sobota, 28 grudnia 2013

Szuler, hrabia, dziedziczka i targ na Sewerynowie.

Jak ja wspominam dawne dzieje przestępców nad numerami "Tajnego Detektywa", tak redaktorzy pisma wspominali dawnych cwaniaków, zbrodniarzy i łotrów. Choćby Romana Zgórskiego, obrotnego chłopaka, ślicznego jak marzenie, który najpierw w gimnazjum szerzył rozpustę wśród kolegów, potem omotał arystokratę-utracjusza, a wreszcie został łowcą posagów.




Anegdotka jak anegdotka - przekręt zabawny nawet (jeśli nie liczyć rozczarowania biednej a bogatej córki łódzkiego fabrykanta), bo trafił najmocniej w spekulantów, a przestępca jest jak żywcem wyjęty z powieści. Ale przypominam go nie tylko dlatego: otóż dotknął czułego miejsca w moim sercu, bo przywołał moje warszawskie okolice: Tamkę, Kopernika, Sewerynów. 

Kiedyś wszystko tu nazywało się inaczej. Dzisiejsza ulica Kopernika to dawniej Aleksandria - bo była głównym traktem założonej w roku 1670 jurydyki, która wzięła takie właśnie imię od swojego założyciela, księcia Aleksandra Zasławskiego. W owym czasie wzdłuż skarpy ciągnęły się kolejne dwory i pałace magnatów: przy Tamce był to po jednej stronie Zamek Ostrogskich (tak naprawdę - niewielki budynek, szczątkowy wobec wielkiego założenia, planowanego przez Tylmana z Gameren; ostatecznie na solidnym bastionie, zbudowanym jeszcze przez Ostrogskiego pod jego rezydencję, stanęła nie boczna oficyna, mieszcząca kuchnie, ale cały pałacyk), po drugiej - dwie wypalone ruiny: pałac Chomętowskiego, który spłonął na początku XVIII wieku, oraz Lubomirskich i Gozdzkich, strawiony przez pożar w roku 1777; został on odbudowany przez dwóch kolejnych mężów Karoliny Gozdzkiej: Jana Sanguszkę, a po prędkim rozwodzie - przez Karola de Nassau (to od jego nazwiska ulica, biegnąca niżej nazywa się "Dynasy").



Nie na wiele się to zresztą zdało, bo już w roku 1788 pałac spłonął ponownie - ocalało tylko jedno skrzydło, w którym gnieździła się biedota. Tak było do roku 1845, kiedy na scenę wkracza hrabia Seweryn Uruski. Uruski, człowiek zamożny i przedsiębiorczy, zawołany heraldyk (twórca jednego z najsłynniejszych polskich herbarzy), marszałek szlachty guberni warszawskiej i ochmistrz dworu carskiego, wzniósł dwa nieodległe budynki: obszerny pałac, który stanął na miejscu dawnego pałacu Poniatowskich (po lewej stronie od bramy głównej Uniwersytetu Warszawskiego) oraz coś w rodzaju dzisiejszej "galerii handlowej", z początku nazywane "Gościnnym dworem", z czasem - Targiem "Sewerynów". 



Franciszek Maria Lanci zaprojektował budowlę w kształcie litery U: jedno długie skrzydło to właśnie pozostałość dawnego pałacu Gozdzkich-de Nassau, do tego poprzeczny łącznik i skrzydło trzecie, ostatecznie niewybudowane. Obok mieścił się jeszcze widoczny na planie, a należący do kompleksu okrągły placyk z jatkami. Przedsięwzięcie Uruskiego okazało się jednak finansową klapą - zniszczyła je popularność pobliskiego, a dogodniej położonego targu "Na Ordynackiem". Znikły sklepy co elegantsze, zostali głównie szewcy i handlarze starzyzną. W tej sytuacji trzeba było coś zrobić z obszernymi pomieszczeniami na pierwszym i drugim piętrze - to tam, jak twierdzi Jerzy S. Majewski, mieściła się zapewne wspomniana w tekście szulernia, należąca do Zgórskiego. Ale nie tylko. 

W latach 1900-1913 Emilian Konopczyński prowadził tam gimnazjum męskie. Prządł raczej cienko, ale kiedy w roku 1905, na fali rewolucji, jako pierwszy w Warszawie, nie czekając na carskie zezwolenie, wprowadził lekcje w języku polskim, krok ten doceniło wiele zamożnych rodzin, które oddały tam swoich synów. Powiew wolności sprawił, że Aleksandrię przemianowano na ul. Kopernika, a Konopczyńskiemu, który nagle mógł sobie pozwolić na budowę własnej szkoły, pozwolono na wzniesienie najnowocześniejszej podówczas placówki w Warszawie. W 1913 roku na sąsiedniej ulicy Sewerynówki (Sewerynówka lub Sewerynówek, różnie podają źródła), biegnącej po Skarpie Wiślanej od bazaru na południe, otwarto wielki gmach w formie górującego nad skarpą zamczyska z wieżą (mieszczącą obserwatorium astronomiczne) i wieżyczkami, stromymi dachami, balkonami, i tak dalej; obok klas był tam również mały internat i cała kamienica z osobną klatką, przeznaczona na mieszkania nauczycielskie (część z nich - z bezpośrednim wejściem na szkolne korytarze). Uczyła się tam cała plejada późniejszych sław, między innymi Jan Białostocki, Miron Białoszewski, Jan Lechoń, Jan Nowak Jeziorański, Jan Kobuszewski, Edward Dziewoński.




Sam dyrektor szkoły, zmarły w 1911 roku, otwarcia szkoły nie dożył - ale ćwierć wieku później kolejny z jego uczniów, Stefan Starzyński, przemianował ulicę Sewerynówki na ul. Konopczyńskiego. W owym czasie szkoła traciła jednak swoją poczesną pozycję - nie w edukacji, ale w pejzażu skarpy. Otóż targ, wzniesiony przez Uruskiego, powoli znikał, a nieużytki zaczęto zabudowywać. Wlatach 20-tych wyburzono kompleks jatek, na którego miejscu stanął wieżowiec (początkowo miał to być hotel "Helvetia", w końcu gmach zajął Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych; po wojnie, odbudowany ze znacznymi zmianami i, przede wszystkim, bez wieży, służył związkom zawodowym). 




W roku 1935 z kolei zburzono sam targ, wytyczając na jego miejscu ulicę Bartoszewicza  i stawiając w roku 1937 pierzeję tzw. "luksów", siedmiopiętrowych, kamienic w stylu funkcjonalistycznym, należących do najmodniejszych wówczas budynków mieszkaniowych w mieście, a zaprojektowanych przez świetnych architektów (Korngold, Żórawski, Jotkiewicz). Kompleks sięgał od nowo wytyczonej na skarpie ulicy Bartoszewicza (częściowo - planowanej wówczas długiej widokowej alei Na Skarpie), do Konopczyńskiego, a nawet, długim jęzorem, aż do Kopernika. Po drugiej stronie ul. Bartoszewicza w latach 1937-38 stanął również siedmiopiętrowy "wieżowiec" projektu Ludwika Paradistala, dostosowany skalą i nowoczesnością do projektowanej alei Na Skarpie. 

