Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkopolska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkopolska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Tajemnica środka na nagniotki firmy "Unicum"

Przeznaczenie nie wybiera. Można żyć spokojnie i pracowicie, rozwijać przedsiębiorstwo, wytrwale doskonalić nowe formuły rewelacyjnego środka na nagniotki oraz płynu do zmniejszania pocenia stóp i pach - a tu, proszę, wkracza Nemezis i jedną eksplozją kotła zmiata z powierzchni ziemi zapobiegliwego wynalazcę Jurkiewicza! Ale to nie koniec tej historii, a dopiero początek.


Nie wiem, co stało się dalej z panią Hajncel-Jurkiewiczową i jej siostrą, nie dysponuję wypowiedziami z ewentualnego procesu, mogę zatem tylko gdybać o motywach i losach bohaterek tej historii. "Unicum" mogło być wcześniej firmą dobrze prosperującą dzięki produkcji "Pluskwiolu", środka na nagniotki (pod nazwą "Jurkanun", patent z roku 1909) i soli do nóg, ale Wielki Kryzys robił swoje - może dlatego wdowa Jurkiewiczowa postanowiła podreperować budżet firmy i domu kolportażem podrabianych monet, wchodząc w spółkę z fałszerzem?

Natomiast coś mnie kusi, żeby zupełnie inaczej ocenić czyn pasierbic, panien Jurkiewiczówien, które opublikowały w prasie wspomniane w tekście ogłoszenie. Ich macocha nie wygląda mi wcale na najsympatyczniejszą macochę świata; może więc pasierbice postanowiły ni mniej, ni więcej, tylko rozpropagować możliwie jak najszerzej kompromitujące ją oskarżenie? Z jednej strony zachowywały twarz, bo "broniły przybranej matki jak lwice", z drugiej - stawiały krok na drodze do przejęcia firmy zbudowanej przez ojca. Ale to, oczywiście, tylko gdybania.


Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933

czwartek, 9 kwietnia 2015

Eros i Tanatos w jednym stały domu

G. Grosz, John der Frauenmoerder, 1918
Zbrodnia na tle seksualnym niejedno ma imię. Seks - wiadomo, sprężyna życia, nieraz, naciągnięta, odbije i trafi, że nie ma czego zbierać, trup się ściele gęsto. I proszę, do wyboru, do koloru: Małopolska, Wielkopolska, homo, hetero, gwałt, bójka, a wszędzie tylko ten Eros spleciony z Tanatosem!


Jak widać - może być najspokojniej pod słońcem, zabawa zorganizowana przez samarytanki na zakup apteczki, a tu się Eros pakuje i po sprawie. Noże zatopione w ciałach ofiar, ujmowanie krwawego Lucka, takie sprawy. W tym samym numerze "Tajny" donosi również z Wielkopolski - wiadomo, bliżej Zachodu, Berlina, stolicy rozpusty i zboczeń, więc i zbrodnia mniej przaśna, żadni tam nożownicy w remizie, tylko prawdziwy Lustmord (dodaję jeszcze króciutką wzmiankę z "Nowego Kurjera"):




Pan w kółku, który na zdjęciu wygląda dość przerażająco - w pierwszym odruchu myślałem, że to podobizna zboczeńca i mordercy Dominiaka, z ohydnie wykrzywionymi, pełnymi wargami - w istocie, jak wiemy, mamy do czynienia z wybitnym psychiatrą, który w tekście wypowiada się jako ekspert (a ciemny kształt pod nosem to nie wargi, a tak strzyżony wąs). Dr Oskar Bielawski miał jednak i swoją ciemną stronę: był jednym z czołowych eugeników polskich, który raptem dwa lata później, w roku 1935, założył pismo eugeniczne "Higjena Psychiczna", w którym przedstawił program ustawy eugenicznej, wzorowanej na prawach nazistowskich, z pomysłem "policji medycznej", która by wyłuskiwała ze zdrowego ciała społeczeństwa jednostki "niewłaściwe", a następnie przymusowo je sterylizowała. Na szczęście ustawy nigdy w Polsce nie wprowadzono, a Bielawskiego II wojna światowa, spędzona między innymi w obozie, zniechęciła chyba do całej teorii czystości krwi.

