Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2013

Miasta cieni cz. X

Rzadko się zdarza, by pośród osób w policyjnym albumie trafił się ktoś, o kim można opowiedzieć dłuższą historię; przeważnie są w ogóle bezimienni, nazwiska pojawiają się rzadko. Tym razem trafiłem jednak na człowieka, o którym wiem, za co mógł być zaaresztowany. I znam jego dalsze losy.















W albumie spodziewałem się właściwie tylko zdjęć złodziei, morderców, oszustów - nie przyszło mi do głowy, że w ówczesnej Polsce była całkiem przecież pokaźna grupa więźniów politycznych: ukraińskich nacjonalistów, komunistów, a nawet narodowych socjalistów w typie hitlerowskim (NPR-Prawica). Część z nich była najprawdziwszymi terrorystami i mordercami, innych wsadzano do więzienia wyłącznie za poglądy i agitację polityczną.

Lewek Szpicberg i Salomon Jaszuński zostali ewidentnie zaaresztowani razem: w Katowicach, 26 maja 1931 roku. Szpicberga, niestety, nigdzie nie znalazłem, Jaszuński jest za to dobrze znany. Urodzony w roku 1902 w Łodzi w rodzinie żydowskiej (ojciec był kupcem lub drobnym wytwórcą, matka - nauczycielką), cztery lata I wojny światowej spędził z rodzicami w Moskwie. Po powrocie wstąpił do partii komunistycznej; uzdolniony literacko, szybko zaangażował się w propagandę. Maturę zdał w Wilnie, eksternistycznie, studiował później we Lwowie i Krakowie. Z panegirycznego życiorysu pióra stalinistki Żanny Kormanowej dowiadujemy się, że Jaszuński był badaczem wybitnym, ale pozostawił w drukowanym dorobku językoznawczym jedynie kilka przyczynków. Można więc w wybitność nieco powątpiewać - ważniejsza była dla niego chyba działalność polityczna; skłonny jestem natomiast uwierzyć, że faktycznie znał 23 języki.

To właśnie kwestie polityczne sprawiły, że kształcił się w coraz to innych miastach: jako działacz (ps. "Justyn") Jaszuński był wielokrotnie aresztowany i więziony, począwszy od roku 1919 (za rozlepianie odezw pierwszomajowych na parkanach); w 1927 skazano go na rok "więzienia prewencyjnego", w roku 1928 otrzymał wyrok czteroletni (od lata 1929 na urlopie zdrowotnym). Siedział ogółem w ośmiu więzieniach i aresztach. Kormanowa podaje, że został wzięty ponownie w Katowicach w czerwcu 1931 roku - my ze zdjęcia wiemy, że wzięty został w maju, konkretnie - 26go maja. W styczniu 1938 roku wyjechał z Brygadą Dąbrowskiego do Hiszpanii w randze zastępcy komisarza politycznego; zginął w lipcu w walkach nad Ebro.

Gdyby nie wyjechał do Hiszpanii, i tak miał duże szanse by - jak wielu jego kolegów - zostać wezwanym do Moskwy i zginąć od strzału w tył głowy w stalinowskich czystkach; w przeciwnym razie straciłby zapewne życie w Holokauście, jak jego ojciec, zamęczony w obozie przejściowym Radogoszcz, lub matka, która zmarła na tyfus w warszawskim getcie. Ale gdyby przeżył, po wojnie mógłby wprowadzać w Polsce stalinowskie porządki - trudno cokolwiek przesądzić. I trudno powiedzieć, który los gorszy. Stało się jak się stało, leży gdzieś nad Ebro.

*

Dzięki informacji od czytelnika wiem też coś o Lewku Szpicbergu.

