Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1932/18. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1932/18. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Witalis o krwawych rękach

W Polsce międzywojennej zamieszkało wielu "białych Rosjan", którzy nie mogli się odnaleźć w Rosji bolszewickiej, albo którym powrót do kraju groziłby śmiercią. Należała do nich rodzina Morozowów, bohaterowie tajemniczej tragedii na ul. Kawęczyńskiej w Warszawie.


W tej całej historii, nad wyraz zresztą dramatycznej, moją uwagę zwróciły dwie rzeczy. Po pierwsze wydaje się, że Witalis zbytnio nie zaznał życia - w wieku lat 35 mieszkał nadal z mamą i bratem, chodził do szkoły, wyższej wprawdzie, ale jednak - jeśli dobrze liczę - starszy o dekadę od reszty studentów. Rzucenie się do stóp urodziwej sąsiadki, atak na matkę, wreszcie zgłoszenie się do sowieckiego poselstwa sprawiają wrażenie, jakby w przeciągu jednego dnia chciał przeżyć wszystkie aspekty życia: w parę godzin miga tu miłość, śmierć i polityka.

Po drugie myślę sobie o białych Rosjanach. Mój pradziadek, Walerian Karnauchow, przyjechał do Polski ok. 1924 roku z miłości do mojej prababci. Oboje mieli po czterdziestce, kiedy w czasie I wojny rozkwitł ich płomienny, podwójnie pozamałżeński romans. Ona uciekła z rewolucyjnej Rosji w ciąży, by urodzić moją babcię w majątku rodziców pod Kielcami (w 1919), on zdołał się przebić dopiero pięć lat po narodzinach córki. Podejrzewali oboje, że po tylu latach carskiego okrucieństwa dziecko z rosyjskim nazwiskiem będzie prześladowane, więc moja babcia nosiła nazwisko pierwszego męża matki, który był oficjalnie jej ojcem. Jak się później okazało, było to zupełnie niepotrzebne - chodziła do szkoły z kilkoma córkami białych Rosjan, których wcale z tego powodu nie krzywdzono. Historia Witalisa to jednak przypadek szczególny - o ile mój dziadek nie miał wcześniej z Polską nic wspólnego, przyjechał tu już po odzyskaniu niepodległości, a z zawodu był adwokatem, o tyle stary Morozow był carskim sędzią śledczym, który działał w Warszawie (kto choćby pobieżnie zna historię walki caratu z Polakami, od razu złapie różnicę). Rozumiem, oczywiście, decyzję wdowy, która uciekła z dziećmi do miasta, które dobrze znała (może nawet do swojego miasta rodzinnego?), ale jednak synowie śledczego chroniący się przed bolszewikami w kraju niedawno okupowanym to ładne świadectwo polskiego stosunku do tych, którzy przegrali wojnę. 

Biednego robotniczego domku przy Kawęczyńskiej 8 już nie ma, po numerze 4a (ładny dom pomocy sióstr albertynek z początku lat 80.) następuje numer 12, gmach - czy może, sądząc po nietypowym kształcie, kawałek przedwojennego gmachu, w którym mieści się gimnazjum. Pomiędzy nimi rozciąga się dziura ze szczytową ścianą wielkiego bloczyska.

A Witalis Morozow? W toku procesu okazał się faktycznie szalony. I, jak podaje "Goniec Częstochowski", osadzono go w Tworkach, gdzie niegdyś leczył się jego ojciec, śledczy carskiej policji w mieście gubernialnym Warszawie.



Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932 oraz "Goniec Częstochowski", nr 138/1932, 18 czerwca 1932


niedziela, 22 listopada 2015

Krew w "Ananasie" czyli dziewczyna pracująca, vol. III

O procesie Drożyńskiego informowało nie tylko dwuodcinkowe wspomnienie Lińskiego i stosowny reportaż z sądu, ale i tylna okładka z wizerunkiem zabójcy Igi Korczyńskiej, wyprowadzanym z sali rozpraw:


Sprawa była tak znana, że aż sześciu adwokatów postanowiło wziąć w niej udział bez honorarium - z czego aż czterech po stronie Drożyńskiego, a dwóch wspierało matkę ofiary. Z pewnością nie działali pro publico bono, bo nie chodziło tu przecież o ochronę podstawowych wolności obywatelskich czy czegoś w tym rodzaju - raczej nakręcali swoją popularność, oczekując przypływu klientów.

