piątek, 2 listopada 2018

Hardy zyskuje historię

Ta fotografia, jak wiele innych, była zupełnie anonimowa. Ot, mężczyzna, którego nazwałem "hardy". Sfotografowany w roku 1928 w Warszawie, w Urzędzie Śledczym na tyłach ratusza, o którym niedawno pisałem. Pod trzydziestkę, z wyglądu raczej niezamożny. To wszystko, co o nim wiedziałem.



Na szczęście dostałem od czytelnika link do zbiorów przedwojennej warszawskiej Policji Państwowej, które udostępnia Archiwum Akt Nowych. I oto otworzył się przede mną bezmiar rozmaitych danych i wiadomości, również o tym człowieku.




Stanisław Ciborowski zbiegł z aresztu pod koniec roku 1928, zdjęcie do albumu wklejono zapewne 3 XII - z adnotacją, że zbiegł z Aresztu Rozpoznawczego Policji Polskiej w Warszawie. Jak się tam znalazł? Nie wiadomo. "Gazeta Śledcza" wszelako ujawnia, że był piegowaty, szarooki i mierzył ledwie 158 centymetrów, a w innym miejscu - że był z gminy Chlebiotki pod Łomżą, a w Warszawie mieszkał przy Twardej 34 (czyli chyba gdzieś, gdzie dziś mieści się parking okolony przez Twardą, Sienną i Złotą).




Dzięki imieniu i nazwisku znalazłem notkę w "Kurierze Bydgoskim" z lipca 1939 roku, a zatem o dekadę późniejszą, która wszystko wreszcie wyjaśnia i dopisuje dramatyczne zakończenie.



Oto historia Stanisława: napad rabunkowy, aresztowanie, ucieczka, pochwycenie, wyrok dziesięciu lat odsiedziany w Białymstoku, wyprowadzka do brata do Choroszczy, romans z bratową, pakt, narodziny dziecka, krwawe chrzciny. 

Za: album policyjny, "Kurier Bydgoski" z 21 lipca 1939.

czwartek, 4 października 2018

Trzech muszkieterów z Warszawy

Trzej młodzi mężczyźni, wszyscy sfotografowani w Wydziale Rozpoznawczym Urzędu Śledczego w Warszawie. Dziewięć ujęć na jednej, dużej odbitce:


Gdzie dokładnie mieścił się Wydział Rozpoznawczy? Na tyłach ratusza - od frontu plac Teatralny, a na tyłach wąska uliczka Daniłowiczowska. Dziś ocalał z niej tylko pałac, wzniesiony dla podskarbiego wielkiego koronnego, Mikołaja Daniłowicza (stąd oczywiście nazwa ulicy), swego czasu siedziba znakomitej, zrabowanej przez Rosjan po III rozbiorze Biblioteki Załuskich, której ściany ozdabiały popiersia polskich królów. Popiersia zakopano, ze strachu, że Rosjanie je zniszczą, ale w 1821 odkopano i umieszczono na fasadach oficyn pałacu, a kiedy te rozbierano pod wytyczaną Hipoteczną -- przeniesiono na główną fasadę budowli i tak powstał znany nam dziś Dom pod Królami, obecna siedziba ZAiKSu. Wszystkie pozostałe budowle zostały wymiecione przez historię.

Ta część Warszawy była związana z więziennictwem już od początków XIX wieku, kiedy to w 1817 roku umieszczono tam siedzibę policji, w związku z przenosinami ratusza. Stary, przymały gmach na rynku zburzono i na nową siedzibę kupiono pałac Jabłonowskich i do 1819 przebudowywano go według projektu Lesslów ojca i syna. W 1823 dodano dwa elementy: belwederek na dachu, stanowiący podstawę pod telegraf optyczny, oraz właśnie areszt na tyłach. Na początku XX wieku uznano, że rosnące miasto potrzebuje solidniejszego więzienia i na wykupionej posesji przy Daniłowiczowskiej 7 (dawny pałac Kabryta) powstał w roku 1914 monumentalny, sześciopiętrowy budynek z neorenesansową attyką, Areszt Centralny:


Wspomniany Wydział Rozpoznawczy mieścił się natomiast obok, pod adresem Daniłowiczowska 3, tam gdzie od stulecia działała warszawska policja. Janusz S. Majewski tak opisywał to biuro, posiłkując się artykułem Stanisława Targowskiego z 1925 roku:

W ciasnych pomieszczeniach urzędu śledczego przez kilkadziesiąt lat dwaj policjanci z tzw. biura specjalnego - panowie Kowalik i Kurnatowski - gromadzili kartotekę przestępców. Ilość akt była ogromna, a sam urząd jeszcze przed 1914 r. cieszył się dobra opinią wśród speców z miast europejskich.

