środa, 16 stycznia 2019

Wielki skok na Bank Handlowy w Łodzi - vol. II

Większość zdjęć w moich albumach policyjnych nie jest opisana, co sprawia, że identyfikacja przestępców jest nad wyraz trudna. Ostatnio, dzięki odnalezieniu online albumów przechowywanych w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, udało mi się natrafić na kilkadziesiąt, może sto nazwisk, głównie przestępców politycznych. Ale tym razem sprawa okazała się zaskakująco łatwa. Po pierwsze: przestępców było czterech, wszyscy mieli tabliczkę z nazwą miasta, datą dzienną i kolejnymi numerami (zatem zatrzymano ich i fotografowano razem).


I wystarczyła niewielka kwerenda, by przekonać się, co to za czterech ancymonów fotografowano w Łodzi 21 czerwca roku 1930.

Otóż po napadzie na łódzki Bank Handlowy momentalnie zaczęto ogromną obławę. Nie przyniosła ona pożądanych skutków i, o ile mi wiadomo, przestępców nie zatrzymano, nie odzyskano zrabowanego miliona i nikt nie otrzymał piętnastu tysięcy złotych nagrody. Ale natknięto się dość przypadkowo na czterech uzbrojonych mężczyzn, śpiących w życie nieopodal podkonińskiej wsi Grodziec. Jak opisała to "Republika":


Niestety energiczne śledztwo inspektora Noska przyniosło pewne rozczarowanie: choć mieli przy sobie fachowe kasiarskie narzędzia, nie byli to przestępcy, którzy wyciągnęli milion ze skarbca Banku Handlowego. Ale też nie było to rozczarowanie miażdżące - jak się bowiem okazało, wiejski policjant z Grodźca natrafił na nie mniej słynną szajkę kasiarza Mariana Andrzejczaka.

Sądzę, że z czterech mężczyzn na zdjęciach może to być ostatni, najstarszy w grupie (pozostali to Jan Trawczyński vel Krawczyński, Leon Niewiadomski, Eugeniusz Iwanow):


Zwłaszcza, że pojawiał się on w albumie już dwukrotnie, na zdjęciu wcześniejszym, z roku 1925, w tym na samym początku roku 1930, kiedy poszukiwano go za włamanie do sklepu jubilera Jagodzińskiego w Warszawie, wespół z Julianem Dylewskim i innym sławetnym kasiarzem, Adamem Stemplem (partnerem biznesowym Szpicbródki, zapewne mężczyzną na sąsiednie fotografii). Włamanie tamto miało sfinansować ostatnią część skoku Szpicbródki na bank w Częstochowie, ale przyniosło zdekonspirowanie całej operacji i ostateczną klęskę przedsięwzięciu, które - gdyby się udało - byłoby największym rabunkiem bankowym Europy.

Tak o poszukiwaniach ówczesnych pisał "Dziennik Bydgoski":







Co zatem okazało sie w śledztwie? Zajrzyjmy do "Echa"...



...oraz "Republiki":


Stempel został ujęty we wrześniu 1930 roku, zarzucano mu udział w skoku na sklep Jagodzińskiego i niedoszłym włamie do banku w Częstochowie, a także w łódzkim ataku na Bank Handlowy, jednakże z późniejszych materiałów wynika, że tego ostatniego mu nie udowodniono i sprawcy pozostali ostatecznie bezkarni. Wielki proces bandy Szpicbródki, w sumie szesnastu osób (w tym Andrzejczaka i Stempla) miał miejsce we wrześniu 1932 roku w Warszawie, a samego Szpicbródkę skazano wówczas na sześć lat więzienia.

Za: Album policyjny, "Dziennik Bydgoski" z 29 I 1930, "Republika" z 21 i 22 VI 1930, "Echo" z 21 VI 1930.


Wielki skok na Bank Handlowy w Łodzi - vol. I

W czerwcu 1930 roku gruchnęła wiadomość, że do placówki Banku Handlowego w Łodzi (istniejący do dziś wielki gmach na rogu Kościuszki i 6 Sierpnia, obecnie PKO) dokonano napadu o "meksykańskiej skali". Łódzka "Republika" krzyczała na pierwszej stronie:


Widać, że najistotniejsze dla wielu łodzian były wówczas skrytki bankowe - skradzione pieniądze zawsze można spłacić innymi banknotami, ale cenna biżuteria, weksle, rodzinne pamiątki to rzeczy niezastępowalne. 

