Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/17. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/17. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Dziesięć okładek

W środku roku 1933 redaktorzy "Tajnego Detektywa", korzystając zapewne z popularności pisma, a może chcąc jeszcze ją zwiększyć, postanowili zainwestować w kolorowe okładki; w niektórych numerach pojawiały się również barwne materiały na wewnętrznej wkładce. Uległo także zmianie logo - z poziomego na okrągłe. Autorem fotomontaży, które zdobiły niekiedy okładkę, był najprawdopodobniej główny grafik pisma, czyli Janusz Maria Brzeski.












Za: "Tajny Detektyw", 1934

sobota, 23 sierpnia 2014

Wymowne nazwiska czyli w niewoli onomastyki

U Dostojewskiego nazwiska bohaterów są często mówiące. Raskolnikow pochodzi od razkołu, czyli rozłamu, schizmy; Stawrogin - od greckiego "stauros", krzyż; Karamazow - z tureckiego "kara", czyli "czarny" i "maz", od zmazy, śladu, piętna; Smierdiakow - wiadomo, podobnie jak Myszkin (zwłaszcza w zestawieniu z imieniem Lew). Ale dzieje się tak czasem nie tylko w literaturze - poznajcie bohaterów, o których losach zdało się decydować nazwisko.


Niestety, dziennikarz nie zapomniał o seksistowskim stereotypie ("kobieta jako sprężyna zbrodni"), natomiast zapomniał podać panieńskiego nazwiska Rozalii - a wielka szkoda, bo może uzyskalibyśmy kolejny składnik tej niezwykłej układanki. A tak tylko mamy Szczurzyka, który podle zamordował - chciało by się rzec "zagryzł" - Pieniężnego, znakomicie prosperującego jako lichwiarz dzięki pieniądzom ze sprzedaży sklepu (pamiętacie, drodzy czytelnicy, kto tak strasznie, niezbornie mordował osobę trudniącą się lichwą i w jakiej było to książce?). Swoją drogą, sklep był w Lutogniewie, a to też niezła nazwa (pochodząca od słowiańskiego imienia założyciela - "luty" to "srogi", a gniew rozumie się sam przez się...); szkoda, że zbrodnię popełniono nie tam, ale na szosie pomiędzy Kobiernem (etymologicznie pochodzącym zapewne od nieciekawych łopianów), Nowym Folwarkiem, Brzozą a Bożacinem. Ech, już nawet złowróżbny Czarny Sad byłby lepszy niż to miejsce bez nazwy, w szczerym polu.

Co było dalej z nieszczęsnymi bohaterami? Informuje o tym - a także o szczegółach zbrodni, które wyszły na jaw w śledztwie - "Słowo Pomorskie" ze stycznia 1935 roku:
























Szczuraszka zapewne powieszono prędko - egzekucje przeprowadzano wówczas tuż po zakończeniu drogi sądowej. W okresie międzywojennym było sporo amnestii (aż dziesięć), ale żadna nie wypadła na początku 1935 roku, nie sądzę też, żeby obejmowała skazanego na śmierć mordercę; skoro więc nie ocaliła go o apelacja, to zapewne i prezydent nie skorzystał z prawa łaski, bo z opisu zbrodni nie wynikają żadne okoliczności łagodzące, nic też nie wskazuje, żeby Szczuraszek był legionistą czy bohaterem wojny 1920 roku, a to były najmocniejsze przesłanki do skorzystania z prawa łaski. 

Nie wiem też, co stało się z Rozalią - mam przed oczami dekret o amnestii z 1939 roku i jeśli chodzi o poważne zbrodnie, to uwalniano odsiadujących wyrok poniżej roku, skazanym na rok do pięciu darowano połowę kary, na pięć do dziesięciu - jedną trzecią. Dożywocia nie skracano. Siedziała zatem pewnie przynajmniej do wybuchu wojny, a może i dłużej; internet milczy na jej temat, choć niewykluczone, że w więzieniu wróciła do panieńskiego nazwiska. Którego to, jak wiemy, korespondent "Tajnego Detektywa" nie podał.

PS: Obok nie tak może ciekawa onomastycznie, ale poruszająca opowieść o Reginie Greiffowej - dla porządku dodam, że nieszczęsna matka została przez sąd potraktowana z wyrozumiałością, o czym doniosła "Gazeta Lwowska":

 




Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, "Słowo Pomorskie" 10 I 1935, "Gazeta Lwowska" z 26 I 1935.

piątek, 22 sierpnia 2014

Arszenik i ślubne koronki czyli jak zdobyć męża za pomocą trucizny?

  

Pytanie to, w tytule postawione tak śmiało, choćby z największym bólem rozwiązać by należało. Na ogół obierane są dwie ścieżki: albo przez otrucie własnego, dotychczasowego męża, albo przez zatrucie żony mężczyzny, którego się postanowiło poślubić, a który z niewyjaśnionych przyczyn plącze się w jakimś kompletnie niewłaściwym związku małżeńskim. Jest jednak jeszcze jedna możliwość, o czym można przeczytać w "Tajnym Detektywie".




Historia Gabryeli i jej ukochanego, arystokraty, malarza, epicera i causeura, brzmi może niewiarygodnie, ale myślę, że tym razem możemy zaufać autorowi. Poza bowiem korzystaniem z usług domorosłych żurnalistów i przerabianiem zagranicznych artykułów, "Tajny Detektyw" publikował niekiedy - jak w  tym przypadku -teksty jednostek wybitnych.