Jak wyglądał w latach 20,. pisał Targowski. "Nastrój ciężki: czuje się już w powietrzu, że jest to lokal, w którym starają się fachowo prać zbrukane wszelkim występkiem sumienie. Kartoteki, półki, półki, tysiące fotografii, albumy. Tysiące fotografii z różnych okresów lat ubiegłych i bieżących. Klientela zaś różna: nie każdy umie zdefiniować, kogo chce znaleźć. Z ogólnych dopiero wskazówek poszkodowanego kartotekarz musi się zorientować mniej więcej, z jakiej półki i z jakiej serii podać fotografię i czy jeszcze dla danego przestępstwa mogą się przydać albumy dawniejsze". Były to zatem takie albumy, jak te, które trafiły w moje ręce, a z których pochodzi fotografia Żurka, Podgórskiego i Kudraszewa. Niestety, najpewniej spłonęły w czasie powstania.


O Kurnatowskim prasa pisała wówczas: Powszechnie jest znany jako polski Sherlock Holmes. Ma bogate doświadczenie, świetna pamięć, zimne nerwy i znajomość nieprzeciętną psychologii przestępców. Raz widzianej w życiu twarzy nie zapomni nigdy. Pamięta świetnie stosunki rodzinne i towarzyskie złoczyńców, (...) a co ciekawsze, klienci pana Kurnatowskiego, zwłaszcza ci bywali, lubią go i szanują. Nade wszystko wierzą mu. Pan Kurnatowski nieraz jest zmuszony dać słowo honoru złodziejowi, że spełni swe przyrzeczenie i... wiernie dotrzyma tego przyrzeczenia. Sam budynek przy Daniłowiczowskiej 3, w którym wspomnieni policjanci pracowali i pstryknęli te trzy zdjęcia, nie dotrwał do końca międzywojnia - pod koniec lat 30. biura przeniesiono, a mury wyburzono pod planowaną przez Starzyńskiego rozbudowę ratusza, która nigdy nie nastąpiła. 


*


Zdjęcie jest dość nietypowe, bo stanowi zlepek trzech mugshotów. W dodatku do albumu zostało wklejone w roku 1928, natomiast daty na fotografiach są o trzy do pięciu lat wcześniejsze: 1923 i 1925. Najpewniej wspólna sprawa, ale jaka?

Próbowałem dowiedzieć się czegoś o trzech - szczęśliwie podpisanych - panach: Aleksandrze Żurku, Józefie Podgórskim (niestety: bardzo częste zestawienie imienia i nazwiska) oraz Bazylim Kudraszewie. Najpierw znalazłem w łódzkiej "Republice" kawałek o Żurku, który w lutym 1927 roku z kolegami okradł sklep jubilera, mieszczący się bez mała w tym samym miejscu, co Wydział Rozpoznawczy: po drugiej stronie placu Teatralnego, na tyłach Teatru Wielkiego, w wystawnym Domu Dochodowym Teatrów Rządowych przy Trębackiej:




Teodor Szymański miał swój sklep jubilerski w jednej z najstrojniejszych kamienic tej części Warszawy, wzniesionej na początku XX wieku (1902-1905) z pieniędzy żyjącego w dobrych stosunkach z carskim dworem Adama Zamoyskiego. Projekt wykonał Stefan Szyller: budowla ciągnęła się wzdłuż Trębackiej i zakręcała na Wierzbową, a barok, renesans, klasycyzm i secesję łączyła w jedną eklektyczną i mocno tortową całość. Parter i pierwsze piętro zajmowały ogromne sklepowe witryny długiego pasażu handlowego, który dziś nazwalibyśmy galerią, a wyżej ciągnęły się trzy kondygnacje mieszkań, akcentowane wykuszami - czterema pomniejszymi, ciągnącymi się przez dwa piętra, i sześcioma większymi, dochodzącymi do dachu i tam zakończonymi wieżyczkami:




Dwie takie wieżyczki, widoczne w głębi po prawej, flankowały monumentalny wjazd na tyły Teatru, zaprojektowany z takim rozmachem, żeby dało się tamtędy wwozić wielkie elementy dekoracji scenicznych:




Niestety Dom Dochodowy został poważnie uszkodzony w czasie oblężenia Warszawy, potem jeszcze w powstaniu i ostatecznie wyburzony pod powojenną rozbudowę Teatru Wielkiego przez Pniewskiego. Jesienią 1939 roku Sylwester Braun zarejestrował zniszczenia:



Miejsce napadu nie było zatem przypadkowe: oprócz zakładu jubilerskiego Szymańskiego mieściły się tu m.in. luksusowy sklep Frageta, skład futer Małobęckiej, działający po dziś dzień (choć pod innym adresem, oczywiście) zakład krawiecki Zaremby i salon samochodowy Austro Daimlera. Żurek z kolegami wiedział, w co celować. Łup wartości 80 tysięcy złotych to była wówczas fortuna - ale, jak wiemy, niedługo się nią nacieszył. Sam Żurek, jak się dowiadujemy, mieszkał przy Rybaki 14 – w zagłębiu nędzy między Starówką a Wisłą, gdzie dziś ciągnie się Park Fontann. Z wszystkich podanych w gazecie adresów ten był najpodlejszy - zarówno oba domy na Czerniakowie, jak i kamieniczka "Pod Okiem Opatrzności" przy Freta były z pewnością pocześniejsze, niż jedna z wielu przypominających wiejskie chaty ruder na tamtym odcinku ulicy Rybaki, którą jeszcze w latach 30. wyburzono pod Dom Polaków z Zagranicy (budowany 1938-1939, nieukończony przed wojną, podczas jej trwania mieszkali tam bezdomni i uchodźcy).

O Podgórskim i Kudraszewie z początku nie udało mi się znaleźć niczego... prócz notki gazetowej (drugiej dostarczył mi Ryszard Mączewski, za co serdecznie dziękuję), która wyjaśnia, skąd pochodzi taka nietypowa kompilacja trzech mugshotów. Otóż w styczniu 1928 roku grupa sześciu więźniów, w tym Żurek (w jednej z notek zapisany błędnie jako Turek), Podgórski i Kudraszew uciekli z warszawskiego aresztu przy Długiej, gdzie odsiadywali wyroki. Chodzi o gmach Arsenału Królewskiego, wówczas pełniący funkcję więzienia, pod koniec lat 30. przebudowany by pomieścić bezcenne zbiory Archiwum Miejskiego, kompletnie spalone w powstaniu i po jego zakończeniu. Tak opisują ucieczkę "Goniec Częstochowski" i "Kurjer Warszawski":



Co wydarzyło się z nimi później? Dokładnie nie wiadomo, ale wszyscy wpadli - i to prędko, bo już 15 marca "Kurjer Warszawski"(znów nieoceniony Ryszard Mączewski!) donosił, że wpadł ostatni z uciekinierów, Wasyl (czyli Bazyli) Kudraszew, kieszonkowiec i włamywacz:



Ach, co to były za czasy, kiedy włamywacze miewali pseudonimy typu "Czerwony Waśka", a kobiety upadłe - "Kopiejka"!

*

Dlaczego jest ich tylko trzech, skoro uciekło sześciu? Łapano ich kolejno, jeden - Józef Śliwicki, nazywający się zresztą jak ówczesny sławny aktor, pracujący w Teatrze Wielkim - zmarł na wolności. Kiedy wykonano tę kompilację, dwaj inni pewnie już wpadli. Wielu wiadomości dostarczają kolejne notki, które znalazła Agnieszka Pospiszil. Wiemy już, że Kudraszew ukrywał się najdłużej - a to dlatego, że miał swoją misję na wolności. Chciał - jak donosił "Ekspres Zagłębia" - znaleźć i zamordować kochankę, która po jego aresztowaniu zajęła się, z musu, prostytucją:


Można zatem przyjąć, że Kazi nie zamordował i jakoś się z nią pogodził, skoro towarzyszyła mu w chwili aresztowania - ale to chyba błąd dziennikarza. W czasie procesu bowiem sądzono nie tylko pięciu uciekinierów (szósty, jako się rzekło, zmarł), ale również ich kochanki, pomocników i wspólników w personelu więziennym. Cóż się okazuje? Że ukrywała go pod łóżkiem - a chyba nawet w łóżku, jak można wyczytać z eufemizmów. Kazi natomiast nie odnaleziono, co może świadczyć, że zemsta mu się jednak udała.

Obie notki - kolejno w "Robotniku" i "Naszym Przeglądzie" - z procesu, który toczył się w maju roku 1929 roku, pokazują też, że była to profesjonalnie zorganizowana wielka ucieczka. Wprawdzie jeden z oskarżonych melancholijnie pytał "Czyż widząc tę dziurę można się było oprzeć?" ale robota była misterna. Po pierwsze, zaplanowana z pomocą klawiszy, z których jednego uniewinniono, a trzech skazano. Po drugie, pod murem straży pożarnej na Nalewkach czekały kochanki przestępców trzymające ukryte w bukietach kwiatów ubrania cywilne (!) a dalej czekał na wszystkich zamówiony automobil.