Data była nieprzypadkowa - dzień później pracę miał stracić Otto Jung, bankowy goniec, który zapewne nie był mózgiem operacji, ale wtyczką gangu wewnątrz firmy; jego pomoc była konieczna dla błyskawicznego obezwładnienia strażników i uzyskania dostępu do kluczy. Skoro dostał wymówienie, to cały plan się sypał - przy czym, dodajmy, nie musi to wcale oznaczać, że nie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Jest lato 1930 roku, Wielki Kryzys właśnie się rozkręca i pracowników zwalnia się masowo, w pierwszym rzędzie młodych, niskiego szczebla, nieposiadających rodzin na utrzymaniu.

Jung to ten młodzieniec z albumu policyjnego - na jednym zdjęciu, nieco wcześniejszym, w grupie skautów czy harcerzy, na drugim - w trakcie spaceru po jednej z łódzkich, zapewne, ulic.


Nie jest podpisany, ale zidentyfikowałem go dzięki innemu albumowi poszukiwanych z Archiwum Akt Nowych:



Jak wyglądał sam napad? Bardzo dramatycznie, o czym informuje właśnie "Republika":



 

Wyznaczona nagroda - 15 tysięcy złotych - była astronomiczna, ale nie przyczyniła się wcale do wykrycia rabusiów. Uznano, że zbiegli za granicę, jeśli zaś idzie o Junga, młodego i podrzędnego, zapewne bez wielkiej przestępczej kariery, spekulowano, że został zamordowany przez kasiarzy, którzy  przejęli jego część łupu. Po prawie czterech latach "Echo" opublikowało wszelako taki sensacyjny materiał, który wklejam tu dla porządku, bo wydaje się raczej kaczką dziennikarską, a przynajmniej efektem czyjejś rozbudzonej wyobraźni.


Za: Album policyjny, "Republika" z 17 czerwca 1930, "Echo" z 26 maja 1934.

sobota, 15 grudnia 2018

Władysław Harasiński, defraudant


Mężczyzna z fotografii w albumie policyjnym nie stoi raczej przed obiektywem na posterunku - to fotografia prywatna, wykonana zapewne w atelier. Pod łamanym kołnierzykiem widać muszkę, w brustaszy - wzorzystą poszetkę. Zanim usiadł na krześle w zakładzie fotograficznym, przyczesał pewnie jeszcze dla porządku włosy, idealnie równo ułożone. Jest mężczyzną, który chce się podobać - uśmiechnął się lekko i, łapiąc oczami blik światła, patrzy tam, gdzie kazał mu patrzeć pan fotograf.



Na szczęście ktoś - i był to, jak się zaraz okaże,  zapewne jego kolega - dość niekształtnym pismem zanotował personalia: Władysław Harasiński. Władysław lubił się podobać, a podobanie się - kosztuje. Toteż zachachmęcał. Zachachmęcał konkretnie w miejscu pracy, a wiemy to z notki w "Głosie Lubelskim":

Władysław Harasiński, starszy posterunkowy P. P. pełnił obowiązki sekretarza w Centralnym Komisarjacie P. P. W czasie pełnienia obowiązków od marca 1928 roku do marca 1929 roku Harasiński zdefraudował: 1409 zł 10 gr zabrane z grzywien, 5934 zł 71 gr przeznaczone na wypłatę gaż dla funkcjonarjuszów P. P. oraz 7 zł przeznaczone na stemple. Harasińskiego aresztowano 4 grudnia ub. r. i osadzono w więzieniu, gdzie przebywał do chwili obecnej. Sprawę policjanta-defraudanta rozpatrywał w ub. tygodniu Sąd Okręgowy w Lublinie w składzie sędziowskim: przewodniczący sędzia Worzycki, Korciak i Radzki-asesorowie. Oskarżał wiceprokurator Quirini, bronił oskarżonego z urzędu Otmar Poźniak. Sąd po zbadaniu sprawy, wydał wyrok na mocy art. 667, 578 cz. I i III i 574 K. K. skazujący Harasińskiego na 2 lata więzienia z zaliczeniem aresztu prewencyjnego. Prokurator zapowiedział apelację.