Reportaż z sali sądowej zaczyna się od przypomnienia sprawy "znanej artystki Wiśniewskiej", choć oczywiście dziennikarz (lub zecer) nie miał pojęcia, o czym pisał (lub co składał) - bo dramat sprzed lat dotyczył nie Wiśniewskiej, tylko Wisnowskiej, wówczas faktycznie sławnej, ale w latach 30-tych już nieco zapomnianej. Skandal sprzed czterech dekad miał wrócić pod koniec grudnia tego roku, kiedy w jednym z warszawskich przytułków zmarł jej morderca, Barteniew. Wróćmy jednak do Igi z teatrzyku "Ananas":






(na marginesie - i o marginalnym zdjęciu - maleńka uwaga: pan w lewym górnym rogu to może i ojciec Igi Korczyńskiej, ale z pewnością nie na rozprawie, bowiem od kilku ładnych lat już nie żył, co zresztą, jak pamiętamy, było przyczyną, dla której dziewczyna wybrała lukratywny taniec w lokalach zamiast kariery baletowej)

Drożyński należał, jak się zdaje, do zdolnych i bezwzględnych manipulatorów - wprawdzie w czasie procesu nie potwierdziła się plotka, że był żigolakiem-szantażystą, ale żył z kobiet, a Iga nie była pierwsza. Nic dziwnego, że starał się manipulować również emocjami sędziów i publiczności sądowej - jak się zdaje, dość udatnie, choć sympatia sali nie była po jego  stronie.

Stąd może ta ambiwalencja w opisie: wymowny, błyskotliwy sprawiał równocześnie wrażenie "mniej bystrego niż na fotografii"; elegancki i wymuskany, ale o twarzy ziemistej, zniszczonej (hulankami, oczywiście!); tkliwy na punkcie swoich uczuć, a równocześnie przesadny i teatralny. Odbijało się to, rzecz jasna, w ocenach sądu, publiczności i dziennikarzy. Szczegółowo opisuje to kolejny materiał, opublikowany jako podsumowanie wyroku w tydzień później:





Jest na swój sposób ciekawe, że po śmierci lubianej i popularnej Korczyńskiej uwaga była skupiona na niej - utraconej piękności i cud-dziewczynie. Drożyński musiał mieć naprawdę nieprzeciętne zdolności manipulatorskie, skoro udało mu się przenieść całe zainteresowanie sądu i reportera na swoje emocje, przekierować światło reflektora na siebie - widzimy stopniowo, jak z damskiego boksera i bezwzględnego wyzyskiwacza pracującej dziewczyny staje się fascynującą osobowością, którą wszyscy chcą zgłębiać. Może nie człowiekiem szlachetnym, ale na tyle zajmującym, że nie sposób już traktować go jako bezwzględnego drania.

W tym samym czasie - o czym niebawem - ginie inna tancerka, zabita przez zazdrosnego kochanka, Przydworska. Zainteresowanie społeczeństwa jest bez porówniania mniejsze. Tymczasem Drożyński okazuje się tak fascynujący, że za jakiś czas dziennikarze "Tajnego Detektywa" przeprowadzą z nim w więzieniu obszerny wywiad.

Apelacja przyniosła mu zmniejszenie kary do lat sześciu. Wyszedł na wolność jeszcze przed wojną i został kasjerem w jednym z warszawskich teatrów (co słabo świadczy o solidarności środowiska aktorskiego). Nie wiem, jakie były jego dalsze losy - prócz tego, rzecz jasna, że po latach pojawiał się jako złowroga postać w radiowej "Rodzinie Poszepszyńskich". Wprawdzie z błędem, jako Dorożyński, nie Drożyński, ale ostatecznie to też jakaś tradycja, skoro zecer "Tajnego Detektywa" podpisał go kiedyś jako Dachariasza Zrożyńskiego... 



