Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 grudnia 2015

O sądach doraźnych vol. I - Niedoszły zięć i kilka cięć

Pojęcie jeżdżenia "na saksy", które wzięło się w XIX wieku z masowych wypraw emigrantów zarobkowych do zamożnej Saksonii, później rozszerzyło się i na inne kraje. W XX wieku Polacy jeździli więc na saksy nie tylko do Saksonii, która tymczasem przestała być niepodległym państwem, ale i do Stanów czy Francji i Belgii (zwłaszcza do tamtejszych okręgów górniczych, gdzie po dziś dzień żyje spora grupa polonusów). 

Emigranci i reemigranci względnie często stawali się bohaterami "Tajnego Detektywa" - czy to jako ofiary, zarąbane siekierą przez pazernych sąsiadów, dybiących na przywiezione "dulary" (a nawet, jak w opartej na prawdziwej historii "Niespodziance" Rostworowskiego - przez własnych rodziców), czy to jako przestępcy. Trudne doświadczenia emigracyjne, upokorzenia, krzywdy, przebywanie w grupie młodych, sfrustrowanych mężczyzn bez perspektyw było często niszczące dla psychiki; kiedy wracali do Polski, nierzadko leczyli kompleksy szastając swoją "krwawicą", kiedy indziej nabierali obsesyjnego stosunku do zarobionych na Zachodzie pieniędzy i stawali się patologicznymi skąpcami. Oczywiście, wielu z nich wracało po prostu jako wzbogaceni ludzie, budowało sobie domy, zakładało rodziny i żyło w spokoju, ale tacy akurat "Tajnego Detektywa" nie interesowali. W przeciwieństwie do Stanisława Górnego.


O ile "Tajny Detektyw" skupił się raczej na ocenie etycznej - posuwając się aż do odczłowieczenia przestępcy i porównując go do "wściekłego psa", którego należałoby "wyjąć spod prawa", o tyle "Nowy Kurjer" wolał barwnie opisywać brutalność zbrodni:


Dzień później ta sama gazeta nie tylko powtórzyła nazwisko podejrzanego, ale i już wydała konkretny wyrok: wyrok śmierci, wydany w ramach sądu doraźnego.


Sądy doraźne w II RP mogły działać dzięki rozporządzeniu prezydenta z marca 1928 roku, a wprowadzał je Minister Spraw Wewnętrznych, jeśli ciężkie przestępstwa "szerzyły się w sposób szczególnie niebezpieczny dla porządku i bezpieczeństwa publicznego lub jeśli grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo takiego szerzenia się tych przestępstw." Zaczęło się na wschodzie (wybrane powiaty woj. lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego), a od września 1931 sądy doraźne orzekały na terenie całej Rzeczypospolitej. 

Przed takim sądem oskarżony mógł stanąć, jeśli miał więcej niż 17 lat, nie był kobietą brzemienną, od popełnienia przestępstwa nie upłynęło więcej niż 90 dni, a akt oskarżenia wpłynął do sądu nie później niż 21 dni od aresztowania podejrzanego - chodziło więc głównie o szybko rozwiązane sprawy bandyckich napadów. Przewodniczący sądu mógł zażądać obstawy do obrony budynku sądu od policji, a jeśli siły policyjne nie wystarczały - to od wojska. Mógł też siłą sprowadzać świadków na rozprawę. Wyroki nie podlegały zaskarżeniu, a jeśli orzeczono karę śmierci - trzeba ją było wykonać w przeciągu 24 godzin. Obowiązywał również "zawyżony taryfiktor kar": jeżeli oskarżonego skazano jednomyślnie za przestępstwo zagrożone w kodeksie dożywociem, trzeba było orzec karę śmierci, a jeżeli inną karą - to orzec 10 do 15 lat więzienia. Sądy doraźne były zatem środkiem drakońskim, kolejnym słupem milowym na drodze międzywojennego zamordyzmu, który powoli spychał nas w stronę autorytarnego reżimu.