Ciekawe, że w czasach, kiedy sądy działały bardzo pospiesznie, Harasiński siedział prawie rok, zanim go osądzono - od początku grudnia 1929 do prawie połowy listopada. Być może spodziewano się, że wysypie kogoś jeszcze, kto zdefraudował poważniejsze sumy? Ale bardziej jeszcze zainteresowała mnie inna sprawa. Otóż zdefraudował on znaczną sumę, 7350,81 zł - ale nie zawahał się chapsnąć nawet siedmiu złotych na stemple. To się nazywa konsekwencja w działaniu.


Za: album policyjny, "Głos Lubelski" z 11 XI 1930.


piątek, 2 listopada 2018

Hardy zyskuje historię

Ta fotografia, jak wiele innych, była zupełnie anonimowa. Ot, mężczyzna, którego nazwałem "hardy". Sfotografowany w roku 1928 w Warszawie, w Urzędzie Śledczym na tyłach ratusza, o którym niedawno pisałem. Pod trzydziestkę, z wyglądu raczej niezamożny. To wszystko, co o nim wiedziałem.



Na szczęście dostałem od czytelnika link do zbiorów przedwojennej warszawskiej Policji Państwowej, które udostępnia Archiwum Akt Nowych. I oto otworzył się przede mną bezmiar rozmaitych danych i wiadomości, również o tym człowieku.




Stanisław Ciborowski zbiegł z aresztu pod koniec roku 1928, zdjęcie do albumu wklejono zapewne 3 XII - z adnotacją, że zbiegł z Aresztu Rozpoznawczego Policji Polskiej w Warszawie. Jak się tam znalazł? Nie wiadomo. "Gazeta Śledcza" wszelako ujawnia, że był piegowaty, szarooki i mierzył ledwie 158 centymetrów, a w innym miejscu - że był z gminy Chlebiotki pod Łomżą, a w Warszawie mieszkał przy Twardej 34 (czyli chyba gdzieś, gdzie dziś mieści się parking okolony przez Twardą, Sienną i Złotą).




Dzięki imieniu i nazwisku znalazłem notkę w "Kurierze Bydgoskim" z lipca 1939 roku, a zatem o dekadę późniejszą, która wszystko wreszcie wyjaśnia i dopisuje dramatyczne zakończenie.



Oto historia Stanisława: napad rabunkowy, aresztowanie, ucieczka, pochwycenie, wyrok dziesięciu lat odsiedziany w Białymstoku, wyprowadzka do brata do Choroszczy, romans z bratową, pakt, narodziny dziecka, krwawe chrzciny. 

Za: album policyjny, "Kurier Bydgoski" z 21 lipca 1939.

czwartek, 4 października 2018

Trzech muszkieterów z Warszawy

Trzej młodzi mężczyźni, wszyscy sfotografowani w Wydziale Rozpoznawczym Urzędu Śledczego w Warszawie. Dziewięć ujęć na jednej, dużej odbitce:


Gdzie dokładnie mieścił się Wydział Rozpoznawczy? Na tyłach ratusza - od frontu plac Teatralny, a na tyłach wąska uliczka Daniłowiczowska. Dziś ocalał z niej tylko pałac, wzniesiony dla podskarbiego wielkiego koronnego, Mikołaja Daniłowicza (stąd oczywiście nazwa ulicy), swego czasu siedziba znakomitej, zrabowanej przez Rosjan po III rozbiorze Biblioteki Załuskich, której ściany ozdabiały popiersia polskich królów. Popiersia zakopano, ze strachu, że Rosjanie je zniszczą, ale w 1821 odkopano i umieszczono na fasadach oficyn pałacu, a kiedy te rozbierano pod wytyczaną Hipoteczną -- przeniesiono na główną fasadę budowli i tak powstał znany nam dziś Dom pod Królami, obecna siedziba ZAiKSu. Wszystkie pozostałe budowle zostały wymiecione przez historię.

Ta część Warszawy była związana z więziennictwem już od początków XIX wieku, kiedy to w 1817 roku umieszczono tam siedzibę policji, w związku z przenosinami ratusza. Stary, przymały gmach na rynku zburzono i na nową siedzibę kupiono pałac Jabłonowskich i do 1819 przebudowywano go według projektu Lesslów ojca i syna. W 1823 dodano dwa elementy: belwederek na dachu, stanowiący podstawę pod telegraf optyczny, oraz właśnie areszt na tyłach. Na początku XX wieku uznano, że rosnące miasto potrzebuje solidniejszego więzienia i na wykupionej posesji przy Daniłowiczowskiej 7 (dawny pałac Kabryta) powstał w roku 1914 monumentalny, sześciopiętrowy budynek z neorenesansową attyką, Areszt Centralny:


