Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 marca 2016

Tożsamość, czyli zbóje, paryskie trupy i samobójczyni z inicjałem

Wielce sobie cenimy naszą prywatność i ochronę danych osobowych, zatem praktyki "Tajnego Detektywa" mogą wydawać się nam barbarzyńskie - ale to tylko kwestia różnic kulturowych. Teraz, przestępca poszukiwany, zmieniając się w przestępcę schwytanego, w jednej chwili traci twarz (rozpikselowaną lub zakrytą czarnym paskiem) i nazwisko, zastąpione inicjałem (inna sprawa, na ile to pozorne w czasach internetu). Przed wojną tymczasem publikowano swobodnie wizerunki, imiona, nazwiska, a nawet adresy zamieszkania zarówno przestępców, jak i ofiar. 
Nie dziwi to w momencie ścigania, jak w przypadku choćby tych dwóch defraudantów, uciekających przez kraj polskich Clyde'a i Clyde'a:


Ale przecież wizerunki i personalia przestępców drukowano również po ujęciu - przykładem niech będzie notka o schwytaniu trzech braci Leszczuków (o których losach niewiele więcej mogłem się dowiedzieć); warto zauważyć, że są opisywani jako "zbrodniarze", "groźni bandyci", bez żadnej refleksji nad domniemaniem niewinności, choć dopiero przecież czekali na rozprawę:



Publikowano też - jak to dzieje się i dziś - zdjęcia osób zaginionych, z nadzieją, że ktoś je odnajdzie. Dziwić może natomiast, że niekiedy "Tajny" zamieszczał fotografie zwłok (lub, jak na załączonym obrazku, osoby, co do której nie bardzo wiadomo, czy żyje, czy nie - notka nie informuje jednoznacznie o śmierci, ale opisuje kobietę w czasie przeszłym):

Identyfikowanie zwłok przez publiczne okazanie miało, oczywiście, swoją długą tradycję - w XIX wieku w Paryżu wybudowano nawet w kostnicy miejskiej specjalne "akwarium", w którym kolejne zwłoki wykładano na pochyłe marmurowe płyty ("miasto świateł", zważywszy na populację, zawsze miało dostatek topielic, ludzi zasztyletowanych w zaułku, itd.). Mimo, że genitalia pruderyjnie zasłaniano specjalnymi deseczkami lub ręcznikami, rosła popularność oglądania trupów jako wielkomiejskiej formy rozrywki - codziennie do kostnicy pielgrzymowało ok. 40 tys. ludzi, w tym wielu brytyjskich turystów. Ostatecznie w roku 1907 kostnicę zamknięto z powodów "higieny moralnej" - ale również dlatego, że, dzięki rozwojowi technik policyjnych, szanse identyfikacji zmarłego wzrosły. 







Personalia nie były chronione w żaden sposób, przeciwnie, nierzadko żerowano na nich, jak było to w przypadku niejakiego Gagatka, zamieszanego w pomoc kasiarzowi (tytuł: Czy Gagatek był gagatkiem?), albo Mieczysława Kochanka, który zasztyletował niewierną żonę, co prowadziło do serii kalamburów. W tekście Tajemnica Koperty Kr. N. Wog. przeczytać możemy o kasiarzu Stanisławie Cichockim, zwanym „Szpicbródką”. Policja dokonała rewizji w mieszkaniu kochanki jednego ze jego współpracowników, Mariana Brzezińskiego. „Tajny Detektyw” podaje wówczas jej nazwisko i adres: Kazimiera Kozłowska, ul. Pańska 86. Nikt tu nie bawił się w zakrywanie oczu czarnym paskiem, a nazwiska zastępowano inicjałem bardzo rzadko i chyba tylko za sprawą jakichś zakulisowych ustaleń środowiskowych. Tak było w przypadku tragicznego w skutkach romansu dwojga doktorów UJ a także samobójstwa pewnej osiemnastolatki:



Cóż, zaważyło pewnie to, że Maria była córką wdowy po szacownym właścicielu ziemskim. A może i jej młodość? Trudno powiedzieć. Tak czy owak, tygodnik postanowił oszczędzić rodzinie skandalu, choć i tak zamieścił zdjęcie - cóż, w czasach przedfejsbukowych fotografia nastolatki mniej widać zdradzała ogólnopolskiej publiczności, niż pełne nazwisko.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, nr 47, rok III, 19 XI 1933

niedziela, 28 września 2014

W pościgu za multimilionerem

Słynny obywatel Kane z filmu Wellesa był wzorowany na dwóch postaciach: magnacie prasowym Williamie Randolphie Hearście oraz multimilionerze Samuelu Insullu. Pierwszy przetrwał Wielki Kryzys, choć musiał wyprzedać znaczną część swojej kolekcji sztuki; drugi, który jeszcze parę lat wcześniej widniał na okładce Time'a, "stracił tak wiele, że mógł sobie pozwolić na bycie bankrutem" i był ścigany przez amerykańskie władze na drugim końcu świata.


Samuel Insull, urodzony w Londynie w roku 1859, w wieku 22 lat zapuścił bokobrody, które miały mu dodać powagi, po czym wyjechał do Stanów by zostać sekretarzem swojego idola: Thomasa Alvy Edisona. Zyskawszy jego zaufanie, został jednym ze współtwórców Edison General Electric i został wiceszefem tej firmy, po czym przeniósł się do Chicago Edison Company, jednej z elektrowni zaopatrujących w prąd Chicago. Dzięki wprowadzeniu tańszych opłat za prąd w godzinach niższego poboru mocy, firma gwałtownie się rozwinęła - a Insull wprowadził kolejne innowacje, m.in. doprowadzanie prądu i sprzedaż urządzeń poniżej kosztów firmy (bo zwróci się to w eksploatacji). Równolegle inwestował w koleje, fabryki neonów i szyldów elektrycznych, wydobycie gazu i w radio. Radykalna ekspansja wymagała radykalnego finansowania, Insull zatem wypuścił tanie akcje i obligacje, które przyniosły duże pieniądze - ale dramatycznie straciły na wartości w momencie krachu na giełdzie. Bogacza, którego długi o 16 mln dolarów przewyższały jego stan posiadania, oskarżono o celowe narażenie akcjonariuszy na straty.





Insulla faktycznie sprowadzono do Nowego Jorku i wytoczono mu trzy kolejne procesy: o wyłudzenie drogą pocztową, o złamanie przepisów związanych z bankructwem oraz o przekroczenie regulacji anty-trustowych. Wszystkie sprawy wygrał i ostatecznie został uniewinniony. 

Nie na wiele jednak mu się to zdało: kryzys pochłonął ogromny majątek i dawny milioner, skompromitowany, wyprowadził się do Francji ze swoją żoną, dawną śpiewaczką rewiową. Kiedyś zarabiał rocznie po kilkanaście milionów, teraz musiał się zadowolić dywidendami z dawnych firm, wynoszącymi 21 tys. dolarów (wciąż była to fortuna, ale, zważywszy przyzwyczajenia państwa Insull, takie pieniądze wydawały im się chyba jałmużną). 16 lipca 1938 byli w Paryżu, gdzie przyjechali z okazji święta wyzwolenia Bastylii. Samuel Insull chorował na serce, żona poprosiła więc, żeby nie upierał się przy jeżdżeniu metrem - ale uważał, że teraz jest już "biednym człowiekiem" i nie może korzystać z taksówek czy dorożek. Wybrał się na miasto samotnie i zmarł na atak serca zszedłszy po schodach, prowadzących na stację Plac Zgody, przed samą bramką biletową. Ciało zidentyfikowano dzięki rachunkowi z pralni. W momencie śmierci w kieszeniach miał 30 franków, a cały jego majątek wynosił około 1000 dolarów minus 14 mln dolarów długu. 

Gdyby żył dziś, po kryzysie 2008 roku dostałby tylko podwyżkę od rady nadzorczej swojej firmy. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934

sobota, 16 sierpnia 2014

Widmo genderu, czyli do czego prowadzi korzystanie z metra przez kobiety?