Doktor Edmond Locard (1877-1966), zwany "francuskim Sherlockiem Holmesem", to jeden z pionierów kryminalistyki i badań śledczych. W roku 1910 przekonał policję liońską, żeby dała mu do dyspozycji dwa pokoiki na strychu i opłaciła dwóch asystentów, i tym samym założył pierwsze na świecie laboratorium policyjne. Dziś znany jest najbardziej chyba z tak zwanej Zasady Locarda, mówiącej, że każdy kontakt dwóch obiektów pozostawia na nich wzajemny ślad. Gorący jej zwolennik, słynny kryminolog amerykański, Paul L. Kirk,, rozwinął ją w ten sposób: Gdziekolwiek [przestępca] stawia krok, czegokolwiek dotyka, cokolwiek pozostawia, choćby nieświadomie, będzie świadczyć przeciwko niemu jako milczący świadek. Nie tylko odciski palców i stóp, ale również jego włosy, włókna z ubrań, stłuczone szkło, ślad narzędzia, zadrapanie farby, krew lub nasienie które przelał lub którymi został zbryzgany. Wszystko to - i wiele więcej - świadczy przeciw niemu. To świadectwa, których nie zatrze niepamięć, których nie oszołomi dramatyczne wydarzenie. Które istnieją pomimo nieobecności ludzkich świadków. To dowody faktyczne. Fizyczne dowody, które nie mogą się mylić, nie popełniają krzywoprzysięstwa, nie mogą być kompletnie nieobecne. Ich wartość może zostać umniejszona jedynie z winy człowieka, który nie potrafił ich odnaleźć, przestudiować i pojąć. 

Poza pracą laboratoryjną i wykładowczą Locard trudnił się również pisaniem. Na początku lat trzydziestych opublikował kolejno siedem tomów monumentalnego Traktatu Kryminalistycznego, poza tym był autorem licznych popularyzatorskich książek i tekstów gazetowych, w których opisywał co ciekawsze przypadki - takich, jak historię Gabryeli, zaprowadzonej na ślubny kobierzec dzięki 250 gramom arszeniku i 300 gramom sublimatu. W jakimś sensie spłacał tym swój dług wobec literatury - sam bowiem sformułował swoją zasadę pod wpływem książek Arthura Conan-Doyle'a, a swoim studentom zadawał czytanie historii o Holmesie jako pracę domową.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rodzina nie cieszy, nie cieszy gdy jest




Po raz kolejny "Tajny Detektyw" dostarcza historii, która mogłaby stać się kanwą powieści. Kogo obstawiamy? Singer? Stryjkowski? Mazowieckie miasteczko, miejscowi bogacze, niekochany syn, zagadkowe podpalenia młynów, sprzysiężenie rodziny przeciwko rzekomemu "darmozjadowi" i "utracjuszowi"... Ot, wymarzony wątek do "Dworu" albo "Dziedzictwa"...





Fiszel Perelmuter nieprzypadkowo figuruje na pełnopostaciowym zdjęciu, bo faktycznie tylko on jest w tym tekście - i w tej historii - pełną postacią: skomplikowaną, niejednoznaczną, skrzywdzoną i krzywdzącą, a mimo to, w głębi duszy przyzwoitą. Pięć tysięcy dolarów w owych czasach to jakieś sześćdziesiąt tysięcy dzisiaj - jak twierdzi pewien internetowy kalkulator. Inny z kolei podaje duży rozstrzał: między 44 tys. a 940 tys. dzisiaj, przy czym najwyższe szacunki to faktyczna siła nabywcza tej kwoty. I wydaje się, że na warunki małego Nasielska w stosunkowo ubogim kraju, jakim była wówczas Polska, pozostawiony przez zdolnego syna kapitał był sporą fortuną. Nie da się wykluczyć, że widoczna zamożność rodziców, ich "twarze pełne, dobrze odżywione, odzież przyzwoita" wzięła się właśnie z kapitałów zachachmęconych Fiszlowi. Tym bardziej poruszający jest jego poryw uczciwości, kiedy - osiągnąwszy prawie sukces - postanawia wycofać zeznania. 

Co dalej działo się z tą rodziną? Czy doszli do porozumienia, czy Fiszel odzyskał kapitały? Czy, wreszcie, odnaleziono faktycznych podpalaczy młynów? Trudno cokolwiek znaleźć na ten temat. Nazwisko Perelmuter - czyli "macica perłowa" - musiało być chyba dość popularne w okolicy, bo znalazłem sporo noszących je osób, ale żadne imiona nie pasują do postaci z tekstu. Wyjątkiem są dwie córki Fiszla: na liście ofiar Holokaustu archiwum Yad Vashem figurują Roza i Rizla Perelmuter z Nasielska, które zginęły w roku 1941, jedna jako ośmiolatka, druga - jako dziesięciolatka. Imię matki jednej z nich to Chaja, drugiej - Fejga lub Sara. W formularzach napisano też, kto dostarczył wiadomości - w jednym przypadku to siostrzenica, w drugim - krewny, być może daleki, któremu coś się pomyliło. Zważywszy bowiem na niepewność co do imienia matki jednej z nich, oraz bliskość imion Roza i Rizla, a także podanego wieku, może ostatecznie chodzić o tę samą osobę. Ale i tego nie mam jak sprawdzić: zostaje tylko rodzina Perelmuterów w latach trzydziestych: pazerni, nieczuli rodzice, ich zrozpaczony, doprowadzony do bankructwa syn i historia godna Singera.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 6 sierpnia 2013

Dziarska Elza i gwałciciel nieletnich

Kiedy byłem dzieckiem, wysłuchiwałem tysięcznych kazań o tym, że nie wolno iść z żadnym obcym dorosłym, nie wolno zjeść cukierka od nieznanej osoby, należy być nieufnym wobec osób, które chcą się z nami przesadnie zaprzyjaźnić; przed wojną jednak - przynajmniej w niektórych rodzinach - sami rodzice oddawali dzieci w ręce podejrzanych indywiduów.