Wspomniany Wydział Rozpoznawczy mieścił się natomiast obok, pod adresem Daniłowiczowska 3, tam gdzie od stulecia działała warszawska policja. Janusz S. Majewski tak opisywał to biuro, posiłkując się artykułem Stanisława Targowskiego z 1925 roku:

W ciasnych pomieszczeniach urzędu śledczego przez kilkadziesiąt lat dwaj policjanci z tzw. biura specjalnego - panowie Kowalik i Kurnatowski - gromadzili kartotekę przestępców. Ilość akt była ogromna, a sam urząd jeszcze przed 1914 r. cieszył się dobra opinią wśród speców z miast europejskich.

Jak wyglądał w latach 20,. pisał Targowski. "Nastrój ciężki: czuje się już w powietrzu, że jest to lokal, w którym starają się fachowo prać zbrukane wszelkim występkiem sumienie. Kartoteki, półki, półki, tysiące fotografii, albumy. Tysiące fotografii z różnych okresów lat ubiegłych i bieżących. Klientela zaś różna: nie każdy umie zdefiniować, kogo chce znaleźć. Z ogólnych dopiero wskazówek poszkodowanego kartotekarz musi się zorientować mniej więcej, z jakiej półki i z jakiej serii podać fotografię i czy jeszcze dla danego przestępstwa mogą się przydać albumy dawniejsze". Były to zatem takie albumy, jak te, które trafiły w moje ręce, a z których pochodzi fotografia Żurka, Podgórskiego i Kudraszewa. Niestety, najpewniej spłonęły w czasie powstania.


O Kurnatowskim prasa pisała wówczas: Powszechnie jest znany jako polski Sherlock Holmes. Ma bogate doświadczenie, świetna pamięć, zimne nerwy i znajomość nieprzeciętną psychologii przestępców. Raz widzianej w życiu twarzy nie zapomni nigdy. Pamięta świetnie stosunki rodzinne i towarzyskie złoczyńców, (...) a co ciekawsze, klienci pana Kurnatowskiego, zwłaszcza ci bywali, lubią go i szanują. Nade wszystko wierzą mu. Pan Kurnatowski nieraz jest zmuszony dać słowo honoru złodziejowi, że spełni swe przyrzeczenie i... wiernie dotrzyma tego przyrzeczenia. Sam budynek przy Daniłowiczowskiej 3, w którym wspomnieni policjanci pracowali i pstryknęli te trzy zdjęcia, nie dotrwał do końca międzywojnia - pod koniec lat 30. biura przeniesiono, a mury wyburzono pod planowaną przez Starzyńskiego rozbudowę ratusza, która nigdy nie nastąpiła. 


*


Zdjęcie jest dość nietypowe, bo stanowi zlepek trzech mugshotów. W dodatku do albumu zostało wklejone w roku 1928, natomiast daty na fotografiach są o trzy do pięciu lat wcześniejsze: 1923 i 1925. Najpewniej wspólna sprawa, ale jaka?

Próbowałem dowiedzieć się czegoś o trzech - szczęśliwie podpisanych - panach: Aleksandrze Żurku, Józefie Podgórskim (niestety: bardzo częste zestawienie imienia i nazwiska) oraz Bazylim Kudraszewie. Najpierw znalazłem w łódzkiej "Republice" kawałek o Żurku, który w lutym 1927 roku z kolegami okradł sklep jubilera, mieszczący się bez mała w tym samym miejscu, co Wydział Rozpoznawczy: po drugiej stronie placu Teatralnego, na tyłach Teatru Wielkiego, w wystawnym Domu Dochodowym Teatrów Rządowych przy Trębackiej:




Teodor Szymański miał swój sklep jubilerski w jednej z najstrojniejszych kamienic tej części Warszawy, wzniesionej na początku XX wieku (1902-1905) z pieniędzy żyjącego w dobrych stosunkach z carskim dworem Adama Zamoyskiego. Projekt wykonał Stefan Szyller: budowla ciągnęła się wzdłuż Trębackiej i zakręcała na Wierzbową, a barok, renesans, klasycyzm i secesję łączyła w jedną eklektyczną i mocno tortową całość. Parter i pierwsze piętro zajmowały ogromne sklepowe witryny długiego pasażu handlowego, który dziś nazwalibyśmy galerią, a wyżej ciągnęły się trzy kondygnacje mieszkań, akcentowane wykuszami - czterema pomniejszymi, ciągnącymi się przez dwa piętra, i sześcioma większymi, dochodzącymi do dachu i tam zakończonymi wieżyczkami:




Dwie takie wieżyczki, widoczne w głębi po prawej, flankowały monumentalny wjazd na tyły Teatru, zaprojektowany z takim rozmachem, żeby dało się tamtędy wwozić wielkie elementy dekoracji scenicznych:




Niestety Dom Dochodowy został poważnie uszkodzony w czasie oblężenia Warszawy, potem jeszcze w powstaniu i ostatecznie wyburzony pod powojenną rozbudowę Teatru Wielkiego przez Pniewskiego. Jesienią 1939 roku Sylwester Braun zarejestrował zniszczenia:



Miejsce napadu nie było zatem przypadkowe: oprócz zakładu jubilerskiego Szymańskiego mieściły się tu m.in. luksusowy sklep Frageta, skład futer Małobęckiej, działający po dziś dzień (choć pod innym adresem, oczywiście) zakład krawiecki Zaremby i salon samochodowy Austro Daimlera. Żurek z kolegami wiedział, w co celować. Łup wartości 80 tysięcy złotych to była wówczas fortuna - ale, jak wiemy, niedługo się nią nacieszył. Sam Żurek, jak się dowiadujemy, mieszkał przy Rybaki 14 – w zagłębiu nędzy między Starówką a Wisłą, gdzie dziś ciągnie się Park Fontann. Z wszystkich podanych w gazecie adresów ten był najpodlejszy - zarówno oba domy na Czerniakowie, jak i kamieniczka "Pod Okiem Opatrzności" przy Freta były z pewnością pocześniejsze, niż jedna z wielu przypominających wiejskie chaty ruder na tamtym odcinku ulicy Rybaki, którą jeszcze w latach 30. wyburzono pod Dom Polaków z Zagranicy (budowany 1938-1939, nieukończony przed wojną, podczas jej trwania mieszkali tam bezdomni i uchodźcy).

O Podgórskim i Kudraszewie z początku nie udało mi się znaleźć niczego... prócz notki gazetowej (drugiej dostarczył mi Ryszard Mączewski, za co serdecznie dziękuję), która wyjaśnia, skąd pochodzi taka nietypowa kompilacja trzech mugshotów. Otóż w styczniu 1928 roku grupa sześciu więźniów, w tym Żurek (w jednej z notek zapisany błędnie jako Turek), Podgórski i Kudraszew uciekli z warszawskiego aresztu przy Długiej, gdzie odsiadywali wyroki. Chodzi o gmach Arsenału Królewskiego, wówczas pełniący funkcję więzienia, pod koniec lat 30. przebudowany by pomieścić bezcenne zbiory Archiwum Miejskiego, kompletnie spalone w powstaniu i po jego zakończeniu. Tak opisują ucieczkę "Goniec Częstochowski" i "Kurjer Warszawski":



Co wydarzyło się z nimi później? Dokładnie nie wiadomo, ale wszyscy wpadli - i to prędko, bo już 15 marca "Kurjer Warszawski"(znów nieoceniony Ryszard Mączewski!) donosił, że wpadł ostatni z uciekinierów, Wasyl (czyli Bazyli) Kudraszew, kieszonkowiec i włamywacz:



Ach, co to były za czasy, kiedy włamywacze miewali pseudonimy typu "Czerwony Waśka", a kobiety upadłe - "Kopiejka"!

*

Dlaczego jest ich tylko trzech, skoro uciekło sześciu? Łapano ich kolejno, jeden - Józef Śliwicki, nazywający się zresztą jak ówczesny sławny aktor, pracujący w Teatrze Wielkim - zmarł na wolności. Kiedy wykonano tę kompilację, dwaj inni pewnie już wpadli. Wielu wiadomości dostarczają kolejne notki, które znalazła Agnieszka Pospiszil. Wiemy już, że Kudraszew ukrywał się najdłużej - a to dlatego, że miał swoją misję na wolności. Chciał - jak donosił "Ekspres Zagłębia" - znaleźć i zamordować kochankę, która po jego aresztowaniu zajęła się, z musu, prostytucją:


Można zatem przyjąć, że Kazi nie zamordował i jakoś się z nią pogodził, skoro towarzyszyła mu w chwili aresztowania - ale to chyba błąd dziennikarza. W czasie procesu bowiem sądzono nie tylko pięciu uciekinierów (szósty, jako się rzekło, zmarł), ale również ich kochanki, pomocników i wspólników w personelu więziennym. Cóż się okazuje? Że ukrywała go pod łóżkiem - a chyba nawet w łóżku, jak można wyczytać z eufemizmów. Kazi natomiast nie odnaleziono, co może świadczyć, że zemsta mu się jednak udała.