Rok 1932, z którego pochodzi ta notka, był szczególnie owocny, jeśli chodzi o ich pracę - sądziły aż 244 osoby, 127 z nich otrzymało kary śmierci (ułaskawiono 40, stracono 78), 77 - więzienia, jedną uniewinniono, a 39 spraw skierowano na drogę postępowania zwykłego. Czy jednak stanął przed takim sądem Stanisław Górny, morderca Koziców? Nie wiem, być może faktycznie udało mu się zbiec za granicę. Był młody, obrotny, zbrodnię zaplanował, więc mógł zabrać ze sobą przynajmniej część wypracowanego na emigracji kapitału, władał pewnie językiem obcym. Kto wie, czy nie przekradł się do Francji i nie rozpuścił w wielkim żywiole bezrobotnych, rozlewającym się po całej Europie w dobie wielkiego kryzysu?

EDIT: A jednak nie, morderca sam sobie wymierzył karę: w czerwcu jego zwłoki odnaleziono, a "Głos Krajny" podaje przy tej okazji interesujące szczegóły. Przyczyną zerwania zaręczyn było nie to, że Górny miał trudny charakter, ale fakt, że we Francji miał już żonę i dziecko...



Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932, "Nowy Kurjer" 12 i 13 V 1932, "Głos Krajny" 11 czerwca 1932


wtorek, 13 października 2015

Zbój i jego pies

Maniawa, pod Bohorodczanami, pod Stanisławowem, koniec świata. A na końcu świata zbój - taki oto, w czapce, z jakimś biednym węzełkiem pod pachą, zatrzymany i gotowy do drogi. Zaraz posterunkowy odprowadzi go do aresztu, potem do sądu, wreszcie do więzienia lub na szubienicę.



Dziewiętnastolatek zabił piętnastolatka, parobek - parobka. O co się pokłócili? O jakąś dziewczynę z Maniawy albo Kryczki? O pieniądze, które jeden przegrał do drugiego albo zwinął mu zza pazuchy? A może to jakaś rodzinna wendetta? Nic nie wiadomo, nie ma żadnych wzmianek o morderstwie Andrzeja na Dmytrze. Jest tylko to zdjęcie: zbój, jeszcze nierozbrojony, z jakąś strzelbą przewieszoną przez ramię, z którą chodził pewnie do lasu na kaczki, w tle nieco krzywy płot - i pies. Pies, który wytropił parobka Bitkowskiego, teraz zupełnie spokojny. Wyżeł, z jakim Bitkowski mógłby sam chodzić do lasu, żeby te dwie kaczki ustrzelić, który, jak wszystkie wyżły, ma z urodzenia zmartwiony wyraz i wygląda, jakby się martwił wszystkim naraz: Dmytrem, Andrzejem, morderstwem, płotem, biedą, Maniawą.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932

niedziela, 21 czerwca 2015

Też mieliśmy swoje masakry, czyli Lucjan kłóci się o miedzę

Kiedy Ameryka przeżywa kolejną masakrę, popełnioną przez szaleńca z pistoletem w ręku - tym razem w kościele Charleston - warto przypomnieć, że i u nas w czasach, kiedy dostęp do broni palnej był powszechny dochodziło do podobnych strzelanin. Poznajcie Państwo Lucjana Sierputowskiego ze wsi Grzymały.

Twardogłowi amerykańscy miłośnicy broni palnej (a także nasi rodzimi maniacy) nie tracą rezonu. Z większą jeszcze niż zazwyczaj zapalczywością wygłaszają dyrdymały, że "zabija człowiek, a nie pistolet", a "jedyną ochroną przed wariatem z bronią jest cały tłum zdrowych psychicznie z bronią" (choć w USA na każdy śmiertelny strzał w obronie własnej przypadają 34 niewinne ofiary) itepe, itede. Konserwatywny bloger Erick Erickson zabłysnął tezą, że masakra dokonana przez białego w czarnej parafii nie miała z pewnością podłoża rasistowskiego, prawdziwym zaś winnym jest Bruce Jenner, słynny lekkoatleta i złoty medalista olimpijski, który w wieku lat 65 zmienił płeć, od czego Amerykanom pomieszało się w głowach i odczuli przemożną chęć strzelania do współobywateli. Natomiast niedalekiej od Północnej Karoliny Alabamie republikanie zaproponowali nowelizację prawa, która pozwalałaby nosić pistolety dzieciom oraz zdejmowałaby z handlarzy bronią obowiązek przechowywania danych transakcji (jak np. numerów seryjnych czy nazwiska kupującego), co z pewnością znakomicie wpłynie na poczucie bezkarności bandziorów. Itepe, itede.