Na pytanie to w tytule postawione tak śmiało odpowiada - nie wprost może, ale jednak - tekst z działu "Curiosa kryminalne i obyczajowe" "Tajnego Detektywa", opowiadający o tym, co może się zdarzyć, kiedy kobieta przestaje być przykładną żoną i matką i zaczyna jeździć metrem.




Wzmianka o strażaku-podpalaczu nie zachwyca ani nie zaskakuje - dziś wiemy, że nie o ambicję tu chodziło, a o znacznie bardziej skomplikowany mechanizm psychologiczny. Również kontrakty podpisywane przez aktorów Commedie Francais nie są specjalnie interesujące. Natomiast w historii pani Favre-Bulle znalazłem coś interesującego, co kazało mi poszperać w necie. Sprawa nie była nowa - wydarzyła się bowiem w roku 1929, a w roku następnym, 21 XII, donosił o niej "Głos Poranny", obficie rozwijając króciutką wzmiankę w "Tajnym", w dodatku opatrując ją nasuwającym się skojarzeniem z Emmą Bovary i - mniej oczekiwanym - obrazkiem z kościołem z Gorzowa Wielkopolskiego:




Pani Favre-Bulle nie miała nawet pięćdziesiątki - urodziła się w roku 1882, czyli w momencie popełnienia morderstwa miała lat czterdzieści siedem, Leon Merle był trzydziestodwulatkiem (więc chyba już nie podpadał pod kategorię "młodzieńca"). Morderstwo w afekcie można było wówczas we Francji jeszcze wybaczyć - ale taką różnicę wieku między kobietą a mężczyzną już nie.

Co skłoniło panią Favre-Bulle do desperacji? Trudno, oczywiście, orzec w sprawie sprzed tylu lat, zwracam jednak uwagę na to, jak osiem dekad temu całą tę relację opisywano. Małżeństwo nie mogło być udane, skoro żona "uciekła, nie mogąc dłużej znieść męża". Co działo się w rezydencji wysokiego, szpakowatego fabrykanta z branży zegarowej? Czy był po prostu niezmiernie nudny? Czy, wzorem wielu statecznych mężów co drugi wieczór spędzał w luksusowym, odpowiednim dla jego klasy społecznej i zamożności, lokalu z panienkami? A może miał stałą kochankę? Cokolwiek sprawiło, że małżeństwo się rozpadło, nie ma znaczenia - tak naprawdę winne są podróże metrem. Rozpuszczona Paryżem prowincjuszka poznaje wesołego mężczyznę; takie niebezpieczeństwa na każdej stacji, w każdym teatrze, w każdej kawiarni. Wszędzie młodzi, weseli, nieszpakowaci i umiejący radzić sobie z kobietami. 

Kpię sobie? Jasne, że sobie kpię. Ale takich głosów w prasie nie brakowało. Wiele poglądów wówczas głoszonych pochodziło - tak, jak Pałac Sprawiedliwości w Rouen - ze średniowiecza. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 51, rok IV, 16 XII 1934, "Głos Poranny" 

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nałogowa narzeczonobójczyni czyli straszne skutki czytelnictwa

Wszyscy - w tym ja - biadają nad upadkiem czytelnictwa, tymczasem znad Sekwany płyną wieści zatrważające: czytelnictwo prowadzi w prostej linii do morderstwa. Poczytajcie o Rachel Mery, ofierze "okropnych książek francuskiej ulicy" i projekcji filmowych. Trup się ściele gęsto.



Krótka notka w gazecie "The Argus", wychodzącej w Melbourne, rzuca nieco inne światło na dramat Rachel. Heurteur, zastrzelony narzeczony - skądinąd całkiem nieźle zapowiadający się dyrygent, zachowało się kilka operowych nagrań pod jego batutą - według australijskich dziennikarzy miał dość czytelniczki-gruźliczki i planował się z nią rozstać. Zważywszy na rozwój wydarzeń, można tylko mu przyklasnąć, ale nie był wystarczająco zdecydowany. Niestety, źródła milczą, jakie lektury spowodowały jego opieszałość. Jako że "Zeszłego roku w Marienbadzie" nie weszło wówczas jeszcze na ekrany kin, podejrzenia nasze kierują się na lekturę Prousta.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

poniedziałek, 25 lutego 2013

Wilczy kapitalizm w działaniu - czyli dziecko i zwłoki matki

W dziale "Z 4-ech stron świata" tym razem dwie opowieści o strasznych kapitalistach. Jedna jest anegdotką obyczajowo-psychologiczną bez większej głębi. Drugą natomiast warto przypomnieć tym wszystkim, którzy tęsknią do wolnego rynku w stanie czystym i żachają się na określenie "wilczy kapitalizm".