Obie notki - kolejno w "Robotniku" i "Naszym Przeglądzie" - z procesu, który toczył się w maju roku 1929 roku, pokazują też, że była to profesjonalnie zorganizowana wielka ucieczka. Wprawdzie jeden z oskarżonych melancholijnie pytał "Czyż widząc tę dziurę można się było oprzeć?" ale robota była misterna. Po pierwsze, zaplanowana z pomocą klawiszy, z których jednego uniewinniono, a trzech skazano. Po drugie, pod murem straży pożarnej na Nalewkach czekały kochanki przestępców trzymające ukryte w bukietach kwiatów ubrania cywilne (!) a dalej czekał na wszystkich zamówiony automobil.




I tegośmy się doszperali w starych papierzyskach wspólnym wysiłkiem.


Za: album policyjny, "Goniec Częstochowski" z 21 I 1928, "Republika" z 22 II 1927 i "Kurjer Warszawski" z 17 I i 15 III 1928, "Ekspres Zagłębia" z 31 I 1928, "Robotnik" z 24 V 1929 i "Nasz Przegląd" z 25 V 1929.

wtorek, 4 września 2018

Matkobójca z Rudy Śląskiej

W albumie policyjnym figurują na fotografii, przedstawiającej dwa zdjątka, przypięte do wysłużonej tablicy. Wydaje się, że każde z nich to wycinek z większej, pewnie rodzinnego zdjęcia - pierwsze zrobione zostało w ogrodzie, na tle krzewu o drobnych listkach. Drugie - w atelier; pionowe smugi po lewej stronie mogą być sutymi fałdami malowanej kotary.



Obaj są bardzo młodzi, ale wydają się zupełnie inni. Prokop, w marynarce wciśniętej na sweter z golfem, wygląda na naiwnego dzieciaka: lekko uchylone wargi, niepewne spojrzenie. Co innego Korzonek: ze ściągniętymi brwiami, wysuniętą szczęką, zaczesanymi do tyłu blond włosami, jest wyraźnie pewny siebie. Odświętnie ubrany, ma w sobie siłę, jaką daje taka pewność.  Połączyła ich jedna zbrodnia.

12. września 1928 roku "Górnoślązak" donosił o przebiegu i przyczynach matkobójstwa sprzed paru dni (8. września). Anna Prokop nie chciała dać synowi pieniędzy na podróż na saksy:


Nie ukrywał się długo. Już 29. września, a zatem trzy tygodnie po zabójstwie, prasa bydgoska poinformowała swoich czytelników:


Prokopa policja dopadła zatem w Wielkopolsce. Do tego zgarnęła Ernesta Korzonka, który miał namówić przyjaciela do zbrodni. Wiadomo, że osądzono go ponad rok od popełnienia zbrodni, 14 września 1929 roku.



Sąd wziął pod uwagę okoliczności łagodzące: epilepsję, ale i tak wymierzył wysoką na dzisiejsze standardy karę 15 lat więzienia (wówczas za morderstwo groziła kara śmierci). Czy skazano również Korzonka - nie wiem.

Za: Album policyjny, "Górnoślązak" 1928/211, "Dziennik Bydgoski" 1928/225, "Express Wieczorny Ilustrowany" 256/1929

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Małżeńskie sprawki przyszłego powstańca

W roku 1932 w "Tajnym Detektywie" ukazał się - co dość rzadkie - anons zrozpaczonej żony, poszukującej męża. Pismo udostępniło swoje łamy dla sprawy osobistej i niekryminalnej zapewne z powodu sensacyjnego szczegółu: poszukiwany mąż był czarnoskóry, co dało asumpt do otwierającego notkę rasistowskiego komentarza o "czarnej skórze, która kryła niewiele jaśniejsze charaktery":




August Browne nie kazał długo czekać na odpowiedź, która ukazała się już w następnym numerze:



Niestety, podano tylko "wyjątki obszernego listu", a nawet i to nie, zwykłe streszczenie - przez co przepadł dokument, który mógł rzucić ciekawe światło na tę nietuzinkową postać.