Historia jest prosta i niewiele można do niej dodać. Uwagę moją - pewnie dlatego, że słabo znam szczegółową historię Śląska w międzywojniu - przykuły jednak słowa "hitlerowski Bytom". Nie zdawałem sobie sprawy, że był to tak ważny dla nazistów bastion poparcia. W plebiscycie 74% ludności opowiedziało się za pozostaniem miasta przy Niemczech; w wyborach 1933 roku na NSDAP głosowała ponad połowa bytomian (52%), po wyborach komunalnych w radzie miejskiej przyznano hitlerowcom procentowo jeszcze więcej mandatów (26 na 47). W trakcie Nocy Kryształowej bojówki ochoczo spaliły piękną synagogę w stylu mauretańskim, wybudowaną siedem dekad wcześniej, w latach 60-tych XIX wieku.

Na tym entuzjazmie Bytom zresztą źle wyszedł - w 1939 roku okupanci ustanowili Rejencję Katowicką i to, co było dotychczas ważnym i doinwestowywanym przez hitlerowców przemysłowym przyczółkiem, stało się pomniejszym miastem regionu, ustępującym Chorzowowi czy Katowicom. Po półtora roku do Katowic przeniesiono stamtąd dużą część aparatu urzędniczego, zawiadującego Prowincją Górnośląską, w wyniku czego Bytom stracił wiele instytucji, a liczba ludności spadła ze 101 do 93 tys. Wreszcie w roku 1945 miasto poważnie ucierpiało w trakcie rosyjskiej ofensywy. Tak to już na pograniczu bywało.

Zresztą polskość przeplata się z niemieckością w całym tekście. Nazwisko Moll jest niemieckie, ale już zmyślony leśniczy Giepert nosi nazwisko spolszczone, zmiękczone, zamiast twardego "Geppert". Redakcja pisze oficjalnie "Elżbieta Mrozkówna", choć rodzina - z pochodzenia, sądząc po nazwisku, polska - wołała ją "Elza". Ciekawe, swoją drogą, po jakiemu rozmawiali Mrozkowie -  po polsku, po niemiecku, w gwarze śląskiej? Tego się nie dowiemy. I jak pisała się Elza w czasie wojny? Elsa Mroseck? Jakie były jej dalsze losy? Jest tylko ten urywek jej życia: jeden dzień, w którym szła przez las z ponurym gwałcicielem o twarzy jak z portretu pamięciowego.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934 oraz blog Tomasza Saneckiego (http://mojhistorycznyblog.blog.pl/2013/02/14/dzieje-bytomia-w-latach-1933-%E2%80%93-1945/)

niedziela, 4 sierpnia 2013

Przestępca-dżentelmen spieszy z odsieczą

Pomyłki sądowe nie są specjalnością współczesności ani - jak twierdzą niektórzy - sądów III RP, ba, wraz z postępem metod śledczych jest ich coraz mniej. Przypadek Jana Paska, 75-letniego listonosza (tak, proszę Państwa; kiedyś pracowano nawet dłużej niż do 67 roku życia) jest szczególnie ciekawy ze względu na rozwój wydarzeń.


Tyle tu wklejam historii przykrych i przerażających, że czasami muszę zrobić Państwu - i sobie - chwilę odpoczynku z taką opowiastką pozytywną. Proszę zauważyć, że nawet na zdjęciu urzędnicy prowadzący Sudoła do więzienia są uśmiechnięci. 

Przestępca, który na sali sądowej zarzeka się, że jest dżentelmenem, jest na swój sposób ujmujący: wpadł, dwóch jego kompanów (obaj zresztą na zdjęciach mają wyjątkowo hipsterskie fizjonomie) powieszono za popełnione zbrodnie. I oto ten Sudoł, człowiek, który ukończył gimnazjum ale się wykoleił, opowiada szczegółowo przebieg napadu i, jak się zdaje, jest nawet urażony w swojej złodziejskiej dumie sugestią, że nie potrafiłby tak gładko odciąć rzemiennego pasa. A tym bardziej  - że mógłby pobić staruszka, urodzonego - jak łatwo policzyć - jeszcze przed wybuchem powstania styczniowego. Jakieś zasady jednak obowiązują.



Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 30 lipca 2013

Wyjść jak Tołłoczko na diademach

Pod budzącym nieco zaskoczenie (i osobliwe skojarzenia z przedwojenną pornografią) tytułem "Tajemnice klejnotów Adama Tołłoczki" mój ulubiony tabloid donosił o straszliwej katastrofie antykwariusza, przywiedzionego do ruiny przez bezcenne precjoza szwedzkiej rodziny królewskiej.






Mniejsza o finansowe dramaty Tołłoczki ("postanowił pozbyć się na gwałt klejnotów") - kupił i nie mógł sprzedać, w fachu antykwarskim tak bywa; pewien włoski antykwariusz mawiał, że to zawód, który zaczyna się z tysiącem lirów i jednym krzesłem, a kończy z tysiącem krzeseł i jednym lirem. Ciekawsze są dla mnie same klejnoty.

Po pierwsze: czy mogły być autentyczne? Otóż: mogły. W międzywojniu, po katastrofie pierwszej wojny światowej i rosyjskiej rewolucji wypływały na rynek rzeczy zdumiewające  - dość poczytać wspomnienia Uniechowskiego czy relacje o tym, co parę lat później przepadało w wojennej Warszawie. Zagłada dworów - najpierw kresowych, potem w całej Polsce i na tzw. "Ziemiach Odzyskanych", doprowadziła do niesłychanych zniszczeń zabytków wszelkiego rodzaju; ale w latach trzydziestych w niejednym pałacu, a bywało, że i skromnym dworze, przechowywano rzeczy bezcenne: czy to odziedziczone, czy to kupione w czasach prosperity, czy to zrabowane przez praszczurów w jakimś obozie tureckim, czy wykopane wreszcie - w majątkach leżących na Ukrainie wielu było miłośników archeologii; czyta się o złotych skarbach scytyjskich i pałacach, gdzie na ścianach wisiały panoplia złożone z antycznej broni. Przeździeccy byli rodziną bardzo zamożną i skorą do zbieractwa, niewykluczone więc, że kupili na aukcji w Paryżu prawdziwy garnitur ślubny Désirée Bernadotte. 