Wojna obeszła się z tą okolicą nawet dość łagodnie; w luksach do końca mieszkali Niemcy i folksdojcze (m.in. aktorka-kolaborantka Ina Benita, ale to temat na inną opowieść); część budynków na Bartoszewicza i Konopczyńskiego została uszkodzona, ale cały zespół przetrwał praktycznie w całości. Zakład Ubezpieczeń, podobnie jak szkoła Konopczyńskiego, zostały odbudowane w znacznie zubożonej formie, która zatarła nieco ich dawną urodę, ale w porównaniu choćby z zabudową pobliskiej Tamki straty były niewielkie, a kolejne budynki powoli odzyskują dawny blask. Niedawny remont skrzyżowania zaowocował dwoma maleńkimi rondami; jest propozycja, by nazwać je imionami Bolka i Lolka - i to też jest jakiś kawałek historii tego miejsca, podobnie jak zapomniane dziś nazwy: Aleksandria, targ Sewerynów, Sewerynówek (czy Sewerynówki, nadal nie wiem). 

Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934, portal www.warszawa1939.pl


niedziela, 22 grudnia 2013

Propaganda pod choinkę

Tak się przyjęło, że na Boże Narodzenie każde czasopismo - zwłaszcza tygodnik - przygotowuje specjalny numer świąteczny. Nawet, jeśli - jak "Tajny Detektyw" zazwyczaj pisze o morderstwach, egzekucjach, rozpuście i krwawych porachunkach w przestępczym światku. Jak wyglądał świąteczny numer w roku 1934?



Oczywiście, obok policjanta: choinka i dziecko. W reklamie zawsze istniały dwie podstawowe metody - na "szczucie cycem" i na "szczucie bachorem". Seks i rodzina, to działa na ssaki w przekazie reklamowym. A co w środku? Życzenia. Dla polskich policjantów. No, dobrze, jest to jakoś tam zrozumiałe, ostatecznie "Tajny" korzystał z policyjnych materiałów operacyjnych, był wprzęgnięty w sanacyjną machinę medialną, gdzie stawał "po właściwej stronie", o czym już wielokrotnie wspominałem (kpiny z "wąsatych ownieńskich matron", potępianie ukraińskich nacjonalistów, ale i relacjonowana ostatnio sprawa Piekuckiego, z wrogiego władzom obozu endeckiego). Tym razem jednak, mam wrażenie - i to w sprawie niekoniecznie tak zapalnej jak wyżej wymienione - redaktor (a może i cała redakcja?) idzie najdalej chyba w propagandową opowieść.



Zawsze się zastanawiałem, skąd w Polsce powojennej od razu znalazła się cała grupa dziarskich propagandzistów - część, rzecz jasna, to hunwejbini, młoda gwardia, wychowana na przekazie oficjalnym w ZSRR, gdzie trafili w czasie wojny. Łatwi do zmanipulowania, ideowi. Część to starzy towarzysze: przedwojenni komuniści, jedni ideowi, drudzy cyniczni. Ale są jeszcze i tacy, którzy po prostu, sądzę, mieli dryg to pewnego typu pisania - jak autor poniższej notki; w "Tajnym Detektywie" Anno Domini 1934 był jeszcze nieco przedwczesny, przekaz kłuł w oczy chyba nawet na tle sanacyjnego cukierkowego przekazu; ale już za -naście lat wpisywałby się idealnie w klimat literacki. Ciekawe, czy autor przeżył wojnę - i czy mógł rozwinąć skrzydła? W końcu jego kolega z redakcji, Karol Ferster, czyli rysownik Charlie po wojnie odnalazł się jako autor rysunków o Auguście Bęc-Walskim... Po takich kwiatkach stylu jak: sięgamy myślą ku waszym domom, policjanci państwowi polscy czy tkwią nieruchome posterunki [...] występując służbowo w każdym wypadku pogwałcenia prawa możemy się spodziewać, że powojenna prasa przyjęłaby go z otwartymi ramionami.


Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934


środa, 18 grudnia 2013

Pedofilski skandal w międzywojennym Poznaniu vol. III

Proces Piekuckiego przykuwał uwagę całego Poznania, a może i Polski; na wyrok czekano z dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że Piekucki, czując oparcie w kręgach decydenckich, do końca się odgrażał. Rzekomo padł ofiarą spisku i w listach do prasy do ostatniej chwili groził "oszczercom", że pociągnie ich do odpowiedzialności.







Jak widać, z czterech panów z towarzystwa na bezwzględne, półtoraroczne więzienie skazano tylko dwóch, w tym Piekuckiego; pozostali dostali karę w zawiasach. Co innego stręczycielki - największy wyrok w całej sprawie pedofilów dostała Genzlerowa. Nie żebym jej jakoś żałował - była to dość antypatyczna osóbka, która skrzywdziła mnóstwo niewinnych dziewczyn; Kamil Janicki tak relacjonuje jej sposoby na pozyskanie "świeżych towarów": 

Razem z kilkuletnią córeczką przemierzała miejskie parki i zapuszczała się w okolice szkół, gdzie zaczepiała ładne, nastoletnie dziewczęta. Na różne sposoby skłaniała je do wizyty w umówionym miejscu: przekupywała cukierkami, obiecywała sukienki i drobne prezenty, mamiła wizją pracy opiekunki do dziecka. Niczego nie podejrzewające ofiary były następnie upijane lub narkotyzowane. Trafiały w łapy członka szajki odpowiedzialnego za przygotowanie zdjęć pornograficznych (i będącego jednocześnie pracownikiem jednego z bardziej szanowanych atelier fotograficznych w mieście), a w końcu do klientów. Wszystko działo się niemalże na oczach miasta: w lokalach przy głównych ulicach, często na parterze. Przechodnie nie zwracali jednak uwagi na krzyki wykorzystywanych dziewcząt, woleli przejść nad tym do porządku dziennego. Na koniec Genzlerowa zastraszała dzieci, tak by nikomu nie zdradziły swojego losu i faktu istnienia szajki. Po tym wszystkim jak gdyby nigdy nic wracała do domu, do męża. W całym swoim haniebnym procederze kierowała się tylko jedną zasadą – kończyła zawsze przed godziną 17, tak by zdążyć przygotować obiad przed tym jak mąż przyjdzie z pracy.

Ale nie dobrem dzieci kierował się chyba sąd, kiedy Genzlerową skazał najsurowiej z całej szajki, a tym, że była nikim: nie miała politycznych wpływów, była niezamożną kobietą, za którą nikt ważny się nie wstawił, nie wykonał koniecznych telefonów, nie zagadał sędziego na przyjęciu, że "doprawdy, nie godzi się... były może jakieś niemiłe sprawki, no ale jak to, Piekuckiego, bohatera... nie, nie godzi się, panie sędzio kochany." Sędziowie, jak zwraca uwagę Janicki, byli częścią tej samej grupy społecznej, poznańskiego establishmentu, więc był chroniony - co zresztą przypomina nam tak głośną ostatnio sprawę Krolloppa i radnych miejskich, którzy utajnili obrady, na których wyszło, że Krollopp wykorzystuje seksualnie nieletnich chórzystów. Pewne rzeczy, jak widać, w Wielkopolsce się nie zmieniły od ośmiu dekad... Na plus należy Poznaniowi oddać, że Piekucki dostał półtora roku, a Krollopp aż osiem (zmniejszone później do sześciu). Czyli jakiś postęp jest.


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok II, 21 VIII 1932, wywiad z Kamilem Janickim

sobota, 23 listopada 2013

Pedofilski skandal w międzywojennym Poznaniu vol. II

W pół roku po pierwszej publikacji "Tajny Detektyw" pisał już wołami: "SPRAWA PIEKUCKIEGO", choć przecież uwikłanych było w nią znacznie więcej osób. Na okładkę trafiła jednak niejaka Genzlerowa, poprzednio niemalże pominięta - choć  to właśnie od niej zaczęła się cała sprawa. Pedofile zostali trafieni rykoszetem. W jaki sposób wpadli?