Z początku sądziłem, że chodzi o kogoś innego: oto 30 marca 1932 roku "Dziennik Łódzki" donosił, że w mieszkaniu niejakiego H. Szpicberga przy ul. Cegielnianej 19 policja zlikwidowała komunistyczną komórkę, miejsce spotkań młodzieży (głównie żydowskiej - precyzuje gazeta) płci obojga, gdzie skonfiskowano sporo bibuły, odezw, druków propagandowych. H. Szpicberg był, jak się dowiadujemy z "Dziennika Łódzkiego", bratem byłego komunistycznego posła, ukaranego kilkoletnim więzieniem, Arona Szpicberga.

Ale Lewek nie miał coś z nimi nic wspólnego - bo i też nie był Szpicbergiem. Nazywał się napradę Gustaw Szusterman (lub Szuster, jak podają inne źródła), używał rozmaitych pseudonimów: Fenigsztajn, Abram Weisman, Zelik lub Lewek Szpicberg. Dziś jest szerzej znany jako Stefan Staszewski (1906-1989). Przed wojną komunista, po aresztowaniu wyjechał do ZSRR i studiował z Bierutem w Międzynarodowej Szkole Leninowskiej. Wrócił, po kolejnym aresztowaniu - zapewne wówczas wykonano zdjęcie - znów przekroczył granicę i wykładał w Rosji, ale w ramach czystek stalinowskich trafił w 1938 roku na Kołymę, gdzie spędził lat osiem. Wróciwszy do Polski, był szefem propagandy w Katowicach, naczelnym "Trybuny Robotniczej", kierownikiem wydziału prasy w PPR i PZPR, wreszcie wiceministrem rolnictwa i I sekretarzem Komitetu Warszawskiego PZPR. Po okresie stalinowskim jego wpływy osłabły, pod koniec życia - wykluczony z partii w 1968 - wspierał ponoć KOR i Solidarność.

piątek, 23 sierpnia 2013

Miasta cieni cz. IX

Mugshots, czyli frontem, z profilu, w trzech czwartych (w nakryciu głowy i odzieniu wierzchnim). Przyłapani na gorącym uczynku lub tylko oskarżeni, mordercy i włóczędzy, czasem chorzy psychicznie bezdomni. To takie zdjęcia stanowią najliczniejszą grupę w  przedwojennym albumie fotograficznym jednej z powiatowych komend policji.

Zdjęcia napływały z całego kraju i spoza jego granic - tu widać na przykład fotografię z Hamburga; Girot, sądząc po nazwisku i pisowni "r", był zapewne zdjęty we Francji, a Frantisek Desarsch z kolei w Czechosłowacji, jak można wnioskować ze skrótu w podpisie. W jakiejś instytucji centralnej (Komendzie Głównej?) były przefotografowywane (stąd widoczne czasami po bokach pinezki i podziurawiona deska), a kopie rozsyłano na prowincję. Czasem w kadrze łapie się jeszcze kawałek karty ewidencyjnej z odciskami palców i danymi przestępcy.

Czasami fotografowano ich w specjalnym pokoju, z podpierającym głowę pałąkiem, czasem byle gdzie - nieraz w tle widać mur, piec kaflowy, drzwi w jakimś korytarzu na komendzie. Bywa, że trzymają tabliczkę z datą i nazwą miasta (niekiedy leżącego w tamtej, dawnej Rzeczypospolitej), z rzadka trafiają się też wydrapane w emulsji lub dopisane później nazwiska: polskie, niemieckie, żydowskie, czeskie, rosyjskie, ukraińskie. Są tu najróżniejsi ludzie: kobiety i mężczyźni, starzy wyjadacze i dzieciaki, wyglądający zamożnie i w ostatnich łachmanach. Krzepcy, rumiani i chorzy (czasem ciężko). Ładni i brzydcy.

Spójrzcie im w oczy.











poniedziałek, 20 maja 2013

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

"Tajny Detektyw" nie tylko informował o przestępstwach i procesach, ale i pomagał w śledztwie, stanowiąc ogólnopolską tablicę ogłoszeń, gdzie poszukiwano zaginionych, informowano o wysłaniu listów gończych czy próbowano zidentyfikować żywych i martwych: na przykład kobietę ubraną w żółty barchanowy szlafrok w kwiaty albo szajkę kasiarzy z Warszawy.