I jeszcze jeden dopisek: "Veto", jakże właściwie dobrano tu reklamę do tekstu! "Veto" było środkiem dezynfekującym, który miał służyć do zapobieganiu zakażeniom wenerycznym. "Nowy pojemnik" opisywany w reklamie przypominał nabój (zresztą armia zachęcała swoich żołnierzy do stosowania tego specyfiku). Nieco więcej o tym leku na blogu Czas Gentlemanów. 

Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933," Nowy Kurjer" 202/1933

sobota, 23 sierpnia 2014

Wymowne nazwiska czyli w niewoli onomastyki

U Dostojewskiego nazwiska bohaterów są często mówiące. Raskolnikow pochodzi od razkołu, czyli rozłamu, schizmy; Stawrogin - od greckiego "stauros", krzyż; Karamazow - z tureckiego "kara", czyli "czarny" i "maz", od zmazy, śladu, piętna; Smierdiakow - wiadomo, podobnie jak Myszkin (zwłaszcza w zestawieniu z imieniem Lew). Ale dzieje się tak czasem nie tylko w literaturze - poznajcie bohaterów, o których losach zdało się decydować nazwisko.


Niestety, dziennikarz nie zapomniał o seksistowskim stereotypie ("kobieta jako sprężyna zbrodni"), natomiast zapomniał podać panieńskiego nazwiska Rozalii - a wielka szkoda, bo może uzyskalibyśmy kolejny składnik tej niezwykłej układanki. A tak tylko mamy Szczurzyka, który podle zamordował - chciało by się rzec "zagryzł" - Pieniężnego, znakomicie prosperującego jako lichwiarz dzięki pieniądzom ze sprzedaży sklepu (pamiętacie, drodzy czytelnicy, kto tak strasznie, niezbornie mordował osobę trudniącą się lichwą i w jakiej było to książce?). Swoją drogą, sklep był w Lutogniewie, a to też niezła nazwa (pochodząca od słowiańskiego imienia założyciela - "luty" to "srogi", a gniew rozumie się sam przez się...); szkoda, że zbrodnię popełniono nie tam, ale na szosie pomiędzy Kobiernem (etymologicznie pochodzącym zapewne od nieciekawych łopianów), Nowym Folwarkiem, Brzozą a Bożacinem. Ech, już nawet złowróżbny Czarny Sad byłby lepszy niż to miejsce bez nazwy, w szczerym polu.

Co było dalej z nieszczęsnymi bohaterami? Informuje o tym - a także o szczegółach zbrodni, które wyszły na jaw w śledztwie - "Słowo Pomorskie" ze stycznia 1935 roku:
























Szczuraszka zapewne powieszono prędko - egzekucje przeprowadzano wówczas tuż po zakończeniu drogi sądowej. W okresie międzywojennym było sporo amnestii (aż dziesięć), ale żadna nie wypadła na początku 1935 roku, nie sądzę też, żeby obejmowała skazanego na śmierć mordercę; skoro więc nie ocaliła go o apelacja, to zapewne i prezydent nie skorzystał z prawa łaski, bo z opisu zbrodni nie wynikają żadne okoliczności łagodzące, nic też nie wskazuje, żeby Szczuraszek był legionistą czy bohaterem wojny 1920 roku, a to były najmocniejsze przesłanki do skorzystania z prawa łaski. 

Nie wiem też, co stało się z Rozalią - mam przed oczami dekret o amnestii z 1939 roku i jeśli chodzi o poważne zbrodnie, to uwalniano odsiadujących wyrok poniżej roku, skazanym na rok do pięciu darowano połowę kary, na pięć do dziesięciu - jedną trzecią. Dożywocia nie skracano. Siedziała zatem pewnie przynajmniej do wybuchu wojny, a może i dłużej; internet milczy na jej temat, choć niewykluczone, że w więzieniu wróciła do panieńskiego nazwiska. Którego to, jak wiemy, korespondent "Tajnego Detektywa" nie podał.