Dalej widzimy misternym, całostronicowy fotomontaż, łączący dwie wielkopolskie sprawy: skandal pedofilski i tajemniczego kościotrupa, znalezionego pod Chodzieżą. Przewijający się w tekście Hałas pojawił się również poprzednio - zbrodnia, którą popełnił, była stosunkowo świeża i dobrze pamiętana przez poznaniaków.



A teraz poczytajmy sobie dokładnie, co też reporter ma do powiedzenia o Piekuckim, jego kompanach i o stręczycielkach:




Od pierwszego wybuchu skandalu minęło już cztery i pół miesiąca; być może w międzyczasie "Tajny" relacjonował przebieg sprawy - tego nie wiem, nie mam wszystkich numerów. Tak czy owak, Piekucki, Hirszberg i koledzy wpadli za sprawą zwykłej męskiej zazdrości Franciszka Genzlera, murarza. 

Z Genzlera był człowiek prosty i, zapewne, dobry - ale z żoną, Małgorzatą, jakoś mu się nie układało; dwójkę dzieci mu wprawdzie urodziła, ale zaczęła coraz częściej znikać z domu. Mamy zresztą lata kryzysu i niewykluczone, że cała rodzina biedowała, Genzlerowa zaś była - po mamusi - osóbką przedsiębiorczą. Problem tym, że swój biznesik trzymała w tajemnicy przed mężem, który zaczął podejrzewać, że żona "nie mając złota ni miedzi zarabia tym, na czym siedzi", innymi słowy - że się trudni, jak to drzewiej w Poznaniu mawiano, "kurewstwem pokątnem". A kiedy w mieszkaniu pojawiła się niejaka Mehringowa i zażądała od Genzlerowej 10 złotych "za pokój", Genzlera opanowała zazdrość dzika i udał się w te pędy na posterunek policji. Nie spodziewał się jednak, że to nie jego żona będzie główną oskarżoną w procesie.

Zaczęło się tak, że matka Małgorzaty, Maria Hermanowa, ze swoją znajomą Mehringową wynajmowała "eleganckim panom" pokoje na godziny. Ponieważ jednak apetyty panów były specyficzne i rosły w miarę jedzenia, panie rozszerzyły asortyment usług: nie tylko stręczyły małe dziewczynki, ale jeszcze do prac dodatkowych zgodziły dwie względnie młode kobiety: Małgorzatę właśnie i niejaką Helenę Stróżyk. W policyjnej akcji wpadły wszystkie - i od razu trafiły do szpitala na oddział chorób wenerycznych. W przeszukanych mieszkaniach natrafiono zaś na wspomniany już zbiór 150 zdjęć nagich dziewczynek, często w niedwuznacznych pozach z oskarżonymi.

Proces toczył się wprawdzie przy drzwiach zamkniętych, ale dziś wiemy nieco więcej: dziewczynki zeznały, że "pracowały" nie tylko w mieszkaniach Mehringowej i Hermanowej, ale i u Piekuckiego i jego kolegów. Przynajmniej raz "Genzlerowa mając stosunek z jednym z oskarżonych zawołała [dziewczynkę] specjalnie i kazała się jej przypatrywać". Wszyscy też robili im zdjęcia - Andrzejewski przyznał, że w tym czasie całował i głaskał dzieci, ale generalnie wszyscy oskarżeni starali się z całych sił umniejszyć swoją winę. Jak się zdaje, mieli nadzieję na wyrok uniewinniający. Ale o wyroku - w następnym, ostatnim już odcinku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok II, 14 VIII 1932, wywiad z Kamilem Janickim

wtorek, 5 listopada 2013

Pedofilski skandal w międzywojennym Poznaniu vol. I

Osiemdziesiąt lat temu konserwatywnym Poznaniem zatrząsł ogromny skandal: nie tylko wykryto szajkę pedofilów i stręczących im dziewczynki rajfurek, ale w dodatku między winnymi znalazły się szanowane figury: restaurator, kupiec, kierownik fabryki mebli i, przede wszystkim, podpułkownik rezerwy Feliks Piekucki.



Okładka "Tajnego Detektywa" była - co dziś może nie jest tak oczywiste - niebywale śmiała. Pamiętajmy, że lata trzydzieste są okresem prawdziwego kultu wojskowości, a pokazanie wojennego bohatera w pełnym umundurowaniu jako dobierającego się do dziewczynki "erotomana" (słowa "pedofilia" wówczas chyba nie stosowano) groziło nie tylko interwencją cenzury i konfiskatą całego numeru (nawiasem mówiąc: jeden z posiadanych przeze mnie egzemplarzy nosi na okładce napis: "zupełnie nowy numer po konfiskacie"), ale i - czy może: przede wszystkim - zdemolowaniem redakcji i pobiciem dziennikarzy przez "słusznie wzburzonych patriotów", czyli bojówki. Zwłaszcza, że Feliks Piekucki miał w Poznaniu spore wpływy. W roku 1934 wprawdzie chwile największej chwały miał już za sobą (w czasie powstania wielkopolskiego, na przełomie roku 1918 i 1919, został pierwszym polskim komendantem miasta), nadal jednak sprawował ważne funkcje publiczne.

Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego: Feliks Piekucki prowadzi defiladę w wyzwolonym Poznaniu (1919)

Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego: Feliks Piekucki przekazuje sztandar pułkowy (1919)

Związany mocno z endecją i kościołem katolickim, Piekucki był twórcą widowiska "Męki Pańskiej" w trakcie Kongresu Eucharystycznego w Poznaniu (w 1930 roku), a przede wszystkim: komendantem Legionu Wielkopolskiego, czyli lokalnej gałęzi Legionu Rzeczypospolitej Polskiej, antypiłsudczykowskiej, prawicowej organizacji kombatanckiej, założonej w Warszawie w 1928 roku. W życiu prywatnym za to wiodło mu się niespecjalnie: w roku 1925 ucierpiał srodze w poważnym wypadku (na drodze pod Obrzyckiem poniosły konie ciągnące powóz, którym jechał z kuzynem i rządcą majątku; rządca wyskoczył, łamiąc kręgi i ginąc na miejscu, kuzyn został ciężko pokaleczony, a sam Piekucki złamał obie nogi) oraz, co osobliwie typowe dla katolickich moralistów, rozwiódł się z żoną. Dopiero z czasem wyszło na jaw, jak się pocieszał:






A jak doszło do wysypania całej szajki? O tym w następnym odcinku.

PS: O wspomnianej w tekście szantażystce Marii Lewandowskiej wspominałem już kiedyś; obie te sprawy wyszły na jaw mniej więcej w tym samym czasie i wspólnie zadawały ciosy poznańskiej konserwie, bowiem Lewandowska była córką szacownego aptekarza, powstańca wielkopolskiego i katolicko-narodowego posła, Zenona Lewandowskiego.

Za: "Tajny Detektyw" nr 14, rok II, 3 IV 1932

poniedziałek, 4 listopada 2013

Może panowie bandyci pozwolą papierosika? Czyli opowieść o Byku z bykiem.

Na fali popularności słynnego duetu przestępczego reporterzy "Tajnego Detektywa" wyśledzili i wypytali o młodość zbójców nie tylko starą Macużynę, ale i rodzinę Byka; materiał o jego pierwszych zbrodniach trafił na łamy po udanej obławie, w której policjanci w końcu Byka dopadli i zastrzelili.