U nas, na szczęście, dostęp do pistoletów jest ograniczony (i ginie od nich rocznie 42,5 raza mniej osób na 100 tys. niż w USA), ale bywało inaczej. W II RP o broń palną było nietrudno, mnóstwo jej zostało jeszcze z pierwszej wojny: jakieś pochowane po chatach obrzyny, broń kłusownicza, a także kupowana najzupełniej legalnie myśliwska czy obronna. Im więcej było jej w społeczeństwie, tym niebezpieczniej się robiło, a, co za tym idzie, tym więcej jej kupowano ze strachu, a, co za tym idzie, tym więcej było jej w społeczeństwie, tym niebezpieczniej się robiło... itepe, itede. 

Nie wiem, skąd swój morderczy pistolet wziął Lucjan Sierputowski. Lucjan nie pojawił się w "Tajnym Detektywie" (kiedy dokonywał masakry, pismo już nie istniało). Znam go tylko z fotografii w albumie policyjnym, gdzie występuje w mundurze (choć nie wiem, jakiej formacji):


Mając tylko imię i nazwisko, postanowiłem pogooglować i natrafiłem na historię, którą przyniósł mi - a zatem i Państwu - "Goniec Częstochowski":



Na zdjęciu wydawał się zupełnie zwyczajnym chłopakiem, podejrzewałem, że to może ofiara zbrodni czy zaginiony, ostatecznie jakiś drobny przestępca, a tymczasem... Nie, nie chodzi mi tylko o to, że w ataku furii zaczął strzelać do rodziny i sąsiadów. Takie kryzysy się zdarzają. To, co mnie zaskoczyło, to z jednej strony afekt, z drugiej - wyrachowanie, które kazało u pedałować 46 kilometrów, dystans ponadmaratoński, żeby, skoro już rzucił się w otchłań zbrodni, przy okazji pociągnąć za sobą teściów. Potem trzy tygodnie desperackiego ukrywania się po lasach i wreszcie zgłoszenie się do wziętego adwokata i dobrowolne oddanie w ręce policji: każda z tych rzeczy sprawia wrażenie nieprzystających do pozostałych. Ale któż wniknie w duszę "konstytucjonalnego psychopaty"?


Za: album policyjny, "Goniec Częstochowski" 1938/219 z 28 IX 1938




niedziela, 15 lutego 2015

Aniela i diabeł, czyli kazirodztwo i morderstwo na Wileńszczyźnie

Przy okazji notki o Frymecie wspomniałem, że rzeczywistość domowego wychowania, sielskiego dzieciństwa i kochającej rodziny w przedwojennej Polsce wyglądała bardzo różnie. Na dowód wstrząsająca historia z tego samego numeru - wieloletnia gehenna Anieli Piotrowskiej z litewskich Rudziszek, której ojciec zgotował piekło na ziemi. 







Znów w jakiejś małej miejscowości wydarza się w międzywojniu dramat o rozmiarach tragedii antycznej albo szekspirowskiej: ojciec despota, który niszczy wszystkich i wszystko wokół, każdego - córkę, zięcia, syna - w inny sposób. Ścena, w której siedemnastoletni chłopak mdleje przy kopaniu i wpada do świeżego grobu dla ofiary mordu, a tatuś czeka, aż się ocknie i zapędza go z powrotem do roboty, sprawia, że ciarki chodzą po plecach. Również Wojciunowicz, poczciwy, dobry chłopak, w dodatku wędrowny krawiec wiejski, jest jak żywcem wzięty z teatru.

I rzeczywiście - jest i teatralna publiczność. Na salę sądową przychodzą te wszystkie eleganckie panie, miejskie damesy(ciekawe to, swoją drogą, że to głównie kobiety), i czekają na pikantne szczegóły z życia chłopów-analfabetów, reemigrantów z Pennsylwanii, po czym mają za złe sądowi, że popsuł im widowisko. I słuchowisko. A przecież jest to zbrodnia "jakiej nie notowały chyba kroniki kryminalne na całym terenie Rzeczypospolitej". Smakowity kąsek. Choć, dodam, o ile samo spiętrzenie podłości jest może wyjątkowe, o tyle moja intuicja mówi mi, że kazirodztwo było wówczas częstsze jeszcze niż dzisiaj, ale łatwiejsze do ukrycia sąsiedzką zmową milczenia.

