Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampir. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 listopada 2012

Wampir z Teheranu i kowal z Gretna Green

Dziś będzie trochę śmieszno, a trochę straszno (jak to w czterech stronach świata): o seryjnym mordercy, który bronił się apelując do obu części podzielonego perskiego społeczeństwa, oraz o szkockim kowalu, który udzielał ślubu waląc młotem w kowadło. 

Najpierw może błahostka:


Tak naprawdę nie było tu mowy o żadnych "rodowych przywilejach" - w Szkocji obowiązywało inne prawo niż w Anglii, więc młodzi zakochani, którzy chcieli się pobrać bez zgody rodziców, wsiadali w dyliżans i w pierwszej miejscowości po przekroczeniu granicy mogli wziąć legalnie ślub na całkiem innych warunkach. A że wystarczyło dwóch świadków spośród miejscowej ludności, to tak się utarło, że obowiązki udzielania ślubu objął miejscowy kowal (znany pewnie nieźle woźnicom dyliżansów, bo to zawody zaprzyjaźnione jak dziś taksówkarze i mechanicy samochodowi). W wyniku rozmaitych przetasowań prawnych Gretna Green to traciło, to odzyskiwało swoje przywileje, ale do dziś pozostaje jednym z najbardziej popularnych miejsc zawierania ślubu na całym świecie.

A teraz powieje grozą, acz z innej strony świata:



Ali Asghar Borudżerdi urodził się w roku 1893 w Borudżerd w zachodnim Iranie (wówczas Persji), a jako ośmiolatek trafił u boku matki do znanej skądinąd irackiej Karbali, stamtąd zaś, w 1907 roku, pojechał do Bagdadu. To tam zaczął molestować seksualnie, a z czasem i mordować nastoletnich chłopców (głównie włóczęgów i męskie prostytutki) - obrońcy dowodzili później, że powodem takiego zachowania było dorastanie w "moralnie wątpliwym miejscu", czyli prowadzonej przez jego braci kawiarni, oraz fakt, że rodzina zabroniła mu się żenić. Po jakimś czasie (acz niespecjalnie prędko, skoro miał na sumieniu już 25 istnień) pętla śledztwa zaczęła się wokół niego zacieśniać, w ostatnim więc momencie  zbiegł do Teheranu. Tam, prowadząc skromne życie (jako tragarz i sprzedawca warzyw) mordował dalej. W grudniu 1933 w Teheranie znaleziono pierwsze ciała zamordowanych przez niego chłopców (zmasakrowane, pozbawione głów); Asghar został aresztowany, zwolniony i ponownie aresztowany, po czym, po krótkim procesie, uznany winnym  i stracony na placu Sepah. W śledztwie przyznał się do zarzucanych mu czynów i szczegółowo opisał morderstwa.

Proces Asghara Borudżerdi, pierwszego perskiego seryjnego zabójcy, zrobił ogromne wrażenie na współczesnych, był szeroko omawiana w prasie i pracach naukowych. Ciekawe, jak ówczesny spór między tradycjonalistami a modernistami przeglądał się w tej sprawie: podnoszono teorie Lombroso, szermowano hasłami, to o "ciemnocie", to o "bezbożności". Sam Ali Asghar Borudżerdi natomiast bronił się, wychodząc zarazem z pozycji naukowych, proreformatorskich, jak i moralno-religijnych. Dowodził, że według przeprowadzonych przez niego obliczeń, każda męska prostytutka zaraża syfilisem do 300 mężczyzn, zatem podjął się misji oczyszczania miast z występku, nawet jeśli ceną za to miałaby być kara śmierci - w tej sytuacji zostanie męczennikiem narodowym, który złożył życie na ołtarzu czystości społeczeństwa. 