Jeszcze wiele lat po śmierci Byk był pamiętany jako sławny bandyta - choć przecież konkurencję miał sporą, bo międzywojenna Polska bandytami stała. W historiach mojej babci pojawiał się zrazu w historiach o tym, jak w latach 20-tych mój pradziadek chadzał po gościńcu na Kielecczyźnie z odbezpieczonym rewolwerem, jak w westernie. "Po latach, już jako dorosła, znalazłam na strychu stare roczniki jakichś gazet kryminalnych z czasów mojego dzieciństwa, i tam były mrożące krew w żyłach historie o bandycie Byku." Z czasem, w miarę jak traciła pamięć, postać z gazet - dam głowę, że były to roczniki "Tajnego Detektywa" - zlała się jej z historią o rabowaniu dworu w Lisowie. To Byk z kompanami miał się tego dopuścić, o czym tak mniej więcej opowiadała mojej matce i mnie:

- Po pierwszej wojnie zbójcy, grasowali i grasowali. Mój ojciec po przyjeździe do Polski, parę lat później... ze dwa-trzy lata później... kiedy musiał się wybrać gdzieś dalej poza wieś, to chadzał z dwoma nabitymi rewolwerami w dłoniach...
- Jak John Wayne.
- ... jak John Wayne. Albo jak Gary Cooper. No. Bardzo było niebezpiecznie, a najgorszy był taki gang Byka... gang, bo ja wiem, czy tak to można nazwać... dwóch ich było, czasem trzech. Wiem, że herszt nazywał się Byk, bo kiedy już byłam dorastającą panienką, znalazłam na strychu gazety z tego okresu, w których opisywano ich kolejne wyczyny. Mieli na sumieniu kilka osób, a akurat tego dnia, kiedy pojawili się w Lisowie, zabili jakąś staruszkę w sąsiedniej wsi. Czy może umarła na zawał, kiedy jej grozili pistoletem? Nie pamiętam. W każdym razie ja byłam maleńka i, wiem to z opowieści mamy, leżałam w kołysce w sąsiednim pokoju. Mój dziadek pracował w gabinecie.
- Znamy to na pamięć... - rzuciła mama.
- I co z tego? - bezpośredniość tego typu pytania odbiera na jakiś czas możliwość argumentowania, więc nie przeszkadzaliśmy więcej w potoku narracji - Dziadek pracował w gabinecie. Musiało być lato, bo żniwa, wszyscy w polu, wieś puściuteńka. I nagle, w samo południe, do dworu wpadają bandziory, Byk i ten jego pomagier, i dawaj rabować po wszystkich szafach, wygrażać pistoletami... Na rogu stołu, pokazywała mi to potem i mama, i babcia, na rogu takiego wielkiego dębowego stołu układali łupy: srebra, biżuterię, zegarki. Przetrząsali papiery, wybebeszali szuflady biurek, wrzeszczeli potwornie. Drzwi do gabinetu dziadka otworzyli kopniakiem, a dziadek tylko podniósł oczy znad papierów, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyciągnął papierośnicę i powiedział...
- "Może panowie bandyci pozwolą papierosika?" - krzyknęliśmy z mamą chóralnie.
- ...a oni - ciągnęła niezrażona babcia - owszem, pozwolili. Pomagier dalej rabował i układał wszystko na rogu stołu w salonie, a Byk rozsiadł się i palił, zarekwirowawszy dziadkowi srebrną papierośnicę, zegarek i banknoty. A wtedy moja mama, i nie potrafię jej tego przebaczyć po dziś dzień, zamknęła drzwi pokoiku, w którym spałam, na małą, byle jaką zasuwkę, i czmychnęła z domu tylnym wejściem, wiecie, że moja mama zawsze biegała zamiast chodzić, a co dopiero wtedy, dobiegła do dzwonu na trwogę i zaczęła bić, bić w dzwon bez opamiętania. Ludzie podnieśli głowy znad zboża i rzucili się ku wsi, a bandyci zwiali gdzie pieprz rośnie, zostawiając w popłochu wszystko, co zgromadzili na rogu stołu. Niedługo potem złapano ich i dostali jakieś bardzo wysokie wyroki... ale wiecie, nie mogę wybaczyć mamie, że zostawiła dziecko, bo mogliby się dostać bez problemu do kołyski, raz kopnąć drzwi i po wszystkim. Przez wiele lat śniło mi się to tak wyraźnie, jak własne wspomnienie: odpadające po kolei gwoździki, pękającą zasuwka i bandyci wdzierający się do mojego pokoiku, zabierający mnie z kołyski... brrr, nawet teraz mam dreszcze, kiedy o tym pomyślę.

Opowieść jest, niestety, z faktograficznym bykiem, i to sporym. Rabunek był prawdziwy, nazwisko zbója - już nie. Byk, poza wszystkim, działał głównie siekierą - dopiero Maczuga używał tak subtelnego narzędzia, jak rewolwer. Po drugie, grasował raczej w Małopolsce niż na Kielecczyźnie: z Trzciany do Lisowa było z siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt kilometrów. Po trzecie, moja babcia urodziła się w roku 1919, kiedy zatem leżała w kołysce, Byk, i owszem, wszedł na przestępczą drogę, ale rąbał siekierą w najbliższych okolicach. Natomiast, i owszem, na strychu mogła po latach znaleźć numery "Tajnego Detektywa" i skojarzyć słynnego rozbójnika z tym bezimiennym hersztem, który dał się złapać na uprzejmość mojego prapradziadka, Leonarda Brokla. 

Prawdziwą - a przynajmniej: prawdziwszą - historię Antoniego Byka można przeczytać poniżej:






Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934)

czwartek, 31 października 2013

Maczuga i serce matki

Z tylnej okładki 50-tego numeru "Tajnego Detektywa" z 1934 roku spogląda surowa twarz kobiety, która niejedno przeżyła: starej Macużyny, matki pierwszorzędnego międzywojennego zbira, Władysława Maczugi.



John Dillinger (o którym zresztą już tu wspominałem w Baby ach te baby i w Rodzina Dillingera) był sensacją roku 1934 nie tylko w prasie amerykańskiej, ale i polskiej. Zginął w lipcu, kiedy policja w obławie zabiła Byka; Maczuga się wówczas wymknął i z pozostałymi kompanami nadal terroryzował Podkarpacie, choć oczywiście nazwanie go "Dillingerem" (choćby i wiejskim) było wyrazem dziennikarskiej przesady retorycznej. Przestępstwa, które popełniał, też wydają się znacznie mniej glamour niż napady na bank

Zainteresowało mnie za to bardzo to, co "specjalny sprawozdawca Esteban" napisał o Rozborzu, wsi bandyckiej. Tak się składa, że moja babcia wychowywała się w miejscowości o podobnej historii i podobnej sławie: w Lisowie na Kielecczyźnie. Osadzano tam ponoć przestępców wypuszczonych z carskiego więzienia na Świętym Krzyżu (rzeczywiście, wskazywałyby na to rzadkie nazwiska miejscowych chłopów, pochodzące z terenu całego imperium), a że za grubymi klasztornymi murami siedzieli i pospolici kryminaliści, i więźniowie polityczni, to miejscowa ludność wprawdzie kradła na potęgę, ale była za to bardzo inteligentna, honorowa i miała własny "kodeks złodziejski". Pisałem o tym więcej w "Lali" - dość powiedzieć, że nie wolno było okraść wdowy czy sieroty (za wycięcie sierocie całego pola kapusty złodziej został komisyjnie pobity), nie wolno było ukraść "do czysta", tylko zawsze trzeba było zostawić coś poszkodowanemu, i tak dalej. Ciekaw jestem, czy w Rozborzu panowały podobne zasady?







O popularności Maczugi niech świadczy ten materiał: bogato ilustrowany zdjęciami, zajmuje tylną okładkę, całą rozkładówkę i jeszcze kawałek szpalty, a właściwie niczego się z niego nie dowiadujemy, poza paroma anegdotkami o małym Władeczku, którego tak przecież mocno, rzetelnie bito, a mimo to - suprise, suprise! -nie wyszedł na ludzi, oraz serceszczypatielnej wstawce o niezaprzeczalnym walorze duszy starej Macużyny.