Na koniec - zdjęcie. Nie, nie trup w dole, ale ostatnia, jak się można spodziewać, rodzinna fotografia Piotrowskich. Ojciec ze związanymi dłońmi, jak tresowany niedźwiedź na postronku; jego żona, syn, który dopiero co kopał grób dla szwagra. Grupka gapiów i sąsiadów. I dziewczynka, ubrana cała na biało.  


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933

środa, 6 lutego 2013

Złe skutki czytania, czyli jak zostać mordercą

Są morderstwa, w których złoczyńca sam przyznaje się do winy, są takie, gdzie o winie decyduje sąd - czy to w procesie dowodowym, czy w procesie poszlakowym. Jeśli jednak poszlak jest niewiele, a wyrok wydaje nie sędzia, a vox populi, "dowodem" może być cokolwiek, choćby czytanie książek. Tak było w przypadku ślusarza Kubińca z Szarowa pod Niepołomicami.




Kiedy pod koniec IV wieku Augustyn z Hippony zobaczył Ambrożego, biskupa Mediolanu, przy pracy, doznał szoku: Ambroży czytał po cichu. Nie otwierał ust, nie odczytywał słów na głos, po prostu przesuwał wzrokiem po tekście. Obaj ci wybitni ludzie, wkrótce zresztą obaj kanonizowani, należeli do ówczesnych elit intelektualnych - a jednak Ambroży wywarł swoim cichym czytaniem takie wrażenie na Augustynie, że ten zapisał ową "osobliwość" w swoich Wyznaniach. To, co zaskakiwało w Mediolanie w IV wieku, na polskiej wsi, jak widać, nie straciło swojej mocy jeszcze w czasach przedwojennych. Cóż, w 1931 roku w Polsce było 23% analfabetów (odsetek ten malał w międzywojniu - od 36% w 1919 do ok. 20% w 1938 roku), znacznie oczywiście więcej we wsi niż w mieście. Stanisław Kubiniec na warunki szarowskie był dziwakiem. I to wystarczyło, by w pierwszym odruchu miejscowych przypisać mu winę.

Kto naprawdę stał za morderstwem Kubińcowej i małego Józia? W wydanej niedawno przez PWN zajmującej książce Życie przestępcze w przedwojennej Polsce Monika Piątkowska (posiłkując się zresztą obficie "Tajnym Detektywem") pokazuje, że napady były wówczas na wsi na porządku dziennym. Chłopi, którzy wyemigrowali za ocean, za jedną z największych różnic między starym a nowym krajem widzieli właśnie w poziomie przestępczości: kto kładł się spać w chacie na Pokuciu czy w Małopolsce, musiał brać pod uwagę, że może się obudzić z obrzynem przystawionym do głowy. Lub nie obudzić się w ogóle. Poza grasującymi wszędzie bandami zbójców, o których pisałem już wielokrotnie, sporo było przestępców "z okazji" - okazja bowiem czyniła wówczas, jak się okazuje, nie tylko złodzieja, ale i mordercę. Wystarczyło, że jakiś włóczęga, a może i sąsiad z tego samego Szarowa, zorientował się, że w chacie została tylko kobieta i dziecko, chwycił za młotek i dokonał zbrodni, która przyniosła mu ledwie parę złotych (na to wskazywałby również fakt, że zbrodniarz zgoła nieprofesjonalnie przeszukał szuflady, zostawiając znacznie większą sumę).

Mało brakowało, a trzecią ofiarą przestępcy stałby się sam Kubiniec. Jednak lincze w ówczesnej Polsce należały do rzadkości; przy całej uldze, jaką emigranci odczuwali w Stanach, gdzie nie musieli kurczowo przyciskać toreb do ciała i dziwowali się, że towary stoją na ulicy w stosach, tak, że każdy mógłby je ukraść, a przecież nie kradnie - amerykańska prowincja jeszcze w latach 30-tych mogłaby Kubińca zlinczować. Co kraj, to obyczaj.