Każde z tych ogłoszeń jest inne: Byk i Maczuga to zbóje-celebryci, o których już sporo wspominałem; kasiarze z Warszawy nie byli aż tak znani, ale to też przestępcy. Zdjęty szałem podróżowania i przygód dziesięcioletni Wilhelm Sron może jeszcze wrócić - uciekał już dwa razy i, jak się dowiadujemy z innej gazety, łódzkiego "Echa", odnaleziony - podawał dla zmylenia przeciwnika fałszywe personalia. Z "Echa" wiemy też, że jest najlepszym uczniem w klasie i ma obgryzione paznokcie. Paulina Korneluk, kobieta w żółtym barchanowym szlafroku w kwiaty, wygląda jak Giulietta Massina żywcem przeniesiona z jednego z filmów Felliniego - i ona ma szansę odnaleźć swoje miejsce w życiu, a wraz z nim swoją pamięć. Natomiast do życia nie wrócą już dwa anonimowe męskie trupy: nieboszczycy mogą co najwyżej trafić do rodzinnych grobowców, jeśli takowymi dysponują. 

I wreszcie ta idylla: dwie dziewczynki na zdjęciu ze skradzionego aparatu, stojące w białych, marynarskich spodniach przy nadmorskim pomoście. Odnajdą się, nie odnajdą? Czy te dwie z kliszy trafią do rąk swoich żywych, roześmianych pierwowzorów? Tego nie dowiemy się nigdy. Ale poszukujemy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, 28, 40, 52 rok IV, 25 II, 6 VII, 30 IX i 16 XII 1934

czwartek, 7 lutego 2013

Dwusetny wpis - Miasta cieni cz. VIII

Po dwóch i pół roku prowadzenia "Tajnego Detektywa" zebrało się aż dwieście wpisów. Z tej okazji kolejna porcja zdjęć z albumu polskiej policji z lat międzywojennych - tym razem mugshots piętnaściorga oskarżonych z 1927 roku.















sobota, 6 października 2012

Książki oprawione w ludzką skórę, czyli coś dla miłośników makabry

Kiedy w 1934 roku "Tajny Detektyw" publikował tekścik o takich osobliwych egzemplarzach, młoda księgowa Ilse Koehler właśnie poznawała bankowca Karla Otto Kocha, rozwodnika. Po latach miała zasłynąć jako sadystyczna "Wiedźma z Buchenwaldu", która wybierała z transportów więźniów o ciekawych tatuażach, kazała ich zabijać, zdejmować z ciał skórę i, rzekomo, przerabiać ją na abażury.

Na razie jednak jest w miarę spokojnie. Kochowie pobiorą się dwa lata później, za rok on rozpocznie swoją karierę jako szef kolejnych obozów koncentracyjnych (Columbia Haus w Berlinie, Esterwegen, Sachsenhausen, Buchenwald i Majdanek), ona natomiast zostanie jego współpracownicą: najpierw sekretarką, później przełożoną strażniczek. Dodać należy, że w procesie nie udowodniono, że Ilse Koch faktycznie miała w domu abażury z ludzkiej skóry.  Pomimo dość szeroko zakrojonych badań nie znaleziono także potwierdzenia wiadomości, że posiadała oprawiony w skórę więźniów egzemplarz "Mein Kampf" czy albumy fotograficzne. Natomiast kilku naocznych świadków zeznało, że wybierała "ciekawe tatuaże" i  faktycznie, w Buchenwaldzie odkryto tylko kilka zakonserwowanych kawałków skóry z tatuażami (dziś są w archiwach w Waszyngtonie). Tak czy owak, wszystko to miało dopiero nadejść wraz z epoką krematoryjnych dymów, a tymczasem "Tajny" mógł pisać o książkach oprawnych w ludzką skórę w dziale CURIOSA KRYMINALNE  i to pod dość frywolnym tytułem: Do czego jest dobra skóra przestępców, jakby takie pomysły należały wyłącznie do zamierzchłej przeszłości.