PS: Obok nie tak może ciekawa onomastycznie, ale poruszająca opowieść o Reginie Greiffowej - dla porządku dodam, że nieszczęsna matka została przez sąd potraktowana z wyrozumiałością, o czym doniosła "Gazeta Lwowska":

 




Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, "Słowo Pomorskie" 10 I 1935, "Gazeta Lwowska" z 26 I 1935.

środa, 18 grudnia 2013

Pedofilski skandal w międzywojennym Poznaniu vol. III

Proces Piekuckiego przykuwał uwagę całego Poznania, a może i Polski; na wyrok czekano z dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że Piekucki, czując oparcie w kręgach decydenckich, do końca się odgrażał. Rzekomo padł ofiarą spisku i w listach do prasy do ostatniej chwili groził "oszczercom", że pociągnie ich do odpowiedzialności.







Jak widać, z czterech panów z towarzystwa na bezwzględne, półtoraroczne więzienie skazano tylko dwóch, w tym Piekuckiego; pozostali dostali karę w zawiasach. Co innego stręczycielki - największy wyrok w całej sprawie pedofilów dostała Genzlerowa. Nie żebym jej jakoś żałował - była to dość antypatyczna osóbka, która skrzywdziła mnóstwo niewinnych dziewczyn; Kamil Janicki tak relacjonuje jej sposoby na pozyskanie "świeżych towarów": 

Razem z kilkuletnią córeczką przemierzała miejskie parki i zapuszczała się w okolice szkół, gdzie zaczepiała ładne, nastoletnie dziewczęta. Na różne sposoby skłaniała je do wizyty w umówionym miejscu: przekupywała cukierkami, obiecywała sukienki i drobne prezenty, mamiła wizją pracy opiekunki do dziecka. Niczego nie podejrzewające ofiary były następnie upijane lub narkotyzowane. Trafiały w łapy członka szajki odpowiedzialnego za przygotowanie zdjęć pornograficznych (i będącego jednocześnie pracownikiem jednego z bardziej szanowanych atelier fotograficznych w mieście), a w końcu do klientów. Wszystko działo się niemalże na oczach miasta: w lokalach przy głównych ulicach, często na parterze. Przechodnie nie zwracali jednak uwagi na krzyki wykorzystywanych dziewcząt, woleli przejść nad tym do porządku dziennego. Na koniec Genzlerowa zastraszała dzieci, tak by nikomu nie zdradziły swojego losu i faktu istnienia szajki. Po tym wszystkim jak gdyby nigdy nic wracała do domu, do męża. W całym swoim haniebnym procederze kierowała się tylko jedną zasadą – kończyła zawsze przed godziną 17, tak by zdążyć przygotować obiad przed tym jak mąż przyjdzie z pracy.

Ale nie dobrem dzieci kierował się chyba sąd, kiedy Genzlerową skazał najsurowiej z całej szajki, a tym, że była nikim: nie miała politycznych wpływów, była niezamożną kobietą, za którą nikt ważny się nie wstawił, nie wykonał koniecznych telefonów, nie zagadał sędziego na przyjęciu, że "doprawdy, nie godzi się... były może jakieś niemiłe sprawki, no ale jak to, Piekuckiego, bohatera... nie, nie godzi się, panie sędzio kochany." Sędziowie, jak zwraca uwagę Janicki, byli częścią tej samej grupy społecznej, poznańskiego establishmentu, więc był chroniony - co zresztą przypomina nam tak głośną ostatnio sprawę Krolloppa i radnych miejskich, którzy utajnili obrady, na których wyszło, że Krollopp wykorzystuje seksualnie nieletnich chórzystów. Pewne rzeczy, jak widać, w Wielkopolsce się nie zmieniły od ośmiu dekad... Na plus należy Poznaniowi oddać, że Piekucki dostał półtora roku, a Krollopp aż osiem (zmniejszone później do sześciu). Czyli jakiś postęp jest.