Tu nasuwa się pytanie drugie: kim była kobieta, dla której były rzekomo wykonane? Bernardine Eugénie Désirée Clary (1777-1860) była córką zamożnego marsylskiego wytwórcy i kupca jedwabiów; podobnie jak siostry, otrzymała w posagu sto tysięcy franków, sumę wówczas zawrotną - ojciec jednak zmarł w trakcie rewolucji a brat został wtrącony do więzienia; sytuacja wyglądała niewesoło, na szczęście jedna z sióstr poślubiła młodego Józefa Bonaparte, późniejszego króla Neapolu i Hiszpanii, druga zaś, rzeczona Désirée, zaręczyła się z jego bratem, Napoleonem. Napoleon wprawdzie wkrótce zerwał zaręczyny kiedy poznał atrakcyjną wdowę z dwójką dzieci, Józefinę Beauharnais, nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło - młoda dama w roku 1798 wyszła za Jeana Baptiste'a Bernadotte, generała i późniejszego napoleońskiego marszałka, a z czasem króla Szwecji i Norwegii. Podczas gdy Jean wojował i królował, Désirée zajmowała się swoim życiem - kiedy otrzymał koronę, kategorycznie zaprotestowała przeciwko wyprowadzce do zimnej Szwecji, posłała tam tylko jedyne dziecko, syna Oskarka (zresztą chrześniaka Napoleona), późniejszego Oskara I. W dniu ślubu tej pary Bonaparte był już człowiekiem potężnym, po kampanii włoskiej, w środku kampanii egipskiej (ciekawe, czy - jeśli historia o klejnotach jest prawdziwa - zamawiał prezent korespondencyjnie? Po bitwie pod piramidami? Czy może zawczasu?), z pewnością więc nie dał swojej eks-narzeczonej byle jakiego świecidełka. 

I tu dochodzimy do trzeciego pytania: jak dokładnie wyglądały te klejnoty? "Tajny Detektyw" podaje, że chodzi o "kamienie mozaikowe" i "perły lyońskie". "Perły paryskie" to rodzaj podróbki, jablonex swoich czasów - ale lyońskie? Nie mam pojęcia, nigdzie nie znalazłem na ten temat żadnych wzmianek, może ktoś z Państwa będzie wiedział. "Kamienie mozaikowe" mogą oznaczać ulubione we Włoszech pietra dura (czyli drobniutkie mozaiki z różnobarwnych kamieni, z których wykonywano wszystko - od broszek i szpilek do krawata po stoły i ołtarze) albo millefiori (znane z Wenecji mozaiki z pasty szklanej, formowanej w długie, wielobarwne sztyfty i ciętej na drobne kawałki). W obu przypadkach byłyby to jednak klejnoty niegodne wielkiej ceny - a tym bardziej Désirée Bernadotte i Napoleona. Być może jednak "kamieniami mozaikowymi" nazywano wielowarstwowe agaty, z których od czasów antycznych wycinano kamee - skoro o kameach dalej jest mowa. W takim razie klejnoty sprzedane Tołłoczce mogły wyglądać mniej więcej tak, jak inna tiara ze zbiorów szwedzkiej rodziny królewskiej:


Klejnot ten wniosła do rodziny synowa Désirée, Józefina von Leuchtenberg, kiedy poślubiła Oskara I. Zbieżność imion jest nieprzypadkowa - Józefina była wnuczką Józefiny de Beauharnais, dawnej rywalki Désirée (z pierwszego małżeństwa ze zgilotynowanym Alexandrem de Beauharnais miała ona dwoje dzieci, usynowionych potem przez Napoleona; jej syn, Eugeniusz, a zarazem ojciec Józefiny młodszej, został księciem Leuchtenburga i Eichstaett). Tiara ta wykonana została - jako element większego garnituru, obejmującego jeszcze naszyjnik, kolczyki, bransoletę i broszę - dla cesarzowej Józefiny około roku 1809 , dokładnie kiedy Napoleon porzucał ją dla Marii Luizy. Klejnoty powstały w pracowni Marie-Etienne Nitota, który swego czasu terminował u nadwornego złotnika Marii Antoniny, Auberta, a sam został nadwornym złotnikiem cesarza. Wraz z posagiem wnuczki cesarzowej tiara trafiła do Sztokholmu i to w niej trzy lata temu szwedzka następczyni tronu, księżniczka Wiktoria, brała ślub ze swoim trenerem z siłowni:


Niestety, jak wiemy z tekstu, geometrze Tołłoczce nie udało się sprzedać precjozów z okazji ślubu szwedzkiej księżniczki Marthy w roku 1929, przez co Martha musiała iść do ołtarza w jakimś diamentowym czupiradle na głowie, a nie w porządnych kameach:


Cóż, w życiu nie ma łatwo!

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 9 lipca 2013

Szarżaaaa! - Czyli o pułkowniczku słów kilka

Skoro już było ostatnio o szarży wałkiem na atakującą policję, tym razem wzmianka o szarży na atakujących bandytów. "Tajny Detektyw" przy okazji pokazuje nam, co mówi (i jak wygląda!) "klasyczny świadek napadu", choć na czym polega jego klasyczność - prócz przedwojennej stylówki - trudno orzec.