Moda na wykorzystywanie ludzkiej skóry w celach bibliofilskich jest względnie nowa.  W XVIII wieku takie makabryczne oprawy miało w swoich zbiorach paru anatomów, którzy mieli względnie najłatwiejszy dostęp do "surowca" (zresztą jeszcze w 1861 roku filadelfijski anatom Joseph Leidy polecił oprawić własny egzemplarz swojej książki Elementary Treatise on Human Anatomy w skórę żołnierza, który zginął w trakcie wielkiej rebelii Południa). 

Prawdziwym przełomem była jednak pierwsza wielka rzeź czasów nowożytnych, czyli Rewolucja Francuska, gdy ciała "przestępców" były dostępne właściwie bez ograniczeń. Propaganda obozu królewskiego trąbiła na prawo i lewo, że wielka garbarnia skór w Meudon zaspokaja potrzeby republikańskiej armii korzystając właśnie ze skór ludzkich, co wydaje się jednak sporą przesadą. Ale krwiożercze czasy terroru, lubujące się w makabrze, zapisały się jednak w tej historii. W zbiorach paryskiego Musee Carnavalet przechowywany jest jeden z oprawnych w ludzką skórę egzemplarzy rewolucyjnej konstytucji (ten akurat ze skóry barwionej na odcień jasnej zieleni), podobnie upiększono również "Prawa człowieka" Thomasa Paine'a (gdzie tu dać dopisek nomen omen? Przy "prawach człowieka" czy przy wymownie brzmiącym nazwisku Paine?).

W wieku XIX francuski pomysł przeszedł na drugą stronę kanału La Manche, gdzie publiczna sekcja zwłok i  oskórowanie było, jak się zdaje, elementem symbolicznej kary. Wspomniana przez "Tajnego Detektywa" sprawa Williama Cordera była jedną z causes celebres początków XIX wieku i przypomina nieco fabułę Gnijącej panny młodej. W maju 1827 roku niejaka Maria Marten, dwudziestopięciolatka z hrabstwa Suffolk, rzekomo uciekła i pobrała się potajemnie ze swoim kochankiem, rzeczonym Williamem. W kwietniu następnego roku jej macocha, Ann Marten, po serii złowróżbnych snów, w których widziała ciało zamordowanej Marii w pobliskiej czerwonej stodole, zmusiła męża do przeszukania budynku - istotnie, znalazł tam ciało w stanie daleko posuniętego rozkładu, acz wciąż jeszcze nadające się do zidentyfikowania. Podejrzanego niebawem wyśledzono, złapano i zawiedziono do sądu. Po sensacyjnym procesie poszlakowym (do którego popularności przyczyniła się jeszcze warstwa metafizyczna, czyli powracający sen), Corder został skazany na powieszenie oraz - co ciekawe, podano to wyroku - oddanie jego ciała na badania anatomiczne. Po egzekucji, którą oglądało 7 do 20 tysięcy ludzi, zwłoki, wstępnie rozcięte dla ukazania mięśni tułowia, wyeksponowano w miejscowym sądzie - obejrzało je tam 5 tysięcy osób. Następnego dnia przeprowadzono pełną sekcję dla studentów anatomii uniwersytetu w Cambridge. Z twarzy zdjęto kilka masek pośmiertnych, przeprowadzono parabadania frenologiczne, sam szkielet zaś oczyszczono i przechowywano jako pomoc naukową do roku 2004, kiedy to po niemalże dwóch wiekach kości Cordera zostały skremowane. Faktycznie, w część zdjętej w trakcie sekcji skóry oprawiono opis procesu mordercy - egzemplarz ten do dziś przechowywany jest w Bury St. Edmunds w Suffolk:


Jest pewną prawidłowością, że takie oprawy nosiły akta procesowe lub inne teksty dotyczące przestępcy. Pierwszym chyba znanym tego rodzaju przypadkiem są akta jezuity Henry'ego Garneta, jednego z członków Spisku Prochowego (1605), oprawne ponoć w skórę zdjętą z jego twarzy lub z twarzą w skórze odciśniętą (jakim sposobem?) - choć, jak się zdaje, może być to późniejsze fałszerstwo:


Większość znanych przypadków pochodzi jednak z początków wieku XIX. Tak było w przypadku Johna Horwooda, osiemnastolatka powieszonego w Bristolu w 1821 roku za morderstwo ukochanej. Chirurg Richard Smith, który przeprowadzał publiczną sekcję, przesłał introligatorowi skórę i polecił oprawić w nią rozmaite dokumenty i druki ulotne dotyczące Horwooda. Ciemnobrązowa oprawa (wewnątrz, dodam, zachował się jeszcze rachunek od introligatora, opiewający na 1 funt i 10 szylingów) w każdym rogu przedstawia czaszkę ze skrzyżowanymi piszczelami, a w polu środkowym - szubienicę i napis Cutis Vera Johannis Horwood (Prawdziwa skóra Jana Horwooda):
W 1829 roku w Edynburgu powieszono niejakiego Williama Burke'a, który ze swoim pomocnikiem (uwolnionym za złożenie zeznań obciążających Burke'a) przez niecały rok zabił 17 osób po to tylko, by sprzedać ich ciała doktorowi Robertowi Knoxowi, przeprowadzającemu sekcje anatomiczne na edynburskim uniwersytecie. Ponieważ tym razem zależność między sekcją a morderstwami była bardzo bliska, ciało Burke'a poddano rozlicznym zabiegom: dokonujący sekcji lekarz napisał krwią zmarłego słowa: To napisano krwią W-ma Burke powieszonego w Edyburgu. Krew pochodzi z głowy. Szkielet i maskę pośmiertną wystawia do dziś uniwersytet, a ze skóry wykonano oprawę do notesu czy wizytownika (na ulicach sprzedawano również wykonane z niej portfele, ale były to chyba falsyfikaty): 



Szczególnym przypadkiem jest rozbójnik ze stanu Massachusetts, niejaki John Allen, mulat z Jamaiki, który grasował na drogach w okolicach Bostonu. Siedząc w więzieniu, spisał w 1837 roku Opowieść o życiu Johna Allena, znanego także jako George Walton, John Pierce, James H. York i Burley Grove, rozbójnika, będąca jego spowiedzią na łożu śmierci złożoną strażnikowi więzienia w Massachusetss. Dwa egzemplarze dzieła polecił oprawić w skórę ze swoich pleców (tak wyprawioną, że przypomina szarawą skórę jelenia) i jeden z nich ofiarować wykonującemu sekcję lekarzowi a drugi - Johnowi Fenno, który, ciężko ranny, bohatersko stawił mu czoła w potyczce i ostatecznie doprowadził do skazania napastnika. Tom, opatrzony napisem HIC LIBER WALTONIS CUTE COMPATUS EST ('ksiażka ta oprawna jest w skórę Waltona') przechowywany był przez wiele lat w rodzinie Fenno (używano go ponoć do bicia niegrzecznych dzieci), aż trafił do biblioteki Boston Athenaeum:


Znany jest też inny przypadek ofiarowania własnej skóry na oprawę księgi. Młody niemiecki student prawa, Ernst Kaufmann, pragnął zdobyć sławę jako pisarz - jednak, zawiedziony porażkami, wykonał w 1813 roku dwieście drzeworytów pod wspólnym tytułem Dwieście portretów sławnych mężów i po swojej śmierci polecił to właśnie dzieło wyposażyć w okładki z własnego grzbietu. Musiał być zresztą mężczyzną postawnym, bowiem w kolekcji dr. Wooda z Filadelfii znajdowało się kilka jeszcze tomów ze skóry Kaufmanna: Przypadki Idziego Blasa Lesage'a, dwa tomy Książki o doktorach i aż trzy tomy Episodes de la vie des insectes. 

