Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Murzyni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Murzyni. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Małżeńskie sprawki przyszłego powstańca

W roku 1932 w "Tajnym Detektywie" ukazał się - co dość rzadkie - anons zrozpaczonej żony, poszukującej męża. Pismo udostępniło swoje łamy dla sprawy osobistej i niekryminalnej zapewne z powodu sensacyjnego szczegółu: poszukiwany mąż był czarnoskóry, co dało asumpt do otwierającego notkę rasistowskiego komentarza o "czarnej skórze, która kryła niewiele jaśniejsze charaktery":




August Browne nie kazał długo czekać na odpowiedź, która ukazała się już w następnym numerze:



Niestety, podano tylko "wyjątki obszernego listu", a nawet i to nie, zwykłe streszczenie - przez co przepadł dokument, który mógł rzucić ciekawe światło na tę nietuzinkową postać.

August Agbola Browne urodził się w roku 1895 w dzisiejszej Nigerii, a do Polski trafił ponoć w roku 1922. Był faktycznie muzykiem jazzowym - ponoć średnim, ale ze znakomitą prezencją, eleganckim, obdarzonym wielkim urokiem osobistym. Z początku mieszkał być może w Krakowie - tam w każdym razie wziął ślub, tak sensacyjny, że informowała o nim prasa:



W roku 1932 w Krakowie przebywała nadal Zofia, autorka listu do "Tajnego Detektywa", oraz dwaj synowie państwa Browne: czteroletni Ryszard i trzyletni Aleksander. Ich ojciec mieszkał w Warszawie przy ulicy Złotej - miał stamtąd blisko do lokalu Caveau Caucasien, który mieścił się w piwnicach Filharmonii.  Być może to on był pierwowzorem spolonizowanego czarnoskórego jazzmanna z opowiadania "Melba" Zdzisława Kleszczyńskiego, które ukazało się w roku 1928 w zbiorze "W latarni". Zosia, śliczna jak marzenie córka babci klozetowej, występuje w "Odeonie" jako jedna z trzech Sisters Fragonard. Jest Sylwester i stolica tak się bawi:


Kiedy wybuchła wojna, Zofia z synami, jako żona Brytyjczyka, trafiła do obozu przejściowego w Bytomiu i w październiku lub listopadzie 1939 roku wraz z innymi internowanymi została wymieniona na analogiczną grupę niemieckich cywilów zatrzymanych na Wyspach Brytyjskich. Wszyscy troje wyjechali do Anglii, natomiast sam Browne pozostał w okupacyjnej Warszawie. Trudnił się teraz handlem urządzeniami elektrycznymi - a oprócz tego współpracował z AK, kolportował prasę podziemną. Po wybuchu powstania walczył w Południowym Śródmieściu (pseudonim "Ali"), działał w łączności, w centrali telefonicznej. 

Po wojnie znów grywał na stołecznych estradach, a w 1952 lub 1953 roku wziął ponownie ślub z Olgą Miechowicz, z którą mieszkał przy Nowogrodzkiej 42. Kiedy tylko przyszła odwilż, postanowili wyjechać do Anglii, jeszcze w 1956 roku; tam też trzy lata później urodziła się ich jedyna córka, Tatiana. August Agbola Browne zmarł po dwudziestu latach, w 1976 roku, kiedy nikt już zapewne nie pamiętał wymiany listów na łamach "Tajnego Detektywa" blisko pół wieku wcześniej, w innym świecie, w innej rzeczywistości.


Za: "Tajny Detektyw" nr 29 i 30, rok II, 29 III 1932, "Światowid" nr 34 (159), rok IV, 1927, Wojciech Karpieszuk, "Szeregowiec Ali", "Gazeta Wyborcza", 15 II 2011

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rawlins, Smalls i Googles, czyli "Tajny" o klubach jazzowych w Nowym Jorku Vol. II

Obiecałem dopisek o kapitanie Robercie Smallsie, bo postać to arcyciekawa - a przy okazji ładnie się składa z artykułem z "Tajnego", ponieważ był człowiekiem idącym całkowicie pod prąd rasowych stereotypów epoki.