Za: "Tajny Detektyw" nr 18 i 19, rok II, 1 i 8 V 1932


poniedziałek, 16 listopada 2015

Krew w "Ananasie" czyli dziewczyna pracująca, vol. II

Drożyński zastrzelił Igę Korczyńską w sierpniu 1931 roku - proces rozpoczął się w kwietniu roku następnego i "Tajny Detektyw" postanowił poprzedzić go materiałem przypominającym tragedię sprzed trzech kwartałów. Na tylną okładkę trafiła efektowna fotografia tancerki, a na rozkładówkę - obszerny materiał o strzałach w teatrzyku "Ananas".









Jakoś ujęło mnie to, że "konstruktywizm", modne słówko epoki, przeniknął również do tańca, i to w lokalach może znanych, ale niekoniecznie stojących na wysokim poziomie artystycznym. To jednak margines sprawy - ciekawszym wydaje się opis stosunków panujących za kulisami, rozmowa z Diagilewem opowiedziana przez naocznego świadka, czy kwestia cenzury - to, że zdejmowano całe przedstawienie, bo ktoś z aktorów ucharakteryzował się na piastującego wysokie stanowiska brata Piłsudskiego.

Autorem wspomnienia był "znany warszawski krytyk teatralny Henryk Liński"; był też, jak się zdaje, koneserem urody damskiej, sądząc z nieco lowelasowskiego opisu cielesnych wdzięków Jadzi Wielgusówny.  W Narodowym Archiwum Cyfrowym natrafiłem na zdjęcie Lińskiego, dziennikarza IKaCa, a gdzie indziej - na informację, że Henryk Liński naprawdę zmienił nazwisko z Lichtensztajn i że był, pod pseudonimem Haliński, autorem rozmaitych przebojów. Henryk Liński (Lichtenberg, Lichtenstein) figuruje również, jako zaginiony w 1939, na internetowej Białoruskiej Liście Katyńskiej. Czy to jedna i ta sama osoba, czy zupełnie różne - pojęcia nie mam, Liński mi się całkowicie wymyka. Ale antysemickie „Prosto z mostu” w notce „Jaracz do Lińskiego” kpi: P. Henryk Liński (Lichtensztajn) jest jak wiadomo niezwykle wszechstronny. Będąc autorem ociekających krwią, straszliwych powieścideł brukowych w „Ostatnich Wiadomościach” – równocześnie specjalizuje się w sprawozdaniach z przyjęć dyplomatycznych. Jest także recenzentem z baletu i specem teatralnym. No, a przy tym wszystkim - stałym współpracownikiem naczelnego organu rządowego, "Gazety Polskiej". Nawet jeśli na internetową listę katyńską wpisano go nieco awansem, jako zaginionego, to możemy przyjąć, że recenzent teatralny, autor wspomnień i notujący pan ze zdjęcia są tożsami:


Pozostaje jednak kwestia zasadnicza: czy można Lińskiemu wierzyć? Że znał Korczyńską, że z nią niejednokrotnie rozmawiał, itd. - zapewne tak, choć niekoniecznie, że obdarzała go swoimi najpromienniejszymi uśmiechami. Natomiast rozmowę z Diagilewem nadto chyba udramatyzował - węszę tu szerokie naddatki wyobraźni. Wiemy bowiem skądinąd, że zastrzelona Korczyńska padła na deski bez słowa, więc niczego o mamusi nie zdołała wyszeptać.

Pod koniec kwietnia 1932 roku, blisko dziewięć miesięcy od strzałów w "Ananasie", rozpoczynał się proces Drożyńskiego. "Kurier Warszawski" wyjaśniał, czym ta sprawa różni się od innych: Sprawa o zabójstwo tancerki posiada znamiona, które powodują, że staje się ona sensacją dla szerokich rzesz publiczności. Ofiara jest artystką. Zbrodnia miała miejsce za kulisami. To ludzi pociąga i sprawia, że publiczność zdaje się niejednokrotnie zapominać, gdzie jest, myśląc, że ma przed oczyma fragment z kryminalnego romansu kinematograficznego. W pewnym nawet momencie procesu przewodniczący musiał upominać publiczność, która zachowywała się nie tak, jak w sądzie zachowywać się należy". O tym jednak w następnym odcinku.