"Manekin", jak widać, przed wojną miał znaczenie szersze i oznaczał również modelkę, pokazującą klientkom na żywo stroje w wielkich domach mody - dziś jest to zwyczaj chyba całkowicie zapomniany. Typy takie jak Pierre Vailier znamy osobiście i zapewniamy, że podobne potrzeby emocjonalne absolutnie nie muszą łączyć się z bogactwem ani zawodem bankiera. Zdecydowanie poważniejszy i bardziej dramatyczny jest drugi wycinek:


Chicago w latach 30-tych przeżywało, jak całe Stany, Wielki Kryzys - ale w mieście całkowicie opartym na wielkim przetwórstwie kryzys był wyjątkowo dotkliwy. Tylko połowa mieszkańców Chicago, którzy pracowali w fabrykach w roku 1927 pracowała w nich nadal sześć lat później - na pierwszy ogień poszli oczywiście czarni, Latynosi, głównie Meksykanie, oraz imigranci z Europy Wschodniej (tak pięknie opisywani wówczas w wierszach Sandburga); ale w gruncie rzeczy nikt nie mógł być pewien wypłaty; miasto zalegało na przykład z pensjami nauczycieli po osiem miesięcy z okładem. Na kryzys nałożyły się bowiem kłopoty podatkowe: otóż jeszcze w 1928 roku kilku potentatów z branży nieruchomości upomniało się, by wprowadzić w życie martwy przepis sprzed pół wieku, z konstytucji Illinois, która kazała równomiernie opodatkować wszystkie posiadane dobra: meble, samochody, papiery wartościowe. Argumentowali, że właściciele nieruchomości ponoszą zbyt duże nakłady finansowe i w związku z tym odmówili płacenia podatków. Walka toczyła się przez parę lat, Stowarzyszenie Płatników Podatku od Nieruchomości (ARET) zgromadziło trzydzieści tysięcy członków, miało ogromny budżet i własną audycję radiową - dopiero decyzja Sądu Najwyższego, który odmówił zajęcia się sprawą, sprawiła, że ruch stracił na sile. Znaczenie miała również postawa nowego burmistrza: pochodzącego z Czech demokraty, Antona Cermaka*, który zdobył mandat, walcząc z rasowymi uprzedzeniami i porywając za sobą wyborców z różnych pogardzanych grup etnicznych (metody jego przeciwnika, który układał o Cermaku rasistowskie wierszyki, okazały się mniej efektywne: w rezultacie okazał się ostatnim jak dotąd republikańskim burmistrzem tego miasta). Tak czy owak, miasto Chicago niemal ogłosiło upadłość finansową i nie dysponowało funduszami na jakąkolwiek opiekę społeczną czy łagodzenie kosztów kryzysu, zaś prywatne i religijne organizacje charytatywne same były w większości na krawędzi bankructwa. 

W tej sytuacji dochodziło często do dramatycznych wydarzeń, choćby takich, jak to opisywane w "Tajnym Detektywie". Ciekawe, że szpital próbował zatrzymać za długi nie tylko zwłoki matki, ale i zupełnie żywe dziecko - o ile pierwszy problem został rozstrzygnięty prawnie, o tyle o drugim ani słowa. Cóż, zważywszy, że ostatni stan oficjalnie zdelegalizował niewolnictwo dopiero parę dni temu  można się zastanawiać, co stało się z dzieckiem... A mówiąc poważnie, niewolnictwo było w Illinois nielegalne od roku 1818, natomiast różne formy zniewolenia człowieka przez człowieka były tam, oczywiście, praktykowane, o czym wiele można poczytać w "Wierszach Chicagowskich" Sandburga.