Robert Smalls urodził się w niewolniczej chacie roku 1839 w Beaufort, w Południowej Karolinie. Jego pan posłał go do Charleston i wynajmował do rozmaitych prac: jako latarnika, dokera, majtka. W roku 1861 młody Smalls został wheelmanem* na konfederackim okręcie CSS Planter (nazwa - 'Plantator' - skądinąd zabawna w kontekście tej historii) i przez niemal rok obserwował uważnie zwyczaje oficerów. Rankiem zorientował się, że trzej biali oficerowie zeszli na ląd. Z siedmioma czarnymi członkami załogi opanował statek, włożył mundur kapitana, a następnie, zabrawszy na pokład rodziny uciekinierów, popłynął w kierunku okrętów Unii. Po drodze minął kilka fortów Konfederacji, każdy z nich pozdrawiając gwizdkiem - a kiedy minął ostatni, ściągnął konfederacką banderę, wciągnął na maszt białą flagę i oddał się w ręce marynarki Północy. W sumie udało mu się uratować z rąk "właścicieli" szesnaścioro ludzi: siebie samego, siedmiu członków załogi, pięć kobiet i trójkę dzieci.

Smalls przekazał Unii wyładowany okręt, mówiąc: "Dostarczam te środki bojowe, w tym armaty, przekonany, że wujaszek Abraham Lincoln będzie wiedział, co z nimi zrobić"  (Kongres zresztą przyznał kapitanowi i załodze jako wynagrodzenie równowartość połowy okrętu, choć wartość tę znacznie zaniżono). Do tego dołożył sprawy niematerialne, ale cenniejsze może: szczegółowe wiadomości na temat umocnień brzegowych i sił przeciwnika. Spotkawszy się z Lincolnem, któremu osobiście zdał relację ze swojej ucieczki, zaciągnął się do marynarki i służył na kilku jednostkach, by powrócić na USS Plantera.

W grudniu 1863 roku znalazł się w ogniu pomiędzy siłami obu stron; dowódca jednostki nakazał się poddać, ale Smalls - słusznie, jak się zdaje - powiedział, że ani on, ani pozostali czarni członkowie załogi nie będą traktowani jak zwyczajni jeńcy i zostaną pewnie zamordowani. Odmówił wykonania rozkazu, przejął dowództwo i wyprowadził okręt w bezpieczne miejsce. Za swoje bohaterstwo otrzymał dowództwo okrętu i tym samym stał się pierwszym czarnym kapitanem w historii amerykańskiej marynarki.



Po wojnie powrócił do Beaufort i kupił dom swojego dawnego pana, gdzie rezydował z rodziną (pozwolił też zamieszkać tam na starość wdowie po właścicielu, Jane Bond McKee), po czym został politykiem - najpierw senatorem stanowym, potem, przez cztery kadencje, kongresmenem (aż do końca XX wieku, kiedy wyprzedził go Andrew Clayton Powell jr., nowojorczyk z Harlemu, był najdłużej urzędującym czarnym członkiem Kongresu).


A skoro jesteśmy znów przy Harlemie, to wypada przypomnieć o Edwinie Smallsie, właścicielu Smalls' Paradise, potomku kapitana Roberta. Otóż kapitan miał dwie żony - Hannah Jones Smalls,, która urodziła mu dwie córki i synka (zmarł jako dwulatek) oraz Annie E. Wigg, która w roku 1892 powiła mu jedynego syna, Williama Roberta Smallsa. Edwin pierwszy swój klub założył w roku 1917, zatem w żadnym razie nie mógł być synem Williama - nie jest też z pewnością synem Roberta. Jak się zdaje, nie tylko "Tajny Detektyw" zmyślał ile wlezie, ale i Edwin Smalls, pomysłowy przedsiębiorca z Harlemu, zbudował swoją rodzinną legendę, a większość internetowych i drukowanych źródeł bezkrytycznie ją powtarza...



*nie znam fachowej terminologii marynarskiej w ówczesnych Stanach, ale z tego, co się dowiedziałem, to wheelman jest właściwie pilotem statku, ale określenia pilot nie stosowano wówczas wobec niewolników, bo nazwa ta była zbyt prestiżowa.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), Wikipedia



niedziela, 4 stycznia 2015

Rawlins, Smalls i Googles, czyli "Tajny" o klubach jazzowych w Nowym Jorku Vol. I

Klub jazzowy "Rawlins Paradise" na 135 Ulicy był tak sławny, że wiadomości o nim dotarły nawet na szpalty polskiej prasy, która sprzedała czytelnikom smakowite kawałki o skandalicznym zachowaniu  czarnego olbrzyma, Barneya Googlesa. Problem w tym, że taki lokal, jak się zdaje, nie istniał. Podobnie jak wspomniany olbrzym.