Sytuacja bowiem - nawet w słynącej z napadów międzywojennej Polsce - nie była chyba klasyczna; trudno sobie wyobrazić, by do standardów należała szarża z zardzewiałą szablą (pałętającą się, najwyraźniej, gdzieś w obejściu) na "gromadę rozwydrzonych parobczaków, wiedzionych żądzą zemsty [która] wpadła by mordować i niszczyć". Nocna obrona, przedarcie się do ojczyma wśród ciosów rozdawanych tępym orężem, w końcu i oręża tego złamanie - wszystko to jest spóźnionym Sienkiewiczem, Gombrowiczowską farsą na tematy narodowe, mającą wszakże i drugie, tragiczne dno.

Przypomina mi to opowieść ś.p. Babci mojego chłopaka o pułkowniczku. Pułkowniczek - nazywany tak z racji bycia oficerem kawalerii i, zarazem, z racji niskiego wzrostu - był typowym przedstawicielem powojennej polonii w Londynie: przeszedł - by użyć wyświechtanego zwrotu - szlak bojowy, po czym osiadł w Anglii i dożywał tam swoich dni. Za wojenny żołd kupił piętrowy domek w Clapham: sam mieszkał na piętrze, parter wynajmował, między innymi matce rzeczonej Babci.

Był pułkowniczek osobą przemiłą i dowcipną, nie stronił też, jak na oficera przystało, od alkoholu i dobrej zabawy. Raz na jakiś czas na pięterko w Clapham przychodzili koledzy z wojska, wspominali, pili, podśpiewywali, a na sam koniec siadali okrakiem na krzesłach i dokonywali szarży kawaleryjskiej przez całą długość pułkowniczkowego salonu. W czasie takiej właśnie szarży pułkowniczek razu pewnego złapał się za serce, spadł z krzesła i skonał. Zważywszy na jego przywiązanie do tradycji - a także na poczucie humoru - z pewnością uśmiałby się z tego i orzekłby, że trudno sobie wyobrazić śmierć piękniejszą.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

sobota, 6 lipca 2013

Ostatnia szarża bolszewickiego watażki

"Bolszewicki watażka" brzmi oczywiście dumnie, "Czerwona sicz", której był hersztem, wygląda raczej na małą zbójecką bandę, dla której komunistyczna ideologia była co najwyżej pretekstem do rabowania "kapitalistycznych krwiopijców" (czyli tych chłopów, którzy ciężką pracą uciułali cokolwiek nad miejscową normę). Tak się działo na tych terenach przez pierwszą połowę XX wieku: ideologie i patriotyzmy, ruchy i rewolucje służyły zwykłemu łupiestwu.

Jeszcze jesienią 1933 roku łódzkie "Echo" donosiło:


Z wiadomości o przynależności narodowej ofiar Hrima wynikałoby, że był raczej nacjonalistą niż komunistą; niewykluczone zresztą, że poglądy przybierał w zależności od tego, kogo chciał złupić. Jednak wkrótce noga mu się powinęła. Andrzej "Hrim" Czajkowski, herszt bandy, zginął w sposób godny antyheroicznego westernu:



Dziwna ta ostatnia szarża. Kryjówka wydłubana w piecu. Matka z siekierą, Grom z wałkiem, powaleni strzałami przez policjantów w cywilu. Ale - mimo oczywistej śmieszności rekwizytu - ma w sobie przecież coś znacznie bardziej bohaterskiego, niż obrabowanie dużą grupą jakiegoś imigranta-ciułacza czy żydowskiego kupca.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, "Echo" nr 287 Rok IX, 17 X 1933

czwartek, 4 lipca 2013

Marzenie wojującego ateisty

Historia studenta Olejniczaka jest jak żywcem wyjęta z propagandy reformacyjnej czy komunistycznej, jak z "A Rake's Progress" czy "The Four Stages of Cruelty" Hogartha, gdzie pierwszym krokiem do ostatecznego upadku jest nie drobny występek, ale rozpoczęcie studiów teologii katolickiej. Dalej, od rzemyczka do koniczka, wszystko prowadzi go do zbrodni.



Teraz widzimy to jak na dłoni: teologia katolicka - polskokatolicka - prawosławna - romans - drugi romans, połączony z wyłudzeniem pieniędzy - zabójstwo. A, jak mawiał Tuwim: "Nie zabijaj, gdyż może prowadzić to do kradzieży, a stąd już tylko krok do kłamstwa!".

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

środa, 3 lipca 2013

Straszny widok w Koluszkach, czyli album rodzinny Pawłowskich

Historia jakich wiele: wieloletnia małżeńska nienawiść, wojna podjazdowa, która kończy się krwawym morderstwem: Pawłowski szlachtuje żonę i, przy okazji, szwagierkę, która napatoczyła mu się pod nóż. Koluszki w szoku - byłyby zszokowane i dziś, podobnie jak i dziś taki Pawłowski mógłby Pawłowską zabić. Coś się jednak zmieniło zasadniczo: zdjęcia.




Dziennikarz, który pojawia się na miejscu zbrodni, bierze wszystko, jak leci. Pstryka zdjęcie policjantom, zakładającym kajdanki mordercy, eskorcie, prowadzącej go na posterunek, a także budynkowi, w którym popełniono zbrodnię, a nawet "ogólnemu widokowi Koluszek" (choć to ostatnie akurat mógł wydobyć z archiwum fotograficznego koncernu IKC). Warto zauważyć, że wszystkie dane prywatne są ujawnione: nazwiska i imiona ofiar i mordercy, miejsce zbrodni (byłby - jak zwykle wówczas - i dokładny adres, ale uliczka nie ma nazwy, tak wówczas było w Koluszkach siermiężnie), a nawet twarz przestępcy. Żadnych tam czarnych pasków na oczach, bułkę przez bibułkę: nie, kawa na ławę, Pawłowski w całej krasie, w półprofilu i frontalnie, w nakryciu głowy i bez. Choć już bez "niesamowitego grymasu na twarzy".