August Agbola Browne urodził się w roku 1895 w dzisiejszej Nigerii, a do Polski trafił ponoć w roku 1922. Był faktycznie muzykiem jazzowym - ponoć średnim, ale ze znakomitą prezencją, eleganckim, obdarzonym wielkim urokiem osobistym. Z początku mieszkał być może w Krakowie - tam w każdym razie wziął ślub, tak sensacyjny, że informowała o nim prasa:



W roku 1932 w Krakowie przebywała nadal Zofia, autorka listu do "Tajnego Detektywa", oraz dwaj synowie państwa Browne: czteroletni Ryszard i trzyletni Aleksander. Ich ojciec mieszkał w Warszawie przy ulicy Złotej - miał stamtąd blisko do lokalu Caveau Caucasien, który mieścił się w piwnicach Filharmonii.  Być może to on był pierwowzorem spolonizowanego czarnoskórego jazzmanna z opowiadania "Melba" Zdzisława Kleszczyńskiego, które ukazało się w roku 1928 w zbiorze "W latarni". Zosia, śliczna jak marzenie córka babci klozetowej, występuje w "Odeonie" jako jedna z trzech Sisters Fragonard. Jest Sylwester i stolica tak się bawi:


Kiedy wybuchła wojna, Zofia z synami, jako żona Brytyjczyka, trafiła do obozu przejściowego w Bytomiu i w październiku lub listopadzie 1939 roku wraz z innymi internowanymi została wymieniona na analogiczną grupę niemieckich cywilów zatrzymanych na Wyspach Brytyjskich. Wszyscy troje wyjechali do Anglii, natomiast sam Browne pozostał w okupacyjnej Warszawie. Trudnił się teraz handlem urządzeniami elektrycznymi - a oprócz tego współpracował z AK, kolportował prasę podziemną. Po wybuchu powstania walczył w Południowym Śródmieściu (pseudonim "Ali"), działał w łączności, w centrali telefonicznej. 

Po wojnie znów grywał na stołecznych estradach, a w 1952 lub 1953 roku wziął ponownie ślub z Olgą Miechowicz, z którą mieszkał przy Nowogrodzkiej 42. Kiedy tylko przyszła odwilż, postanowili wyjechać do Anglii, jeszcze w 1956 roku; tam też trzy lata później urodziła się ich jedyna córka, Tatiana. August Agbola Browne zmarł po dwudziestu latach, w 1976 roku, kiedy nikt już zapewne nie pamiętał wymiany listów na łamach "Tajnego Detektywa" blisko pół wieku wcześniej, w innym świecie, w innej rzeczywistości.


Za: "Tajny Detektyw" nr 29 i 30, rok II, 29 III 1932, "Światowid" nr 34 (159), rok IV, 1927, Wojciech Karpieszuk, "Szeregowiec Ali", "Gazeta Wyborcza", 15 II 2011

wtorek, 12 lipca 2016

Nikodem czyli przedwojenne afery filmowe. Vol. I: Vita-Film

Warszawska Orkiestra Sentymentalna nagrała właśnie płytę, a otwierającą piosenką jest uroczy numer "Nikodem", opowiadający o naiwnym, nadobnym młodzieńcu, który "miał filmową urodę, dystynkcję i sex-appeal i sportowy styl", więc dał się ponaciągać dziwnym firmom producenckim. Dziś ten kontekst jest może nie do końca zrozumiały, więc wracam, bo rzecz naprawdę ładnie zagrana i zaśpiewana:



Adam Aston (właśc. Adolf Loewinsohn) nagrał "Nikodema" w roku 1933...



...i wówczas sprawa była bardzo świeża. Polską przedwojenną wstrząsało mnóstwo mniejszych i większych afer producenckich - film był szaleństwem tej epoki, a nad Wisłą, gdzie nie było jeszcze potężnych studiów, wiele obrazów powstawało rzeczywiście stosunkowo niewielkim kosztem i warunkach półchałupniczych. Dwa największe skandale to Vita-Film i Empe-Film, odpowiednio z 1931 i 1934 roku.