Dziwnie dziś czytać to, co polskie gazety pisały o innych rasach kilkadziesiąt lat temu - tak dalece odbiega to od dzisiejszego naszego widzenia. I nie chodzi mi wcale o rasizm - tu przykłady są znacznie bardziej oczywiste, wystarczy poczytać prasę katoendecką, gdzie nikt nie owijał w bawełnę. Mam na myśli niespójność, rozpięcie pomiędzy myśleniem krytycznym, równościowym, a stereotypami. Tekst w "Tajnym Detektywie" jest znacznie ciekawszy od przedwojennego szamba rasistowskiego: z jednej strony gwałtownie potępia stosunek białych do czarnych, mówi o linczach, brutalności, nierównościach społecznych, z drugiej - leci konsekwentnie najbardziej oczywistymi rasowymi przesądami:




A teraz przyjrzyjmy się bliżej. Przy 135 Ulicy - a w rzeczywistości przy Siódmej Alei pod numerem 2294 i pół, nieopodal skrzyżowania ze 135 Ulicą - faktycznie istniał klub "Raj", założony w 22 października 1925 roku nie przez żadnego Rawlinsa, ale przez Edwina Smallsa i stąd nazywał się "Smalls' Paradise" (na neonie brakło apostrofu, dlatego zazwyczaj nazwę podaje się z błędnie apostrofem błędnie ustawionym przed ostatnią literą, a nie po niej):


Smalls był potomkiem kapitana Roberta Smallsa, człowieka o nadzwyczajnej wprost biografii, który zasługuje na osobną notkę. Sam był tylko windziarzem, ale z czasem zdobył doświadczenie w prowadzeniu lokali - w roku 1917 założył Sugar Cane Club, o nazwie wyraźnie nawiązującej do rasistowskich fantazmatów, bo chodzi w niej przecież o plantację trzciny cukrowej, gdzie pracowali niewolnicy (choć, co ciekawe, klientela była głównie czarna). W rok później powstaje najsłynniejszy klub Harlemu, Cotton Club, który celuje dokładnie w ten sam stereotyp: oto miejsce, w którym biały może się przyjrzeć szaleństwom potomków czarnych niewolników. W Cotton Clubie, założonym przez boksera wagi ciężkiej, Jacka Johnsona, a przejętym przez pochodzącego z Anglii gangstera Owneya Maddena, murzyńscy wykonawcy i artyści (w tym Duke Ellington, Billie Holiday, czy niedawno zmarła Lena Horne) tworzyli "dziką, afrykańską muzykę", zwaną jungle music, a rewie pokazywały przesycone rasistowskimi symbolami sceny z plantacji i "Czarnego Lądu".  

U Smallsa było nieco inaczej. Przede wszystkim, Smalls' Paradise był największym, najsłynniejszym i jedynym pośród znaczących klubów Harlemu lokalem prowadzonym przez czarnego; o ile Cotton Club czy inne podobne miejsca działały trochę na zasadach opisanych w "Tajnym" (biała klientela przyjeżdża jak do zoo oglądać "dzikich z murzyńskiej dzielnicy", natomiast czarni, poza wykonawcami i garstką celebrytów, nie mieli prawa wstępu), o tyle Smalls miał zupełnie inne podejście i w jego "Raju" klientela była wielorasowa; miłośnicy jazzu i transgresji z bogatych, białych dzielnic mieszali się z harlemczykami. Co zamożniejszymi harlemczykami, dodajmy - dość powiedzieć, że średni rachunek na głowę wynosił cztery dolary, a zwykły robotnik zarabiał wówczas sześć do dwunastu dolarów tygodniowo. Wnętrza mieściły do półtora tysiąca gości i musiały przynosić krociowe zyski.

Do atrakcji należała nie tylko muzyka - przez pierwszą dekadę Charlie Johnson's Paradise Orchestra - i rewie (sam parkiet był ponoć niewielki), ale i tańczący, a nawet jeżdżący na rolkach kelnerzy. Jednym z nich był - w roku 1943 - niejaki Malcolm Little, wówczas osiemnastolatek, który po latach zyskał sławę jako Malcolm X, radykalny trybun ludowy, ważna figura w amerykańskim ruchu równouprawnienia czarnych obywateli. Panowała prohibicja, ale goście mogli po kryjomu pić z własnych butelek lub zamawiać alkohol "spod lady" u kelnerów, oczywiście po wyśrubowanych cenach. Pozostałe kluby zamykały się około trzeciej-czwartej w nocy i wtedy klientela spływała do Smalls' Paradise, gdzie rano organizowano słynne "taneczne śniadania".