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok II, 21 VIII 1932, wywiad z Kamilem Janickim

sobota, 23 listopada 2013

Pedofilski skandal w międzywojennym Poznaniu vol. II

W pół roku po pierwszej publikacji "Tajny Detektyw" pisał już wołami: "SPRAWA PIEKUCKIEGO", choć przecież uwikłanych było w nią znacznie więcej osób. Na okładkę trafiła jednak niejaka Genzlerowa, poprzednio niemalże pominięta - choć  to właśnie od niej zaczęła się cała sprawa. Pedofile zostali trafieni rykoszetem. W jaki sposób wpadli?



Dalej widzimy misternym, całostronicowy fotomontaż, łączący dwie wielkopolskie sprawy: skandal pedofilski i tajemniczego kościotrupa, znalezionego pod Chodzieżą. Przewijający się w tekście Hałas pojawił się również poprzednio - zbrodnia, którą popełnił, była stosunkowo świeża i dobrze pamiętana przez poznaniaków.



A teraz poczytajmy sobie dokładnie, co też reporter ma do powiedzenia o Piekuckim, jego kompanach i o stręczycielkach:




Od pierwszego wybuchu skandalu minęło już cztery i pół miesiąca; być może w międzyczasie "Tajny" relacjonował przebieg sprawy - tego nie wiem, nie mam wszystkich numerów. Tak czy owak, Piekucki, Hirszberg i koledzy wpadli za sprawą zwykłej męskiej zazdrości Franciszka Genzlera, murarza. 

Z Genzlera był człowiek prosty i, zapewne, dobry - ale z żoną, Małgorzatą, jakoś mu się nie układało; dwójkę dzieci mu wprawdzie urodziła, ale zaczęła coraz częściej znikać z domu. Mamy zresztą lata kryzysu i niewykluczone, że cała rodzina biedowała, Genzlerowa zaś była - po mamusi - osóbką przedsiębiorczą. Problem tym, że swój biznesik trzymała w tajemnicy przed mężem, który zaczął podejrzewać, że żona "nie mając złota ni miedzi zarabia tym, na czym siedzi", innymi słowy - że się trudni, jak to drzewiej w Poznaniu mawiano, "kurewstwem pokątnem". A kiedy w mieszkaniu pojawiła się niejaka Mehringowa i zażądała od Genzlerowej 10 złotych "za pokój", Genzlera opanowała zazdrość dzika i udał się w te pędy na posterunek policji. Nie spodziewał się jednak, że to nie jego żona będzie główną oskarżoną w procesie.

Zaczęło się tak, że matka Małgorzaty, Maria Hermanowa, ze swoją znajomą Mehringową wynajmowała "eleganckim panom" pokoje na godziny. Ponieważ jednak apetyty panów były specyficzne i rosły w miarę jedzenia, panie rozszerzyły asortyment usług: nie tylko stręczyły małe dziewczynki, ale jeszcze do prac dodatkowych zgodziły dwie względnie młode kobiety: Małgorzatę właśnie i niejaką Helenę Stróżyk. W policyjnej akcji wpadły wszystkie - i od razu trafiły do szpitala na oddział chorób wenerycznych. W przeszukanych mieszkaniach natrafiono zaś na wspomniany już zbiór 150 zdjęć nagich dziewczynek, często w niedwuznacznych pozach z oskarżonymi.