PS: I jeszcze tajnodetektywowy apdejt. 21go listopada wielka premiera płyty "Tajny" i książki "Nowy Tajny Detektyw" w Narodowym Instytucie Audiowizualnym na Wałbrzyskiej 5 w Warszawie. Oprócz tego udało mi się kupić pełen rocznik 1933, dzięki czemu mam teraz już 196 numerów z ogólnej liczby około 210-215. Przygotujcie się na kolejne arcyciekawe historie! :)

Za: "Tajny Detektyw" nr 17 i 18, rok II, 24 IV i 1 V 1932 oraz "Kurier Warszawski" nr 117/1932


sobota, 24 października 2015

Gniew ludu pod "Ziemiańską" czyli z historii obcego kapitału w Polsce

W kwietniu 1932 roku na ulicy Mazowieckiej w Warszawie krępy, biednie ubrany człowiek oddał dwa strzały do eleganckiego cudzoziemca, z którym przez chwilę rozmawiał. Tak zaczął się jeden z najbardziej dramatycznych procesów II RP: sprawa Juliana Blachowskiego, zabójcy dyrektora zakładów żyrardowskich.



Miejsce jest symboliczne i przypomina, że II RP to zarazem znane kabarety i stołeczny blichtr, jak i brutalność i powszechność polityki twardej ręki - zarówno po stronie rządzącej, jak i po stronie różnych frakcji opozycyjnych. Dziś zaskakiwać może poziom tej brutalności, ale należy pamiętać, że Polska była krajem świeżym, który niejako wyrósł na terroryzmie; nieprzypadkowo akcja pod Bezdanami (1908), w której bojowcy PPSu napadli na pociąg carski i zrabowali ponad 200 tys. rubli, była nazywana „akcją czterech premierów”. Skoro „terroryzm w słusznej sprawie” przynosił po latach szacunek i najwyższe honory, przyzwolenie na łamanie prawa było znacznie większe, niż obecnie. Blachowski zaś popełnił zabójstwo w samym sercu sanacyjnej rozrywki, przed kawiarnią Ziemiańską, raptem parę metrów od stolików Tuwima, Słonimskiego i Wieniawy. Prezydenta Narutowicza zastrzelono o krok dalej, w Zachęcie – po drugiej stronie Ogrodu Saskiego, w Galerii Luxenburga przy Senatorskiej, mieścił się legendarny teatrzyk Qui Pro Quo. Minister Pieracki zginął na ulicy Foksal, nieopodal kawiarni Pod Pikadorem na Nowym Świecie, gdzie swój literacki związek nie tak dawno zawiązali Skamandryci. Na środku zaś tej mapy mamy wspomnianą Ziemiańską i Adrię na Moniuszki – nie sposób zrozumieć w pełni Tuwimowskiego Balu w Operze, nie wystawiając sobie w głowie tej mapy.

Ofiara Blachowskiego, Gaston Koehler-Badin, był pochodzącym z Alzacji obywatelem szwajcarskim, który w imieniu francuskiego konsorcjum "króla bawełny", Boussaca, zarządzał największą fabryką lniarską w Europie: Zakładami Żyrardowskimi. Był też, jak się okazało w toku procesu, emblematycznym złym burżujem, który, zdawało się, zszedł prosto z kart komunistycznej agitki. Osobiste problemy Blachowskiego miały tu bowiem znaczenie tylko cząstkowe; "Tajny Detektyw" (który, wedle mojej wiedzy, poświęcił sprawie tylko dwie wzmianki: krótką notkę i okładkę następnego numeru, już bez tekstu) napisał o zabójcy, nieco kpiarsko chyba, "chciał być mścicielem". Cóż, historia pokazała, że tym mścicielem stał się w istocie - i, jak mawiano, strzały na Mazowieckiej "zabiły człowieka ale powstrzymały śmierć miasta".