Fotografie - jeśli nie liczyć zbiorowego portretu rodziny przestępcy - są przypadkowe: a to narzeczona, a to ofiary (zresztą wedle kochającej matki - ofiary zgoła innego zbója, podszywającego się pod Maczugę), a to papierośnica od cadyka Spiry z Błażowej (członka jednej z najsłynniejszych chasydzkich dynastii). Ale i cóż tu było do pokazywania? Wszyscy wiedzieli, że na początku miesiąca Maczuga został wytropiony w zaprzyjaźnionym gospodarstwie, w skrytce pod psią budą - i czekali na wyrok.

Numer ukazał się 9 grudnia, dzień później Maczuga był sądzony w Rzeszowie; mimo pójścia na współpracę z policją (wyjawił, gdzie Byk ukrył zwłoki jednej z ofiar, zabitej jeszcze przed zawiązaniem bandy) otrzymał najwyższy wymiar kary. Kiedyś udało mu się zbiec z więzienia z Bykiem, teraz próbował ucieczki samotnej: współwięźniowie pomogli mu zdjąć kajdany, mocnym kopniakiem wywalił drzwi celi (co samo w sobie świadczy o jakości budynków rzeszowskiego aresztu), po czym przesadził mur i, usiłując zgubić pościg, ruszył w miasto. Kule strażników, jak już wspominałem, dosięgły go w piwnicznym okienku, przez które nie udało mu się przecisnąć.


Za: "Tajny Detektyw" nr 50, rok 4, 9 XI 1934

niedziela, 27 października 2013

Byk i Maczuga, przestępczy celebryci

Obiecałem ostatnio, że wkleję wizerunki prawdziwych międzywojennych celebrytów zbrodni - wprawdzie te fotografie pojawiły się już kiedyś w "Tajnym Detektywie" na liście gończym, ale tym razem mamy do czynienia z oryginałami, pochodzącymi z policyjnego albumu zdjęć operacyjnych.




Zdjęcie Antoniego Byka pochodzi chyba, jeśli sądzić po stemplu, z jakiegoś dokumentu tożsamości - policja tylko je przefotografowała. Władysława Maczugę natomiast, ustawionego byle gdzie, na tle dość sfatygowanych drewnianych drzwi, uwieczniono niewątpliwie na posterunku, w klasycznym mugshot. No, może nie do końca klasycznym, bo w latach międzywojennych polska policja nie ma jeszcze wypracowanego stałego wzoru. Najczęstszy jest model "potrójne popiersie": frontem, z profilu i w trzech czwartych (ostatnie w nakryciu głowy i odzieniu wierzchnim). Ale trafiają się również zdjęcia pełnopostaciowe, pojedyncze, podwójne (jak to Maczugi), a nawet sześciokrotne: trzy popiersia i trzy pełne postaci.

Zdjęcie Maczugi jest opisane: posterunek w Rzeszowie, 11 (?) XII 1933. W czerwcu tego roku Maczuga spotyka kumpli z poprzedniej odsiadki: Antoniego Janusza i Józefa Kapustę (wedle wcześniejszych ustaleń również Andrzeja Warzyboka), po czym wspólnie napadają na plebanię w podrzeszowskiej Przybyszówce. Tam, zamordowawszy pięcioma strzałami z rewolweru 72-letniego proboszcza, ks. kanonika Chmurowicza, zrabowali - jak głosi akt oskarżenia - 150 zł gotówką, złoty zegarek z łańcuszkiem i kilkadziesiąt srebrnych monet rosyjskich i austriackich. Kiedy w październiku policjanci natrafili na podobny zbiór monet, przeszukując mieszkanie jakiegoś złodzieja, skojarzyli fakty i szybko ustalili, że złodziej - czy raczej, w tym wypadku - paser ma je właśnie od Maczugi i jego kolegów. Niebawem cała szajka trafiła za kraty, i właśnie wówczas wykonano to zdjęcie.

W grudniu 1933 roku Maczuga poznaje w areszcie rzeszowskim Byka, starszego odeń prawie o dekadę pospolitego zbója, posługującego się narzędziem tak mało finezyjnym, jak siekiera. Byk spodziewa się kary śmierci za kilka morderstw w rodzinnej Trzcianie (handlarka Chana Goldberg, poseł Stanisław Kawalec, zwrotniczy Szczepan Wiktor). Zbrodnia na ks. Chmurowiczu, słynna w całej Polsce, też może poskutkować najwyższym wymiarem kary, toteż dwaj przestępcy postanawiają zrobić wszystko, by salwować się ucieczką. Okazja nadarza się w ostatni dzień roku: 31 grudnia w czasie porannego spaceru przekradają się przez mur, przepływają Wisłok i giną w sylwestrowej mgle.

*

TUTAJ znajdą Państwo ogłoszenie o wysokiej (2000 zł!) nagrodzie za schwytanie przestępców. Więcej o ich dalszych losach pisałem TUTAJ przy okazji Płoskonia - obaj zyskali (nie)sławę w całej Polsce, Byk zginął w obławie latem 1934, Maczuga się wymknął i przeżył go o pół roku. Schwytany w jamie, wykopanej pod psią budą, został w końcu doprowadzony przed oblicze sprawiedliwości, ku powszechnej ekscytacji publiczności sądowej: dość powiedzieć, że kiedy doszło wreszcie do procesu, na salę rozpraw wpuszczano wyłącznie za imiennymi biletami.

Maczuga do końca nie stracił rezonu, usiłował zrzucić winę za morderstwo ks. Chmurowicza na nieobecnego podczas napadu Warzyboka; kiedy to nie poskutkowało, próbował raz jeszcze uciec z aresztu w drugi dzień Bożego Narodzenia; zaklinował się jednak w okienku i, trafiony kulami strażników, skonał na szpitalnym łóżku 7 stycznia 1935 roku.



Za: album zdjęć policyjnych

piątek, 25 października 2013

Zażywny morfinista i fałszywe papiery

Dziś w Toruniu z okazji festiwalu Tofi Fest będę opowiadał o "Tajnym Detektywie" i albumie policyjnym; z tej okazji przeglądałem sobie po raz kolejny zdjęcia z albumu i natrafiłem na zdjęcie dwóch zażywnych panów, spacerujących bliżej nieokreśloną ulicą. Byli - co rzadkie - podpisani. Postanowiłem zgooglować nazwiska... bingo! Oto sprawa Balickiego.


Dobry wujek Google doprowadził mnie do cyfrowych zasobów bibliotecznych, a konkretnie - do numeru "Nowego Głosu, żydowskiego dziennika porannego", gdzie w dodatku "Życie Warszawy" podano w roku 1938 następującą wiadomość o procesie Balickiego, Plewy i innych:


Okazuje się zatem, że jowialny grubas w meloniku i przykrótkiej krawatce to z zawodu okrętowy barman, w dodatku morfinista - choć, prawdę mówiąc, nie wygląda na specjalnie wyniszczonego nałogiem. Wujek Google, skoro już wiedziałem, za co Balickiego skazano, pozwolił na jeszcze jedno znalezisko. Balicki był, jak się okazuje, doświadczonym fałszerzem, ponieważ już sześć lat wcześniej, o czym donosił Krotoszyński Orędownik Powiatowy, był sądzony, a nawet skazany za podobne przestępstwo:

Ale nie było to jedyne znalezisko - przeglądając bowiem po raz setny zdjęcia, dostrzegłem znajomą twarz: przystojny blondyn z białym szalikiem pod szyją... czy aby? Spojrzałem raz jeszcze i byłem pewien: mam operacyjne zdjęcie jednego z najsłynniejszych przestępców międzywojnia. Ale o tym następnym razem!