Klub Smallsa był ponoć inspiracją dla "Czarnej Wenus", fikcyjnego lokalu z kontrowersyjnej powieści "Nigger Heaven" (1926) Carla van Vechtena, pisarza i fotografa, który był jedną z istotniejszych (choć białych) postaci międzywojennego "renesansu harlemskiego"; trudno powiedzieć, czy to prawda, ale faktem jest, że tak odebrali książkę właściciel, pracownicy i bywalcy Smalls' Paradise, w wyniku czego van Vechtena więcej tam nie wpuszczano. Przeniósł się do Cotton Clubu, który z kolei zaczął bojkotować w roku 1936 za rasistowski program - być może próbował w ten sposób odzyskać prawo wstępu do "Raju"? Nie wiem i nie wiem też, czy mu się to udało.

Ale wróćmy do relacji "Tajnego". Skąd w tej opowieści w miejsce Edwina Smallsa pojawił się Jim Rawlins? Nie mam pojęcia. Teoretycznie można przyjąć, że odkupił klub, wiadomo bowiem, że "Smalls' Paradise" został sprzedany przez swojego założyciela. Zanim upadł po sześćdziesięciu jeden latach istnienia (był najdłużej działającym lokalem w historii Harlemu), przeszedł przez ręce kilku jeszcze przedsiębiorców. Jednak pierwsza sprzedaż miała miejsce w roku 1954, o czym powiadamiał nowy magazyn dla Afroamerykanów, "Jet". A Percy Harris w 1954 to z pewnością nie Jim Rawlins w 1934.


Jeszcze ciekawszy wydaje się Barney Googles, ów olbrzym z Georgii, masywny kryminalista, który dobierał się do białych pań. Otóż Barney Google, owszem, istniał, a nawet istnieje, bo postaci fikcyjne nie umierają - to jeden z bohaterów popularnego komiksu gazetowego Barney Google and Snuffy Smith, publikowanego najpierw w "Chicago Herald", potem w "Examinerze", a w końcu w dziewięciuset gazetach na całym świecie. Był niewielkim facecikiem z wytrzeszczem oczu, wąsikiem, trzykrotnie mniejszym od swojej monumentalnej żony. Był także, o czym warto wspomnieć, kompletnie biały. Istniał, owszem, w Harlemie klub "Barney Google's" i może stąd redaktorzy wzięli ten pseudonim? Trudno orzec. Dość, że cała opowiastka jest sklecona ze zmyśleń, a podpisany pod tekstem John Green wszystko to pewnie spisał przy kawiarnianym stoliku w Krakowie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), "Jet", 25 lutego 1954, Wikipedia, Encyclopedia of the Harlem Renaissance, keepingupwiththejones-markjones.blogspot.com

piątek, 2 marca 2012

Woyzeck w Perpignan

Znowu historia z tłem rasistowskim, ale tym razem zdecydowanie podjętym przez dziennikarza, który roztacza cały wachlarz skojarzeń i środków właściwych epoce: Senegalski żołnierz to "syn słońca", mówi francuszczyzną (czy, w przekładzie, polszczyzną) Kalego, ma "prymitywny umysł", a w momencie refleksji wpada na taką oto odkrywczą frazę: "Choć jest się Senegalczykiem, jest się niemniej człowiekiem!". Kierują nim najniższe instynkty:  miłość własna, chęć na picie i seks z "przyjaciółeczką".

Jeśli jednak odrzucimy rasistowski nalot myśli dziennikarza, otwiera się przed nami historia wstrząsająca - nieprzypadkowo dziennikarz wspomina tu Zweiga, bo jest to świetny materiał literacki. Oczywiście od razu przychodzi na myśl Woyzeck/Wozzeck ze sztuki Buechnera i opery Berga, ale historię zdegradowanego sierżanta mógłby napisać równie dobrze Camus, Genet czy Doeblin (w razie problemów z czytaniem proszę kliknąć na zdjęcie i powiększyć):



Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)

środa, 29 lutego 2012

Biali Murzyni i senzacja w Nev-Yersey

Dyskutowałem ostatnio ze znajomym, czy Jacek Szczerba słusznie w relacji oskarowej napisał: Murzynka Octavia Spencer nagrodzona za drugoplanową rolę w "Służących" Tate Taylor płakała. Trzeba ją było prowadzić na scenę, bo tak obcisłą miała suknię. I nie chodziło bynajmniej o uwagę na temat sukni. 