I tegośmy się doszperali w starych papierzyskach wspólnym wysiłkiem.


Za: album policyjny, "Goniec Częstochowski" z 21 I 1928, "Republika" z 22 II 1927 i "Kurjer Warszawski" z 17 I i 15 III 1928, "Ekspres Zagłębia" z 31 I 1928, "Robotnik" z 24 V 1929 i "Nasz Przegląd" z 25 V 1929.

wtorek, 4 września 2018

Matkobójca z Rudy Śląskiej

W albumie policyjnym figurują na fotografii, przedstawiającej dwa zdjątka, przypięte do wysłużonej tablicy. Wydaje się, że każde z nich to wycinek z większej, pewnie rodzinnego zdjęcia - pierwsze zrobione zostało w ogrodzie, na tle krzewu o drobnych listkach. Drugie - w atelier; pionowe smugi po lewej stronie mogą być sutymi fałdami malowanej kotary.



Obaj są bardzo młodzi, ale wydają się zupełnie inni. Prokop, w marynarce wciśniętej na sweter z golfem, wygląda na naiwnego dzieciaka: lekko uchylone wargi, niepewne spojrzenie. Co innego Korzonek: ze ściągniętymi brwiami, wysuniętą szczęką, zaczesanymi do tyłu blond włosami, jest wyraźnie pewny siebie. Odświętnie ubrany, ma w sobie siłę, jaką daje taka pewność.  Połączyła ich jedna zbrodnia.

12. września 1928 roku "Górnoślązak" donosił o przebiegu i przyczynach matkobójstwa sprzed paru dni (8. września). Anna Prokop nie chciała dać synowi pieniędzy na podróż na saksy:


Nie ukrywał się długo. Już 29. września, a zatem trzy tygodnie po zabójstwie, prasa bydgoska poinformowała swoich czytelników:


Prokopa policja dopadła zatem w Wielkopolsce. Do tego zgarnęła Ernesta Korzonka, który miał namówić przyjaciela do zbrodni. Wiadomo, że osądzono go ponad rok od popełnienia zbrodni, 14 września 1929 roku.



Sąd wziął pod uwagę okoliczności łagodzące: epilepsję, ale i tak wymierzył wysoką na dzisiejsze standardy karę 15 lat więzienia (wówczas za morderstwo groziła kara śmierci). Czy skazano również Korzonka - nie wiem.

Za: Album policyjny, "Górnoślązak" 1928/211, "Dziennik Bydgoski" 1928/225, "Express Wieczorny Ilustrowany" 256/1929

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Małżeńskie sprawki przyszłego powstańca

W roku 1932 w "Tajnym Detektywie" ukazał się - co dość rzadkie - anons zrozpaczonej żony, poszukującej męża. Pismo udostępniło swoje łamy dla sprawy osobistej i niekryminalnej zapewne z powodu sensacyjnego szczegółu: poszukiwany mąż był czarnoskóry, co dało asumpt do otwierającego notkę rasistowskiego komentarza o "czarnej skórze, która kryła niewiele jaśniejsze charaktery":




August Browne nie kazał długo czekać na odpowiedź, która ukazała się już w następnym numerze:



Niestety, podano tylko "wyjątki obszernego listu", a nawet i to nie, zwykłe streszczenie - przez co przepadł dokument, który mógł rzucić ciekawe światło na tę nietuzinkową postać.

August Agbola Browne urodził się w roku 1895 w dzisiejszej Nigerii, a do Polski trafił ponoć w roku 1922. Był faktycznie muzykiem jazzowym - ponoć średnim, ale ze znakomitą prezencją, eleganckim, obdarzonym wielkim urokiem osobistym. Z początku mieszkał być może w Krakowie - tam w każdym razie wziął ślub, tak sensacyjny, że informowała o nim prasa:



W roku 1932 w Krakowie przebywała nadal Zofia, autorka listu do "Tajnego Detektywa", oraz dwaj synowie państwa Browne: czteroletni Ryszard i trzyletni Aleksander. Ich ojciec mieszkał w Warszawie przy ulicy Złotej - miał stamtąd blisko do lokalu Caveau Caucasien, który mieścił się w piwnicach Filharmonii.  Być może to on był pierwowzorem spolonizowanego czarnoskórego jazzmanna z opowiadania "Melba" Zdzisława Kleszczyńskiego, które ukazało się w roku 1928 w zbiorze "W latarni". Zosia, śliczna jak marzenie córka babci klozetowej, występuje w "Odeonie" jako jedna z trzech Sisters Fragonard. Jest Sylwester i stolica tak się bawi:


Kiedy wybuchła wojna, Zofia z synami, jako żona Brytyjczyka, trafiła do obozu przejściowego w Bytomiu i w październiku lub listopadzie 1939 roku wraz z innymi internowanymi została wymieniona na analogiczną grupę niemieckich cywilów zatrzymanych na Wyspach Brytyjskich. Wszyscy troje wyjechali do Anglii, natomiast sam Browne pozostał w okupacyjnej Warszawie. Trudnił się teraz handlem urządzeniami elektrycznymi - a oprócz tego współpracował z AK, kolportował prasę podziemną. Po wybuchu powstania walczył w Południowym Śródmieściu (pseudonim "Ali"), działał w łączności, w centrali telefonicznej. 