Za: album policyjny, "Nowy Głos, żydowski dziennik poranny" nr 168, 18 VI 1938, "Krotoszyński Orędownik Powiatowy", nr 8/rok 57, 30 I 1932




sobota, 12 października 2013

Bezkarne zbrodnie zbójeckich dynastii szlacheckich vol. II

Obiecałem jeszcze słów kilka o najgroźniejszej dynastii zbójców szlacheckich, a mianowicie - o Stadnickich, bo i oni mieli swój epizod lwowski, kiedy to starli się z możną rodziną Korniaktów, uszlachconych mieszczan Lwowskich o greckim rodowodzie.

Stanisław Stadnicki, zwany "Diabłem Łańcuckim"
Korniaktowie (Carneadi), pochodzący z Krety, a mieszkający również w Konstantynopolu i na Wołoszczyźnie, osiedlili się w II poł. XVI wieku we Lwowie, gdzie wystawili okazałą kamienicę w rynku (później kupioną przez Sobieskich i przebudowaną na jeszcze bardziej reprezentacyjną Kamienicę Królewską). Przywieźli ogromne kapitały, którymi obracali w handlu (winem, tkaninami, futrami), dzierżawie ceł ruskich i lichwie - zajęli bowiem miejsce Fuggerów i Bonerów, stając się bankierami królów i najmożniejszych magnatów Korony i Litwy. Między ich dłużnikami był i Stadnicki, który wymienił się na dobra z Anną z Pileckich, otrzymując Łańcut, sowicie obłożony długami u Korniaktów, do czego dobrał jeszcze u nich trzydzieści tysięcy złotych. 

Konstanty Korniakt starszy

Stadnicki płacić nie lubił, ba, może nawet organicznie nie potrafił. Poczekał na śmierć seniora rodu, Konstantego (1603 r.) i wówczas wypowiedział Korniaktom prawdziwą wojnę: najpierw zaczął najeżdżać ich majątki, paląc i grabiąc dwory oraz mordując czeladź, zaś po przegranym procesie rozsierdził się jeszcze bardziej i na czele 1500 ludzi (m.in. Węgrów, Wołosów i Kozaków) zdobył zamek w Sośnicy, do którego - jako do najbardziej warownej ze swych posiadłości - Korniaktowie przenieśli się z całym majątkiem rodzinnym.  Z kobiet zdzierano drogie suknie - przy okazji zgwałcono żonę i córki Konstantego juniora - wyrywano z uszu kolczyki, starej Korniaktowej prawie odrąbano palce, na których miała kosztowne pierścienie. Łupy szacowano na 140 tysięcy złotych, do niewoli wzięto też Konstantego, którego Stadnicki torturował trzymał w lochu przez pół roku, a wypuścił ciężko chorego, wydobywszy od niego - uzyskane z przyłożeniem szabli do gardła - zrzeczenie się wszelkich pretensji o zajazd Sośnicy oraz długów wysokości 47 tysięcy. Diabłowi Łańcuckiemu za złupienie Korniaktów włos z głowy nie spadł, a kolejne wyroki sądowe przyniosły im groszowe rekompensaty.

Bezprawia, jakich dopuszczał się Stadnicki, nie mogą dziwić, skoro skazywanie szlachcica przez sądy miejskie było podówczas rzadkością; jak pisze Władysław Łoziński w "Prawem i lewem": Skazanie szlachcica schwytanego in recenti crimine przez władze miejskie po za Lwowem prawie nigdy się nie zdarza, a i Lwów, który oprócz większych praw miał także i większe siły do ich wykonania, ciężko nieraz za taki akt sprawiedliwości musiał pokutować — zdarzył się nawet w r. 1647 godny zapisania fakt, że szlachcic pewien nieznaczny, Piotr Kaliszkowski, skazany na ratuszu lwowskim za poranienie mieszczanina na 100 grzywien i na 6 tygodni więzienia, osiągnął formalny wyrok śmierci (poenam talionis videlicet colli) na całym urzędzie lwowskim, bo trybunał zadekretował, aby burmistrz i ławnicy dali głowy pod miecz katowski (eosdem capite plectendos esse demandat!) Nie spotykamy śladu, aby w któremkolwiek z najznaczniejszych po Lwowie miast województwa ruskiego magistrat śmiał ukarać szlachcica. Jeden tylko Halicz w roku 1610 wyjątkowo zdobył się na to. Urząd miejski pojmał za jakiś szkaradny występek Jakóba Jabłonowskiego, osądził go na śmierć i natychmiast ściąć kazał, o co wdowa po straconym wytoczyła miastu proces.

Zdarzały się za to, i owszem, samosądy mieszczan, którzy - czasem nie wyłączając kobiet, dzieci i, c o podkreśla Łoziński, Żydów - brali sprawiedliwość w swoje ręce. I tak w roku 1603, kiedy to Ramułtowie wyprawili w [Drohobyczu] krwawą awanturę i dwóch ruskich księży ranili a trzeciego, Fedora, popa Raniowskiego, zabili — przy najbliższej sposobności mieszczanie uderzają na gwałt w dzwony, napadają tłumnie na dwóch Ramułtów, srodze ich turbują, do uciekających szturmują w gospodzie, czeladź ich rozpędzają, tak że obaj szlachcice tylko cudownym sposobem uchodzą śmierci  chroniąc się do kościoła. Niejaki Jan Kurnatowski, który w roku 1618 wszczął burdę we Lwowie na ul. Św. Jana, zamieszkanej przez Ormian, został literalnie ukamienowany: Pod przewodem Krzysztofa Chaczki rzucili się ku niemu Ormianie i ukamienowali go dosłownie. Wszystko, co żyło na tej ulicy, nawet kobiety i dzieci — poczęło miotać kamienie na Kurnatowskiego, który padł trupem pod tym gradem pocisków. 
Najokrutniej chyba zemścili się mieszkańcy Kołomyi w roku 1613 na niejakim Tomaszu Błudnickim: Jadącego z Kołomyi do Lwowa tłum porwał z sanek i wśród okrutnego znęcania się nad pojmanym zawlókł do saporowieckiego lasu, następnie znajdujący się między tłumem pop Hrehory Oseredko, odwiódłszy nieszczęśliwego >w las na stronę od owej wielkiej gromady, przymusiwszy go, aby przyklęknął na ziemi, z urąganiem i bluźnierstwem wielkiem — opowiada syn Błudnickiego — przeciwko wierze św. katolickiej jadowicie spowiadać mu się przed sobą kazał, po której spowiedzi tenże pop naprzód sam rękami swemi rohatyną albo oszczepem srogim weń uderzył w pierś i aż na drugą stronę przebił, za czem i insi wszyscy hurmą wielką przypadłszy, kto jako i czem mógł, siekli, kłuli okrutnie, już zabitemu haniebnie rany rozmaite zadawali. Zabrawszy potem szkatułę z 2000 zł. i papierami, szablę, łuk, sajdak, i rozebrawszy zabitego do naga, na ostatek nie nasyciwszy się krwi jego, ciało obnażone na sanki ułożywszy tenże pop i z inszymi, których było do 400 albo 500 ludzi, mieszczan i przedmieszczan kołomyjskich, za spólną namową między błota bagniste w las daleko zawieźli i ciało nie wiedzieć gdzie podzieli, sława tylko ta jest, że w błotach i jezierzyskach utopili. Sług też dwóch nieboszczykowskich pojmawszy i także w las zaprowadziwszy pozabijali i potopili.