Ale skąd prywatne zdjęcie Ireny Gałązki, nieszczęsnej szwagierki? Skąd zdjęcie jej rodziny? Gałązkówna - z oczywistych względów - z pewnością wyjęta z ramki albo z rodzinnego albumu fotograficznego (choć zdarzały się i zdjęcia ofiar na miejscu zbrodni, w bryzgach krwi). Ale krewni?

Z początku sądziłem, że to również zdjęcie z albumu: dwie uśmiechające się do obiektywu panie, pan i gimnazjalista, ot, przekazali dziennikarzowi "Tajnego Detektywa" swoje foto, żeby miał czym zilustrować tekst o krwawej jatce w Koluszkach (dziś, swoją drogą, też nie do pomyślenia). Ale nie. Przyjrzyjmy się: na sąsiednim obrazku ten sam wąsaty obywatel w tym samym płaszczu (zapiętym na jeden guzik; jest chłodny kwiecień, panie w futrach, ale słońce przygrzewa i trzeba rozchylić poły) i ten sam młodzieniec stoją przy osieroconej córeczce Pawłowskich, obok policyjnego wartownika. Wszystko zrobione tam, od razu: za ścianą krzepnie krew, a oni stają pod drewnianym domkiem, uśmiechają się do obiektywu, czekają na "ptaszek leci".


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

poniedziałek, 27 maja 2013

Pan Uprzejmość umiera na zawał, czyli tajemnica skradzionego skarbu vol. II

Skradziony obraz van Eycka, jak wiadomo, trzyma w szafie sędzia Clamence, bohater "Upadku" Camusa (obraz przyniósł kiedyś do knajpy stały klient i sprzedał go barmanowi za butelkę dżinu), ale to literacka fikcja. A jak było naprawdę? 



W jakiś czas po kradzieży biskup gandawski dostał podpisany inicjałami D. U. A. list z żądaniem okupu w wysokości miliona franków belgijskich; złodziej, by udowodnić, że jest w posiadaniu dzieła, podał policji wskazówki, gdzie znaleźć wyjęty z tej samej ramy obraz z rewersu, . Istotnie, w przechowalni bagażu na dworcu w Brukseli znaleziono owiniętego w papier pakowy "Jana Chrzciciela". Minister skarbu, poproszony o pieniądze, nie wyraził wprawdzie zgody na wypłacenie tak zawrotnej kwoty szantażyście, ale zaczął z nim pertraktować. Biskup był skłonny zapłacić okup, ale ugiął się pod presją władz. W sumie złodziej przysłał 13 listów, na które odpowiadano w ogłoszeniach prasowych. Kontakt jednak nagle się urwał.



Przyjmuje się, że złodziejem był 57-letni wówczas Arsene Goedertier (jego nazwisko, jak na ironię, oznacza 'uprzejmość'): makler, znaczący lokalny polityk katolickiej partii konserwatywnej, a także niegdysiejszy kościelny lub, wedle innych źródeł, organista (sic!), wreszcie żarliwy czytelnik powieści kryminalnych i miłośnik postaci włamywacza-dżentelmena, Arsene'a Lupina. Goedertier dostał nagle zawału na wiecu politycznym i zanim zmarł, przywołał swojego prawnika, Georgesa de Vos, przyznając się do kradzieży i dodając, że zabierze tajemnicę ze sobą do grobu. Kierując się wyszeptaną tuż przed śmiercią wskazówką ("W moim biurze... klucze... szafa..."), de Vos dotarł do kopii listów przesłanych władzom, i do listu zupełnie nowego, a także do kilku nieczytelnych rysunków, które być może stanowiły mapę ukrytego skarbu. Listy pisane były na maszynie do pisania; okazało się, że Goedertier wypożyczył ją pod zmyślonym nazwiskiem Arseen Van Damme, co wyjaśniałoby litery D. U. A. z podpisu (v i u są stosowane wymiennie). Obrazu nie znaleziono jednak ani w domu Goedertiera, ani kierując się wskazówkami z rysunków; w 1937 roku śledztwo umorzono, tablicy zaś nigdy nie odzyskano i od 1945 roku zastępuje ją kopia.

W ostatnim, niewysłanym liście Goedertier stwierdził, że "Sędziowie" są ukryci w miejscu, z którego ani on, ani nikt inny nie mógłby wydobyć obrazu niezauważony - niektórzy uważają więc, że ukrył go w przygotowanej zawczasu skrytce w samej katedrze, choćby pod płytami posadzki lub rzeźbionymi boazeriami. Dotychczasowe poszukiwania nie przyniosły jednak żadnych rezultatów (choćby w 1995, kiedy przez miniaturowe otwory wywiercone w boazeriach wprowadzono mikrokamery), zaś rozkładanie wielkiego średniowiecznego budynku na czynniki pierwsze z powodu nikłych przesłanek raczej nie wchodzi w grę. 