Proces Blachowskiego bowiem zwrócił uwagę nie tylko na skandaliczne warunki, jakie nastały w spółce odkąd zaczęli tam rządzić Francuzi, ale i przypomniał podejrzaną kwestię francuskiej własności Zakładów. Boussac kupił większościowy pakiet udziałowy w 1920 roku, ale z powodu wojny z Rosją nie inwestował w odbudowę fabryki, więc rząd RP przyjął ją pod zarząd, przywrócił produkcję wstrzymaną po zniszczeniach I wojny światowej i zatrudnił ponad tysiąc osób. W roku 1924 po długich negocjacjach, minister Kucharski podpisał tzw. "transakcję żyrardowską", na której skarb państwa stracił ponad 2,5 mln franków szwajcarskich, bowiem strona francuska zwracała Polsce jedynie 0,73% (!) nakładów na odbudowę fabryki. Następnie Boussac doprowadził do ogólnego upadku zakładów, które słynęły z jakości płótna w całej Europie, wyprowadzał zyski księgując fikcyjne straty i unikając podatków, obniżył jakość produkcji, opieczętowując gorsze płótno z zakładów francuskich stemplami żyrardowskimi, itd. (min. Kucharski, który miał wziąć milion franków szwajcarskich łapówki, uniknął postawienia przez Trybunałem Stanu, bo zabrakło do tego paru głosów, a następnie, korzystając z immunitetu, uniknął również odpowiedzialności w zwykłym procesie karnym). Wraz z upadkiem zakładów zaczął się upadek całego Żyrardowa, powstałego przecież wokół przędzalni Girarda.

Od nastania rządów francuskich w fabryce robotników zaczęto "traktować jak psy", w czym celował Koehler Badin. Przeprowadził masowe zwolnienia - wyrzucił na bruk trzy tysiące robotników, na ich miejsce przyjmuje uczniów, których rzekomo tymczasem szkoli, ale po okresie próbnym wyrzuca i bierze następnych (przypomina ci to coś, drogi stażysto i droga stażystko?). Jako "esteta" zwalniał robotników starych i grubych, prządki o krzywych nogach, toteż tacy ludzie w czasie jego inspekcji musieli ukrywać się w toaletach. Wśród najwyższych rangą pracowników wprowadził rządy terroru, znany był z wybuchów furii. Strajki nic nie dawały, bo dyrekcja wykorzystywała je jako pretekst do kolejnych zwolnień, bez odpraw, więc nawet finansowała namawiających do strajku prowokatorów (!). W roku 1934 kontrola państwowa wykazała wyprowadzenie z firmy 25 mln złotych (co przekraczało kilkakrotnie jej wartość) oraz zaleganie z podatkami na 2 mln złotych. Zarząd, w tym kilku Francuzów, zaaresztowano - wprawdzie, na skutek międzynarodowego skandalu (Francja dba o swoje korporacje) ostatecznie nie pociągnięto ich do odpowiedzialności, ale fabryka, wykupiona, trafiła z powrotem do skarbu państwa i zarządzał nią Państwowy Bank Rolny.

Blachowskiego wszystko to dotyczyło osobiście - nie był pierwszym z brzegu robotnikiem, tylko twardym graczem z wieloma latami działalności niepodległościowej i socjalistycznej na koncie. Już jako szesnastolatek, w roku 1906, wstąpił do Narodowego Związku Robotniczego, gdzie zajmował się m.in. szmuglem broni i bibuły, zlikwidował też carskiego konfidenta; jako osiemnastolatek został zaaresztowany na ul. Karowej, torturowany w śledztwie (zrywanie paznokci); nikogo nie wydał, siedział na Pawiaku, następnie w roku 1909 skazano go wyrokiem sądu na cztery lata katorgi i dożywotne mieszkanie w guberniach syberyjskich. Z Syberii wrócił po rewolucji i zajmował się różnymi zajęciami, działał też w PPSie. Zostaje wybrany przewodniczącym Rady Miejskiej,  ale że współpracował z dziennikarzem Hulką-Laskowskim, który w swoich tekstach był głównym demaskatorem francuskich machinacji w Żyrardowie, zarząd fabryki zaczął rozsiewać o nim plotki (m.in. że otrzymuje łapówki od Koehlera-Badina) - stracił poparcie, nie wybrano go na kolejną kadencję, wrócił do picia, z którym miał problemy na Syberii. Wszystko to doprowadziło do tragicznych wydarzeń na Mazowieckiej.

Blachowskiego, po którego stronie była sympatia społeczeństwa, skazano na pięć lat, bo działał pod wpływem silnego wzburzenia. Mieszkańcy Żyrardowa zawiązali komitet, apelujący o skrócenie wyroku - do prezydenta Mościckiego trafia siedem tysięcy podpisów, w tym podpisy władz miasta. Akcja okazała się skuteczna - Blachowski wyszedł z więzienia po niecałych dwóch latach. Zginął 23 stycznia 1943, zapewne w Palmirach, rozstrzelany z innymi więźniami Pawiaka, był bowiem na gestapowskich listach proskrypcyjnych. Ale to już zupełnie inna historia.