Takie numery jednak nie z Diabłem Łańcuckim, który jeździł nie z dwoma, a kilkuset sługami, więc mieszczanie raczej mu zagrozić nie mogli Dopiero kiedy rozpoczął spór ze swoim sąsiadem, Opalińskim, trafiła kosa na kamień - po wielu prowokacjach Stadnickiego, jak przesuwanie kamieni granicznych, torturowanie sług, porwanie karła Opalińskiej (sic!) czy zajazdy włości, Opaliński przyjechał z Wielkopolski, zebrał oddziały i wydał Stadnickiemu bitwę... w której poniósł sromotną klęskę i ledwo salwował się ucieczką. Powetował to sobie wkrótce, rabując podwody Stadnickiego, wiozące ze Śląska pieniądze, konie, kosztowności i wino, ale przede wszystkim wygrywając kolejną bitwę pod murami Łańcuta, który następnie gruntownie splądrował, wywożąc stamtąd niewyobrażalne wprost skarby. Równie niewyobrażalna była zemsta Stadnickiego, który, powróciwszy do swoich dóbr, w niesłychanie okrutny sposób potraktował swoich poddanych, podejrzewanych (słusznie chyba) o wzięcie udziału w rabunku, po czym począł pustoszyć ziemie Opalińskiego, zupełnie go rujnując.

Cała Rzeczpospolita z królem na czele usiłowała doprowadzić do ugody między przeciwnikami - i rzeczywiście, obaj stawili się w Trybunale Lubelskim, gdzie Stadnicki przyjechał nie na czele nie trzydziestu, jak mu kazano, a siedmiuset ludzi, i wszczął burdy, zastraszając sędziów i łupiąc mieszczan. Tu miarka się przebrała i lublinianie po prostu dali odpór czeladzi, gromiąc hajduków watażki i zmuszając Stadnickiego do kolejnej ucieczki. Mając nadzieję na obfite posiłki z Siedmiogrodu (planował bowiem osadzenie na tronie polskim, w miejsce znienawidzonego Zygmunta III, księcia Gabriela Batorego), Stadnicki spał spokojnie, a Opaliński tymczasem po troszeczku rósł w siłę i przekabacał stronników wroga. Wreszcie pod nieobecność "Diabła" najechał w lipcu 1610 roku jego fortecę w Wojutyczach pod Samborem, zrabował, pałac spalił, a dzieci i żonę pojmał, po czym oddał w opiekę krewnym. 20 sierpnia jego żołnierze dopadli samego Stadnickiego w lesie pod Chyrowem i położyli go trupem; Tatar Persa odciął mu głowę i zaniósł swemu panu.

Na placu boju pozostała pani Stadnicka, która miała się okazać niezgorszym ziółkiem; najpierw rozpoczęła walki o schedę po mężu - i broniła jej zbrojnie. Potem zaangażowała się w długi spór ze szwagrem o opiekę nad synami. Kasztelan sanocki, Marcin Stadnicki, chciał ich wychować na wykształconych obywateli - Stanicka natomiast miała swoje metody i plany wychowawcze, więc posługując się to oszustwem, to porwaniem, synów odzyskała. Zrobiła to jednak na swoją zgubę - tak wychowała trzech synów, zwanych Diablętami, że wkrótce sami przeciwko niej wystąpili, kiedy powtórnie wyszła za mąż za warchoła Poniatowskiego. Wypędzili z Łańcuta matkę i własną siostrę, Felicjanę, zagarnęli wsie i kosztowności. Po paru latach porwali z powrotem siostrę, co przyprawiło matkę o rozstrój i śmierć - w testamencie więc podzieliła majątek między męża a córkę, a synowie postanowili biedna Felicjanę trzymać w zamknięciu, by nie wyszła za mąż. Każdy alians w tej rodzinie kończył się konfliktem - uwięziona Felicjana więc rozkochała w sobie innego warchoła, dała mu się porwać, poślubiła go, powojowała u jego boku z braćmi, po czym zwróciła się przeciwko mężowi (uzyskała nawet unieważnienie małżeństwa w Rzymie) i stanęła po stronie braci. Młodzi Stadniccy też zresztą walczyli między sobą, walczyli bowiem nieustannie i z każdym, kto się nawinął, co wszystko ich przywiodło do smutnego końca.

Zygmunt zginął w jakiejś potyczce. Władysław zrobił sobie wroga w staroście Krasickim, rozpędzając sejmik - został przez Krasickiego najechany i złupiony; ścigany, schronił się w klasztorze w Leżajsku, gdzie go pojmano, zawiedziono do Łańcuta i tam bez sądu rozstrzelano na brzegu Wisłoka. Głowę odpiłowano i zaniesiono Krasickiemu (co było praktyką częstą), który wypłacił siepaczom stosowną nagrodę. W tym samym czasie przepadł ślad po trzecim bracie, Stanisławie, zwanym Diabełkiem, któremu - w przeciwieństwie do Władysława - udało się uciec wojskom Krasickiego; plotki podają, że miał trzy żony, z których jedną zadusił, a drugą utopił, jak odnotował Wacław Potocki w wierszu "Na Stadnickiego Diabełka". Wiadomo natomiast, co się stało z jedynym znanym jego synem, również Stanisławem: podczas Potopu obwołał w Bieczu króla szwedzkiego królem polski, został pojmany przez starostę i wydany katu. Tak oto w roku 1656 cała linia Diabła wygasła pod mieczem w Bieczu.

A co z odwiecznym wrogiem Stadnickich? Konstanty Korniakt dopiero na młodych Diablętach mógł sobie nieco powetować dawne straty. Kiedy bracia byli osłabieni bojami z siostrą i szwagrem, wymusił na nich w roku 1622 oddanie klucza żurawieckiego; Władysław Stadnicki chciał się na nim mścić, ale w drodze na zajazd zabił w sprzeczce jednego z przybocznych, przez co wszyscy towarzysze się od niego odwrócili, zostawiając go w szczerym polu. Korniaktowi więc wydano nie tylko klucz majątków, ale i zrabowane niegdyś w Sośnicy rodzinne klejnoty. Dwa lata później jednak Konstanty młodszy zginął w wojennej potrzebie, bijąc się z Tatarami. Z trzech jego synów najstarszy Michał zmarł w trakcie studiów w Rzymie podczas epidemii malarii (spoczywa w marmurowym grobowcu S. Maria in Aracoeli); drugi, Aleksander, zmarł jako 27-latek, zostawiając małoletnią córkę, Elżbietę. Dobra w Sośnicy i Hussakowie przeszły pod zarząd stryja, a trzeciego brata, Karola Franciszka. Uszczuplone przez niego znacznie, trafiły w końcu, ze ślubem Elżbiety, do Krasickich. Karol Franciszek był gruntownie wykształconym dworzaninem (w Krakowie, Grazu i Padwie), podróżnikiem (towarzyszył zapewne wujowi, Jerzemu Ossolińskiemu, w sławnym wjeździe do Rzymu) i wojownikiem: bił się ofiarnie w trakcie powstania Chmielnickiego i Potopu. Jednak na jego synach ród Korniaktów wygasł w początkach XVIII wieku. Na wszystko bowiem koniec przyjść musi. Również na tę opowieść.


Za: Jacek Komuda, Warchoły i pijanice, Krzysztof Bulzacki Rody lwowskie, Władysław Łoziński, Prawem i lewem.

poniedziałek, 9 września 2013

Bezkarne zbrodnie zbójeckich dynastii szlacheckich vol. I

Historia Polski jest - jak historia wszystkich chyba krajów - również historią zbrodni i bezprawia. Bezprawie Rzeczypospolitej Szlacheckiej nie mogło się równać z tym, co dziś mianem "bezprawia" określamy (w kraju zaskakująco jednak, zwłaszcza jak na nasze tradycje, praworządnym); przypominało bardziej to, co dzieje się dziś w Naddniestrzu albo innych półdzikich krainach - i to nie tylko gdzieś na Dzikich Polach, ale i w sercu kraju, we Lwowie.