Po wojnie znów grywał na stołecznych estradach, a w 1952 lub 1953 roku wziął ponownie ślub z Olgą Miechowicz, z którą mieszkał przy Nowogrodzkiej 42. Kiedy tylko przyszła odwilż, postanowili wyjechać do Anglii, jeszcze w 1956 roku; tam też trzy lata później urodziła się ich jedyna córka, Tatiana. August Agbola Browne zmarł po dwudziestu latach, w 1976 roku, kiedy nikt już zapewne nie pamiętał wymiany listów na łamach "Tajnego Detektywa" blisko pół wieku wcześniej, w innym świecie, w innej rzeczywistości.


Za: "Tajny Detektyw" nr 29 i 30, rok II, 29 III 1932, "Światowid" nr 34 (159), rok IV, 1927, Wojciech Karpieszuk, "Szeregowiec Ali", "Gazeta Wyborcza", 15 II 2011

wtorek, 12 lipca 2016

Nikodem czyli przedwojenne afery filmowe. Vol. I: Vita-Film

Warszawska Orkiestra Sentymentalna nagrała właśnie płytę, a otwierającą piosenką jest uroczy numer "Nikodem", opowiadający o naiwnym, nadobnym młodzieńcu, który "miał filmową urodę, dystynkcję i sex-appeal i sportowy styl", więc dał się ponaciągać dziwnym firmom producenckim. Dziś ten kontekst jest może nie do końca zrozumiały, więc wracam, bo rzecz naprawdę ładnie zagrana i zaśpiewana:



Adam Aston (właśc. Adolf Loewinsohn) nagrał "Nikodema" w roku 1933...



...i wówczas sprawa była bardzo świeża. Polską przedwojenną wstrząsało mnóstwo mniejszych i większych afer producenckich - film był szaleństwem tej epoki, a nad Wisłą, gdzie nie było jeszcze potężnych studiów, wiele obrazów powstawało rzeczywiście stosunkowo niewielkim kosztem i warunkach półchałupniczych. Dwa największe skandale to Vita-Film i Empe-Film, odpowiednio z 1931 i 1934 roku.

Artykuł o pierwszej aferze, ozdobiony pięknym kolażem, wklejałem już w 2010 roku, ale warto ją przypomnieć (zwłaszcza, że we wpisie druga ładna piosenka o naciągaczach filmowych). Czas też uzupełnić ją o parę wycinków. Oraz o przeoczoną wówczas okładkę:


Vita-Film mieścił się na Chmielnej 48 - w zniszczonej w czasie wojny (w powstaniu lub po jego upadku) trzypiętrowej kamienicy na rogu Zielnej:


Firma jest o tyle ciekawa, że zrealizowała wcześniej przynajmniej jeden film: "Karuzela życia" z zabójczo pięknym Harrym Cortem (w rzeczywistości: książę Stanisław Józef Gedyminowicz-Bielski) w roli głównej. Natomiast zupełnie niezwykłym zbiegiem okoliczności reżyserem filmu był Bolesław Miciński, a operatorem - Stanisław Witkiewicz. 

Zbieżność jednego nazwiska byłaby ciekawa, dwóch - przedziwna, więc od lat toczą się spory o to, czy autorem zdjęć był Witkacy, a reżyserem - dziewiętnastoletni podówczas, późniejszy słynny eseista. W "Tajnym Detektywie" reżyser występuje jako Mickun-Miciński - takim nazwiskiem posługiwał się Ludwik (ps. Luigi Micuno), autor powieści groszowych. Z drugiej wszakże strony, ówczesna recenzja podaje wprost, że autorem jest znany teoretyk - reformator literacki:


Niestety, po pierwszym filmie firma postanowiła działać dalej - być może wpadła włapy jakichś hochsztaplerów, być może Miciński - przypadkowo zbieżny imieniem i nazwiskiem z eseistą - był zresztą szczwanym oszustem, nie wiadomo. Nazwisko Witkiewicza dalej się nie pojawia, natomiast pojawiają się ciekawe pomysły kryminalne. Dość powiedzieć, że postanowiono robić film "metodą spółdzielczą" i zarabiać na naiwniakach, którym oferowano role. Nikodem z piosenki wyłożył "tysiączków pięć", sumę zawrotną. W rzeczywistości naiwniaków naciągano na znacznie mniejsze sumy - po kilkunastu złotych do kilkuset. "Echo" pisało o posyłanych na prowincję agentkach o miłej powierzchowności, a "Republika" - o szukaniu ofiar wśród "lepszych sfer" łódzkich:



Łapano się różnych sposobów, by uwiarygodnić produkcję - na przykład do filmu zaangażowano znanych sportowców z ŁKS-u, o czym donosiło - nieświadome szwindlu - "Echo" jeszcze w styczniu:


Zaś w "Głosie Porannym" szukano tylko "inteligentnych odtwórców ról epizodycznych", licząc na to, że nie okażą się inteligentni i nie przejrzą tricku:



W sumie, jak dowiadujemy się z artykułu w "Expressie wieczornym ilustrowanym" o innych tego typu oszustach, działających na mniejszą skalę, twórcy "Vita-Film" wyciągnęli kilkadziesiąt tysięcy złotych (zostawiłem z prawej reklamy seansów, polecam):


Głównymi poszkodowanymi byli jednak nie sportowcy czy panny z zamożnych domów, ale robotnice i służące:







































Dodajmy bowiem, że aferzyści zgromadzili pieniądze nie tylko "sprzedając akcje", ale jeszcze "kręcąc film". Otóż obraz "Raj utracony" miał pokazywać, jak się zdaje, nagość pierwszych rodziców, a przynajmniej nagość jako taką. Filmowcy, Miciński i wspomagający go Malczewski, zamiast kręcić film, wykonywali zdjęcia zwykłymi aparatami, tworząc w ten sposób pornograficzne archiwum, które mogli potem zużyć np. do produkowania pieprznych pocztówek, o czym donosiła "Republika":














Sprawa była skandaliczna i zyskała wielkie zainteresowanie publiczności. Co jednak zaskakuje, to brak doniesień o wyroku - mimo długich poszukiwań nie natrafiłem na wiadomość, na ile skazano Micińskie

go (czy też Mickun-Micińskiego), a na ile Malczewskiego. Przepadają jak kamień w wodę, by więcej się nie pojawić - i wszystko to brzmi jak zmyślony przez Witkacego prasowy żart.


Za: "Tajny Detektyw" nr 11, rok I, 29 III 1931, "Echo" rok VII nr 27, 65 i 74, 27 I,  7 i 16 III 1931, "Głos Poranny"6 II 1931, "Express Wieczorny Ilustrowany" rok IX nr 84, 25 III 1931, "Republika" rok IX nr 71 i 75, 13 i 17 III 1931

niedziela, 10 kwietnia 2016

Klątwa baccarata czyli książę Walii i węgierski hrabia vol. I

W roku 1890 Anglią wstrząsnął skandal: Edward, książę Walii, był zamieszany w szulerski skandal i - był to pierwszy taki przypadek od XV wieku - został zmuszony do stawiennictwa w sądzie.

Edward pod wieloma względami był przeciwieństwem swojej matki. Końskie zdrowie Wiktorii sprawiło, że Anglia była rządzona przez ponad sześćdziesiąt lat przez jedną kobietę (która w dodatku objęła tron dość niespodziewanie - już jej poprzednik i stryj, Wilhelm IV, nie spodziewał się korony): publicznie surową moralistkę, a prywatnie - wiecznie niezaspokojoną kochankę umiłowanego Alberta, którego, jak twierdzili złośliwi, wycieńczyła i wpędziła do grobu swoją namiętnością. Epoka wiktoriańska to czasy powściągliwych, wbitych w mundury i czarne surduty budowniczych imperium, czasy romantycznej miłości i bezwzględnej moralności publicznej... oraz prywatnej rozwiązłości. Edward, całymi latami niemogący doczekać się wstąpienia na tron (rządził niecałą dekadę, a żył niewiele dłużej, niż trwało panowanie matki), słynął z rozrywkowego trybu życia. Tańce, kobiety, karty. Jedną z jego namiętności był bakarat, francuska losowa gra karciana, która stała się właśnie przyczyną skandalu.
"L'enfant terrible" - królowa Wiktoria zmywa głowę synowi (karykatura z "Pucka")
We wrześniu 1890 roku książę Edward został zaproszony do posiadłości Tranby Croft, należącej do armatora Arthura Wilsona. Jednego z wieczorów zaproponował partyjkę bakarata - oczywiście na pieniądze, choć niedawne (1886) orzeczenie sądu w sprawie Jenks przeciw Turpinowi uznało bakarata za grę losową, a zatem podpadającą pod zakaz hazardu (co oznaczało, że gra na pieniądze była zakazana). 