Sąd nie przyjął tych wyjaśnień (nam, którzy znamy sporo takich morderców, "wykorzeniających zło", też trudno je przyjąć), niewiele też dała apelacja. Widoczną na zdjęciu egzekucję przeprowadzono 26-go czerwca 1934 roku na placu Sepah. Trudno dojść do ładu z nazwami w Persji/Iranie, bo tam co rewolucja, to jakaś zmiana - Sepah oznacza bodajże armię i za szachów taką nazwę nosiło inne miejsce. Dzisiejszy plac Sepah leży gdzieś daleko i jest mało imponujący, a jego nazwa odnosi się chyba do innej armii (bo do Armii Rewolucji); nie znam perskiego, więc szukam po omacku, może ktoś mnie poprawi. Wygląda na to, że ówczesny plac Sepah nazywał się później Tupchane, a obecnie to "plac imama Chomejniego" i faktycznie leży w samym centrum miasta. Kolumnada widoczna za szubienicą należała, jak się zdaje, do budynku komendy głównej perskiej policji:



Trudno też powiedzieć, skąd korespondenci "Tajnego Detektywa" wzięli historię o wysysaniu krwi i niewidzialności, pewnikiem z "Baśni 1001 Nocy", przefiltrowanych przez Eugeniusza Sue i Brama Stokera. Asghar zabijał chłopców tuż po odbyciu z nimi stosunku: bił ich do nieprzytomności, a potem odrzynał głowę. W przynajmniej jednym wypadku ofiara ocknęła się w trakcie operacji i zaczęła - bezskutecznie, rzecz jasne - błagać o życie. O spijaniu krwi serca nic mi nie wiadomo. Historia zresztą kupy się nie trzyma: przestępca miałby wydzierać serca po to, żeby stać się niewidzialnym, i móc ponownie mordować, żeby wydzierać serca, żeby stać się niewidzialnym, żeby... zbrodnicze perpetuum mobile, bez sensu. Ale taka pewnie miała być Persja w oczach statystycznego czytelnika: daleka, mityczna, dzika, krwawa. To, że Asghar usprawiedliwiał się "dbaniem o czystość społeczeństwa" nie było dość atrakcyjne; w Europie tych, co planowali tak dbać o czystość społeczeństwa, było na pęczki. Tylko czekali na swoją kolej.

Za: "Tajny Detektyw" nr 33 i 34, rok 4, 12 i 17 VIII 1934

czwartek, 6 września 2012

Czy wampir padł ofiarą niewinności?

Dziś, kiedy wpisze się w Google nazwisko Ensztajn, wyskakuje Albert Einstein. Nazwisko to samo (acz inaczej zapisane), ale biografia zgoła inna. W roku 1934 Einstein wykładał w Princeton i zastanawiał się, czy ubiegać się o amerykańskie obywatelstwo, natomiast Tadeusz Ensztajn trafił na łamy (a nawet - jak w przypadku "Tajnego Detektywa" - okładki) polskiej prasy jako "Wampir z Łowicza", który miał dopuścić się licznych gwałtów i morderstw na młodych kobietach i dziewczynkach (jego przezwisko to nawiązanie do celebryty zbrodni międzywojennej, Kuertena, nazywanego "Wampirem z Duesseldorfu", o którym dawno temu wspominałem tutaj).



Na zdjęciu wygląda Ensztajn nader niepozornie - i rzeczywiście, prasa miała wyraźnie problem z tym, że groźny potwór, wampir terroryzujący kawał Polski, nie tylko nie sprawia wrażenia groźnego monstrum, ale wręcz zdaje się "niemal dzieckiem" i w dodatku jest sierotą. Zadawano pytanie "w jaki sposób zdołał skutecznie atakować nieraz silne i DOBRZE ROZWINIĘTE DZIEWCZĘTA".

Wedle oficjalnej wersji matka Ensztajna "została zniewolona" przez pijanego rosyjskiego żołnierza (a nawet, wedle innych źródeł, żołnierzy) "na początku wojny". W społeczeństwie pamiętającym tamtą armię oraz jej następczynię, czyli armię bolszewicką z 1920 roku, musiało to być przyjmowane ze współczuciem i zrozumieniem; jednakże z metryki (oskarżony miał w 1934 roku 21 lat), a także wzmianek w innych gazetach, wynika, że gwałt ów wydarzył się w roku 1913, więc albo Ensztajnowa-matka została zgwałcona w czasach pokoju, albo ów gwałt został post factum przez nią zmyślony by ukryć "panieńskie dziecko" - lub zmyślony przez samego Ensztajna, tak, jak wielu włóczęgów zwykło zmyślać serceszczypatielne historie na swój temat (jakby całe życie spędzone na tułaczce nie było wystarczająco serceszczypatielne). Zresztą poczęcie było, jak się zdaje, osobliwą linią obrony: Ensztajn gwałcąc i zabijając dziewczynki, miał mścić się za krzywdę zgwałconej matki (za "Głosem Porannym" z 22 VII. 1934 - proszę łaskawie zignorować "Złośliwego" i arcyksięcia Habsburga, który zresztą ożenił się dopiero w 1951 roku, i to nie w Sztokholmie, a w Nancy, i nie ze Szwedką, a z niemiecką księżniczką Saxe-Meiningen):