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

środa, 9 stycznia 2013

Chciwy i chciwsza, czyli "Dom zły" w 1934 roku

Współczesna emigracja zarobkowa to nic nowego. Przez ponad sto lat do polski płynęły strugą - raz szerszą, raz węższą - legendarne pieniądze ze Stanów, dolary w złocie i w banknotach, emigranci stawali się reemigrantami, przyjeżdżali w hamerykańskich ubraniach, z hamerykańskimi kuframi i hamerykańskim etosem pracy. To, co ze Stanów, było w wielu kawałkach Polski synonimem światowości i luksusu (na metce surduta, który odziedziczyłem po pradziadku widnieje: Krawiec amerykański A. Fiszbein, Łuków), a zatem i przedmiotem pożądania, pchającym nieraz - jak w tej opowieści - do zbrodni.



To nie jest zbrodnia wielka ani ważna. To jest zbrodnia, jakich wiele. Gospodarz, który lubił latem sypiać w stodole, bo chłodniej. Pazerny parobek, zdradliwa gosposia. Szafa, w której leży 40 złotych, drobny łup. Tylko nazwy i nazwiska brzmią dziś ciekawie: Szapućko, Żupla, Dudojć, Oszmiana, Borcie, Kliwica. Kawałek innej Polski, Litwy właściwie, która, zarazem, była taką samą Polską, ba, takim samym światem, gdzie chciwy morduje pracowitego siekierą, a chciwsza wydaje mordercę policji.

Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

czwartek, 29 marca 2012

Wiosna, pora radosna

Z uwagi na to, że po zaczątkach wiosny prognozy wieszczą nam teraz powrót śniegów, postanowiłem przypomnieć tekst pod uroczym tytułem "Po skwarnem lecie - krwawa zima". Jest tu wszystko, czego czytelnicy tabloidowi łakną jak kania dżdżu: seks, pieniądze i morderstwo. Czegóż więcej pragnąć od artykułu? A jednak autor okrasza go całym mnóstwem smakowitości. Zaczyna się od pastoralno-socjologicznej analizy przemian wsi polskiej. Znany z pism oświeceniowych "szlachetny dzikus" (otwarte pozostaje pytanie, na ile szlachetny) mieszkał, jak się okazuje, pod samym nosem, nie trzeba go było szukać na antypodach - ale właśnie zanikł za sprawą kolei parowej, motoryzacji i zmiany mody. A jednak - coś tam pozostało z pierwotności. I jest to, jak się dowiadujemy, zbrodnia.




Co ciekawe, im dalej wchodzimy w tekst, który korzeniami siedzi gdzieś jeszcze w XIX-wiecznych powieściach o chłopach (Reymont, Balzac, ale nie tylko przecież), tym bardziej widzimy, że właśnie nie ma tu owej "wiejskiej zapalczywości", ganiania się z siekierami i strzelania po pijaku, które znamy z innych artykułów w "Tajnym". Zbrodnia Zimnola była wyrachowana, przygotowana, zaplanowana. Na wskroś - posługując się tymi kategoriami - miejska.

Ujmuje też całe przedstawienie seksu, kwestii kluczowej, skoro o ciążę chodziło. Mamy metaforę wiejską, meteorologiczną ("skwarne lato"), rolniczą ("siewca" zasiał), mamy wreszcie eufemistyczne i skrótowe: "w młodych zawrzała krew [...]dziewczyna zaszła w ciążę." A u dołu strony spora ilustracja w postaci XVIII-wiecznej pastorałki przefiltrowanej przez kino popularne (nie trzeba chyba dodawać, że ta para w scenicznym makijażu to nie Zimnol z Frydrychówną), opatrzona komentarzem w podobny deseń: "nastał czas, gdy wszystko w przyrodzie dojrzewało i żyło pełnią rozkwitu. Słońce przygrzewało, rozpalając krew do temperatury wrzątku." Wieś polska w latach 30-tych zaczynała wychodzić z "Chłopów". Ale mózg korespondenta z Katowic jeszcze tkwił w nich głęboko.