I na koniec jeszcze z tej samej rubryczki salto mortale, które mortale na szczęście się nie okazało. Przynajmniej dla kaprala, bo nie wiem, jaka wtedy była kara za dezercję w brytyjskiej armii...




*Cermak zginął w Miami w zamachu na prezydenta-elekta Franklina Delano Roosevelta; niektórzy twierdzą, że to on był prawdziwym celem (a zleceniodawcą był chicagowski syndykat mafijny), wydaje się jednak, że w takim razie wybrano by jakąś mniej strzeżoną okazję. Jak na ironię, strzelcem był Giuseppe Zangara, ubogi kalabryjski imigrant, murarz, który strzelał "do wszystkich królów, prezydentów i kapitalistów"; biedny Zangara, który miał ledwie metr pięćdziesiąt wzrostu i w dodatku cierpiał na chroniczny ból brzucha, stał w gęstym tłumie na chybocącym się, rozkładanym metalowym krzesełku, wiele więc wskazuje na to, że Cermak był jednak przypadkową ofiarą. Ostatnie słowa Zangary, który zginął na krześle elektrycznym, brzmiały: "Naciśnij guzik. Naciśnijże ten guzik!".



Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 


piątek, 28 grudnia 2012

Z miłości do wierszówki

Jak może Państwo pamiętają, "Tajny Detektyw" wzorował się na francuskim piśmie, wydawanym przez Gallimarda, i często przedrukowywał teksty powstające nad Sekwaną; "nasz paryski korespondent" (w przeciwieństwie do "naszego korespondenta w Równem") był całkowicie zmyślony. Więcej, niekiedy zmyślane były całe artykuły, kiedy bowiem w kronikach policyjnych wiało nudą, dziennikarze pracujący u Gallimarda produkowali pieprzne i krwawe historyjki na poczekaniu. Tak też było chyba w przypadku opowieści o "Czerwonej Rozynie".







Nie mam dowodu, że to zmyślenie, ale wszystko tutaj wygląda jak w kiepskiej, machniętej na kolanie powiastce kryminalnej. Stawiam dolary przeciw orzechom, że "Czerwona Rozyna", podobnie jak "Don Carlos", nigdy nie istniała poza wyobraźnią jej twórcy.

Scena to oczywiście nie prowincjonalne miasteczko, łatwiejsze do rozpoznania, ale anonimowy Paryż, w jakimś sensie (w sensie wyobrażeń czytelniczych) stolica Europy, dosmaczona jeszcze zdjęciami Nowego Jorku. Na okładce przystojniak (na ówczesne warunki) z wąsikiem - sztuk raz, bogacz (cylinder i frak) - sztuk raz, kobita - sztuk raz (z workiem na głowie). Na rozkładówce kolekcja niezwiązanych ze sobą zdjęć, z trudem dopiętych podpisami do opowiadanej historii. Jest Surete Generale z komisarzem Baroux (równie dobrze mógłby być Scotland Yard i inspektor Lestrade), jest tajemnicze morderstwo i tajemnicza kobieta w czerwieni (nawiasem mówiąc, wzięta z jakiegoś języka, gdzie włosy nie są rude, a, podobnie jak jej sukienka, czerwone). Ofiara ma operetkową ksywkę "Don Carlos", mieszka kątem u gospodyni, ale znana jest w całym półświatku paryskim i organizuje ogromne orgie w wynajmowanej klitce. Oczywiście uroda arystokratyczna, oczywiście potomek hiszpańskich grandów. "Czerwona Rozyna" jest famfatalą, skoro tylko wchodzi na scenę, trup się ściele gęsto. Ofiarna (bo zasłoniła kochanka własnym ciałem) i niszcząca zarazem, ruda (więc fałszywa), doprowadza do obłędu i śmierci francuskich hrabiów.

Jakiś redaktor inkasuje wierszówkę, jakaś kucharka czyta to w "Tajnym Detektywie" pod Kaliszem i mówi do drugiej: "Wciórności!".