Na Harvardzie oglądać można XVII-wieczny traktat o prawie hiszpańskim, opatrzony wyblakłym dopiskiem: Oprawa tey xięgi to wszystko co pozostało z drogiego przyjaciela mego, Jonasa Wrighta, który został żywcem oskórowany przez plemię Wavuma Czwartego Dnia Sierpnia roku 1632. Król Btesa dał mi tę xięgę, będącą w posiadaniu biednego Jonasa, wraz z pasem jego skóry do oprawienia teyże. Requiescat in pace.

W tej galerii osobliwych przykładów nie może także zabraknąć historii słynnego popularyzatora astronomii, Camille'a Flammariona. Otrzymał on list od admiratorki swoich dzieł, w którym przedłożyła mu swoją prośbę. Owa - jak chce opowieść - umierająca na gruźlicę młoda hrabianka zapragnęła, by Flammarion oprawił w skórę zdjętą z jej pleców egzemplarz swojej kolejnej książki. Uzyskała jego zgodę i faktycznie, niedługo potem Flammarion otrzymał płat skóry, wykorzystany później do oprawy Les Terres du Ciel. Okładkę ozdabia złoty napis: Nabożne wypełnienie anonimowej prośby / Oprawa z ludzkiej skóry (kobiecej), 1882. 

Wróćmy jednak do notki w "Tajnym Detektywie". Wspomniany tam Henri Pranzini trudnił się głównie oszukiwaniem zakochanych w nim kobiet. Jedna z nich, paryska kurtyzana i jedna z królowych półświatka, Marie Regnault, znana także jako pani do Montille, na swoje nieszczęście zgromadziła tak znaczny majątek, że Pranzini postanowił ją zabić. A że mieszkała z pokojówką i jej dwunastoletnią córką, zabił wszystkie trzy kobiety, podrzynając im gardła, po czym wyjął z sejfu gotówkę i biżuterię wartości 40 tys. franków i zbiegł do Nicei. Tam, dzięki sprawności śledczych, został wkrótce ujęty w operze podczas przedstawienia "Cyrulika Sewilskiego" (który to cyrulik, jak wiemy, żył nie tylko ze sprytu, ale i ze stosowania brzytwy). 

Z uwagi na misterny plan morderstwa, którego nie będę tu streszczał, oraz samą brutalność wykonania, proces stał się sławny. Van Gogh był pewien, że Pranzini rzecz zaplanował w kawiarence, w której malarz często bywał, a nawet zorganizował wystawę obrazów - w Cafe du Tambourin, zwanej tak, bo wszystkie stoliki miały blaty z tamburynów. Czternastoletnia Tereska z Lisieux, dowiedziawszy się, że Pranzini nie zamierza się ukorzyć przed Bogiem, gorąco modliła się o jego nawrócenie. Wkrótce (mimo ojcowskiego zakazu czytania gazet) przeczytała w La Croix, że morderca wprawdzie odmówił spowiedzi, ale leżąc już na szafocie z głową w wycięciu gilotyny odwrócił się i trzykrotnie ucałował rany na krucyfiksie. Tereska, z właściwym sobie świętoszkowatym zadufaniem, stwierdziła, że to znak dany jej osobiście od Boga. Ja skłaniałbym się raczej do teorii, że człowiek na którego szyję za kilka sekund spadnie ostrze, zrobi wszystko, żeby ten moment odwlec.