W XVII wieku Lwów ze swoimi trzydziestoma tysiącami mieszkańców był drugim - po siedemdziesięciotysięcznym Gdańsku - co do ludności miastem Rzeczypospolitej Obojga Narodów; ustępował mu stołeczne: (do niedawna) Kraków i (od niedawna) Warszawa. Słynął z handlu, licznych i bogatych kościołów, pięknych kamienic. Równocześnie, jak widać, sobiepanowie Policcy mogli sobie po nim i po jego okolicach hasać ad libitum, za nic mając mieszczan, oburzonych na rabunki i morderstwa; pozwolili sobie na zarąbanie królewskiego urzędnika. Dopiero uśmiercenie szlachcica, Głembockiego, postawiło nieco tamę ich zbrodniom - ale nie na długo. Sprawiedliwość była sprawowana nie przez trybunały, a - jak na Dzikim Zachodzie - przez samozwańczych szeryfów i krewnych ofiar. 

Czemu Policcy tak długo się opierali sprawiedliwości - trudno orzec; być może chodziło tu o osobiste umocowanie w miejscowych władzach, być może o ogólny rozpad administracji i wymiaru sprawiedliwości w Rzeczypospolitej. Nie byli przecież jedyni; na Kujawach grasował zbójecki ród szlachecki Grabskich, zajeżdżających i rabujących sąsiedzkie dwory; nieco wcześniej w Teleśnicy w Sanockiem mieszkała inna sympatyczna rodzinka, Rosińscy. Mieli oni w zwyczaju zapraszać braci szlachtę do dworu, ugaszczać obficie, a potem skrytobójczo mordować; a że mieli na rozkazy cały oddział uzbrojonego chłopstwa, miejscowa szlachta bała się ich za te zbrodnie pociągnąć do odpowiedzialności. Dopiero po paru latach starosta Bal z bratem jednej z ofiar dokonał zajazdu na Teleśnicę; pojmał wprawdzie jednego z Rosińskich, ba, urządził mu nawet dla zabawy udawaną egzekucję, z pieńkiem, spowiednikiem i całym cyrkiem - ale potem, z radości, popił się z całą służbą i Rosiński mógł czmychnąć (co, oczywiście, przypomina słynne "zwycięstwo" szlachty nad rosyjskimi jegrami w "Panu Tadeuszu").

Najsłynniejsza ze zbójeckich rodzin to "Diablęta Łańcuckie", potomkowie najsłynniejszego chyba warchoła Rzeczypospolitej, Stanisława Stadnickiego, zwanego "Diabłem". Również ich historia wiąże się ze Lwowem, a w szczególności z tamtejszym rodem Korniaktów. Ale o tym w następnym odcinku...


PS: Drobne spostrzeżenie; artykuł historyczny napisał lwowski profesor, L. M. Czy rzeczywiście był profesorem (choćby gimnazjalnym) i ukrywał się pod inicjałami (być fałszywymi zapewne, bo iluż mogło być profesorów o takich inicjałach we Lwowie przedwojennym), bo to wstyd publikować pod pseudonimem? Czy też był dziennikarzem "Tajnego..." lub nieśmiałym autorem-korespondentem, który dla splendoru dodał sobie "prof." przed inicjałami? Tego nie dowiemy się nigdy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 37, rok 4, 9 IX 1934

wtorek, 27 sierpnia 2013

Miasta cieni cz. X

Rzadko się zdarza, by pośród osób w policyjnym albumie trafił się ktoś, o kim można opowiedzieć dłuższą historię; przeważnie są w ogóle bezimienni, nazwiska pojawiają się rzadko. Tym razem trafiłem jednak na człowieka, o którym wiem, za co mógł być zaaresztowany. I znam jego dalsze losy.















W albumie spodziewałem się właściwie tylko zdjęć złodziei, morderców, oszustów - nie przyszło mi do głowy, że w ówczesnej Polsce była całkiem przecież pokaźna grupa więźniów politycznych: ukraińskich nacjonalistów, komunistów, a nawet narodowych socjalistów w typie hitlerowskim (NPR-Prawica). Część z nich była najprawdziwszymi terrorystami i mordercami, innych wsadzano do więzienia wyłącznie za poglądy i agitację polityczną.

Lewek Szpicberg i Salomon Jaszuński zostali ewidentnie zaaresztowani razem: w Katowicach, 26 maja 1931 roku. Szpicberga, niestety, nigdzie nie znalazłem, Jaszuński jest za to dobrze znany. Urodzony w roku 1902 w Łodzi w rodzinie żydowskiej (ojciec był kupcem lub drobnym wytwórcą, matka - nauczycielką), cztery lata I wojny światowej spędził z rodzicami w Moskwie. Po powrocie wstąpił do partii komunistycznej; uzdolniony literacko, szybko zaangażował się w propagandę. Maturę zdał w Wilnie, eksternistycznie, studiował później we Lwowie i Krakowie. Z panegirycznego życiorysu pióra stalinistki Żanny Kormanowej dowiadujemy się, że Jaszuński był badaczem wybitnym, ale pozostawił w drukowanym dorobku językoznawczym jedynie kilka przyczynków. Można więc w wybitność nieco powątpiewać - ważniejsza była dla niego chyba działalność polityczna; skłonny jestem natomiast uwierzyć, że faktycznie znał 23 języki.

To właśnie kwestie polityczne sprawiły, że kształcił się w coraz to innych miastach: jako działacz (ps. "Justyn") Jaszuński był wielokrotnie aresztowany i więziony, począwszy od roku 1919 (za rozlepianie odezw pierwszomajowych na parkanach); w 1927 skazano go na rok "więzienia prewencyjnego", w roku 1928 otrzymał wyrok czteroletni (od lata 1929 na urlopie zdrowotnym). Siedział ogółem w ośmiu więzieniach i aresztach. Kormanowa podaje, że został wzięty ponownie w Katowicach w czerwcu 1931 roku - my ze zdjęcia wiemy, że wzięty został w maju, konkretnie - 26go maja. W styczniu 1938 roku wyjechał z Brygadą Dąbrowskiego do Hiszpanii w randze zastępcy komisarza politycznego; zginął w lipcu w walkach nad Ebro.

Gdyby nie wyjechał do Hiszpanii, i tak miał duże szanse by - jak wielu jego kolegów - zostać wezwanym do Moskwy i zginąć od strzału w tył głowy w stalinowskich czystkach; w przeciwnym razie straciłby zapewne życie w Holokauście, jak jego ojciec, zamęczony w obozie przejściowym Radogoszcz, lub matka, która zmarła na tyfus w warszawskim getcie. Ale gdyby przeżył, po wojnie mógłby wprowadzać w Polsce stalinowskie porządki - trudno cokolwiek przesądzić. I trudno powiedzieć, który los gorszy. Stało się jak się stało, leży gdzieś nad Ebro.

*

Być może ktoś z Państwa wie coś o Lewku Szpicbergu? 30 marca 1932 roku "Dziennik Łódzki" donosił, że w mieszkaniu niejakiego H. Szpicberga przy ul. Cegielnianej 19 policja zlikwidowała komunistyczną komórkę, miejsce spotkań młodzieży (głównie żydowskiej - precyzuje gazeta) płci obojga, gdzie skonfiskowano sporo bibuły, odezw, druków propagandowych. H. Szpicberg był, jak się dowiadujemy z "Dziennika Łódzkiego", bratem byłego komunistycznego posła, ukaranego kilkoletnim więzieniem, Arona Szpicberga. Być może Lewek miał coś z nimi wspólnego nie tylko ideologicznie?