Artykuł o pierwszej aferze, ozdobiony pięknym kolażem, wklejałem już w 2010 roku, ale warto ją przypomnieć (zwłaszcza, że we wpisie druga ładna piosenka o naciągaczach filmowych). Czas też uzupełnić ją o parę wycinków. Oraz o przeoczoną wówczas okładkę:


Vita-Film mieścił się na Chmielnej 48 - w zniszczonej w czasie wojny (w powstaniu lub po jego upadku) trzypiętrowej kamienicy na rogu Zielnej:


Firma jest o tyle ciekawa, że zrealizowała wcześniej przynajmniej jeden film: "Karuzela życia" z zabójczo pięknym Harrym Cortem (w rzeczywistości: książę Stanisław Józef Gedyminowicz-Bielski) w roli głównej. Natomiast zupełnie niezwykłym zbiegiem okoliczności reżyserem filmu był Bolesław Miciński, a operatorem - Stanisław Witkiewicz. 

Zbieżność jednego nazwiska byłaby ciekawa, dwóch - przedziwna, więc od lat toczą się spory o to, czy autorem zdjęć był Witkacy, a reżyserem - dziewiętnastoletni podówczas, późniejszy słynny eseista. W "Tajnym Detektywie" reżyser występuje jako Mickun-Miciński - takim nazwiskiem posługiwał się Ludwik (ps. Luigi Micuno), autor powieści groszowych. Z drugiej wszakże strony, ówczesna recenzja podaje wprost, że autorem jest znany teoretyk - reformator literacki:


Niestety, po pierwszym filmie firma postanowiła działać dalej - być może wpadła włapy jakichś hochsztaplerów, być może Miciński - przypadkowo zbieżny imieniem i nazwiskiem z eseistą - był zresztą szczwanym oszustem, nie wiadomo. Nazwisko Witkiewicza dalej się nie pojawia, natomiast pojawiają się ciekawe pomysły kryminalne. Dość powiedzieć, że postanowiono robić film "metodą spółdzielczą" i zarabiać na naiwniakach, którym oferowano role. Nikodem z piosenki wyłożył "tysiączków pięć", sumę zawrotną. W rzeczywistości naiwniaków naciągano na znacznie mniejsze sumy - po kilkunastu złotych do kilkuset. "Echo" pisało o posyłanych na prowincję agentkach o miłej powierzchowności, a "Republika" - o szukaniu ofiar wśród "lepszych sfer" łódzkich:



Łapano się różnych sposobów, by uwiarygodnić produkcję - na przykład do filmu zaangażowano znanych sportowców z ŁKS-u, o czym donosiło - nieświadome szwindlu - "Echo" jeszcze w styczniu:


Zaś w "Głosie Porannym" szukano tylko "inteligentnych odtwórców ról epizodycznych", licząc na to, że nie okażą się inteligentni i nie przejrzą tricku:



W sumie, jak dowiadujemy się z artykułu w "Expressie wieczornym ilustrowanym" o innych tego typu oszustach, działających na mniejszą skalę, twórcy "Vita-Film" wyciągnęli kilkadziesiąt tysięcy złotych (zostawiłem z prawej reklamy seansów, polecam):


Głównymi poszkodowanymi byli jednak nie sportowcy czy panny z zamożnych domów, ale robotnice i służące:







































Dodajmy bowiem, że aferzyści zgromadzili pieniądze nie tylko "sprzedając akcje", ale jeszcze "kręcąc film". Otóż obraz "Raj utracony" miał pokazywać, jak się zdaje, nagość pierwszych rodziców, a przynajmniej nagość jako taką. Filmowcy, Miciński i wspomagający go Malczewski, zamiast kręcić film, wykonywali zdjęcia zwykłymi aparatami, tworząc w ten sposób pornograficzne archiwum, które mogli potem zużyć np. do produkowania pieprznych pocztówek, o czym donosiła "Republika":














Sprawa była skandaliczna i zyskała wielkie zainteresowanie publiczności. Co jednak zaskakuje, to brak doniesień o wyroku - mimo długich poszukiwań nie natrafiłem na wiadomość, na ile skazano Micińskie

go (czy też Mickun-Micińskiego), a na ile Malczewskiego. Przepadają jak kamień w wodę, by więcej się nie pojawić - i wszystko to brzmi jak zmyślony przez Witkacego prasowy żart.


Za: "Tajny Detektyw" nr 11, rok I, 29 III 1931, "Echo" rok VII nr 27, 65 i 74, 27 I,  7 i 16 III 1931, "Głos Poranny"6 II 1931, "Express Wieczorny Ilustrowany" rok IX nr 84, 25 III 1931, "Republika" rok IX nr 71 i 75, 13 i 17 III 1931