Wydaje się wielce prawdopodobnym, że Arsene Goedertier był złodziejem "Sędziów", ale wiele też wskazuje, że nie działał w pojedynkę. Po pierwsze wykazano, że cierpiał na schorzenie wzroku, które nie pozwalało mu widzieć w ciemnościach - stąd też raczej nie mógł działać jak złodziej, który ukrył się w jednej z kaplic, poczekał na zamknięcie katedry, operował tam w mrokach, po czym wydostał się, otwierając drzwi dorobionym kluczem. Po drugie podejrzana jest jego śmierć raptem w pół roku po kradzieży. Również dwaj ludzie podejrzewani o wspólnictwo w przestępstwie, jego przyjaciele Achiel de Swaef i Oscar Lievens, zmarli w przeciągu paru lat po jego śmierci. Być może Goedertier był tylko negocjatorem i działał na zlecenie silniejszych mocodawców? Inna teoria mówi, że prawdziwym organizatorem był de Vos, a Goedertier odkrył jego machinacje, więc został zgładzony i obarczony winą.

Wreszcie jest i teoria spiskowa, oczywiście z nazistami w roli głównej. Goedertier i jego wspólnicy byliby najęci przez poszukujących Świętego Graala i Arma Christi (narzędzi Męki Pańskiej) nazistowskich okultystów, takich jak Otto Rahn, Alfred Rosenberg i Heinrich Himmler, którzy w Ołtarzu Baranka Mistycznego widzieli mapę prowadzącą do ukrytych relikwii. De Swaef i Lievens byli ponoć niemieckimi szpiegami. Tyle tylko, że o ile kradzież w roku 1934 byłaby sensowna, o tyle trudno uwierzyć, by hitlerowcy, będąc od roku 1942 w posiadaniu zdekompletowanego Ołtarza Gandawskiego, nie złożyliby go w całość z ukrytymi "Sędziami" by sprawić przyjemność Fuehrerowi.

Pozostają zatem domysły i tworzenie kolejnych teorii. Szanse na to, że dzieło ukryte osiemdziesiąt lat temu przeleżało w skrytce nienaruszone, są żadne - jeśli nawet zabezpieczono je w miarę profesjonalnie, do naszych czasów uległo zapewne naturalnej degradacji i leży gdzieś jako kupka spleśniałego próchna. Pocieszyć się należy, że przepadło dopiero w minionym stuleciu, obfotografowane, a nie z ręki kalwińskich fanatyków w XVI wieku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, Wikipedia, Societe Perillos, N. Charney "Stealing The Mystic Lamb".

sobota, 25 maja 2013

Pan Uprzejmość umiera na zawał, czyli tajemnica skradzionego skarbu vol. I

W nocy 10 kwietnia 1934 roku w Gandawie zgłoszono dwie kradzieże: po pierwsze kręgu sera, po drugie "Sędziów sprawiedliwych", jednej z tablic bezcennego Ołtarza Gandawskiego pędzla Jana van Eycka. Wedle jednego z detektywów zaginiony ser opóźnił poszukiwania obrazu: "Był rok 1934, kryzys ekonomiczny, ser był priorytetem". Miejsce kradzieży zostało zadeptane przez tłum gapiów, a policja nie zdjęła nawet z ołtarza odcisków palców.


"Tajny Detektyw" donosił o sprawie w niecałe dwa tygodnie później, niespecjalnie zresztą obficie - a szkoda, nie tylko dlatego, że to jedna z najsłynniejszych kradzieży sztuki w historii, ale i dlatego, że sam ołtarz miał nader skomplikowaną historię. 

Wiele wybitnych retabulów średniowiecznych przez lata ulegało rozproszeniu - część z nich uległa częściowej destrukcji z ręki ikonoklastów protestanckich, inne stawały się "niemodne", więc cięto je na kawałki i rozsyłano do biednych parafii na prowincji, skąd po latach oddawano je do muzeów lub sprzedawano do kolekcji prywatnych. Dlatego też dziś niejeden ołtarz włoski, niemiecki czy niderlandzki należy do kilku słynnych zbiorów sztuki: kwatera tu, kwatera tam, predella jeszcze gdzie indziej. Mało kto wie, że ponoć i krakowski ołtarz Wita Stwosza miał zostać pocięty na kawałki - na szczęście nielubiący "niemodnego gotyku" proboszcz kościoła Mariackiego zmarł zanim zdołał wprowadzić swój pomysł w czyn. Kiedy w 1934 roku nieznany sprawca dekompletował dzieło van Eycka, było ono prezentowane w całości od raptem kilkunastu lat.

Ołtarz został obstalowany przez Joosta Vijdta, patrycjusza gandawskiego, kupca i polityka, oraz jego żonę, Elisabeth Boorluth, u Huberta van Eycka (pechowo, bo Hubert niebawem zmarł i dzieło w całości lub w większości wykonał jego słynniejszy i młodszy brat, Jan van Eyck). Od umieszczenia go w katedrze św. Bawona (1432) do czasów Rewolucji Francuskiej przechodziło rozmaite koleje losu. Usiłowali je zniszczyć kalwińscy ikonoklaści (kiedy rozbili taranem wrota katedry, ich oczom ukazała się pusta ściana - katolicy zdążyli rozmontować tablice i ukryć je w kościelnej wieży; świątynię splądrowano, ale ołtarz ocalał), a cesarz Józef II, zobaczywszy akty Adama i Ewy, rozważał konfiskatę obrazów, które uznał za "pornograficzne i skłaniające do niewłaściwego zachowania" (ołtarz na wszelki wypadek ukryto w katedralnym archiwum; po latach prarodziców wymalowano raz jeszcze, w przyodziewkach z futra: Adam i Ewa). Ale to właśnie armie rewolucyjnej Francji w roku 1794 po raz pierwszy wywiozły Ołtarz Baranka Mistycznego z Gandawy i umieściły w Luwrze, skąd powrócił dopiero dwie dekady później, po klęsce Napoleona (kiedy w czasie "stu dni" Ludwik XVIII musiał uciekać z Francji, znalazł schronienie właśnie w Gandawie i musiał samemu sobie pogratulować tego miłego gestu sprzed roku). Tyle, że już w roku 1816 wikariusz generalny katedry pod nieobecność biskupa rozparcelował ołtarz, sprzedając miejscowemu marszandowi sześć z ośmiu tablic (Adami i Ewa, widocznie jako zbyt obsceniczni, by się podobać, zostali w katedrze). Ten od razu odsprzedał je z pokaźnym zyskiem angielskiemu kolekcjonerowi mieszkającemu w Berlinie, Edwardowi Solly'emu (pokaźnym to mało powiedziane: kupił za 3 tys. guldenów, sprzedał za 100 tys.). Zbiory Solly'ego zostały pięć lat później wykupione przez króla Prus i wraz z kolekcją Giustinianiego stworzyły trzon berlińskiej Gemaeldegalerie. Po wybuchu I wojny światowej niemiecka armia dołożyła do nich resztę ołtarza, wywiezioną z Belgii. Na krótko jednak. Po stu latach, w roku 1920, tablice Ołtarza Gandawskiego powróciły do katedry na mocy układów podpisanych po kapitulacji Niemiec, w ramach większej restytucji dzieł sztuki - w tym wypadku częściowo wątpliwej, skoro zakup był legalny, ale uznano to za reparację za obiekty artystyczne zniszczone w czasie działań bojowych. W berlińskim muzeum zawisła karteczka: "Zabrane z Niemiec przez Traktat Wersalski".