PS: A skoro jesteśmy przy przeróbkach, to kawałek z prawdziwego Don Carlosa: Francuz pochodzenia sycylijskiego z Amerykaninem śpiewają po francusku włoską operę o hiszpańskim infancie pochodzenia austriackiego.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934


sobota, 10 listopada 2012

Skłamany Bat'ko

Rzadko chce mi się specjalnie kupić książkę, żeby należycie skomentować jakiś artykuł w "Tajnym Detektywie", tym razem jednak szarpnąłem się na arcyciekawe dzieło Stanisława Łubieńskiego: "Pirata stepowego",  traktującego o ukraińskim watażce z czasów rewolucji, Nestorze Machno, legendarnym bat'ce, przywódcy anarchistycznej Republiki Hulajpole.

Łubieński pisze ciekawie i smacznie - ale smacznie pisze też autor artykułu w "Tajnym". Tyle tylko, że mają nieco inny stosunek do źródeł. A źródła o atamanie Machno, jak o wszystkich bohaterach ówczesnej sceny wojenno-politycznej, są nierzadko sprzeczne i pisane przez najdziwniejsze indywidua, które przy okazji piekły własne pieczenie (lub pieczenie rozmaitych partii, partyjek i wywiadów). Warto zatem sprostować to i owo w tak fantastycznej relacji:





Zacznijmy od dzieciństwa. Przez całe lata pisano, że Machno urodził się w roku 1889, księgi parafialne jednak mówią, że przyszedł na świat 26 X (wg kalendarza gregoriańskiego) 1888 roku. Skąd taka zmiana? Prawdopodobnie to jego matka Jewdokija Matwijiwna zmieniła datę w metryce, by Nestor poszedł do wojska rok później. Była to wówczas częsta praktyka. Służba wojskowa trwała sześć lat, Imperium nieustannie prowadziło wojny. Ten ukryty przed państwem rok oznaczał, że w gospodarstwie dwanaście miesięcy dłużej pomagać będzie jeszcze jedna para męskich rąk. Niewykluczone jednak, że datę w metryce zmieniono dopiero w 1910 roku, kiedy Nestor miał zostać powieszony za działalność rewolucyjną. O rok młodszy pozostawał niepełnoletni i nie można go było skazać na śmierć. A i sama wspomniana działalność przydarzyła mu się nieco przypadkiem. W miejscowej fabryce Kruegera zorganizowane zostało kółko teatralne - do kółka przyłącza się też Nestor Machno, miłośnik teatru i aktor amator. Młody robotnik ma już za sobą debiut. W Koloseum wystąpił w małej, ale jakby proroczej roli "tego, który dba, by nie zgasło światło" we Wschodzie jutrzenki wolności hulajpolskiego pisarza Jelisieja Karpenki. Tyle, że kółko teatralne było tylko przykrywką dla spotkań anarchistycznej organizacji Związek Biednych Chłopów.

Jeśli chodzi o przebieg działań bojowych machnowców, to odsyłam już do "Pirata stepowego" - ciekawym jednak mi się wydaje cała opowieść o ekscesach samego atamana. I tak: jakkolwiek częste są opowieści o straszliwych antysemickich pogromach, organizowanych przez jego bandy, Łubieński dość przekonująco udowadnia, cytując liczne opracowania, że sądy takie pochodziły z drugiej ręki lub od wrogów politycznych atamana. Tymczasem w jego oddziałach Żydzi nie tylko zajmowali poczesne stanowiska, ale i nie byli w żaden sposób prześladowani. Machno wydawał specjalne "edykty tolerancyjne", zakazujące pogromów, a wielu świadków (w tym świadków pochodzenia żydowskiego) wspominało, że w straszliwym okresie rewolucyjnym to właśnie nie biali ani czerwoni, ale machnowcy najprzyzwoiciej zachowywali się wobec ludności cywilnej, w tym wobec mas żydowskich (co nie wyklucza, dodajmy, pojedynczych aktów przemocy).