Proces toczył się wprawdzie przy drzwiach zamkniętych, ale dziś wiemy nieco więcej: dziewczynki zeznały, że "pracowały" nie tylko w mieszkaniach Mehringowej i Hermanowej, ale i u Piekuckiego i jego kolegów. Przynajmniej raz "Genzlerowa mając stosunek z jednym z oskarżonych zawołała [dziewczynkę] specjalnie i kazała się jej przypatrywać". Wszyscy też robili im zdjęcia - Andrzejewski przyznał, że w tym czasie całował i głaskał dzieci, ale generalnie wszyscy oskarżeni starali się z całych sił umniejszyć swoją winę. Jak się zdaje, mieli nadzieję na wyrok uniewinniający. Ale o wyroku - w następnym, ostatnim już odcinku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok II, 14 VIII 1932, wywiad z Kamilem Janickim

wtorek, 5 listopada 2013

Pedofilski skandal w międzywojennym Poznaniu vol. I

Osiemdziesiąt lat temu konserwatywnym Poznaniem zatrząsł ogromny skandal: nie tylko wykryto szajkę pedofilów i stręczących im dziewczynki rajfurek, ale w dodatku między winnymi znalazły się szanowane figury: restaurator, kupiec, kierownik fabryki mebli i, przede wszystkim, podpułkownik rezerwy Feliks Piekucki.



Okładka "Tajnego Detektywa" była - co dziś może nie jest tak oczywiste - niebywale śmiała. Pamiętajmy, że lata trzydzieste są okresem prawdziwego kultu wojskowości, a pokazanie wojennego bohatera w pełnym umundurowaniu jako dobierającego się do dziewczynki "erotomana" (słowa "pedofilia" wówczas chyba nie stosowano) groziło nie tylko interwencją cenzury i konfiskatą całego numeru (nawiasem mówiąc: jeden z posiadanych przeze mnie egzemplarzy nosi na okładce napis: "zupełnie nowy numer po konfiskacie"), ale i - czy może: przede wszystkim - zdemolowaniem redakcji i pobiciem dziennikarzy przez "słusznie wzburzonych patriotów", czyli bojówki. Zwłaszcza, że Feliks Piekucki miał w Poznaniu spore wpływy. W roku 1934 wprawdzie chwile największej chwały miał już za sobą (w czasie powstania wielkopolskiego, na przełomie roku 1918 i 1919, został pierwszym polskim komendantem miasta), nadal jednak sprawował ważne funkcje publiczne.

Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego: Feliks Piekucki prowadzi defiladę w wyzwolonym Poznaniu (1919)

Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego: Feliks Piekucki przekazuje sztandar pułkowy (1919)

Związany mocno z endecją i kościołem katolickim, Piekucki był twórcą widowiska "Męki Pańskiej" w trakcie Kongresu Eucharystycznego w Poznaniu (w 1930 roku), a przede wszystkim: komendantem Legionu Wielkopolskiego, czyli lokalnej gałęzi Legionu Rzeczypospolitej Polskiej, antypiłsudczykowskiej, prawicowej organizacji kombatanckiej, założonej w Warszawie w 1928 roku. W życiu prywatnym za to wiodło mu się niespecjalnie: w roku 1925 ucierpiał srodze w poważnym wypadku (na drodze pod Obrzyckiem poniosły konie ciągnące powóz, którym jechał z kuzynem i rządcą majątku; rządca wyskoczył, łamiąc kręgi i ginąc na miejscu, kuzyn został ciężko pokaleczony, a sam Piekucki złamał obie nogi) oraz, co osobliwie typowe dla katolickich moralistów, rozwiódł się z żoną. Dopiero z czasem wyszło na jaw, jak się pocieszał:






A jak doszło do wysypania całej szajki? O tym w następnym odcinku.

PS: O wspomnianej w tekście szantażystce Marii Lewandowskiej wspominałem już kiedyś; obie te sprawy wyszły na jaw mniej więcej w tym samym czasie i wspólnie zadawały ciosy poznańskiej konserwie, bowiem Lewandowska była córką szacownego aptekarza, powstańca wielkopolskiego i katolicko-narodowego posła, Zenona Lewandowskiego.

Za: "Tajny Detektyw" nr 14, rok II, 3 IV 1932

niedziela, 18 sierpnia 2013

Skrwawione ciało i pasta do butów

Media vita in morte sumus ("w środku życia w śmierci jesteśmy"), mówi średniowieczna antyfona. W przypadku zatłuczonej kijem Zofii Nogaczówny widzimy to jak na dłoni: młoda dziewczyna, wracająca z zakupów, ginie nagle na wiejskiej drodze... Trudno się dziwić, że wstrząsnęło to mieszkańcami Bębnikątów i Bagna!