Trudno dziś powiedzieć, czy Ensztajn rzeczywiście - piękna to fraza! - "padł ofiarą niewinności" i wmówiono mu przestępstwa, czy dokonywał ich z zimną krwią, czy też był chory psychicznie. A już z pewnością takich diagnoz nie powinien stawiać bloger na podstawie artykułów brukowej prasy. Jednak fascynująca jest sama postać Ensztajna - dziecko gwałtu, prawdziwego lub zmyślonego dla ukrycia nieślubnej miłości, chłopak z sierocińca, utrzymujący się z kradzieży i sprzedaży śpiewników kościelnych (pomysł dla Dyckiego!), który do sądu przychodzi w więziennym drelichu, bo swoich (nadających się do okazania w sali) ubrań nie ma. A mimo to broni się z zadziwiającą inteligencją, wprawiając świadków w zakłopotanie.

Równie fascynujące są owe dwie dziewczynki, które Ensztajn... no właśnie. Według jednej relacji  "zabrał na włóczęgę", gdzie o niego rywalizowały, według relacji innej - usiłował zgwałcić, a one tak się tym zawstydziły, że "nie wróciły do domu i poszły na służbę" (za "Expressem Ilustrowanym" z 23 lipca 1934 - proszę zignorować Marszałka, gen. Balbo i "Serce w udręce"):



O ile na zdjęciu w "Tajnym" Rozenówna wygląda jak dziecko, o tyle Pietrzakówna sprawia wrażenie kobiety nie tylko dorosłej, ale wręcz starej. Jak układały się niezdrowe relacje w tym dziwnym trójkącie? Czy Ensztajn był drobnym, nieudolnym gwałcicielem (który nawet kołek od brony zgubił), czy ofiarą zazdrosnych o siebie dziewczynek? Trudno powiedzieć. Co ciekawe, został skazany za morderstwo na Lisiewskiej, choć znalezione w jej dłoni włosy, wyrwane z głowy napastnika, nie pasowały do Ensztajna, a także za nieudolne napastowanie Okruchówny, której ostatecznie nic nie zrobił, oraz próbę gwałtu i pobicie Perzynówny, która - z racji poważnego urazu głowy - wydaje się niepewnym świadkiem. Jakie były jego dalsze losy? Czy wyszedł z więzienia w czasie wojny, po wojnie? Nie wiadomo. Zważywszy, że urodził się w roku 1913, teoretycznie mógłby jeszcze gdzieś żyć - zjawa z zupełnie innych czasów.


PS: Wiem, że sprawa poważna i dramatyczna, ale ujrzawszy na sąsiedniej stronie "Expressu" tę reklamę nie mogłem się powstrzymać; może to rzuca pewne światło na niejasny wiek Pietrzakówny:




Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

czwartek, 19 sierpnia 2010

Sława na łamach, czyli Kürten, wampir z Düsseldorfu

"Tajny Detektyw!" to nie tylko prowincjonalne zabójstwa siekierą ale i prawdziwe, światowe causes célèbres. Kürten, czyli Wampir z Düsseldorfu, był jednym z najsłynniejszych seryjnych morderców międzywojennej Europy - dla miłośników "Tajnego" ważny również dlatego, że w kolejnych numerach anonsowano kilku "polskich Kürtenów". Jego historia zainspirowała Fritza Langa, który w 1931 roku (czyli właśnie wtedy, kiedy ten numer "Tajnego Detektywa", cieplutki jak bułeczki z galicyjskiej piekarni, zjeżdżał z maszyn w jednej z krakowskich drukarni) nakręcił swój pierwszy dźwiękowy film, "M jak Morderca" (od którego rozpoczęła się kariera Petera Lorre, a właściwie: Laszlo Loewensteina). Lorre wyglądał tak:








Natomiast Peter Kürten wyglądał mniej demonicznie i wpadł przez przypadek, choć policja posuwała się do najdziwniejszych metod w poszukiwaniach złowieszczego typa, o czym poniżej.



Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok I (15 II 1931)