A jak to było z pantoflami? Nijak chyba. W 1920 roku, czyli 33 lata po egzekucji Pranziniego, do redakcji Mercure de France przyszedł anonimowy list, w którym ktoś donosił, że w prosektorium z ciała przestępcy zdjęto nie tylko pośmiertną maskę, ale i skórę, bo jakiś policyjny urzędnik zamierzał w nią oprawić wizytownik. Kiedy jednak o sprawie dowiedział się prefekt policji, z miejsca kazał pochować "surowiec" razem z ciałem zgilotynowanego Pranziniego. Maska natomiast, a właściwie wykonany z wosku cały model głowy, łącznie ze zmierzwionymi włosami, istnieje do dziś i jest przechowywana w muzeum paryskiej prefektury policji:


Campi, kolejny słynny przestępca tej doby, jest bohaterem nader interesującej sprawy. Otóż w 1883 roku zatłukł on młotkiem przy Rue du Regard niejakiego pana Ducros de Sixt (zranił również jego siostrę, której udało się zbiec). Ducros był starszym gentlemanem, żyjącym ze zgromadzonych kapitałów, obficie przekazywanych na cele dobroczynne. Campi natomiast był bezdomnym włóczęgą bez zajęcia, który uparcie odmawiał wyjawienia prawdziwego nazwiska i imienia. Podał tylko, że nazywa się Michael Campi i urodził się w roku 1850 w Marsylii, ale w tamtejszych spisach taki obywatel nie figurował. Odmawiał też, z równą konsekwencją, wyjawienia przyczyny, dla której zamordował Ducrosa - z początku zakładano, że powodowała nim głęboka niechęć do społecznego establishmentu i dlatego uderzył w starszego pana, dobrodzieja ubogich. Przesłuchujący jednak nabrali z czasem przekonania, że była to planowana latami zemsta - za co jednak? Cóż, Campi do końca odmawiał wyjaśnień i zabrał tę tajemnicę do grobu.

Z rozmaitych źródeł można się dowiedzieć, że po śmierci jego ciało zabrano do prosektorium, gdzie dr Jean-Baptiste Labord próbował reanimować ściętą głowę dopływem świeżej krwi ze zdekapitowanego psa. Bezskutecznie zresztą - sztuczka ta udała mu się dopiero w roku 1887 z głową niejakiego Gagny'ego (głowa poruszyła powieką i szczęką, ale zmarły nie odzyskał przytomności). Skórę faktycznie zdjęto z ciała i oprawiono w nią - w zależności od relacji - albo akta procesowe, albo egzemplarze opisu sekcji zwłok. Przy okazji z małego kawałeczka skóry Campiego, z fragmentu powrozu wisielca i z przebitej monety wartości jednego sou wykonano policyjny amulecik, który trafił później do kolekcji antropologa Adriena de Mortilleta, a wraz z nią został sprzedany do londyńskiego Wellcome Museum, po czym przeniesiony do Pitt Rivers Museum w Oxfordzie, gdzie znajduje się do dziś:



Jeśli zaś chodzi o dzieła inne niż akta procesów... Cóż, bracia Goncourtowie wspominali, że stażyści szpitalni pozyskiwali skórę z kobiecych piersi, by oprawiać obsceniczne dziełka dla zamożnej arystokratycznej klienteli z Faubourg Saint-Germain. Pojawiają się również wzmianki o ozdobionym w ten sposób tomie, mieszczącym wczesne wydania Justyny i Julietty de Sade'a, z - co się zdarzało - sutkiem użytym jako rodzaj ornamentu. Pewien introligator wspominał, że dla niejakiego doktora V. wykonał kilka opraw z ludzkiej skóry, w tym  L'eloge de seins Merciera de Compiegne z podobnym użyciem damskiego sutka, a także Trzech muszkieterów Dumasa ze skóry ozdobionej tatuażem, przedstawiającym trzech walczących żołnierzy z czasów Ludwika XIII. W skórę szczurołapa i żonobójcy George'a Cudmore oprawiono fragmenty "Raju utraconego" Miltona (i to w wiele lat po egzekucji w 1830 - użyto bowiem wydania z 1852 roku, więc surowiec długo leżał u introligatora), co miało może znaczenie symboliczne, podobnie jak użycie skóry powieszonego w 1818 roku Jamesa Johnsona do oprawienia słownika języka angielskiego pióra Samuela Johnsona (posępna zbieżność nazwisk - przypadkowa): zepsuty element społeczeństwa zostaje wykorzystany do ozdobienia szczytowych zdobyczy tegoż samego społeczeństwa. 