Oczywiście takich rzeczy się nie wybacza - po dwóch dekadach Hitler wkroczył do Belgii i przywłaszczyłby sobie retabulum van Eycka już w całości (poza skradzionymi "Sędziami", oczywiście), gdyby nie to, że wysłano je zawczasu do Watykanu; jako że Włochy przyłączyły się do wojny zanim Ołtarz dotarł do papieża, został ulokowany tymczasowo w Pau na południu Francji, a przedstawiciele wojsk francuskich, belgijskich i niemieckich podpisali porozumienie, że można go ruszyć tylko za zgodą wszystkich stron. Ale na niewiele to się zdało: w roku 1942 z rozkazu Hitlera przewieziono go do bawarskiego zamku - po czym, podobnie jak inne arcydzieła, które miały trafić do Fuehrermuseum w Grazu, najwspanialszej kolekcji sztuki w Europie, Ołtarz Gandawski został w roku 1943 ukryty w sztolniach starej kopalni soli w austriackim Altaussee. Mało brakowało, a wszystkie te bezcenne skarby sztuki przepadłyby raz na zawsze: gauleiter Eigruber postanowił wysadzić kopalnię, by nie trafiła w ręce aliantów, do chodników zwieziono nawet osiem półtonowych bomb, ale w ostatnim momencie rozkazów Eigrubera nie wykonano. W przeciwnym razie można by było mieć tylko nadzieję, że ocalała choćby zaginiona tablica z "Sędziami sprawiedliwymi".

Jakie były jej losy, okoliczności kradzieży, kim był pan Uprzejmość? O tym w następnym wpisie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

czwartek, 23 maja 2013

Kuchnia pełna niespodzianek czyli arszenik w Grodzisku Wielkopolskim

Przysłowie mówi, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść - czasem, niestety, jest co jeść, ale nadmiar osób przygotowujących jedzenie prowadzi do tragicznych w skutkach pomyłek. Jak osiemdziesiąt lat temu w piekarni Tietzmanna w Grodzisku Wielkopolskim.




Głupia sprawa, głupia w dwójnasób, w trójnasób nawet. Głupia pomyłka, bo jednak arszenik do cukru domieszać - wstydliwe, dla piekarza kompromitujące wręcz. Otruć kilkadziesiąt osób bułeczkami - klęska interesu, wstyd na cały Grodzisk, ba, na całą Polskę. Zwłaszcza: z ofiarą śmiertelną, choćby jedną, choćby ofiara cierpiała od dawna na chorobę serca. Nie ma gorszej reklamy dla piekarni niż "Wypieki Tietzmanna. Żona mistrza rzeźnickiego padła od nich trupem", a przecież licho nie śpi, nie tylko Tietzmann piecze bułeczki w Grodzisku. Całe szczęście, że truciznę miał od Seipolta, to przynajmniej jakoś minimalizuje odium (ciekawe, ile kosztowało Tietzmanna, by ilustracją do wpadki jego piekarni było zdjęcie piekarni konkurenta?).

Po drugie głupio, że arszenik zwietrzały. Niby radość, bo ofiar mniej, ale z drugiej strony - co to za piekarz, który zamiast szczury wytruć od razu, trzyma trutkę długimi miesiącami, aż zwietrzeje, tracąc swe piorunujące właściwości, że tylko chorą na serce żonę mistrza rzeźnickiego jest zdolny powalić? 

Wreszcie głupio po trzecie, że tylu mieszkańców Grodziska wpadło w histerię i rozchorowało się na zatrucie urojone. Jak szaleć, to szaleć!

Sprawa jest więc wstydliwa na rozmaitych poziomach i należy czym prędzej odwrócić od niej uwagę. Najlepiej filmikiem: polecam znaną i lubianą "Kuchnię pełną niespodzianek". Odcinek, jakżeby inaczej: "Bułeczki".



Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

niedziela, 4 lipca 2010

Uwaga, Skowrońscy grasują!

Lato, wielu studentów wynajmujących stancje wyjechało na wakacje, a właściciele mieszkań szukają nowych lokatorów. Pozwalamy sobie zwrócić uwagę P. T. publiczności na palącą sprawę grasujących Skowrońskich - jeśli zginęła Państwu ostatnio z przedpokoju para rękawiczek, parasolka lub rewolwer, mogła w tym maczać palce ta niesławna para!


Za: "Tajny Detektyw" nr 17 rok IV (22 IV 1934)