściwie Roosevelt, dama z towarzystwa, której koneksje sięgały Białego Domu, mogła zostać zaaresztowana i skazana, mogła stanąć przed fotografem od mugshotów, ale z pewnością nie mogła iść do więzienia na dziesięć lat ciężkich robót. 



Z drugiej strony - "krajowcy" byli wzburzeni. W dniu zabójstwa przed posterunkiem policji zaczęły się gromadzić tłumy protestujących Hawajczyków, a pogrzeb Kahahawaiego zgromadził najwięcej żałobników w historii wysp, jeśli nie liczyć pogrzebu ostatniej królowej piętnaście lat wcześniej. 


Dowody były oczywiste, począwszy od ciała, którego nie udało się wrzucić do wulkanu, przez prześciaradło, w które zawinięto zwłoki, aż do pistoletów:


I to właśnie drugi proces przykuł uwagę całych Stanów. Morderstwo popełnione za poduszczeniem członiki rodziny Rooseveltów było nie lada gratką. Z kraju sprowadzono najsłynniejszego amerykańskiego obrońcę, Clarence'a Darrowa (który był modelem dla prawnika Billy'ego Flynna z musicalu "Chicago") - na próżno jednak. Pomimo wszystkich jego sztuczek (z odpowiednikiem "pomroczności jasnej" włącznie) czworo oskarżonych uznano winnych porwania i morderstwa. W tym momencie zaczęły się naciski na sędziego; potężne figury z marynarki wojennej wstawiły się za mordercami; osobiście zatelefonował prezydent Hoover i polecił uniknąć więzienia za wszelką cenę; gubernator Judd mógł skorzystać z prawa łaski, ale wiedział, że wypuszczenie sprawców linczu w tak zróżnicowanym etnicznie stanie źle wpłynie na jego notowania. Ostatecznie więc zdecydowano się na inne rozwiązanie.

Sędzia skazał wszystkich czworo na dziesięć lat więzienia i ciężkich robót. Po czym, pół godziny później, ogłosił na konferencji prasowej, że zmniejszył czas wykonywania kary do godziny, odsiedzianej w biurze gubernatora. Grace Fortescue powiedziała: "To najszcześliwszy dzień w moim życiu". A jeden z marynarzy, Deacon Jones (który trzydzieści lat później miał się przyznać, że to on zastrzelił Kahahawaiego), wysłał do domu telegram: "Kochana mamo, niedługo wracam, nastaw wodę na kawę."

Thalia Massie w dwa lata później rozwiodła się z mężem i zmarła w 1963 roku na Florydzie, w wyniku przedawkowania barbituranów. Jej matka, żelazna Grace Fortescue, dożyła prawie setki. Do śmierci w roku 1979 w wieku lat dziewięćdziesięciu sześciu, nigdy nie wyraziła skruchy. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932