Znajomy słowa "Murzyn/ka" z zasady nie lubi, bo woli, kiedy ludzi określać przymiotnikami, nie rzeczownikami (opinia, którą mogę zrozumieć, acz jej nie podzielam), mnie z kolei mierzi bezrefleksyjne przenoszenie zasad amerykańskiej political correctness do innego języka; w USA słusznie wyrzucono ze słownictwa obarczone pejoratywnie "nigger", które jest dziś, jak poucza słownik, "prawdopodobnie najbardziej obraźliwym terminem w angielskim" (skądinąd językowo nieciekawym, bo to przefiltrowane przez francuski i angielski zwykłe hiszpańskie "czarny", negro, slangowo zniekształcone). Tymczasem, o ile w polszczyźnie istnieje sporo rasistowskich terminów na określenie osób czarnoskórych, Murzyn do nich nie należy - troglodyta na ulicy nie powie: "Ty... ty... ty... Murzynie!" podobnie jak nie powie "Ty... ty... ty... geju!", choć może powiedzieć, że ktoś jest "białym murzynem" albo ma "gejowski sweterek". Za moją sympatią do tego wyrazu przemawiają także względy historyczne. "Murzyn" należy do wyjątkowych dla polszczyzny określeń etnicznych, nie mających w ogóle lub prawie w ogóle odpowiedników w innych językach, podobnie jak "Niemiec" ('ten, który nie mówi') czy "Włoch" (z tego samego pnia, co "Galia", "Walia" i "Wołoszczyzna", od gockiego walh, "Celt", późniejszego germańskiego valah i słowiańskiego vlach) a może i "Węgier" (jeśli nie jest tylko osobliwym zniekształceniem łacińskiego określenia Węgier, czyli "Hungarii"). "Murzyn" pojawił się w polszczyźnie w XIV wieku, jest pokrewny "Maurowi" i niesie ze sobą piękną językową tradycję, która nijak ma się do przekształceń negro w negre, a potem nigger na szlaku handlu niewolniczego. 

A piszę o tym wszystkim, bo w pierwszym numerze "Tajnego detektywa" jest taka oto osobliwa historyjka, którą łatwo oczywiście odrzucić, mówiąc, że ma podłoże rasistowskie, ale jest znacznie ciekawsza od głupich bluzgów (vide lewa strona):




Jeśli opowieść jest prawdziwa, na co nie ma dowodów (w przeciwnym razie świadczyłaby tylko o redaktorze i tym jak oceniał oczekiwania czytelnika polskiego), mówi o społeczeństwie tak silnie odrzucającym jakąś grupę, że poddane opresji jednostki chcą zmienić tożsamość (co jest doskonale znane np. z biografii gejów i lesbijek; w przypadku koloru skóry to znacznie trudniejsze) - i to na skalę masową, bo przecież 50 tys. dolarów w owym czasie było sumą zawrotną (zwłaszcza, że zebraną głównie od biedaków). Po drugie - sama zawiera jednak słowa potępienia wobec segregacji: amerykańscy Murzyni cisną się do białego, który mówi o nich dobrze, a zatem stanowi na jarmarku taką mniej więcej osobliwość, jak kobieta z brodą. Po trzecie zastanawiająca jest rola albinosa, który nie tylko cierpi z racji statusu czarnych Amerykanów w "państwie białych", ale i choroby oraz, jak się należy domyślać, pariasa wyrzuconego za obręb obu tych grup. 

Wreszcie proszę się przyjrzeć winiecie (wraz z ilustracją na środku, wykonaną specjalnie do tych dwóch historyjek - później tak rozrzutnie sobie nie poczynano) powstała do pierwszego numeru. Wprawdzie miała potem obsłużyć i inne artykuły, ale debiutowała tutaj. Obok globu i nowoczesnego budynku i pokazuje wiszącą postać, u stóp której stoi trzech facetów w kapeluszach. Można tu widzieć szacownych obywateli, obserwujących egzekucję złoczyńcy, ale też "obrazek z Ameryki": białych panów w cylindrach i niewinną, czarnoskórą ofiarę linczu. 

No i ten rodzynek: sugestia oszustów, że wybielony czarny będzie mógł nawet zostać prezydentem. Jeśli potraktujemy ją optymistycznie, to tak: czasy się zmieniły, Obama zasiada w Białym Domu bez żadnych szarlatańskich medykamentów. Jeśli pesymistycznie, to Amerykanie - jak zauważali niektórzy czarnoskórzy komentatorzy - nie wybrali na prezydenta Murzyna, tylko Mulata, a zatem "tego wybielonego" (choć nie z pomocą cud-proszku, a zwykłej genetyki). Na prawdziwe równouprawnienie trzeba będzie jeszcze sporo poczekać.


http://www.youtube.com/watch?v=VHvTBERuk3w

W ramach zaś bonusu - historyjka nr 1, niespecjalnie może porywająca, ale zwracająca uwagę na alternatywne zapisy nazwy stanu New Jersey, która w zapisie Nev-Yersey wygląda na jidysz-hebrajską nazwę pustynnego sztetłu.

Za: „Tajny Detektyw” nr 1, rok 1 (24 I 1931)