Za: "Tajny Detektyw" nr 10, rok 2 (6 III 1932)

środa, 15 czerwca 2011

Szczury kolejowe, przerażeni włościanie i pręt gospodarza Karwasza

"Tajny Detektyw" to nie tylko kradzieże biżuterii w luksusowych przedziałach italskich kolei oraz multimilionowe żony królów mydła i rzucające się z okna córki fabrykantów, lecz także i poślednie zbrodnie, przestępstwa i dramaty. Tu ktoś kogoś żelaznym prętem, tam Antoniak organizujący na przepustce bandę szczurów, ówdzie trup pływający w rzeczułce. Zdjęcia szorstkie jak samodział: grubo ciosana twarz, przegniłe pale przy lustrze wody, pięć dorosłych córek gospodarujących na stu morgach, czarny krzyżyk oznacza pręt.





Za: "Tajny Detektyw" nr 46, rok I (29 XI 1931)

czwartek, 3 marca 2011

Smutny koniec Pączka, czyli Tłusty Czwartek z kryminalistami!

 Z okazji znanego i lubianego Tłustego Czwartku publikujemy dwa artykuły z jednej strony "Tajnego Detektywa", które w tym zestawieniu nieodparcie nam się kojarzą z dzisiejszym obżarstwem, nawet jeśli zamieszczono je w numerze bliskim raczej Trzech Króli niż tego ruchomego święta.




Pozostawiamy bez komentarza tę zastanawiającą koincydencję onomastyczną!



Za: "Tajny Detektyw" nr 2 (104), rok III (8 I 1933)

czwartek, 13 stycznia 2011

Dzielny Turek walczy z samogonką

Zlałem dziś 6 półlitrówek nalewki na cytrynach, grapefruitach i wanilii, a także 7 półlitrówek pomarańczowki z cynamonem i rzec muszę, że od razu pomyślałem sobie - zadumany nad cenami spirytusu - o przedwojennych domorosłych gorzelnikach.

Zwalczało ich polskie państwo, zwalczały ich siły różnorakie, zwalczał ich również kierownik brygady komisarz Turek. Po blisko osiemdziesięciu latach nie wiadomo, czy nazwisko komisarza było przyczyną żartów - ale mogło nią być z pewnością. Kemal Mustafa Ataturk żył jeszcze i miał pożyć kolejne lat pięć, a wprowadzone przezeń wielkie reformy Turcji weszły w życie stosunkowo niedawno, toteż w Polsce w powszechnym przekonaniu Turcy alkoholu nie tykali, ba, brzydzili się nim srodze - a już zwłaszcza w powszechnym przekonaniu mieszkańców powiatu brodzkiego w województwie tarnopolskim, którzy mniej chyba interesowali się bieżącymi przemianami społeczeństwa tureckiego niż pędzeniem samogonki. Tak czy owak, lotna brygada Urzędu Skarbowego Akcyz i Monopoli skonfiskowała niejeden gar zacieru, co fotograf uwiecznił, a dziennikarz opisał, mimochodem tylko wtrącając swoje narzekania na niską jakość brodzkiej samogonki, tworzonej w sposób prymitywny, bez jakiejkolwiek, doprawdy, finezji.

 


Za: "Tajny Detektyw" nr 1, rok III (1 I 1933)

sobota, 7 sierpnia 2010

Demon ognia z Karpiłówki

Każda mała miejscowość ma swojego bohatera i antybohatera. Przyjrzyjmy się starciu gigantów spod Równego: posterunkowego Szwarcbacha i podpalacza Sidorczuka z misternym knotem. W roli chóru tragicznego: chłopi okoliczni.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok I (23 VIII 1931)

piątek, 9 lipca 2010

Chciał strzelić do pana Sawy...

Chciał strzelić do pana Sawy,
A strzelił do pana Sowy.
Ot, taki raczej błahawy
Lapsusik językowy.

                        (Graham Green, tł. A. Marianowicz)

Wierszyk zbyt może lekki, ale sytuacja opisana w Tajnym Detektywie pasuje do niego jak ulał. Groza i groteska splecione ze sobą ciasno jako ten wianuszek do trumny kładziony.





Za: "Tajny Detektyw" nr 44, rok III (29 X 1933)