Machno istotnie miał pierwszą żonę, którą pojął jednak nie przed popem, a przed hulajpolską Radą rewolucyjną. I była to nie żydowska branka, a ukraińska chłopka, niejaka Nastia Wasecka, która pisała do Nestora listy, kiedy siedział w więzieniu na Butyrkach. Małżeństwo nie było udane: Nastia, nieskomplikowana wiejska dziewczyna, nie ma zrozumienia dla ideałów, którymi żyje jej mąż. Nie chce mieszkać w komunie i rywalizować o jego względy z towarzyszami anarchistami. Jest w zaawansowanej ciąży, chce mieć dzieci, męża i święty spokój. Ale Nestor nie czeka, śpieszy się do stolicy [gdzie spotka się z Kropotkinem i Leninem]. I nie zobaczy Iwana Nestorowicza Machny. Przy porodzie coś idzie nie tak, dziecko umiera po kilku dniach. Nastia zmarła dopiero w 1981: związała się z innym mężczyzną, urodziła czwórkę dzieci i jako staruszka sprzedawała nasiona słonecznika podróżnym na stacji Hulajpole. 

Z mordów na Żydach znany był natomiast gorliwie antysemicki Hryhoriew (w "Tajnym" pisany z rosyjska: Grygoriew) i była to, jak się zdaje, jedna z przyczyn niechęci pomiędzy dwoma watażkami. Wbrew jednak temu, co pisze korespondent wileński, ostatecznie zawarli oni ze sobą pakt. A grający na dwa fronty (układający się z białym Denikinem) Hryhoriew zginął dopiero po dziesięciu dniach, i to w wyniku uważnie przeprowadzonej (choć może niespecjalnie wyszukanej) prowokacji, która znacznie bardziej pasowałaby do Borgii, niż zwykły strzał znienacka. Hryhoriewa położył trupem zresztą nie sam Machno, a jego adiutant, Czubenko: Ataman traci głowę. Próbuje wyszarpnąć z kabury pistolet, ale Czubenko z bliska wypala mu w twarz. Wszyscy na moment zastygają... lecz ataman nie pada. Stoi ogłuszony z osmaloną skronią i nie bardzo wierząc własnemu szczęściu, z okrzykiem "Oj, Bat'ko, Bat'ko!" rzuca się do ucieczki. Machnie puszczają nerwy. "Bij atamana!", wrzeszczy i sam rzuca się za Hryhoriewem. Żołnierze na podwórku słyszą serię stłumionych strzałów. To Czubenko posyła zdrajcy kilka kul w plecy. Tym razem celnych. Ale w tym samym czasie, korzystając z zamieszania, przyboczny Hryhoriewa wymierza w Bat'kę. Jeden z machnowców w ostatniej chwili blokuje palcem spust. Nestor pakuje w swojego niedoszłego zabójcę cały magazynek.

Zabicie i przejęcie armii Hryhoriewa nie na wiele jednak się zdało. Machno, który z książki Łubieńskiego wyłania się jako postać tragiczna, samouk-idealista ze smykałką do dowodzenia, nazywany bat'ką, czyli ojcem, choć miał posturę i wygląd brzydkiego dziecka, schorowany na gruźlicę, stopniowo dowiaduje się, że wszedł pomiędzy ostrza potężnych szermierzy i anarchistyczna republika nie przetrwa zbyt długo. Ucieka przez Rumunię do Polski, tam faktycznie ma proces (który, jeśli wierzyć "Piratowi stepowemu", od początku był kuriozalny i wyglądał raczej na grę wywiadów niż świadectwo jakiegoś spiskowania), potem przez Toruń dociera do Paryża. Żyje jak to eks-rewolucjoniści: w biedzie, spisując wspomnienia tak drobiazgowe, że nie zdoła ich doprowadzić do końca, bez końca walcząc o dobre imię z całym stadem byłych sojuszników i pomniejszych wrogów. Umiera na gruźlicę, a jego ostatnie słowa brzmią: "Przynieście poduszkę tlenową".

Nawet ostatni akapit tekstu w "Tajnym" zawiera błąd. Machno zostawił żonę i córkę, Olenę. Obie wróciły do Rosji, obie przeszły przez łagry, obie umarły w zapomnieniu.