I tak oto osób z najwyższych angielskich sfer zasiadło do gry (w rezydencji brakowało zresztą odpowiednio dużego stołu, więc zsunięto i nakryto tapiserią dwa zwykłe karciaki). Książę trzymał bank i może dlatego nie dostrzegł, co się dzieje: jeden z graczy, Sir William Gordon-Cumming, wsławiony w bojach wojak, bonvivant i kobieciarz, a prywatnie dobry znajomy księcia, najzwyczajniej w świecie oszukiwał. Sytuacja powtórzyła się następnego wieczora (kiedy graczy było dwanaścioro) i pięć osób, które dostrzegły podkładanie żetonów, skonfrontowało się z Gordonem-Cummingiem, po czym zażądało, by podpisał dokument, w którym zobowiązuje się, że nigdy w życiu nie zasiądzie do kart. Za tą cenę skandal miał pozostać w murach Tranby Croft.

Karykatura Gordona-Cumminga z "Vanity Fair"

Gordon-Cumming wprawdzie zaprzeczał kategorycznie, by dopuścił się oszustwa, ale dokument podpisał. Jednak, jak się okazuje, najwyższe sfery brytyjskie nie były wolne ani od szulerstwa, ani od plotkarstwa i bardzo prędko skandal z Tranby Croft stał się tematem rozmów w londyńskich klubach. Sir William - który zresztą właśnie zaręczył się z dziedziczką amerykańskiej fortuny, więc szczególnie zależało mu na reputacji - zażądał publicznego wycofania oskarżeń, grożąc w przeciwnym razie pozwem o zniesławienie. I rzeczywiście pozew wniósł, żądając od każdej z pięciu osób, które wymusiły na nim podpis, kwoty pięciu tysięcy funtów.

"Towarzystwo w sądzie", karykatura z "Puncha".
Na prawo od sędziego Gordon-Cumming, pomiędzy nimi, poniżej, książę Edward.
Sprawa, co oczywiste, przykuła uwagę społeczeństwa i mediów; książę zeznawał krótko, niezbyt spójnie i, w przeciwieństwie do swobodnego, eleganckiego Gordona-Cumminga, wypadł raczej mizernie.

Ta sama scena w bardziej naturalistycznej konwencji, ilustracja z "The Graphics".

Edward zeznaje. "The Illustrated London News"
Kolejne dni procesu przyniosły jednak dość spójne zeznania pozostałych graczy i, ostatecznie, oskarżoną piątkę uniewinniono, a Gordon-Cumming był towarzysko skończony. Pod wieloma względami jego proces przypominał zatem mający się zacząć cztery lata później proces Oscara Wilde'a. Pisarz, obrażony przez ojca swojego kochanka, markiza Queensberry (markiz napisał, że Wilde jest "somdomitą"), wytoczył mu proces o zniesławienie, który przegrał, a w dodatku przypłacił dwuletnim wyrokiem za "czyny przeciwne naturze".

Amerykańska narzeczona, Florence Garner, którą w przededniu procesu Gordon-Cumming honorowo uwolnił od danego słowa, trwała przy nim jednak z imponującą lojalnością; w dzień po przegraniu sprawy usunięto go z armii i zmuszono do rezygnacji z członkostwa w czterech londyńskich klubach, ale dzielna Florence dopięła swego i, choć ponownie zwrócił jej wolność, jeszcze tego samego dnia wstąpiła z nim w związek małżeński.

Proces podkopał nieco opinię Edwarda, którego wybuczano na wyścigach w Ascot, ale książę Walii prędko naprawił swój wizerunek; jakkolwiek nie zrezygnował z hazardu, przerzucił się jednak z bakarata na wista. 

* * *

Nie był to, oczywiście, jedyny skandal z bakaratem w roli głównej - w latach 30. głośna była tajemnicza sprawa węgierskiego arystokraty Jerzego Berzewiczy'ego, o której donosił "Tajny Detektyw". Ale to w następnym odcinku.



środa, 9 marca 2016

Rosyjska ruletka i inne dziecięce psoty

Kiedy narzekamy dziś na młodzież, powinniśmy pamiętać, że i drzewiej różnie z nią bywało, a nastolatków ciągnęło do złego. Czy przynajmniej głupiego Nagrodę Darwina bowiem można było spokojnie przyznawać zanim powstała (a pewnie i zanim narodził się sam Darwin).