Za: "Tajny Detektyw" nr 18, 19, rok II, 1 i 8 V 1932 oraz znakomity i obszerny artykuł Tomasza Bohajedyna w Le Monde Diplomatique

piątek, 23 października 2015

Zazdrość fryzjera, czyli Sosnowiec we krwi

Jeśli sądzicie, że nożyczki to jedyna śmiertelna broń w ręku fryzjera, to mylicie się srodze. Oto Longin Posyłek, zabijaka z Zagłębia, i dramatyczna historia jego miłości do nadobnej manikiurzystki Bolesławy.


Zastanowił mnie bardzo ten sprawozdawczy ton autora, cała scenka "naszego korespondenta", który miał niebywałe szczęście, że znalazł się w samym sercu wydarzeń. Wydawało mi się to nieco podejrzane - sądziłem że raczej pozbierał trochę plotek i je udramatyzował. I rzeczywiście, "Express Wieczorny Ilustrowany" podaje zgoła inną wersję: Posyłek zastrzelił Kapuścińskiego przy zakładzie, natomiast z Bolesławą spotkał się osobno przy stadionie Victorii, dopiero tam ją zabił i popełnił samobójstwo:



Wersja korespondenta jest zatem nieprzypadkowo nieprecyzyjna - w przeciwieństwie do zwyczaju "Tajnego Detektywa" nie podaje adresu zakładu ani domu, przed którym zginął Kapuściński, tylko ogólnie pisze o dzielnicy Pogoń. Nic dziwnego, skoro dziennikarza w ogóle nie było przy morderstwie. Ale niejedyna to zastanawiająca nieścisłość w tych relacjach - okazuje się bowiem, że bardzo różne podawano motywy, które powodowały fryzjerem Posyłkiem. Widać tu splot wydarzeń, z jednej strony rzutujące na związek zabójstwo ojca, z drugiej zazdrość. Posyłek-senior faktycznie został zaszlachtowany w Częstochowie, motywy były najpewniej rabunkowe. Morderstwo zostało opisane przez "Gońca Częstochowskiego", zwracam uwagę na ujmujące informacje o nietypowych miejscach zadołowania pieniędzy przez ofiarę (poniżej budyneczek, w którym zamordowano Jana Posyłka, w jego dzisiejszym kształcie na Google Maps): 




Śmierć ojca i wiszące nad Longinem podejrzenie - zwłaszcza, jeśli zagnieździło się również w ślicznej główce manikiurzystki Bolesławy - mogło być poważnym czynnikiem, który popchnął chłopaka do straszliwych czynów. Jeśli wieszczące zbrodnię listy napisał 24. marca, to było to tuż po zgonie ojca, skoro "Goniec" 26. marca podaje szczegóły zupełnie świeżej sprawy. 

Znacznie ciekawszy wydaje mi się jednak trójkąt - nie tyle pomiędzy Kapuścińskim, Bolesławą a Longinem, ile pomiędzy miłością, pracą i pieniędzmi. Kapuściński to w czasach kryzysu człowiek, któremu się powodzi: ma własną firmę, zakład przy Orlej 14 (i to spory, skoro zatrudnia jeszcze manikiurzystkę), jest mistrzem fryzjerskim, nauczycielem zawodu, dobrze znanym w Sosnowcu - może nie członkiem elity miejskiej, ale członkiem elit rzemieślniczych z pewnością. A to daje mu zupełnie inne możliwości, niż Longinowi, zatrudnionemu na posadzie pomocnika. Sprawa zwolnienia jest niejasna - właściwie każdy materiał prasowy opisuje ją nieco inaczej. Wydaje się jednak, że Bolesława i Longin zostali wyrzuceni w tym samym czasie i że ich zakochanie było tu istotnym czynnikiem - jeśli pisać o zazdrości, to nie tylko o zazdrości Longina, ale i o zazdrości Kapuścińskiego, żonatego 44-latka, który nie pozostał obojętny na wdzięki swojej przystojnej pracowniczki, jak eufemistycznie stwierdza "Tajny Detektyw". Ostatecznie jednak nawet to sformułowanie okazało się chyba za mało eufemistyczne jak na sosnowieckie warunki. W końcu Longin był nikim, a zmarły - szanowanym obywatelem miasta. Po tygodniu zatem podkręcono nieco wersję: już nie zaplanowane morderstwo, już nie listy z 24. marca, ale ujrzenie fotografii. Podejrzenia był nieuzasadnione i opierały się na zupełnie fałszywych podstawach - konkluduje pismo. Ten fryzjer to wariat był jakiś, gorąca głowa:


Jak było naprawdę? Czy Posyłek faktycznie został zwolniony tylko dlatego, że źle wypełniał obowiązki, a Bolesława - bo zakończyła praktyki? Czy Kapuściński zginął, bo podarował Bolesławie niewinną fotografię, i to na jej wyraźną prośbę? A może było odwrotnie, może Kapuściński traktował swój zakład - jak np. ofiara księżnej Zyty Woronieckiej, przedsiębiorca Boy, albo jak kierownik składów wódki Kuryło - jak rezerwuar młodych kobiet, które szef może traktować jak darmowe pracownice seksualne, po czym skandalik przykryto? Tego, zapewne, nie dowiemy się nigdy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17 i 18, rok II, 24 IV i 1 V 1932, "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 105, rok X, 15 IV 1932, "Goniec Częstochowski" nr 68, rok XXVII, 26 III 1932 

poniedziałek, 19 października 2015

YOLO w Krotoszynie, Anno Domini 1932

Myślałby kto, że #yolo, akronim nastoletniej dewizy "You only live once!" ('żyje się tylko raz') to jakaś nowość, że osiemdziesiąt lat temu ludzie żyli skromnie i skrzętnie, a nawet jeśli nie - posługiwali się starym, dobrym, nieco zaśniedziałym "Carpe diem". Niekoniecznie. Poznajcie tragiczne dzieje rodziny Krawczyków, krotoszyńskich królów życia.




Cóż dodać do smutnej opowieści o rozrzutnym producencie odbiorników radiowych? Niewiele chyba, bo od czasów bajki LaFontaine'a o mrówce i pasikoniku wiemy jak pasikoniki kończą, nawet jeśli mają żonę i dziecko. 

Prócz może tego szczególiku, na który natrafiłem, próbując ustalić adres przedwojennej Fabryki Kawy Słodowej "Extra" w Krotoszynie, żeby sprawdzić, czy budynek ze zdjęcia jeszcze stoi. Budynku nie znalazłem, znalazłem za to sprzedawany kiedyś na Allegro świstek:


A zatem nie tylko pasikonik Krawczyk, ale i mrówka Staniszewski, zapobiegliwy właściciel fabryki i domu, miał finansowe kłopoty i musiał postawić firmę w stan likwidacji. Wielki kryzys bowiem potrafi zagłodzić nie tylko pasikonika, ale i mrówkę.


Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932

poniedziałek, 12 października 2015

Pyffello, łapy przy sobie!

Pod koniec XIX wieku na biednym, robotniczym Powiślu urodził się niejaki Wacek Pyfel. Nie zamierzał jednak iść w ślady przodków, którzy byli zapewne piaskarzami, szewcami czy robotnikami w którejś z fabryczek - i tak został Wacławem Pyffello, chiromantą, jasnowidzem i astrologiem.


Wacław ogłaszał się dość powszechnie w prasie warszawskiej, miewał również sesje wyjazdowe w centralnej Polsce - i wszystko toczyłoby się normalnym biegiem, gdyby nie pewien skandal, o czym "Tajny Detektyw" poinformował w cyklu wiadomości o stołecznych przestępstwach dawnych i nowych pt. "Warszawa dziś i przed laty". Ale najpierw trzeba nam się zagłębić w historię wróżb aż od Ezopa (uwielbiam te erudycyjne wstawki w tabloidzie!) oraz przelecieć wzmianki zarówno o poślednich oszustkach, jak i o kilku poważniejszych warszawskich magach: Czesławie Czyńskim, Eugenii Palej i autorze popularnych książek o potędze psyche, Chaimie Szyllerze-Szkolniku (który zresztą reklamował się również w "Tajnym"):