A żeby nie mieli Państwo wrażenia - jak 80 lat temu czytelnicy "Tajnego Detektywa" - że takie pomysły należą do przeszłości, dodaję jeszcze w miarę współczesny dopisek. W Bailey Library w Slippery Rock University w stanie Pennsylvania przechowywany jest tomik hiszpańskich erotyków niejakiego Tere Medina, El Largo Viaje, spisany w roku 1972 i opatrzony następującym napisem: Plemię Aguadila z płaskowyżu Mayaguez zachowuje skórę zdjętą z tułowia zmarłych członków plemienia. Wprawdzie większość skóry pożytkowana jest przez Aguadilów, część jednak trafia na wolny rynek, którym zdradza niewielkie, acz stałe zapotrzebowanie na taki towar. Ta okładka jest świadectwem tego zapotrzebowania. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934  

wtorek, 21 sierpnia 2012

Dintojra w Stanisławowie, czyli szopenfeldziarze i blatnicy

Na głównej w naTemat o warszawskiej gwarze, więc i o gwarze (częściowo) będzie. W latach 30-tych Stanisławów był miastem wojewódzkim wprawdzie, ale prowincjonalnym - liczył 60 tys. mieszkańców (mniej więcej tyle, co dziś Łomża) i nawet autor artykułu, próbując je jakoś wyróżnić, musiał się uciec do kunsztownej figury: drugie po Lwowie największe miasto Małopolski Wschodniej (może i drugie po Lwowie, ale sześciokrotnie od niego mniejsze). Miał jednak Stanisławów coś, czym mógł się pochwalić: przestępcze podziemie, któremu "Tajny Detektyw" poświęcił reportaż rozciągnięty aż na trzy numery. Dziś część pierwsza.









(wspomniana dzielnica Belweder)



Tekst autorstwa niejakiego Z. Oboleńskiego może być niejakim wstrząsem dla sentymentalnych miłośników polskich Kresów, gdzie bursztynowy świerzop, gdzie Maryla w futrze z putkamerów i dworek, i dumka kozacka, hej, a wszystko w kolorach sepiowo-złocistych, bez jednej skazy. Tak, że "przed wojną, panie, to drzwi się na oścież otwarte zostawiało i nikt niczego nie wziął". Stanisławów oto okazuje się miastem nie tylko dojmującej nędzy, ale i szalejącej przestępczości. Półświatek miał tam znakomicie ustawiony system władzy (dintojra!), rozbudowany niemalże jak w USA czasów prohibicji (dintojra!), specjalne lokale zabezpieczone przed policyjnymi nalotami oraz bogatą gwarę kryminalną (dzieloną wszakże z resztą kraju). Wszystko to Oboleński podał w sosie godnym Eugeniusza Sue albo Dickensa - tyle, że z nazwiskami z tamtejszego pogranicza: polskimi, żydowskimi i ukraińskimi - bravissimo.

Niestety, korespondent ze Stanisławowa posiadł także sztukę suspensu i urwał swoją opowieść w najciekawszym momencie, kiedy na scenę wychodzi 21-letnia córka staruszki, Żanetta, "typowa piękność peryferyj". Tym z Państwa, którzy z niecierpliwością czekają na jej dzieje, pozostaje dziś tylko obejrzenie jeszcze paru zdjęć. Następny odcinek - w następnym odcinku.







Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok 4, 10 VIII 1934