Przedstawiamy Państwu: małego bibliofila, człowieka-srokę, mitomana, ryzykanta i samobiczownika. Gimbaza międzywojenna też miała fantazję!




Za: "Tajny Detektyw" nr 19, rok II, 8 V 1932

środa, 2 marca 2016

Tożsamość, czyli zbóje, paryskie trupy i samobójczyni z inicjałem

Wielce sobie cenimy naszą prywatność i ochronę danych osobowych, zatem praktyki "Tajnego Detektywa" mogą wydawać się nam barbarzyńskie - ale to tylko kwestia różnic kulturowych. Teraz, przestępca poszukiwany, zmieniając się w przestępcę schwytanego, w jednej chwili traci twarz (rozpikselowaną lub zakrytą czarnym paskiem) i nazwisko, zastąpione inicjałem (inna sprawa, na ile to pozorne w czasach internetu). Przed wojną tymczasem publikowano swobodnie wizerunki, imiona, nazwiska, a nawet adresy zamieszkania zarówno przestępców, jak i ofiar. 
Nie dziwi to w momencie ścigania, jak w przypadku choćby tych dwóch defraudantów, uciekających przez kraj polskich Clyde'a i Clyde'a:


Ale przecież wizerunki i personalia przestępców drukowano również po ujęciu - przykładem niech będzie notka o schwytaniu trzech braci Leszczuków (o których losach niewiele więcej mogłem się dowiedzieć); warto zauważyć, że są opisywani jako "zbrodniarze", "groźni bandyci", bez żadnej refleksji nad domniemaniem niewinności, choć dopiero przecież czekali na rozprawę:



Publikowano też - jak to dzieje się i dziś - zdjęcia osób zaginionych, z nadzieją, że ktoś je odnajdzie. Dziwić może natomiast, że niekiedy "Tajny" zamieszczał fotografie zwłok (lub, jak na załączonym obrazku, osoby, co do której nie bardzo wiadomo, czy żyje, czy nie - notka nie informuje jednoznacznie o śmierci, ale opisuje kobietę w czasie przeszłym):

Identyfikowanie zwłok przez publiczne okazanie miało, oczywiście, swoją długą tradycję - w XIX wieku w Paryżu wybudowano nawet w kostnicy miejskiej specjalne "akwarium", w którym kolejne zwłoki wykładano na pochyłe marmurowe płyty ("miasto świateł", zważywszy na populację, zawsze miało dostatek topielic, ludzi zasztyletowanych w zaułku, itd.). Mimo, że genitalia pruderyjnie zasłaniano specjalnymi deseczkami lub ręcznikami, rosła popularność oglądania trupów jako wielkomiejskiej formy rozrywki - codziennie do kostnicy pielgrzymowało ok. 40 tys. ludzi, w tym wielu brytyjskich turystów. Ostatecznie w roku 1907 kostnicę zamknięto z powodów "higieny moralnej" - ale również dlatego, że, dzięki rozwojowi technik policyjnych, szanse identyfikacji zmarłego wzrosły. 







Personalia nie były chronione w żaden sposób, przeciwnie, nierzadko żerowano na nich, jak było to w przypadku niejakiego Gagatka, zamieszanego w pomoc kasiarzowi (tytuł: Czy Gagatek był gagatkiem?), albo Mieczysława Kochanka, który zasztyletował niewierną żonę, co prowadziło do serii kalamburów. W tekście Tajemnica Koperty Kr. N. Wog. przeczytać możemy o kasiarzu Stanisławie Cichockim, zwanym „Szpicbródką”. Policja dokonała rewizji w mieszkaniu kochanki jednego ze jego współpracowników, Mariana Brzezińskiego. „Tajny Detektyw” podaje wówczas jej nazwisko i adres: Kazimiera Kozłowska, ul. Pańska 86. Nikt tu nie bawił się w zakrywanie oczu czarnym paskiem, a nazwiska zastępowano inicjałem bardzo rzadko i chyba tylko za sprawą jakichś zakulisowych ustaleń środowiskowych. Tak było w przypadku tragicznego w skutkach romansu dwojga doktorów UJ a także samobójstwa pewnej osiemnastolatki:



Cóż, zaważyło pewnie to, że Maria była córką wdowy po szacownym właścicielu ziemskim. A może i jej młodość? Trudno powiedzieć. Tak czy owak, tygodnik postanowił oszczędzić rodzinie skandalu, choć i tak zamieścił zdjęcie - cóż, w czasach przedfejsbukowych fotografia nastolatki mniej widać zdradzała ogólnopolskiej publiczności, niż pełne nazwisko.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, nr 47, rok III, 19 XI 1933