[wszystkie kursywy za St. Łubieński, "Pirat stepowy", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2012]

Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok IV, 12 VIII 1934

niedziela, 1 stycznia 2012

Duszy ludzkiej lemonjada zawsze szkodzi, czyli z Nowym Rokiem w nowe rozrywki

Jeśli nie zrobiły na Państwu wrażenia race sylwestrowe, huk szampańskich korków i groźby: "Felicjanie, odchodzę!" spowodowane nadmiarem bąbelków i przesadnym gmeractwem rąk w okolicach cudzych, należy pamiętać, że wprawdzie nuda i zblazowanie są naszymi wrogami największymi, ale w walce z nimi mogą nam dopomóc przedsiębiorczy ludzie (choć kto by pomyślał, że ta gałąź usług ma tak długą tradycję?



Poza tym, że przed wojną wszyscy sportowcy czytali (mniejsza już o to, co konkretnie), co wydaje nam się bajką o żelaznym wilku, uwagę na tej stroniczce "Tajnego!" zwraca niewątpliwa swada żurnalistyczna, która każe mi wierzyć, że "Zygmunt hr. d'Erceville" to jakiś rodzimy autor, fantazjujący o francuskich frymuśnych pomysłach i niewiernych żonach, które zamiast przekraczać rubikon lecą do domu, pożądając "kogutka" (czyli proszku na ból głowy, jeśli dziś dla kogoś jest to określenie niejasne).

Co ciekawe, w tym samym numerze Redakcja - żartobliwie wprawdzie, ale jednak - rekomenduje jednemu z czytelników inny sposób na nudę:






Za: "Tajny Detektyw" nr 28, rok I (26 VII 1931)

piątek, 24 czerwca 2011

Zgubne skutki dużych spadków

Zawsze sądziłem, że nie ma lepszego rozwiązania w życiu niż dość skromne początki (nie nędza, ale i nie dobrobyt: by młodzieniec dowiedział się w jaki sposób oszczędzać, gospodarować, itp., by znał wartość pieniędzy oraz ograniczenia, jakie rodzi ich brak; by należycie się wykształcił zamiast tracić czas na kosztowne zabawy), a potem nagły spadek, pozwalający na przyjemne kontynuowanie dobrze rozpoczętego życia.

Tymczasem okazuje się, że nawet taki układ niejednego może przywieść do zguby, jak choćby miłego paryskiego chłopca, Georgesa Gaucheta:


Ale oddajmy głos niezastąpionym reporterom "Tajnego Detektywa":


Szukając wiadomości o jego dalszych - z konieczności niedługich - losach dowiedziałem się nieoczekiwanie, że we Francji żyją jacyś maniacy gilotynowania, którzy prowadzą szczegółowy rejestr straconych przestępców, dzielą się wiadomościami o dawnych causes celebres, poszukują zdjęć z epoki i pokazują fotografie miejsc straceń takimi, jakie są dzisiaj... 

Przy okazji okazało się, że nasz rodzimy "Tajny Detektyw" miał swojego francuskiego starszego brata, Detective, pismo wydawane od 1928 r. przez - ho ho! - samego Gallimarda. Gauchet trafił na przynajmniej dwie okładki (z których jedna jest, niestety, nieściągalna):



Ostatni widok nieszczęsnej ofiary kobiet i kokainy to rysunek wykonany przez Louisa Berringsa (bardzo w typie XIX-wiecznym zresztą): prowadzenie Gaucheta na szafot 26 XII, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, 1931 roku, na bulwarze Arago w Paryżu.



Chętnych na zgłębienie tej egzekucji w sposób bardziej szczegółowy (acz po francusku) zapraszam na stronę "Wdowy" (jak zwano gilotynę):




 
Za: "Tajny Detektyw" nr 42, rok I (1 XI 1931) 

niedziela, 15 sierpnia 2010

Drobiazgi kryminologiczne na czas upałów

Upał gotuje mózgi w czaszkach, poczytajmy zatem w drobiazgach kryminologicznych, jak krwiożerczy kacyk-piroman sprawuje się władzę w kolonialnej Beczuanie (dziś: Botswana). A także zapoznajmy się z praktycznym sposobem zarobkowania (choć może nie dziś, o kto by dziś dzieci na taki skwar posyłał? Nawet jeśli w perspektywie flaszka burgunda?).




Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok I (6 IX 1931)