Zbrodnia jak zbrodnia - jest miejsce, motyw, narzędzie, metoda; jest winny i są zwłoki. Mnie jednak interesują drobiazgi: sprawunki Nogaczówny. Kupione w Obornikach, wybrane spośród wielu innych tego rodzaju. Na półce w sklepiku w Obornikach stało więcej pudełek z pastą do froterowania butów, piekarz mógł chwycić każdy z chlebów, leżących w koszach: a jednak do torby Nogaczówny trafiły te, nie inne, wybrane przedmioty, i to one stanęły przed oczami czytelników w 1934, a teraz - przed naszymi oczami. To okrągłe pudełeczko. Ten podłużny bochenek. Pudełka, papierki których nie sposób zidentyfikować. Przetrwały na swój sposób, utrwalone przez fotografa i druk, dzięki zbrodni; ich bracia i siostry ze sklepowych półek mieli życie znacznie krótsze: chleby zjedzono zanim numer ukazał się w druku, pasta do butów schodziła trochę wolniej - mogła przeżyć nawet "Tajnego Detektywa", bo pismo zamknęło się raptem pięć miesięcy później - ale, tak czy owak, przepadła w otchłaniach czasu, łącznie z metalowym pudełkiem. "Nie tylko życie ludzkie przebiega krętymi ścieżkami" - zakończyłby te rozważania prawdziwy redaktor "Tajnego Detektywa."

Za: "Tajny Detektyw" nr 37, rok 4, 9 IX 1934, 




czwartek, 23 maja 2013

Kuchnia pełna niespodzianek czyli arszenik w Grodzisku Wielkopolskim

Przysłowie mówi, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść - czasem, niestety, jest co jeść, ale nadmiar osób przygotowujących jedzenie prowadzi do tragicznych w skutkach pomyłek. Jak osiemdziesiąt lat temu w piekarni Tietzmanna w Grodzisku Wielkopolskim.




Głupia sprawa, głupia w dwójnasób, w trójnasób nawet. Głupia pomyłka, bo jednak arszenik do cukru domieszać - wstydliwe, dla piekarza kompromitujące wręcz. Otruć kilkadziesiąt osób bułeczkami - klęska interesu, wstyd na cały Grodzisk, ba, na całą Polskę. Zwłaszcza: z ofiarą śmiertelną, choćby jedną, choćby ofiara cierpiała od dawna na chorobę serca. Nie ma gorszej reklamy dla piekarni niż "Wypieki Tietzmanna. Żona mistrza rzeźnickiego padła od nich trupem", a przecież licho nie śpi, nie tylko Tietzmann piecze bułeczki w Grodzisku. Całe szczęście, że truciznę miał od Seipolta, to przynajmniej jakoś minimalizuje odium (ciekawe, ile kosztowało Tietzmanna, by ilustracją do wpadki jego piekarni było zdjęcie piekarni konkurenta?).

Po drugie głupio, że arszenik zwietrzały. Niby radość, bo ofiar mniej, ale z drugiej strony - co to za piekarz, który zamiast szczury wytruć od razu, trzyma trutkę długimi miesiącami, aż zwietrzeje, tracąc swe piorunujące właściwości, że tylko chorą na serce żonę mistrza rzeźnickiego jest zdolny powalić? 

Wreszcie głupio po trzecie, że tylu mieszkańców Grodziska wpadło w histerię i rozchorowało się na zatrucie urojone. Jak szaleć, to szaleć!

Sprawa jest więc wstydliwa na rozmaitych poziomach i należy czym prędzej odwrócić od niej uwagę. Najlepiej filmikiem: polecam znaną i lubianą "Kuchnię pełną niespodzianek". Odcinek, jakżeby inaczej: "Bułeczki".



Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934