Ale w następnym numerze dokończenie tekstu, gdzie mamy już i kawałek o Pyflu, czy też Pyffelle:


Szukając rozmaitych wiadomości na tego astrologa i jasnowidza, natknąłem się na całkiem sporo materiałów - niestety, fragmentarycznych i rozproszonych. Po pierwsze: przyjmuje się, że Pyffello tak naprawdę nie obmacywał swoich klientek, bowiem wiadomość o tym niecnym procederze została opublikowana w IKaCu pierwszego kwietnia i jest traktowana jak żart primaaprilisowy. Jest to jednak, jak sądzę, założenie błędne, bowiem widać, że "Tajny Detektyw" pisał o tym na początku maja. Niestety, nie natrafiłem na jakiekolwiek wiadomości o procesie - być może sprawę wyciszono z powodu zamieszania w nią "pań z towarzystwa".

Wacław Pyffello słynął ponoć od roku 1905, czyli, zakładam, musiał się urodzić nie później, niż w 1885, ale nie wiem, kiedy umarł. Przed wojną bywał na gościnnych występach w Częstochowie, bo zachowało się kilka wzmianek na ten temat, w tym krótka a zabawna notka prasowa:



Oryginalny plakat z konterfektem Mistrza (1927) kusił modną grafiką i wierszykiem, niezbyt może zgrabnym, ale za to gorliwie zrymowanym: 

Czy znacie postać jego
jak sen tajemniczą,
co odczytuje tajnie każdego,
mglistą i zwodniczą,
przybył on tu z daleka,
z błękitów wysokości,
by człowieka określał
smutek lub radości!
Koło niego się skupiajcie,
śmiertelnicy biedni,
do Wacława Pyffello przybywajcie
dowiedzieć się o los powszedni.




W istocie jednak Pyffello nie przybywał z błękitów wysokości, tylko z Warszawy. W winiecie artykułu w "Tajnym" widać wejście do kamienicy Stołkowskich przy Bednarskiej 17, gdzie przyjmował (podwórze, trzecie piętro, lokal 57 - czyli oficyny musiały być wyższe niż budynek frontowy) - dziś nieistniejącej, lub odbudowanej nie do poznania. W Narodowym Archiwum Cyfrowym znajduje się cała fotografia, z której wycięto fragment do "Tajnego":



Po wojnie stała jeszcze, wypalona, ale całkowicie w stanie do odbudowy; wybrano chyba, niestety, soc-historyzm i prawdziwa historia poszła pod kilof.


Pyffello opublikował również, podobnie jak Szkolnik-Szyller, kilka broszurek i książek: Poznaj siebie i innych: samouczek chirozofii: badanie na dłoni pagórków, linii, figór, znaków, itp. (Lublin 1919), Twarz - zwierciadło duszy poznaj siebie i innych: samouczek fizjonomiki: 200 typów i 359 objaśnień (Warszawa, 1925) i Tajemnice z Księgi Duchów: droga do szczęścia i powodzenia (Warszawa, 1929). I choć nazywano go szarlatanem, w Bibliotece Narodowej zachowała się ulotka z roku 1932 z "wiecznym kalendarzem" (niestety, jedynie do roku dwutysięcznego) oraz wiersz, w którym niejaki St. M. nazywa go mistrzem i profesorem:



W czasie wojny (kiedy mieszkanka tej samej kamienicy, Maria Antonina Boniecka, posługiwała się w AK właśnie pseudonimem "Pyfelo" i udostępniała organizacji swoje mieszkanie  przy Bednarskiej 17) z pewnością prowadził swoją praktykę, bowiem rozlepiano wówczas (w 1941 i 1942) plakaty po polsku i niemiecku tej treści:



Wojnę przeżył, w roku 1950 grasował w Radomiu. Pod koniec lat 50-tych jego działalność opisywał "Sztandar Młodych" (podawał się wówczas za profesora literatury). W 1956 imię Pyffello nadano czarnoksiężnikowi w polskiej wersji broadwayowej operetki "The Wizard of the Nile", na jego cześć nazwano też automat do przepowiadania pogody. A potem, zapewne, wrócił na błękitów wysokości.

Za: "Tajny Detektyw" nr 18 i 19, rok II, 1 i 8 V 1932, strona Tarocista.pl i blog Panoptikum